Ten post jest uzupełnieniem tego, co napisałem w części pierwszej. Otóż nie podparłem moich słów dźwiękiem. Wskazane by było abym podlinkował jakieś filmiki z Youtube żeby Czytelnicy mogli wyrobić sobie opinię o Muzyce. A więc niech sprawiedliwości stanie się zadość.
1970 - Electronic Meditation (cały album)
1971 - Sunrise In The Third System z albumu Alpha Centauri
1971 - Fly And Collsion Of Comas Sola z albumu Alpha Centauri
1971 - Alpha Centauri (tytułowy kawałek)
1972 - Birth Of Liquid Pleyades (1szy utwór na albumie Zeit)
1972 - Nebulous Dawn (Zeit)
1972 - Zeit (tytułowy kawałek)
1972 - Origin Of Supernatural Probabilities (Zeit)
1973 - Atem (cały album)
Tak więc macie materiał na 2-3 godziny słuchania. Domyślam się, że nie każdy lubi tego typu muzykę (pewnie więcej osób ceni sobie najmocniejsze odmiany metalu niż elektronikę ;)) dlatego tam gdzie mi sie chciało to dałem pojedyncze utwory. ;) Mam nadzieję iż się podobają.
Wszystko i nic. Cokolwiek. Niekoniecznie w kolorze mandarynkowym. Kosmiczne tło bo i autor kosmiczny. :)
czwartek, 30 sierpnia 2012
sobota, 25 sierpnia 2012
Blog (i autor) żyje :)
Żyję chociaż coraz mniej mi się chce. Staram się prowadzić tego bloga, coś pisać od czasu do czasu. Niestety życie wirtualne nie zastąpi tego realnego. A ja nie mam ani jednego ani drugiego. przypomniało mi się czemu zamknąłem poprzednią wersję tego bloga - pojawił się komentarz ze spamem. Nic się takiego nie dzieje abym miał o czym pisać. Miałem kontynuować Mandarynkowy Przewodnik ale jakoś nie mam ochoty, widząc zerowe zainteresowanie blogiem. I widząc to coraz poważniej myślę o zamknięciu bloga. Jego prowadzenie nie ma sensu jak nikt nie czyta. Moje życie (i muzyka) nie jest na tyle ciekawe aby o tym pisać najwyraźniej...
wtorek, 21 sierpnia 2012
Powrót bestii! :) + 1,5 recenzji ;)
Jak wczoraj zauważyliście, wróciłem. Powróciłem z miejsca gdzie nudno i jedyną rozrywką (poza wieczornym grillem) było granie w Herosów 1. xD Nawet muzyki za wiele nie słuchałem. Właściwie wyprawę na wieś rozpocząłem i zakończyłem "The Endless Season" (2010) którego przesłuchałem wczoraj aż 2x (raz w samochodzie i raz w domu).
Album ten brzmi zupełnie inaczej od reszty serii. Tak eterycznie i delikatnie. Są szybsze i rytmiczne partie ale tutaj przeważają rozlazłe, ambientopodobne brzmienia. Na płycie znajduje się 11 utworów ale moim zdaniem są nieco przydługie. Dość ciekawie zaczyna się ("Flashback" - jeden z ciekawszych kawałków moim zdaniem, kojarzy mi się z intrem do "Going West" granym podczas koncertów 2008/2009 ["Izu" i "The London Eye Concert"]). Ze względu na to przynudzanie album ten jest nieco słabszy od pozostałych. Myślę iż 4, 4+ to byłaby sprawiedliwa ocena. Jak na zakończenie cyklu - spodziewałem się czegoś lepszego.
Ale to nie wszystko. Obecnie słucham "Under Cover Chapter One" (2010) [którego jeszcze nie skończyłem]. Jest to album z coverami ale nie tylko elektroniki lecz głównie rocka. Pojawiają się na nim utwory z czasów młodości członków zespołu jak i "nieco" nowsze ("Norwegian Wood" Beatlesów - 1965, "Precious" Depechów - 2005). Oczywiście z wokalem Chrisa Hausla ale także inni członkowie zespołu się udzielają. O ile nie lubię jego śpiewu na "Madcap's Flaming Duty" to na tym albumie jego śpiew brzmi lepiej. Nie znam wszystkich utworów w wersjach oryginalnych ale covery w wykonaniu TD brzmią całkiem przyjemnie i ciekawie. Przykład? "The Model" Kraftwerk zrobiony na jazzowo. Wspomniany już "Precious" jest prawdopodobnie najwierniejszym coverem spośród 14 hitów które zostały wybrane. W następnym roku ma wyjść część druga. Nie mogę się doczekać kiedy opublikowana zostanie tracklista. Nie lubię tego albumu głównie za wokal (najlepsze TD = instrumentalne TD ;)) oraz za to, że wg. mnie jest to wyciąganie kasy od fanów (70-80 zł za 14 coverów, no kur...czak ;)). No ale stało się, mleko się rozlało. Trzeba przesłuchać bo to TD. ;)
Album ten brzmi zupełnie inaczej od reszty serii. Tak eterycznie i delikatnie. Są szybsze i rytmiczne partie ale tutaj przeważają rozlazłe, ambientopodobne brzmienia. Na płycie znajduje się 11 utworów ale moim zdaniem są nieco przydługie. Dość ciekawie zaczyna się ("Flashback" - jeden z ciekawszych kawałków moim zdaniem, kojarzy mi się z intrem do "Going West" granym podczas koncertów 2008/2009 ["Izu" i "The London Eye Concert"]). Ze względu na to przynudzanie album ten jest nieco słabszy od pozostałych. Myślę iż 4, 4+ to byłaby sprawiedliwa ocena. Jak na zakończenie cyklu - spodziewałem się czegoś lepszego.
