Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2018

20.03.2018 - Lato w uszach - wyprawa na Safari dla Surferów

Nie prowadzę tego bloga zbyt dobrze. Nie umiem go rozreklamować. Okazjonalnie coś napiszę ale coraz rzadziej mi się chce no i jest coraz mniej płyt, które chciałbym opisać. Tym razem coś lekkiego i przyjemnego. Niestety, nie na talerzu - nie mam CD ani winyla. Ale i tak jest super.

Dzisiaj zrecenzuję debiutancki album zespołu The Beach Boys. Akurat wpadło mi w ucho takie lekkie, wesołe granie. Trochę lżejsze od rock and rolla z epoki ale też się nada do słuchania. Skąd się to wzięło? W Biedronce widziałem jedną z płyt tego zespołu (Pet Sounds, 1966) ale nie kupiłem jej ani nie przesłuchałem. Może kiedyś się pojawi na blogu...

Płyta "Surfin' Safari" ukazała się w 1962 roku i... usłyszałem o niej dopiero w 2017 roku. Podobnie zresztą z innym klasykiem, ale to płyta i temat na inną recenzję. Jest to naprawdę łagodna i spokojna płyta. Bardzo grzeczna i wyważona muzyka kojarząca się z klasycznym rock and rollem (np. tym od Elvisa Presleya) ale w jeszcze łagodniejszej odmianie.

Okładka albumu


Choć płyta jest bardzo krótka (25 minut - niektóre współczesne single są dłuższe !) to jej odsłuch za każdym razem sprawia mi sporo radości. Jest to "pełna" płyta, złożona z 12 piosenek o różnej tematyce - motoryzacja ("409"), hazard ("Heads You Win–Tails I Lose") czy generalnie lato, surfing, plażing i smażing (utwór tytułowy, "Surfin' "). Nie są to także długie i nadmiernie rozbudowane kompozycje bowiem trwają od 1,5 minuty do niecałych 2,5 minut. Każdy może znaleźć chwilę by odetchnąć i wpuścić trochę lata w ucho (niekoniecznie z radia).


Powyższy film zawiera całą płytę (wszystkie utwory). Jeśli Was zainteresowałem - zapraszam do odsłuchu. :)

1. Surfin' Safari

Tytułowy utwór jest umieszczony na początku. Jest bardzo rytmiczny i dość szybki, podobnie jak wokal. Wydaje mi się, że gitara jest słabo wyczuwalna, poza solówką. Solo jest bardzo przyjemne i stanowi najszybszą część kompozycji.

2. County Fair

Piosenka o jakiejś imprezie lokalnej. Podobnie jak poprzednia piosenka, cechuje się szybkim rytmem. Tym razem zespół wzbogacił kompozycję o brzmienie organów. Poza organami, utwór brzmi bardzo podobnie do poprzedniego. Bardzo sympatyczna piosenka.

3. Ten Little Indians

Kolejny szybki i łagodny utwór. Zabawna wyliczanka o Indianach z przyjemną solówką, będąca najlepszą częścią tego kawałka. Tak poza tym, trudno powiedzieć coś więcej o tej piosence.

4. Chug-A-Lug

No to pijemy. Chłopaki się uganiają za dziewczynami. Znajome już brzmienie zespołu, które sprawia, że każdy utwór brzmi mniej więcej podobnie. Ponownie pojawiają się organy, które w pewnym momencie łączą się z gitarową solówką. Na końcu - organy i klaskanie. 

5. Little Girl (You're My Miss America)

Jest to pozornie wolniejszy utwór od pozostałych. Opiewa piękno jakiejś dziewczyny (blondynki). Możliwe iż opalającej się w bikini na plaży. ;) Nie wyróżnia się pod jakimkolwiek względem od innych piosenek.

6. 409

Autobahn.... Nie, to nie to. ;) Utwór otwiera ryk samochodu (ale nie tego :P ). Bardzo szybka piosenka o jakiejś szybkiej bryce. Super solówka. The Beach Boys świetnie się uzupełniają wokalnie ale jeśli chodzi o same kompozycje, nie są one nadzwyczajne (choć są przyjemne dla ucha).

7. Surfin'

Ten utwór się wyróżnia. Specyficzny głos jednego z muzyków udających gitarę ("pom-pom-tryty" czy jakoś tak :D ). Tak poza tym, ta kompozycja brzmi dość nijako. Mało basu, mało gitary. Może i surfing jest fajny ale jakoś ta piosenka mnie nie przekonała. ;) 

8. Heads You Win–Tails I Lose

Jedna ze zdecydowanie moich ulubionych piosenek na tej płycie. Świetny wokal. Przyjemna melodia. Nawet gitarę słychać. Wciąż czuć, że te piosenki są mniej więcej na jedno kopyto. Jest w nich coś przyjemnego, może ta łagodność lub słodycz?

9. Summertime Blues

Wreszcie jakaś odmiana. Tempo i rytm jest inne niż zwykle. Wspaniała gra wokalistów. Do tego jedne z najlepszych gitarowych melodii na płycie. Naprawdę, jedna z najlepszych piosenek na tej płycie.

10. Cuckoo Clock

Łagodna aczkolwiek szybka melodia przeplata się ze słodkim wokalem. Po raz kolejny na płycie pojawiają się organy. Lubię brzmienie organów.

11. Moon Dawg

Kompozycja instrumentalna. Otwiera ją perkusja. Jeśli chodzi o same brzmienia gitarowe, sama "baza" kojarzy się mi z "Summertime Blues". Za to riffy są świetne. Naprawdę. Całość uzupełniają wokaliści i szczekanie psa.

12. The Shift

Znowu ciekawa melodia. Piosenka o dziewczynie w sukience, która przyciąga spojrzenia. Przyjemny finisz albumu. Jedna z najlepszych solówek na całej płycie. 