Ale to nie wszystko. Obecnie słucham "Under Cover Chapter One" (2010) [którego jeszcze nie skończyłem]. Jest to album z coverami ale nie tylko elektroniki lecz głównie rocka. Pojawiają się na nim utwory z czasów młodości członków zespołu jak i "nieco" nowsze ("Norwegian Wood" Beatlesów - 1965, "Precious" Depechów - 2005). Oczywiście z wokalem Chrisa Hausla ale także inni członkowie zespołu się udzielają. O ile nie lubię jego śpiewu na "Madcap's Flaming Duty" to na tym albumie jego śpiew brzmi lepiej. Nie znam wszystkich utworów w wersjach oryginalnych ale covery w wykonaniu TD brzmią całkiem przyjemnie i ciekawie. Przykład? "The Model" Kraftwerk zrobiony na jazzowo. Wspomniany już "Precious" jest prawdopodobnie najwierniejszym coverem spośród 14 hitów które zostały wybrane. W następnym roku ma wyjść część druga. Nie mogę się doczekać kiedy opublikowana zostanie tracklista. Nie lubię tego albumu głównie za wokal (najlepsze TD = instrumentalne TD ;)) oraz za to, że wg. mnie jest to wyciąganie kasy od fanów (70-80 zł za 14 coverów, no kur...czak ;)). No ale stało się, mleko się rozlało. Trzeba przesłuchać bo to TD. ;)
wtorek, 14 sierpnia 2012
14.08.2012 - Oficjalny Fanpejdż na pejsie xD
Pacisfear jest moim oficjalnym fanpejdżem na pejsbuku, Możecie lajkować. Poszerzcie grono Elektronicznej Milicji. xD Czasem coś wrzucę. ;) Nie tylko związanego z blogiem. ;) Pomóżcie mi być sławnym chociaż w cyberprzestrzeni xD
14.08.2012 - Tangerine Dream Live 2k12 - bootlegi
Bootlegi czy to co hardcorowi fani kochają najbardziej. ;) A że Papa Froese wyruszył w trasę w tym roku to i się nieco ożywiło. Nie tylko w prasie zagranicznej ale także na YT (mnóstwo filmików, w tym spore części koncertów). Dotarłem nawet do zapisu 3 koncertów (USA) w dość dobrej jakości - 320kbps Mp3. Na każdym z nich setlista wyglądała nieco inaczej. Nie obyło się bez niespodzianek. Na scenę powrócił "Horizon" ostatni raz grany w grudniu 1983 (u nas! :D) czy koncertowy debiut "Transition" oraz "Ayumi's Loom" z "Winter In Hiroshima". Zagrano także jako koncertowy debiut "The Cliffs Of Sydney" ("Le Parc", 1985). Wskrzeszono także "Dolphin Dance" ("Underwater Sunlight", 1986). Na bis podczas jednego z tych koncertów zagrali "Phaedrę" ("Phaedra", 1974). Gorąco polecam!
Oto i obiecane linki:
Boston. 05.07.2012
Santa Barbara, 11.07.2012
Los Angeles, 12.07.2012
Pliki swoje ważą (ok. 400 MB każdy) ale są jeszcze świeże. Mam nadzieję, że się podoba :)
Oto i obiecane linki:
Boston. 05.07.2012
Santa Barbara, 11.07.2012
Los Angeles, 12.07.2012
Pliki swoje ważą (ok. 400 MB każdy) ale są jeszcze świeże. Mam nadzieję, że się podoba :)
09.08. i 14.08.2012 - Journey Through A Burning Tangerine: Mandarynkowy przewodnik przez Mandarynkowy świat Edgara Froese - Część 1: lata 1967-1973
A więc dzisiaj następuje debiut serii poświęconej mojemu ulubionemu zespołowi - Tangerine Dream. Ulubionym solistą jest zaś Klaus Schulze. Oczywiście nie samą elektroniką (ale za to jaką! ;)) Paci żyje więc słucham także innej muzyki - nawet metalu ;). (nie, nie tego z Ogame xDD). Nie chcę aby ta seria była książką bo pewnie Edgar podejmie kroku prawne ale bardziej broszurką, ulotką o TD.