W sumie... sam nie wiem co widzę w tej płycie. Ani nie jest naprawdę szalona, ani teksty nie powalają. Dość przyjemna, krótka, lekka. Nigdy nie podchodziłem do niej aż tak krytycznie. Z jakiegoś powodu ją lubię ale nie tak bardzo jak debiut Elvisa Presleya (który na winylu zdobyłem w Biedronce :D ). Część utworów, zwłaszcza na pierwszej połowie albumu, brzmi dość podobnie. Trudno mi szczerze ocenić ten album. Nie jest to na pewno płyta wybitna. Nadzwyczajnie zła raczej też nie. Może coś koło środka? Po prostu mniej więcej przeciętna? Jest wiele innych, lepszych (chociażby "Please Please Me" The Beatles (1963), które od pierwszego przesłuchania chwyciło mnie za ucho). Ale jak ktoś chce poczuć trochę lata... może The Beach Boys ogrzeją nieco uszy?

niedziela, 7 stycznia 2018

06.01.2018 - Sześciu Króli w Sterowcu z lampkami LED

Witajcie w nowym roku. Po raz kolejny postanowiłem z nudów napisać coś tutaj. Nie będzie to nic mądrego - od mądrych rzeczy mam doktorat bądź artykuły. Troszkę mi się gust poszerzył ale jak zwykle - więcej muzyki ściągnąłem niż mam na iPodzie u siebie. Mam olbrzymie zaległości w tym (jak we wszystkim... ).

Prawie zapomniałem, że prowadzę bloga. Rok 2017 przyniósł zaledwie 3 recenzje. Po prostu straciłem zapał, ochotę i serce do tego (jak do wszystkiego). No i nie potrafię pisać tak barwnie o rocku jak niegdyś pisałem o elektronice. Ten blog miał być blogiem tematycznym - skupionym tylko na recenzjach muzyki, choć na początku trochę też pisałem o sobie. W międzyczasie dojrzałem. Jestem poważniejszy. Ale nieważne, i tak nikt tego wstępu nie czyta. Nie po to tutaj wchodzą ludzie. Nie liczcie na przypływ nowych tekstów. Tak samo ja nie liczę na miliony z reklam itp. ;) Może powinienem się przebranżowić? Pisać o sobie albo o swojej kolekcji płyt? W tym roku będzie mieć ona 10 lat...

Przedmiotem tej recenzji będzie jedna z moich ulubionych płyt. Spodobała mi się od pierwszego przesłuchania. Płyta ta pochodzi z kolekcji mojego ojca. Jest to polskie wydanie albumu jednego z (naj)bardziej znanych zespołów wchodzących w skład klasyki rocka - debiutancki album Led Zeppelin, o tym samym tytule.

Led Zeppelin (jedynka), Polskie Nagrania Muza, 1990. Obok Pomidor Patryk i Borówka Basia.

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz ją włączyłem na swoim sprzęcie ale dość często do niej wracam (podobnie jak do mojego niesamowicie zaniedbanego Beatlesowskiego Help!). Płyta wciąż brzmi świetnie i tak samo wygląda. Jest tylko rok młodsza ode mnie. Wielokrotnie umilałem sobie tym albumem posiedzenia przy Diablo 3. W końcu się zainteresowałem dyskografią tego zespołu. Choć jeszcze nie przebrnąłem przez wszystkie studyjne albumy Led Zeppelin (a nie ma ich wiele, na dobrą sprawę to przy sporej ilości samozaparcia można "przerobić" wszystkie w 1-3 dni). Zdążyłem sobie nawet wyrobić sąd iż "jedynka" to najlepsza płyta jaką zespół ten nagrał (najlepsza spośród znanych mi albumów tego zespołu). "Jedynka" tak bardzo mi się spodobała (i wciąż ją lubię), że nawet kusiło mnie by kupić sobie wydanie deluxe (CD + winyle + dodatki, dość drogi box) ale ostatecznie nie zrobiłem tego. Czasem w sklepach z płytami i antykwariatach szukam "jedynki" na CD ale póki co nie znalazłem. Była za to przekrojowa składanka ze wszystkich płyt zespołu. Niestety nie kupiłem. Kilka dni później - już jej nie było.

Przy okazji, tytuł niniejszej recenzji odnosi się do tejże płyty (i nazwy zespołu) oraz... pomyłki polityka. Dzisiaj wypada Święto Trzech Króli, które ten człowiek przekręcił na święto sześciu króli. A gdzie króli sześć, tam nie ma czym rządzić. Także tego. Tradycyjnie już, zapraszam do słuchania i lektury. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.


Cały pierwszy album.

1 Good Times Bad Times

Zespół się rozgrzewa przed mocnym uderzeniem. Jest rytm i trochę mocy. Ale nie to jest daniem głównym. To zaledwie krótkie otwarcie. Nie mogło zabraknąć szybkiej solówki. Lubię też to krótkie solo basisty, pojawiające się chwilę po solówce. Przeciętny utwór.

2 Babe I'm Gonna Leave You

Uwielbiam ten bluesowy klimacik. Łagodny, delikatny początek ze smutnym wokalem. Totalne przeciwieństwo poprzedniej kompozycji. Po chwili jednak zespół zaczyna grać szybciej i zauważalnie mocniej ale wraca do tej spokojnej melodii. Niejako w formie refrenu zespół przerywa tą łagodną melodię i gra szybciej. Za drugim razem pojawiają się upiornie, złowieszczo nawet, brzmiące organy i mocniejsza melodia. Brzmienia tych organów nie powstydziliby się nawet moi dawni idole - Tangerine Dream. Spokojny utwór przerywany jest szybszą, agresywniejszą melodią. Później główna melodia wydaje się być bardziej dopracowana, jeśli nie bogatsza w aranżacji i brzmieniu. Piękna, spokojna, wyciszona końcówka.

3 You Shook Me

Po bardzo pięknym zakończeniu poprzedniego utworu, zespół natychmiast gra kolejny, otwierając go mocną gitarą. Tym razem jesteśmy potrząsani. Słychać to zarówno w tekście piosenki jak i rytmie. Słychać, jak on opada i się wznosi, czasem wyżej niż zwykle. Nie mogę się doczekać jednego z moich ulubionych momentów na tej płycie. Właśnie nadchodzi - wspaniała partia organowa (John Paul Jones). Utwór nie jest specjalnie szybki ale za to barwny i zróżnicowany. Tuż po finiszu organisty, pojawia się harmonijka. Mnie ten instrument kojarzy się z bluesem (choć w sumie nie słuchałem żadnej typowo bluesowej płyty, tak na dobrą sprawę. Nawet np. B. B. Kinga). Po harmonijce następuje solo gitarowe, na tle tego falującego, mocnego rytmu. Nie zabrakło też "solówki" wokalisty, pojedynkującego się z gitarzystą (to trzeba usłyszeć - nie umiem tego opisać słowami).