Część pierwsza jest tylko wstępem. Ma przybliżyć nieco historię zespołu (nawet ja jej nie znam w pełni więc poprawiać w komentarzach ;)) i Muzyków którzy się przewinęli w różnych line-upach. Będzie tego sporo (w końcu to stary zespół i "trochę" się zmieniało to wszystko). Postaram się to maksymalnie skrócić ale też nie zafałszować ;). Mam nadzieję, że cykl się będzie miło i przyjemnie czytać oraz ktoś się nawróci na Mandarynizm (bo zrobię krucjatę! III Wojna Światowa będzie na Mandarynki! xD) :)
Niekończąca się (na razie ;>) opowieść pod tytułem "Tangerine Dream" zaczyna się w latach 60. W czasach kiedy modni byli hipisi, trawka, "sex, drugs & rock'n'roll" ;). Wszędzie panowała Beatlemania a jak nie to komuna ;). Zniszczone II Wojną Światową Niemcy chętnie chłonęły "zagramaniczną" kulturę. Nowe propozycje muzyczne, nagrania eksperymentalne przyjmowały się dopiero jak była na nich naklejka typu "Hit w USA!" czy "Hit w Anglii!" (za: książeczka do albumu Klausa Schulze - "Irrlicht", wyd. 2006). Lecz powoli nadchodziło przebudzenie. Niedługo to sprzedaż albumów podnosiłaby naklejka "Hit w Niemczech!" bowiem szykował się czas niemieckiej dominacji.
Przejdźmy do roku 1967. Nie mówmy o Beatleasach udających Morsy ("I Am Walrus") czy o pewniej L. na Niebie z Diamentami ;). Pomówmy o ... tak, Tangerine Dream! :) W tym oto roku, dokładnie 29 września pewien Edgar Froese zakłada TD. Często zmieniał się skład zespołu. Niewiele też wiadomo o koncertach itp. Wówczas Ich muzyka była w okolicach rocka. W Niemczech powstała cała scena rockowa. Nie chodzi tu o fanów Stonesów, Beatlesów. Mam na myśli Krautrock. Tłumaczy się to często jako "Szwabski rock" chociaż dosłowne tłumaczenie brzmi "Kapuściany rock" (Sauerkraut -> kapusta kiszona). Jest to rock okraszony syntezatorami. Nie jest tożsamy z rockiem progresywnym, od którego pochodzi. W pewnym sensie był (jest?) to ruch muzyczny będący odpowiedzią na kulturową pustkę w powojennych Niemczech. Krautrock czerpie z jazzu pewną swobodę i skłonność do improwizacji, jednakże wszystkiemu nadaje rockowe ramy. Właśnie m.in w Krautrocku upatrywać można korzeni brzmieniowych muzyki elektronicznej. Z niego wywodzi się pionerski Kraftwerk, którzy stworzyli Synth-pop. Z drugiej zaś strony... przemilczę ją na razie. Ona się dopiero pojawi w latach 70-ych a ja omawiam lata 60-te.
W 1969 roku Tangerine Dream, w październiku, w pewnej starej i opuszczonej fabryce muzycy robią dżem (tzn. jam session xD). Zwykłe, przyjacielskie, niezobowiązujące granie. Tu wtrącę line-up który wówczas sobie dżemorował: Edgar Froese, Conrad Schnitzer, Klaus Schulze. W owym to czasie, zespół zasilał Klaus Schulze, Bóg Muzyki Elektronicznej. Wtedy grał na perkusji. Na tym albumie możecie usłyszeć jak sobie radził. Na Wasze (nie)szczęście nie jest to długi longplay - tylko 36,5 minuty. :) Jest to jedyny swego rodzaju album w obszernej dyskografii TD. Nagrany kompletnie bez syntezatorów. Wyróżnia się specyficznym klimatem. Zwróćcie szczególną uwagę na jego początek i koniec. Nie chcę zdradzać niespodzianki więc przemilczę. ;) Mandarynkowa historia zaczyna się tak naprawdę w 1970, kiedy w czerwcu, wychodzi właśnie ten album ("Electronic Meditation" - debiut wydawniczy TD). Nawet była trasa do tego koncertu, niestety nie ma żadnych nagrań. Przełom w popularności TD zaczął się dopiero w 1974. Dzięki temu wzrosła ilość bootlegów. Ja ten okres (1967-1973) określam jako wieki ciemne.
Następny album, "Alpha Centauri" wydany w 1971, przyniósł drastyczną zmianę stylu oraz nowy line-up. Odszedł Schnitzler a przyjęto Christophera Franke (grał wtedy w Agitation Free). Franke był z początku tylko perkusistą lecz później został klawiszowcem, tak jak reszta zespołu. ;) Podczas prac na drugim albumie instrumentarium zespołu rozszerzyło się o syntezator (VCS 3 - ten sam, który słyszycie na "The Dark Side Of The Moon" Pink Floyd). Wciąż pojawia się gitara, organy ale nie jest to ściśle rockowy album. Zapowiada on dalsze dokonania zespołu. Z tego roku istnieją już jakiekolwiek zapisy występów zespołu. Nie jest tego dużo, zaledwie jeden, 40 minutowy set. Na dodatek w nie najlepszej jakości. No ale nie można wymagać soundboardów od zespołu który tak naprawdę dopiero zaczyna. Prawdziwy sukces dla Edgara Froese i jego zespołu dopiero nadejdzie. Już niedługo...
Ponad rok później bo w sierpniu 1972 (AC miało swą premierę w marcu) nadchodzi kolejny etap ewolucji brzmieniowej. Nosi on nazwę "Zeit". Okładkę tego LP (a raczej dwóch bo wyszedł jako podwójny longplay) możecie podziwiać jako tło mojego bloga. Zespół dalej oscyluje wokoło Kosmosu lecz tym razem odchodzi od rockowej stylistyki. "Zeit" jest to zapewne (razem z "Irrlicht" Schulza które wyszło w tym samym miesiącu) najwcześniejszy przykład stylistyki dark ambient. Cztery mroczne, długie i tajemnicze utwory wypełniają niemalże po brzegi wszystkie cztery strony LPków. Jeżeli dla kogoś szczytem mroku w muzyce jest Alpha Centauri to ... nie zna jeszcze "Zeit" ;). Powiedzieć o tym albumie, że jest mroczny to należy uznać za komplement. ;) Muzyka naprawdę kosmiczna. Kosmische Musik. Przypomina nieco wspomniany debiut ich ex-perkusisty ale jest od niego jeszcze bardziej mroczniejszy. Tutaj mamy pogląd na to jak brzmi Kosmos. Wystaw ucho poza swoje Spacelab i otwórz je na nieznane doświadczenia. Jeżeli nie jesteś astronautą w NASA lub nie stać Cię na wyprawę w Kosmos, pozostaje Ci tylko "Zeit". Definitywnie najbardziej kosmiczny album. Jednocześnie jest to pierwszy nagrany z Peterem Baumannem. Ledwo skończywszy 18stkę, dostał się do Tangerine Dream. To jest dopiero prezent. :) Skład Froese-Franke-Baumann będzie utrzymywał się jeszcze przez kilka lat. Lata te są chyba najlepszymi dla bardziej rockowej strony klasycznej muzyki elektronicznej (Ale czy można mówić o "klasycznej muzyce elektronicznej" ? Czy bardziej "klasycznie rozumianej muzyce elektronicznej"?).
Wracając do sedna, drugi utwór na tej płycie ("Nebulous Dawn") przedstawia Kosmos w całej swej okazałości. 18sto minutowa podróż po naszym układzie słonecznym. Kosmos udźwiękowiony. Z kolei zespół nie tylko zmianą stylu zaskakuje. Zaskakujące jest to iż płytę otwierają... cztery wiolonczele. Słychać także dronującą, pomrukującą elektronikę. Pojawia się w tym utworze ("Birth Of Liquid Pleyades", pierwszy utwór na "Zeit") także Moog. Modular a jakże. ;) Jest większy ode mnie. Ale jakby wywalić szafy w moim pokoju to pewnie by się zmieścił. ;) Niestety tylko gościnnie i tylko na tym kawałku. Warto wspomnieć osobę która obsługiwała tę bestię. Był nią Florian Fricke z Popol Vuh. Troszkę chłopaki musieli odczekać zanim sami sprawili sobie taką bestyjkę. :)
W każdym razie "Zeit", tak jak i wszystkie albumy sprzed 1974, nie są przeznaczone dla nowicjuszy. Są bardzo ciężkie moim zdaniem. Fanom rocka może natomiast przypaść do gustu debiut ("Electronic Meditation"), który pokochałem od pierwszego przesłuchania. Nie poleciłbym go na pierwszy sort osobie która z elektroniki kojarzy Jarre'a i co najwyżej Depeche Mode czy Kraftwerk. Zbyt odległe moim zdaniem. A wkroczenie w "prehistorię" TD to jak wejście na głęboką wodę. Ja wszedłem - i z Mare Tangerinium nie zamierzam wychodzić! :D Nawet moja nadopiekuńcza matka mnie nie wyciągnie - końmi! ;)
Mandarynkowy nowy rok zaczyna się w... marcu. Wówczas (1973) wychodzi "Atem". Poniekąd jest to powrót do rockowych klimatów jednakże tylko pozorny. To nie jest kosmiczny rock jak na Alpha Centauri czy kosmo-drony na "Zeit". Płyta ma zupełnie odmienne brzmienie. Zespół porzucił kierunek wytyczony poprzednią płytą. Tytułowy "Atem" zaczyna się... oddechem. Nieco zmienionym co prawda ale i tak świetnie to brzmi. Po tchnieniu wydanym przez elektronikę nadchodzą fanfary na cześć genialnego narządu jakim są nasze płuca. ;) Pojawia się znowu perkusja (Franke). Utwór ten często zmienia swoje brzmienie - z delikatnych, spokojnych ambientowych partii aż po perkusyjne kanonady Chrisa. Na brzmienie albumu ma także wpływ mellotron na którym gra Edgar. O ile pozostałe 3 utwory mają nieco klimatu z poprzednich płyt to jednak zespół nigdy do nich nie powrócił.