4 Dazed And Confused 

Utwór otwiera basista. Pojawiają się "przebłyski" gitarowe. Dopiero po pierwszej zwrotce pojawia się więcej gitary. Utwór przyśpiesza trochę. Wciąż czuć ten falujący rytm z poprzedniej kompozycji (ale jest on trochę słabszy). Tekstowo, jest to kolejna piosenka o miłości. "Miłość" wokalisty to raczej pożądanie, mocno ociekające erotyzmem. Ciekawe brzmienie gitary i melodia. Lubię tą część tego utworu. Ma ona w sobie coś strasznego. Jakąś nutkę horroru. Zespół przyśpiesza i oddaje się rockowej ekstazie. Szybka, intensywna gitara. Rockowe szaleństwo. Pęd. Istny labirynt, sieć utkana z gitarowych dźwięków. Jest gorąco. Finisz kompozycji trochę rozczarowuje. Wydaje się jakby to był zaledwie fragment utworu. Takie mam odczucie.

5 Your Time Is Gonna Come

Stronę drugą albumu otwierają mistyczne, wspaniałe organy. Lubię ich brzmienie. Są to jedne z moich ulubionych "momentów" na tej płycie. Po majestatycznym wstępie następuje chwila wyciszenia (też z organami) a następnie wchodzi rytm i melodia. Piosenka jest o chyba o puszczalskiej kobiecie (co dołuje jej faceta). Przyjemne wejście smoka. Refren ma trochę specyficzne, trochę psychodeliczne brzmienie zaś wokalista powtarza niczym mantrę: Twój czas nadejdzie (jest to polskie tłumaczenie tytułu piosenki). Chyba organy słychać też podczas melodii. Ale nie jestem pewien na 100%. W drugiej zwrotce mam poczucie, że je słyszę.

6 Black Mountain Side

Jeszcze poprzedni utwór się kończy a zespół już zaczyna grać nową melodię. Tym razem coś bardziej egzotycznego i instrumentalnego. Łagodna kompozycja o orientalnym (albo orientalizującym brzmieniu). Później utwór się rozwija i komplikuje.

7  Communication Breakdown

Pyk. Mocna gitara. Wchodzi mocny i szybki numer. Bardzo dynamiczny i agresywny. Piosenka o psycholu - czyli o mnie. ;) Świetny zabieg - chwila oddechu przed mocną solówką. 

8 I Can't Quit You Baby

Wyraźna przerwa między utworami. Znowu bluesowy, ciężkawy kawałek. Ponownie słychać falujący rytm i mocny bas. Nie jest to nudna kompozycja - sporo się dzieje, zwłaszcza w sekcji gitarowej. Bas i perkusja robią w sumie tylko za tło. Jest tu trochę popisów gitarowych. Po długiej ale niezwykle ciekawej i urozmaiconej przerwie powraca wokal.

9 How Many More Times

Ostatni utwór na tej płycie.Rozpoczyna się w zasadzie od razu po zawieszonym w czasie i przestrzeni finiszu poprzedniego. Lubię tą melodię basową. Kolejny świetny kawałek. Melodia ma jednostajne brzmienie. Nie brakuje to "zabaw" gitarowych. Jest nawet "marsz". Pojawia się także fałszywe zakończenie. Jest też trochę mocniejszych brzmień. Kompozycja dość urozmaicona ale są lepsze i bardziej dynamiczne na tej płycie. Jakoś nudzi bardziej niż zwykle.. może mi się przejadło?

Podsumowanie

W trakcie pisania recenzji doszło do usterki technicznej. Igła się "zapętliła" i nie mogła wyjść z rowka. Dopiero ojciec mi pomógł naprawić. Chyba zajechałem tą płytę, niestety. Dziwne, bo słucham też często mojego "Help!", mocno zajechanego, i takich numerów nigdy nie było. A może to zużycie igły? Sam nie wiem...

W trakcie słuchania (powtórnego słuchania strony drugiej - ze względu na awarię) uświadomiłem sobie, że chyba nie lubię tej płyty tak bardzo jak kiedyś. Albo brzmi gorzej ze względu na zużycie, albo mniej mi się podoba. Całkiem możliwe, że mogła się porysować - w końcu dość często jej słuchałem. Najczęściej z tych trzech płyt Led Zeppelin co posiadam. Jest parę fajnych momentów. Organy są super. "Babe I'm Gonna Leave You" jest fajne. Ale chyba jeszcze jakiś czas temu brzmiało to lepiej dla mnie... A może się ograło i stało się po prostu nudne? Zostawiam bez oceny bo po prostu sam nie wiem, jaką ocenę wystawić temu albumowi....
 

czwartek, 26 października 2017

26.10.2017 - Powracam na bloga na Latającym Mikrotonowym Bananie...

Dobry wieczór po niesamowicie długiej przerwie. Z nudów postanowiłem spróbować wrócić do pisania recenzji. Nie wiem, czy się uda oraz czy naprawdę mam coś do przekazania. Ostatni post powstał mniej więcej 9 miesięcy temu. Pewnie większość osób, które zajrzały tutaj (jeśli w ogóle były takie) pomyślały, że blog umarł. Ja też umarłem. Na swój sposób albo, jak to mówią Anglosasi, "kinda".

Postanowiłem ponownie pisać o muzyce chociaż wiem, że jest to skazane na porażkę. Nikt nie czytał poprzedniej inkarnacji bloga a ja także traciłem ochotę na pisanie... Podobnie jest z moją działalnością naukową. Nie będę już nikogo zanudzał. I tak nikt tego nie czyta, i nikogo to nie obchodzi...

---

Tym razem przedmiotem recenzji będzie coś nowszego niż zwykle. Oto bowiem zainteresowałem się australijskim zespołem o nazwie King Gizzard And The Lizard Wizard. Jest to bardzo współczesny zespół - powstał w 2010 roku i już na koncie ma ponad 10 albumów. O zespole usłyszałem na grupie winylowej do której się zapisałem na FB. Zaintrygował mnie opis albumu "Flying Microtonal Banana" (2017) więc ściągnąłem dyskografię zespołu. I chyba dobrze trafiłem bo mi się spodobało. Na tyle, że włączyłem sobie ten album raz jeszcze. I zaraz będzie trzeci raz, tym razem do recenzji.