Lata Różowe (The Pink Years) to okres bezpowrotnie zamknięty. Nie ma odwrotu od tej decyzji. Rubikon został przekroczony. ("Alea iacta est" jak mawiali starożytni Rzymianie ;)). Po koncertach związanych z promocją albumu "Atem", zespół w grudniu 1973 udał się do studia. Tam w pocie czoła i ku uciesze elektrowni wykuwała się rewolucja. To, co sprawiło iż Niemcy stali się nie tylko twórcami muzyki elektronicznej (jako prekursorzy nowego gatunku muzyki) ale także jej niedoścignionymi Mistrzami. Niemiecka Rewolucja miała dopiero się zacząć. A Tangerine Dream przygotowywali jej narzędzia.
Oręż się wykuwał. Elektroniczna Milicja (sory memory za nawiązanie do Metalliki i "Metal Militia" ;)) się szybko uzbroi w sprzęt potrzebny do zdobycia świata. Najpierw Niemcy a potem Europa i cały świat. No, może chociaż Europa. ;)
Epopeję o tytule Tangerine Dream raczę przerwać w tym arcypasjonującym momencie. Otóż nie bez powodu wybieram TEN konkretny moment, tak bardzo zawieszony w czasie, przestrzeni i historii. Zakończyła się pewna era. Różowa era. "OHR. Macht das auf." Mówi Wam to coś? Nie? Śpieszę więc z wyjaśnieniem. Otóż jest to slogan wytwórni płytowej do której TD się zapisali aby wydawać swoje albumy (Od EM do "Atem" włącznie). Jej logiem było... różowe ucho. Czy jesteście w stanie otworzyć swoje uszy na Kosmos? Tego nie wiem. Jeżeli chcecie, możecie spróbować. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Muzyka TD z tego okresu to nie jest pop który (prawie) każdemu wpada w ucho. Wejdziecie od razu na głęboką wodę. Zapewne dla Was, niezaznajomionych z tematem, przesłuchanie "Oxygene" autorstwa Jeana Michela Jarre'a jest nowym i ciekawym doświadczeniem. Jeżeli wydaje się Wam iż ten album jest ciężki a muzyka prezentowana na nim - nie dla Waszych uszu to lepiej nie sięgajcie po ciężki stuff. Może zaboleć. Ale to będzie przyjemny ból. Spragnionym wrażeń polecam. A póki co - wracam do "Zeit" którego w momencie pisania słuchałem. Idę zgłębiać meandry tangerynkowego udźwiękowienia Kosmosu. Wam pozostaje oczekiwać w napięciu na drugą część Mandarynkowego Przewodnika. :)
Post został dokończony po dłuższej przerwie dnia 14.08.2012.
Część pierwsza jest tylko wstępem. Ma przybliżyć nieco historię zespołu (nawet ja jej nie znam w pełni więc poprawiać w komentarzach ;)) i Muzyków którzy się przewinęli w różnych line-upach. Będzie tego sporo (w końcu to stary zespół i "trochę" się zmieniało to wszystko). Postaram się to maksymalnie skrócić ale też nie zafałszować ;). Mam nadzieję, że cykl się będzie miło i przyjemnie czytać oraz ktoś się nawróci na Mandarynizm (bo zrobię krucjatę! III Wojna Światowa będzie na Mandarynki! xD) :)
Niekończąca się (na razie ;>) opowieść pod tytułem "Tangerine Dream" zaczyna się w latach 60. W czasach kiedy modni byli hipisi, trawka, "sex, drugs & rock'n'roll" ;). Wszędzie panowała Beatlemania a jak nie to komuna ;). Zniszczone II Wojną Światową Niemcy chętnie chłonęły "zagramaniczną" kulturę. Nowe propozycje muzyczne, nagrania eksperymentalne przyjmowały się dopiero jak była na nich naklejka typu "Hit w USA!" czy "Hit w Anglii!" (za: książeczka do albumu Klausa Schulze - "Irrlicht", wyd. 2006). Lecz powoli nadchodziło przebudzenie. Niedługo to sprzedaż albumów podnosiłaby naklejka "Hit w Niemczech!" bowiem szykował się czas niemieckiej dominacji.
Przejdźmy do roku 1967. Nie mówmy o Beatleasach udających Morsy ("I Am Walrus") czy o pewniej L. na Niebie z Diamentami ;). Pomówmy o ... tak, Tangerine Dream! :) W tym oto roku, dokładnie 29 września pewien Edgar Froese zakłada TD. Często zmieniał się skład zespołu. Niewiele też wiadomo o koncertach itp. Wówczas Ich muzyka była w okolicach rocka. W Niemczech powstała cała scena rockowa. Nie chodzi tu o fanów Stonesów, Beatlesów. Mam na myśli Krautrock. Tłumaczy się to często jako "Szwabski rock" chociaż dosłowne tłumaczenie brzmi "Kapuściany rock" (Sauerkraut -> kapusta kiszona). Jest to rock okraszony syntezatorami. Nie jest tożsamy z rockiem progresywnym, od którego pochodzi. W pewnym sensie był (jest?) to ruch muzyczny będący odpowiedzią na kulturową pustkę w powojennych Niemczech. Krautrock czerpie z jazzu pewną swobodę i skłonność do improwizacji, jednakże wszystkiemu nadaje rockowe ramy. Właśnie m.in w Krautrocku upatrywać można korzeni brzmieniowych muzyki elektronicznej. Z niego wywodzi się pionerski Kraftwerk, którzy stworzyli Synth-pop. Z drugiej zaś strony... przemilczę ją na razie. Ona się dopiero pojawi w latach 70-ych a ja omawiam lata 60-te.