Album "Flying Microtonal Banana" ukazał się w 2017 roku. Jest to jeden z kilku wydanych do tej pory w tym roku albumów a zarazem początek eksperymentalnej serii płyt z muzyką mikrotonową. Brzmi strasznie i dziwnie oraz zawile. Nie będę się rozwodził na ten temat - nie jestem muzykologiem. Ograniczmy się do stwierdzenia iż jest to muzyka o nieco innych fundamentach niż muzyka europejska. Brzmi aż za prosto ale nie przerażajcie się. Brak stosownej teoretycznej podstawy nic nie ujmuje z przyjemności słuchania muzyki.

Okładka albumu.

Cała płyta trwa nieco ponad 40 minut i składa się przeważnie z krótkich, 4-5 minutowych kompozycji. Są też i dwie nieco dłuższe. Łącznie 9 kawałków.

Muzyka zespołu jest silnie związana z rockiem. Ale to nie jest czyste, gitarowe granie. Tu nie ma nic z czystości. Wokal? Zawsze jakoś wydaje się być elektronicznie podrasowany, zmodyfikowany. Pojawiają się elektroniczne dodatki. Są także wykorzystane nietypowe instrumenty - zurna (surma, szałamaja) czyli orientalna "fletotrąbka". Całość przyprawiona trochę dziwnym brzmieniem i niezrozumiałymi tekstami (ciężko zrozumieć wokal - a same teksty utworów są dość interesujące).

Czy na czymś takim grałby Miles Davis gdyby chodził do polskiej szkoły? ;) Pamiętam, że mnie uczono jak się gra na flecie (w gimnazjum). Stąd ten żart. Może niskich lotów (a raczej - tonów) ale nic nie poradzę na to. ;)

Cały album jest dostępny na na Youtube (42 minuty):



1. Rattlesnake

Płytę i utwór otwiera wicher, który przeradza się w szalonego rocka z silnym basem i rytmem. Wokalista (a może "vocoderysta" - kto z Czytelników zna Kraftwerk, wie o co mi chodzi). Pojawiają się syntezatorowe brzmienia ale nie zastosowano tutaj syntezatora tylko... fortepian. Muzyka łatwo wpada w ucho zaś energetyczny rytm nakręca do działania. Ciekawie brzmi połączenie wokalu i czegoś, co normalnie można byłoby określić jako "linia klawiszowa". Ok. 4:45 zaczyna się krótka solówka na jakimś piszczącym instrumencie zaś w trakcie utworu powraca wicher z początku. Miesza się on z ostrą, szorstką, brudną gitarą. Utwór w swojej bazie brzmi jednostajnie i monotonnie ale muzycy potrafią go urozmaicić. Utwór kończy się nagle, brutalnie.

2. Melting

Tu kończy się poprzedni utwór. Następny zaczyna się szaloną perkusją. Znowu szalony, psychodeliczny wokal. Utwór jest o końcu świata wywołanym przez topniejące lodowce, które "są gorsze niż ISIS" (Państwo Islamskie, jest to fragment z tekstu piosenki). Zwróćcie uwagę na kontrast ponurej tematyki utworu i wesołej melodii. W końcu jak tonął Titanic to orkiestra grała dalej... Psychodeliczny, szalony, wesoły, wciągający rytm!! 5,5 szalonych minut. Zwróćcie uwagę na "flow" wokalu i na to jak refren jest świetnie wzbogacony o gitarę elektryczną. Znowu się nagle urywa.

3. Open Water

Wicher i mocny perkusyjny beat. Do niego dołącza głośna gitara. Utwór staje się coraz dziwniejszy. Bardzo głośna i rytmiczna. Jednocześnie bardzo krzykliwa. Tym razem tekst opowiada o zagubionym żeglarzu, którego czeka śmierć z ręki (a raczej - macki) krakena, straszliwej bestii czającej się pod falami morskimi. Ok. 5.30 pojawia się krótka syntezatorowa wstawka. Cały utwór w zasadzie opiera się na szalejącej gitarze.

4. Sleep Drifter

Rytmiczna, uwodząca i sympatyczna kompozycja. Tym razem z kobiecym wokalem, oczywiście zmodyfikowanym. Słychać także harmonijkę od czasu do czasu. Piosenka jest o zasypianiu i budzeniu się oraz o tym, że w tych sennych majakach pojawia się ukochana / ukochany, który jest tak blisko, mimo iż jest jednocześnie tak daleko (skojarzenia z Kraftwerkowym The Telephone Call? Nikt? Cała klasa dostaje jedynki.... ). W połowie utwór się pozornie kończy by odrodzić się na nowo. Muzycy wracają do melodii z początku ale całość jest jeszcze bardziej psychodeliczna i "brudna".  Interesująca jest końcówka - przejście w kierunku następnego utworu.

5. Billabong Valley

Tym razem fortepian jest znacznie wyraźniejszy. Przynajmniej na początku. Później utwór staje się jeszcze dziwniejszy. Przyśpiesza. Ok. 1:20 znowu zwalnia i wracamy do początku, do znajomej melodii. Pojawia się to orientalne brzmienie (to jest ta surma?). Przyjemny rytm. Z tekstu to jakiś western w psychodelicznej oprawie.

6. Anoxia

Gwałtowne wejście. Tym razem utwór brzmi jak zelektronizowany hard rock ale to tylko gitary. Ciężkie, mocne, męskie, solidne gitary. Połączone z psychodelicznym wokalem i tekstem. Całość wydaje się być nieco zmiękczona, może właśnie dzięki tym "płynnym" wokalom (jak płyn, ciecz). Psychodeliczna końcówka.

7. Doom City

Brudne i ciężkie, ponure gitary. To już metal czy jeszcze rock? Szybko ustępują szalonej melodii. Cały czas słychać melodyjny szept oraz wokal. Wspaniałe efekty. Całość brzmi jak soundtrack do jakiegoś horroru. Słychać nawet demony (to nie żart) a nawet śmiech (czyżby Szatan pobłogosławił muzyków swoim śmiechem?). Ciężki, groźny utwór ale jak na ironię, połączony z szybką i rytmiczną melodią.