W 1969 roku Tangerine Dream, w październiku, w pewnej starej i opuszczonej fabryce muzycy robią dżem (tzn. jam session xD). Zwykłe, przyjacielskie, niezobowiązujące granie. Tu wtrącę line-up który wówczas sobie dżemorował: Edgar Froese, Conrad Schnitzer, Klaus Schulze. W owym to czasie, zespół zasilał Klaus Schulze, Bóg Muzyki Elektronicznej. Wtedy grał na perkusji. Na tym albumie możecie usłyszeć jak sobie radził. Na Wasze (nie)szczęście nie jest to długi longplay - tylko 36,5 minuty. :) Jest to jedyny swego rodzaju album w obszernej dyskografii TD. Nagrany kompletnie bez syntezatorów. Wyróżnia się specyficznym klimatem. Zwróćcie szczególną uwagę na jego początek i koniec. Nie chcę zdradzać niespodzianki więc przemilczę. ;) Mandarynkowa historia zaczyna się tak naprawdę w 1970, kiedy w czerwcu, wychodzi właśnie ten album ("Electronic Meditation" - debiut wydawniczy TD). Nawet była trasa do tego koncertu, niestety nie ma żadnych nagrań. Przełom w popularności TD zaczął się dopiero w 1974. Dzięki temu wzrosła ilość bootlegów. Ja ten okres (1967-1973) określam jako wieki ciemne.
Następny album, "Alpha Centauri" wydany w 1971, przyniósł drastyczną zmianę stylu oraz nowy line-up. Odszedł Schnitzler a przyjęto Christophera Franke (grał wtedy w Agitation Free). Franke był z początku tylko perkusistą lecz później został klawiszowcem, tak jak reszta zespołu. ;) Podczas prac na drugim albumie instrumentarium zespołu rozszerzyło się o syntezator (VCS 3 - ten sam, który słyszycie na "The Dark Side Of The Moon" Pink Floyd). Wciąż pojawia się gitara, organy ale nie jest to ściśle rockowy album. Zapowiada on dalsze dokonania zespołu. Z tego roku istnieją już jakiekolwiek zapisy występów zespołu. Nie jest tego dużo, zaledwie jeden, 40 minutowy set. Na dodatek w nie najlepszej jakości. No ale nie można wymagać soundboardów od zespołu który tak naprawdę dopiero zaczyna. Prawdziwy sukces dla Edgara Froese i jego zespołu dopiero nadejdzie. Już niedługo...
Ponad rok później bo w sierpniu 1972 (AC miało swą premierę w marcu) nadchodzi kolejny etap ewolucji brzmieniowej. Nosi on nazwę "Zeit". Okładkę tego LP (a raczej dwóch bo wyszedł jako podwójny longplay) możecie podziwiać jako tło mojego bloga. Zespół dalej oscyluje wokoło Kosmosu lecz tym razem odchodzi od rockowej stylistyki. "Zeit" jest to zapewne (razem z "Irrlicht" Schulza które wyszło w tym samym miesiącu) najwcześniejszy przykład stylistyki dark ambient. Cztery mroczne, długie i tajemnicze utwory wypełniają niemalże po brzegi wszystkie cztery strony LPków. Jeżeli dla kogoś szczytem mroku w muzyce jest Alpha Centauri to ... nie zna jeszcze "Zeit" ;). Powiedzieć o tym albumie, że jest mroczny to należy uznać za komplement. ;) Muzyka naprawdę kosmiczna. Kosmische Musik. Przypomina nieco wspomniany debiut ich ex-perkusisty ale jest od niego jeszcze bardziej mroczniejszy. Tutaj mamy pogląd na to jak brzmi Kosmos. Wystaw ucho poza swoje Spacelab i otwórz je na nieznane doświadczenia. Jeżeli nie jesteś astronautą w NASA lub nie stać Cię na wyprawę w Kosmos, pozostaje Ci tylko "Zeit". Definitywnie najbardziej kosmiczny album. Jednocześnie jest to pierwszy nagrany z Peterem Baumannem. Ledwo skończywszy 18stkę, dostał się do Tangerine Dream. To jest dopiero prezent. :) Skład Froese-Franke-Baumann będzie utrzymywał się jeszcze przez kilka lat. Lata te są chyba najlepszymi dla bardziej rockowej strony klasycznej muzyki elektronicznej (Ale czy można mówić o "klasycznej muzyce elektronicznej" ? Czy bardziej "klasycznie rozumianej muzyce elektronicznej"?).
Wracając do sedna, drugi utwór na tej płycie ("Nebulous Dawn") przedstawia Kosmos w całej swej okazałości. 18sto minutowa podróż po naszym układzie słonecznym. Kosmos udźwiękowiony. Z kolei zespół nie tylko zmianą stylu zaskakuje. Zaskakujące jest to iż płytę otwierają... cztery wiolonczele. Słychać także dronującą, pomrukującą elektronikę. Pojawia się w tym utworze ("Birth Of Liquid Pleyades", pierwszy utwór na "Zeit") także Moog. Modular a jakże. ;) Jest większy ode mnie. Ale jakby wywalić szafy w moim pokoju to pewnie by się zmieścił. ;) Niestety tylko gościnnie i tylko na tym kawałku. Warto wspomnieć osobę która obsługiwała tę bestię. Był nią Florian Fricke z Popol Vuh. Troszkę chłopaki musieli odczekać zanim sami sprawili sobie taką bestyjkę. :)
W każdym razie "Zeit", tak jak i wszystkie albumy sprzed 1974, nie są przeznaczone dla nowicjuszy. Są bardzo ciężkie moim zdaniem. Fanom rocka może natomiast przypaść do gustu debiut ("Electronic Meditation"), który pokochałem od pierwszego przesłuchania. Nie poleciłbym go na pierwszy sort osobie która z elektroniki kojarzy Jarre'a i co najwyżej Depeche Mode czy Kraftwerk. Zbyt odległe moim zdaniem. A wkroczenie w "prehistorię" TD to jak wejście na głęboką wodę. Ja wszedłem - i z Mare Tangerinium nie zamierzam wychodzić! :D Nawet moja nadopiekuńcza matka mnie nie wyciągnie - końmi! ;)
Mandarynkowy nowy rok zaczyna się w... marcu. Wówczas (1973) wychodzi "Atem". Poniekąd jest to powrót do rockowych klimatów jednakże tylko pozorny. To nie jest kosmiczny rock jak na Alpha Centauri czy kosmo-drony na "Zeit". Płyta ma zupełnie odmienne brzmienie. Zespół porzucił kierunek wytyczony poprzednią płytą. Tytułowy "Atem" zaczyna się... oddechem. Nieco zmienionym co prawda ale i tak świetnie to brzmi. Po tchnieniu wydanym przez elektronikę nadchodzą fanfary na cześć genialnego narządu jakim są nasze płuca. ;) Pojawia się znowu perkusja (Franke). Utwór ten często zmienia swoje brzmienie - z delikatnych, spokojnych ambientowych partii aż po perkusyjne kanonady Chrisa. Na brzmienie albumu ma także wpływ mellotron na którym gra Edgar. O ile pozostałe 3 utwory mają nieco klimatu z poprzednich płyt to jednak zespół nigdy do nich nie powrócił.
Lata Różowe (The Pink Years) to okres bezpowrotnie zamknięty. Nie ma odwrotu od tej decyzji. Rubikon został przekroczony. ("Alea iacta est" jak mawiali starożytni Rzymianie ;)). Po koncertach związanych z promocją albumu "Atem", zespół w grudniu 1973 udał się do studia. Tam w pocie czoła i ku uciesze elektrowni wykuwała się rewolucja. To, co sprawiło iż Niemcy stali się nie tylko twórcami muzyki elektronicznej (jako prekursorzy nowego gatunku muzyki) ale także jej niedoścignionymi Mistrzami. Niemiecka Rewolucja miała dopiero się zacząć. A Tangerine Dream przygotowywali jej narzędzia.
Oręż się wykuwał. Elektroniczna Milicja (sory memory za nawiązanie do Metalliki i "Metal Militia" ;)) się szybko uzbroi w sprzęt potrzebny do zdobycia świata. Najpierw Niemcy a potem Europa i cały świat. No, może chociaż Europa. ;)
Epopeję o tytule Tangerine Dream raczę przerwać w tym arcypasjonującym momencie. Otóż nie bez powodu wybieram TEN konkretny moment, tak bardzo zawieszony w czasie, przestrzeni i historii. Zakończyła się pewna era. Różowa era. "OHR. Macht das auf." Mówi Wam to coś? Nie? Śpieszę więc z wyjaśnieniem. Otóż jest to slogan wytwórni płytowej do której TD się zapisali aby wydawać swoje albumy (Od EM do "Atem" włącznie). Jej logiem było... różowe ucho. Czy jesteście w stanie otworzyć swoje uszy na Kosmos? Tego nie wiem. Jeżeli chcecie, możecie spróbować. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Muzyka TD z tego okresu to nie jest pop który (prawie) każdemu wpada w ucho. Wejdziecie od razu na głęboką wodę. Zapewne dla Was, niezaznajomionych z tematem, przesłuchanie "Oxygene" autorstwa Jeana Michela Jarre'a jest nowym i ciekawym doświadczeniem. Jeżeli wydaje się Wam iż ten album jest ciężki a muzyka prezentowana na nim - nie dla Waszych uszu to lepiej nie sięgajcie po ciężki stuff. Może zaboleć. Ale to będzie przyjemny ból. Spragnionym wrażeń polecam. A póki co - wracam do "Zeit" którego w momencie pisania słuchałem. Idę zgłębiać meandry tangerynkowego udźwiękowienia Kosmosu. Wam pozostaje oczekiwać w napięciu na drugą część Mandarynkowego Przewodnika. :)
Post został dokończony po dłuższej przerwie dnia 14.08.2012.