8. Nuclear Fusion

Kolejny kawałek rocka. Tym razem coś zapowiadającego się łagodniej. A nie, to Godzilla szarpie struny. Szalony utwór napędzany grubą linią basową. Słychać brzmienie trochę nawiązujące do organów - majestatyczne ! Dziwny utwór. Nie rozumiem tekstu ale może to lepiej... Ok. 2.30 pojawia się solówka basisty. Bardzo fajny, nieco ciężkawy kawałek z przyjemnym (dla mojego jedynego ucha) brzmieniem keyboardów. Dziwna końcówka.

9. Flying Microtonal Banana

Tytułowy utwór jest jednocześnie najkrótszą kompozycją na całej płycie - nieco ponad 2,5 minuty. Zaczyna się orientalną perkusją do której podłącza się gitara i surma (?). Całość brzmi jak podkład do jakiejś psychodelicznej, narkotycznej medytacji. Utwór brzmi ciekawie, choć nieco przywołuje na myśl melodie z tej płyty ale w bardzo orientalnym wydaniu. Zdecydowanie odstaje od poprzednich kompozycji. Jest to jedyna instrumentalna ścieżka na płycie. Końcówka trochę zawodzi ale może ma to jakiś sens... może całość można zapętlić i słuchać w kółko? Posłuchajcie końcówki tego utworu i początku "Rattlesnake" ! Płytę można ustawić na powtarzanie i słuchać w nieskończoność.

---

Album "Flying Microtonal Banana" jest bardzo miłym zaskoczeniem. Nie wiedziałem czego oczekiwać od tego zespołu ani od samej płyty. Jest to pierwsza płyta King Gizzard And The Lizard Wizard jaką w ogóle przesłuchałem. Zrobiła na mnie pozytywne wrażenie - miło się słuchało i nawet fajne to jest. Szalone, dziwne ale swój (psychodeliczny) urok. W końcu trochę się wyrwałem ze starych, sprawdzonych i ogranych klasyków (choć dla mnie takie Led Zeppelin to wciąż nowość - ubóstwiam ich pierwszą płytę - nawet myślałem czy nie dać jej na recenzję... ).

Myślę, że mogę polecić ten album każdemu, kto chce spróbować czegoś dziwnego z pola rocka progresywnego / psychodelicznego. Nietypowe (z mojego punktu widzenia) a jednocześnie przyjemne i da się tego słuchać. Na dodatek nie odstrasza długością.

Całkiem dobry ten Latający Mikrotonowy Banan. Z pewnością zagłębię się w dyskografię tego zespołu, a może i nawet co nieco zrecenzuję tutaj.

Edit: Błędnie podałem wczorajszą datę. :)

czwartek, 8 grudnia 2016

08.12.2016 - Nowe Horyzonty...

Tak jak napisałem w poprzednim poście, powoli poszerzam swoje horyzonty muzyczne. Stąd też ten prowokacyjny tytuł (nie, nie planuję powtórnej recenzji Nowego Horyzontu od SBB ;) )Stwarza to okazję do pisania nowych recenzji. Nie planowałem dzisiejszej recenzji ale mam nastrój lepszy niż wczoraj.

Do napisania tej recenzji skłoniła mnie informacja podana w mediach: Greg Lake, znany przede wszystkim jako gitarzysta i wokalista prog rockowego tria Emerson, Lake & Palmer (choć wcześniej grał w początkowym składzie innego, znanego zespołu - King Crimson), zmarł przedwczoraj tj. 06.12.2016. Tak się złożyło, że z twórczością tego zespołu chciałem się zapoznać i w tym tygodniu ściągnąłem sobie jego dyskografię. Cholera.. mam niezłe wyczucie czasu. Dla porządku dodam, że Keith Emerson, klawiszowiec ELP, również nie żyje i zmarł w tym roku.

Warto napisać kilka słów o tym zespole. Zespół powstał w 1970 roku w Wielkiej Brytanii i istniał do 1979 roku, z dłuższą przerwą począwszy od 1974 roku. W 1991 zespół powrócił na scenę oraz nagrał kilka średnioudanych albumów. Koncertowali do 1998 roku. Zespół ostatecznie się rozpadł mimo planów wspólnego nagrania kolejnej płyty. Powrócili powtórnie, zgrawszy się na jeden rocznicowy koncert w 2010 roku (ukazał się on później na 2xCD i jako video). Ironicznie, 40-lecie istnienia zespołu, trio Emerson (klawisze), Lake (gitara, bas, wokal) & Palmer (perkusja) świętowali poprzez definitywny i ostateczny rozpad grupy (poprzedzony koncertem).

Zespół znany jest z inspiracji muzyką poważną. W swojej twórczości łączyli ze sobą muzykę poważną (klasyczną), jazz, rocka symfonicznego i progresywnego. Tworzyli zarówno dłuższe kompozycje jak i krótsze, bardziej przebojowe piosenki. Zespół dokonał także rockowej interpretacji Obrazków z Wystawy rosyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego, dodając nieco od siebie. Wspomniane nagranie ukazało się na albumie Pictures at an Exhibition (1971), który jest nagraniem z koncertu (też 1971). Szczyt twórczości zespołu przypada na lata 1970 - 1974.

Na pierwszy ogień, zarówno do przesłuchania jak i zrecenzowania, postanowiłem zmierzyć się z debiutanckim albumem zespołu. Jego tytuł jest banalny: Emerson, Lake & Palmer. Płyta została wydana w 1970 roku i szybko osiągnęła znaczący sukces - zarówno w macierzystej dla zespołu Anglii (4 miejsce na listach przebojów) jak też w USA (18 miejsce na 200 miejsc możliwych).


Zespół nagrywał album przez 3 miesiące - od lipca do września 1970. W międzyczasie dali swój pierwszy koncert, po którym o formującej się grupie zrobiło się głośno (sierpień 1970). Warto wskazać iż koncert ten ukazał się na CD - Live At The Isle Of Wight Festival 1970 (1997, nakładem Manticore Records). Wówczas też zaprezentowali pierwszą wersję Obrazków z Wystawy.