14.08.2012 - blog (wciąż) żyje!
Po prostu jakoś nie miałem ochoty i zapału na prowadzenie. Teraz powinienem się uczyć. Kampania wrześniowa się zbliża. Mam jeden egzamin do zaliczenia (chociażbym wolał zaliczyć prowadzącą ćwiczenia ;>). Do powrotu do bloga skłoniły mnie nuda, niechęć do nauki i to, że w tej chwili zacząłem słuchać "Zeit" na ipodzie. :) Zaraz się zajmę dokańczaniem Mandarynkowego Przewodnika. :) I przydało by się żebyście czytali :P od walenia w klawiaturę nie schudnę :(
Btw: Ktoś potrzebuje 20-30 Kg tłuszczu ;) ? Oddam za darmo / płytę! xD
Btw: Ktoś potrzebuje 20-30 Kg tłuszczu ;) ? Oddam za darmo / płytę! xD
środa, 8 sierpnia 2012
07.08.2012 - Płyta dnia
Wczoraj nie słuchałem za wiele (piszę te słowa 08.08.2012). Tylko 3 albumy - "Killers" Maidenów, "Master Of Puppets" Metalliki (trzeba czasem przy****ć czymś mocniejszym ;f) i "Magical Mystery Tour" Beatlesów (wersja albumowa). Zaszczytny tytuł płyty dnia otrzymuje właśnie ta ostatnia :) Zmieniłem o niej zdanie. Jest to spora zmiana od tego co zespół zaproponował na "Revolver". Muzyka uległa psychodelizacji, stała się dziwniejsza ale to jeszcze nie to co się pojawiło na Sierżancie Pieprzu. Jeszcze w cywilu siedział ;). "Magical Mystery Tour" niejako prefiguruje brzmienie tego albumu.
A teraz "I'm Only Sleeping" i mnie nie budźcie ;_____;
A teraz "I'm Only Sleeping" i mnie nie budźcie ;_____;
Nowa, kolejna seria spamu! ;___;
Aby czymś zapchać bloga będę wrzucał posty typu "płyta dnia". W ten sposób będzie więcej postów xD Od komentowania jamnikełów (chociaż boję się piesów xD) i wrzucania głupot z neta mam swojego pejsbooka xD Tak bardzo samotny i nieczytany ;___________;
Zapowiedź - Journey Through A Burning Tangerine: Mandarynkowy przewodnik przez Mandarynkowy świat Edgara Froese
Najbliższe kilka postów (1? 2? 3? - wyjdzie w praniu) będą poświęcone wprowadzeniu do Tangerine Dream. Wiem, osoby które tego bloga czytają znają wszystko (i potrafią zanucić każdą kompozycję / seta z koncertów z TT / TL ;>) ale może ktoś szuka dobrego punktu zaczepienia bo go przytłacza ogrom dyskografii. Tangerine Dream to chyba najpłodniejszy zespół na świecie. Edgar powinien iść i ubiegać się o w pis w Księdze Rekordów Guinessa. ;) Jarre był (nawet sam siebie bił - jego koncerty przyciągały olbrzymie rzesze ludzi), Pink Floyd byli (The Dark Side Of The Moon - za ładnych kilka(naście) lat trzymania się na liście przebojów) to czemu nie TD ;)
Mam nadzieję iż mojego bloga czytają moi znajomi i ktoś się nawróci na Mandarynizm. xD Przeszkodą może być ciężka dostępność "audiolektur" (np. na torrentach nie ma żadnego aktualnego zbioru z całą dyskografią, jest tylko do 2008 roku chyba). Pozostaje soulseek albo... ja! xD
W dziale tym nie będzie typowych recenzji. Raczej wskazówki. Pewnie nie stworzę niczego nowego ponieważ:
"There's nothing you can know that isn't known.
Nothing you can see that isn't shown."
(no, kto wie skąd cytat? ;))
ale spróbuję. Zrobię co w mojej mocy. Mandarynkowe Imperium musi rosnąć! xD
Mam nadzieję iż mojego bloga czytają moi znajomi i ktoś się nawróci na Mandarynizm. xD Przeszkodą może być ciężka dostępność "audiolektur" (np. na torrentach nie ma żadnego aktualnego zbioru z całą dyskografią, jest tylko do 2008 roku chyba). Pozostaje soulseek albo... ja! xD
W dziale tym nie będzie typowych recenzji. Raczej wskazówki. Pewnie nie stworzę niczego nowego ponieważ:
"There's nothing you can know that isn't known.
Nothing you can see that isn't shown."
(no, kto wie skąd cytat? ;))
ale spróbuję. Zrobię co w mojej mocy. Mandarynkowe Imperium musi rosnąć! xD
Subskrybuj:
Posty (Atom)