Cały album (oryginalną wersję, nie zmienioną w 2012) możecie przesłuchać tutaj:

Niestety nie znalazłem innej kopii ale za to w sekcji komentarzy jest język angielski. :) 

1. The Barbarian

Utwór otwiera zniekształcona gitara do której dołączają organy. Całość brzmi dziwnie i jest szalona. Sprawia wrażenie jakby nieociosanej, niewygładzonej. Słychać jak muzycy przyśpieszają i współgrają ze sobą (np. fragmenty, gdzie po klawiszach następuje odpowiedź gitary). Nagle - coś dziwnego ! A potem jaskiniowiec zapodaje niezły jazzowy standardzik na fortepianie. A jeszcze przed chwilą ganiał za mamutem z dzidą... Teraz opisuje polowanie ale dźwiękiem a nie bazgrząc po ścianach jaskiń. Po tym "praklasycznym" przerywniku wracamy do "prarocka". Jaskiniowcy bawią się współczesną (jak na wczesne lata 70.) techniką. Jest na czym "zawiesić ucho". Ciekawa i interesująca mieszanka stylów. Utwór jest rockowym aranżem Allegro Barbaro węgierskiego kompozytora,  Béla Bartóka. Kompozycja ta pochodzi z 1911 roku.

2. Take a Pebble

Pierwsza własna kompozycja zespołu na płycie. Tekst i muzykę do niej napisał, świeżo zmarły, Greg Lake. Rozpoczyna się bardzo cicho i łagodnie. Wspaniały pokaz sztuki od Keitha Emersona. Delikatne połączenie fortepianu i organów do których dołącza gitara basowa i perkusja. Utwór brzmi jak łagodna, pełna ekspresji jazzowa piosenka. Całość jest wzbogacona o naprawdę niezły i przyjemny głos Lake'a. Ok. 2:30 zaczyna się fortepianowe oraz Moogowe solo, które szybko zostaje wzmocnione przez gitarę basową i perkusję. Słychać kunszt Emersona. Nagle całość cichnie. Słychać cichą i łkającą gitarę. Niesamowicie cichą. Żeby ją usłyszeć, zwiększyłem głośność aż o 10 decybeli w moim ipodzie. Ale warto, naprawdę warto. Popis Lake'a przeradza się w sympatyczne (aczkolwiek krótkie) country lub folk. Tego w ogóle się nie spodziewałem. Ok. 6:30 znowu wraca wspaniała gra Emersona. Tym razem słuchamy wspaniałego fortepianu. Szybka ale przyjemna partia. Zabawa się komplikuje w środku 7-mej minuty ale wciąż motyw jest podobny (tylko bardziej skomplikowany). Po minucie do fortepianu dołącza się gitara basowa i perkusja. Utwór wspaniale ewoluuje. Staje się coraz ciekawszy. Zmienia się. Przekształca. Muzycy niemalże żonglują stylami, zmieniają je niczym rękawiczki. W 10 minucie mamy przyjemny i łagodny fortepian ocieplany przez okazjonalne basowe "pomruki". Pod koniec 10 minuty utwór znowu się zgrabnie kończy by zacząć się na nowo. Tym razem bardziej dziko. Nasz barbarzyńca z poprzedniego utworu wdział smoking. Na scenie gra ELP i słyszymy ciąg dalszy piosenki, z wokalem Lake'a. Szybko się kończy a Emerson zgrabnie "ucina temat" swoją grą na fortepianie. 12 arcyciekawych i miłych dla ucha minut muzyki.

Sam tekst jest niezwykle poetycki. Pozwoliłem sobie skopiować tłumaczenie na polski znalezione w internecie:
Weź kamyk i wrzuć go do morza
Patrz na fale, które rozwijają się we mnie
Moja twarz rozmywa się delikatnie w twoich oczach
Burząc spokojne wody naszego życia

Strzępki naszych wspomnień leżą na twojej trawie
Zranione słowa śmiechu i groby przeszłości
Zdjęcia są szare i podarte, rozrzucone po twych polach
Listy twych wspomnień nie są prawdziwe

Noś smutek na ramionach jak znoszony płaszcz
W kieszeniach pomiętych i porwanych wywieś resztki nadziei
Świt to dla ciebie północ, wszystkie kolory zniknęły
Burząc spokojne wody naszego życia
Naszego życia 

3. Knife-Edge

Znowu szaleństwo na organach. Kilka sekund a potem następuje piosenka, głównie na gitarę (elektryczną lub bas) wzbogacona o szalone, instrumentalne i organowe chwile. Szalona podróż w słowa (jeśli znacie angielski) albo w zakręcony rytm i melodię (jeśli nie władacie wspomnianym wcześniej językiem). W środku - całe trio szaleje. Zniekształcona i psychodeliczna forma jazzu ? Być może. A potem bach ! I nagle pojawia się cytat z Bacha grany na organach Hammonda przez Keitha Emersona z psychodeliczną końcówką, która przechodzi w ciąg dalszy piosenkowej części tego utworu. Na końcu bardzo krótkie solo Keitha (przywiodło mi to na myśl słynny "Krzyk" Muncha). Kolejna interesująca kompozycja. Cytat z J. S. Bacha przykuwa uwagę i dowodzi wyszkolenia oraz "oczytania" muzycznego (czyli osłuchania) Emersona. Kawał niezłej psychodelii. Utwór został zainspirowany kompozycją Sinfonietta  autorstwa czeskiego kompozytora Leoša_Janáčka z 1926 roku (tak się odmienia to nazwisko?).

Wspomniany wcześniej "Krzyk" Muncha
4. The Three Fates

Trójczęściowa kompozycja. Części noszą tytuły: Clotho (Prządka), Lachesis (Przydzielająca Los), Atropos (Nieodwracalna - wyznaczająca kres życia ludzkiego). Tytuły tychże wywodzą się z mitologii greckiej (Mojry, boginie losu - więcej informacji w odnośniku do Wikipedii). Ciekawa inspiracja.

Mroczne i groźne organy. Całość brzmi dostojnie ale strasznie, jakby soundtrack do jakiegoś horroru. Po chwili pojawia się pomruk towarzyszący zabawnej, krótkiej melodyjce. Ponownie wracają organy z początku, które znowu są przeplecione łagodniejsza melodią. Łagodny i szybki fortepian. Po eksperymentach z organami mamy do czynienia z Lachesis czyli fortepianowym solo. Czuć tu talent i umiejętności muzyczne Emersona. Nagła przerwa, fortepian milknie. Zaczyna się Atropos. Powracają złowieszcze i przerażające organy ale tylko na chwilę. Dostajemy "z liścia" w twarz. Zaczyna się dziwna melodia. Bardzo wesoła, z perkusją. Totalnie nie na miejscu. Po chwili i na chwilę pojawia się fortepian. Znika po kilku sekundach. Wraca ta dziwna, psychodeliczna melodia. Bardzo udziwnione zakończenie - jakiś wybuch. Osobliwa kompozycja. Nie bardzo mi się podoba, szczególnie ta ekscentryczna, ostatnia sekcja.

5. Tank

Sympatyczny marsz wzbogacony o psychodeliczną nutę. Wesoły rytm i melodia. Z tego, co wyczytałem, to Emerson gra tutaj na klawinecie. Brzmi to jak jakiś rodzaj syntezatora. Po dwóch minutach ta wesoła melodia przechodzi w perkusyjne solo Carla Palmera. Nie znam się na tym i nie umiem ocenić. Trzecia sekcja to klawinet, perkusja i syntezator. Znowu radosna i pozytywna melodia, z pewnym metalicznym akcentem. Czuć brzmienie syntezatora (to chyba te "rozpiszczane" dźwięki ale głowy nie dam). Na tle tej melodii pojawia się druga melodia. Kolejna niezwyczajna, nietypowa kompozycja ale fakt, całkiem spójna wewnętrznie.

6. Lucky Man

Kolejny utwór autorstwa Lake'a. Łagodna gitara ma swój urok. Słychać zarówno gitarę elektryczną jak i basową (na obu grał Greg Lake). Ok. 1:30 pojawia się dość łagodna ale sympatyczna solówka na elektryku. Prosta ale sympatyczna i urokliwa piosenka. Lake ma naprawdę świetny i miły dla ucha głos. Pod sam koniec, ok. 3:25 pojawia się solówka na syntezatorze (oczywiście Keith Emerson). Jest ona nieco zaskakująca. Nie spodziewałem się tego. Brzmi jak swoista parodia gitary elektrycznej ale oczywiście ma też swój syntezatorowy urok (zwłaszcza na końcu).

Pierwszy kontakt z muzyką tria Emerson, Lake & Palmer sprawił mi przyjemność. Wiele tu elementów zaskakujących słuchacza (które Was nie zaskoczą, jeśli czytaliście moją recenzję ;) ) czy będących udziwnieniem. Tak naprawdę jedyną w pełni typową i normalną piosenką jest ostatnia kompozycja, Lucky Man (którą Emerson "podrasował" na samym końcu). Muzyka zaprezentowana na tym debiutanckim dla zespołu albumie jest iście wielogatunkowa i zróżnicowana. Nawet w obrębie jednej kompozycji, muzycy potrafią używać wielu stylów (np. muzyka poważna i rock). Całość jest przyprawiona szczyptą psychodelii. Szkoda tylko, że solowa kompozycja Emersona (The Three Fates) mnie zawiodła. Spodziewałem się czegoś innego, lepszego.

Całość oceniam na 4. Nie mam zbyt wielkiego porównania. Ale niezwykle miło mi się słuchało tej muzyki. Jest naprawdę interesująca, choć nie jest to muzyka dla każdego. Nie mniej, warto dać jej szansę. Inaczej chyba bym o niej nie napisał tutaj. ;) Tylko zapewne stwierdził, że to "kicha" i skasował z ipoda. Tak, jak zrobiłem to swego czasu z Joy Division (którego nie trawię).

środa, 7 grudnia 2016

07.12.2016 - Nierewolucyjne odkrycie

Ostatnio sporo się u mnie działo. Remont pokoju oznaczał także przekopanie części kolekcji winyli mojego ojca, które były u mnie. Wśród nich znalazłem kilka interesujących rzeczy, które skrzętnie i chętnie przygarnąłem do siebie. Z tych warto wymienić np. kolejnego winyla The Rolling Stones (a ja dalej nie wyszedłem poza Out Of Our Heads...), debiut Joy Division (który mi się nie spodobał - sprawdziłem na youtube ze 2 utwory - kiedyś ściągnąłem i przesłuchałem ale też mnie nie porwało), jakąś płytę Jimiego Hendrixa (już wgrane na ipodzie - to, co nagrał i wydał za życia) czy przedmiot dzisiejszej recenzji.

W zremasterowanej wersji mojego pokoju pojawiła się m.in nowa wieża, na której czasem coś włączę. Recenzje jednak dalej piszę na podstawie odsłuchu z ipoda. Ale do rzeczy.

Dzisiejszy tekst jest (zaległym) prezentem mikołajkowym dla Słoneczka Agnieszki. Obiecałem, że będziesz mieć recenzję ale nawet nie miałem siły i ochoty wyjść do sklepu zrobić zakupów :(

Tekst będzie dotyczyć debiutanckiego albumu zespołu Exodus. Nie, nie jakiegoś thrash metalowego zespołu a polskiej grupy grającej rocka symfonicznego. Zespół ten powstał w okresie w którym SBB przeżywała zagraniczne sukcesy (co wyrażało się np. tym, iż zaczęli nagrywać płyty w Niemczech). Choć Exodus istniał w latach 1976 - 1984 to w tym okresie wydali zaledwie 2 albumy. Na marginesie dodam, że w pierwszej dekadzie XX w. ukazał się box ze wszystkimi (prawie - pominął tylko 1 składankę, wydaną zresztą grubo po rozpadzie zespołu) albumami zespołu wzbogacony o wznowienie składanki z ich singlami (pierwotnie wydanej w 1992 roku). Box ten zawierał także 2 albumy, które dopiero wtedy ukazały się w ogóle na rynku (choć były przygotowane znacznie wcześniej).


Niewiele wiadomo o samym zespole. Pierwszy album nagrali: Paweł Birula (wokal i gitara dwunastostrunowa), Zbigniew Fyk (perkusja i dodatkowy wokal), Władysław Komendarek (klawisze), Andrzej Puczyński (bas, gitary, syntezator i dodatkowy wokal), Wojciech Puczyński (gitara i bas, notabene brat Andrzeja).

Debiutancki album, The Most Beautiful Day (1980) uchodzi także za najlepszy ze skromnej dyskografii zespołu. Wcześniej słuchałem go tylko raz, w tym tygodniu. Muzykę ściągnąłem z ciekawości. Nie będę zdradzał swojej opinii. Przeczytajcie sami.

Płyta trwa niecałe 40 minut i przyciągnęła moją uwagę 20 minutowym utworem tytułowym zajmującym całą stronę B winyla.


Utwór otwierają delikatne choć ponure i złowieszcze klawisze. Całość się rozjaśnia po kilkunastu sekundach by ustąpić miejsca gitarom i perkusji. Wchodzi głos - mocny, męski, naprawdę piękny. Jeszcze mocniejszy jest w refrenie. Klawisze schodzą na drugi plan. Tekst nawiązuje nieco do biblijnej historii Arki Noego. Na początku trzeciej minuty mamy przejście a po nim solówkę. Przejście składa się z intrygującego motywu klawiszowego, który jest kontynuowany podczas solówki gitarowej. Koniec utworu - deszcz.

2. Stary Noe (film do pierwszego utworu zawiera też i tą piosenkę)

Dalej pada deszcz. Słychać delikatną, łagodną gitarę. Deszcz znika. Tym razem wokal jest łagodniejszy i delikatniejszy, jakby przeciwieństwo tego z poprzedniego utworu. Piosenkę ubogacają przejmujące, skromne zawodzenia syntezatora. Łagodne, chwytające za serce solo gitarowe zaczyna się ok. 2:25, otulone w smutne, elektroniczne dźwięki. Zgodnie z tytułem piosenki, tekst wyraźnie nawiązuje do Noego i jego Arki.

Utwory 1 i 2 są traktowane jako jedna ścieżka na winylu - wydania CD traktują je osobno.


Od razu wchodzimy w szybki i interesujący rytm. Nagłe ożywienie. Czuć radość i kolory w tej muzyce. Głos brzmi jak coś pomiędzy kobietą a mężczyzną. Tak jak poprzednio, syntezatory brzmią raczej jako dodatek niż danie główne (wyjątek: solo Komendarka w środku utworu, po którym następuje gitarowa solówka). Łagodna i sympatyczna nutka.


Smutny, rozpaczający syntezator otwiera utwór. Ubogacony jest on w basowe dodatki. Kiedy zanika, pojawia się gitara a syntezator zmienia swoje brzmienie na bardziej kosmiczne i tajemnicze. Kolejna łagodna piosenka. Uwielbiam te elektroniczne brzmienie, co się pojawia tu i tam. Wspaniała solówka Komendarka w 4 minucie. Po niej następuje jeden z lepszych gitarowych fragmentów w tym utworze. Stylowe i nawet sympatyczne zwieńczenie strony A płyty.


Po wypełnionej łagodnymi, delikatnymi oraz lirycznymi piosenkami stronie A, czas na danie główne - stronę B, tworzoną przez tylko jeden utwór. Tak długi czas trwania zwraca uwagę... i formuje pewne oczekiwania. Czy tytułowy utwór zaspokoi mnie i da mi dużą dawkę wrażeń?

Utwór otwiera gitara oraz klawisze, do których szybko dołącza perkusja. Muzycy grają szybciej niż na stronie A. Klawisze dodają nutkę tajemniczości i klimatu do całości. Bez nich muzyka ta byłaby pusta, nudna i wybrakowana. Po pierwszej minucie całość staje się "grubsza" dzięki szalonemu basowi. Szaleństwo Exodusu wciąż trwa. W drugiej minucie mamy kiczowatą melodię i wokal. W trzeciej minucie jest nieco ciekawiej. Jest przyjemnie, mięciutko i słodko. W piątej minucie mamy dziwną melodyjkę, tworzoną głównie przez klawisze. Muzyka nieustannie ewoluuje i się zmienia. Słychać przejście w stronę kolejnej sekcji. 
 
Tym razem, w 6 minucie, jest bardziej tajemniczo i nastrojowo. Robi się w końcu choć odrobinę ciekawiej. Nie ma tu szaleństw, jest za to lekka podniosłość (dzięki tym basowym wstawkom). Wchodzi wokal w 8 minucie. Znowu transwestyta śpiewa (?). Głos psuje to wszystko. Na szczęście szybko się zmienia. Teraz jest romantyczna strona Exodusu. Łagodna, delikatna i miła dla ucha melodia z lekkim, romantycznym, różowym odcieniem.

"Daj mi dłoń
Chodź, już nadszedł czas, by iść
Wokół nas jeszcze mrok
Lecz wiem, na pewno wiem
Tam, dokąd dojdziemy, już czeka nas
Ten najpiękniejszy dzień"
(fragment tekstu utworu)
 
W ok. 11:24 zaczynają się gitarowo-elektroniczne popisy. Tworzone jest przejście do kolejnej sekcji utworu. Delikatne szaleństwa ale wszystko jest utrzymane w ryzach przyzwoitości. Dziko jest w 13 minucie, na samym jej początku. Muzyka nabiera rumieńców, zwłaszcza dzięki szalonym klawiszom. Dzieje się sporo, nawet nieco gitary słychać. Najbardziej dynamiczna i aktywna część suity Ten najpiękniejszy dzień (jak na razie). Exodus daje czadu. Niestety, po niecałych dwóch minutach wracają nudne, smętne dźwięki. Znowu niewiele się dzieje. Gdyby nie bas i klawisze, chyba bym usnął. Wspaniałe dźwięki na tym nudnym tle. 

Utwór zbliża się ku końcowi. Po raz kolejny utwór rujnuje śpiew w stylu trans. Całość jest sympatyczna (poza wokalem). Znowu muzyka nabiera delikatnego, romantycznego, słodkiego różu. Zniekształcona gitara się popisuje, choć krótko. Na samym końcu, utwór zamyka powrót do motywy z samego początku. Niczym pętla. Wracamy do punktu wyjścia. Kończy się album.

Milutko, słodziutko, kolor(k)owo. Pluszowa i delikatna wersja rocka progresywnego. Takie w sam raz dla dzieci czy początkujących... żeby przeszły na Ciemną Stronę (Księżyca). ;)
 
Dwie strony płyty i dwa różne odcienie zespołu. Obu się słucha i odbiera nieco inaczej. Strona A - złożona z piosenek o różnych klimatach (zarówno tajemniczym - jak Widok z góry najwyższej, smutnym - Stary Noe oraz wesołym i pozytywnym - Złoty promień Słońca), kojarzy się z łagodnymi piosenkami, gdzie raczej muzyka stanowi tło niż danie główne. Strona B zaś skupia się na muzyce (przyprawionej szczyptą tekstu). Problem w tym, że danie główne średnio mi smakuje. Dla mnie jest nijakie, nie ma tego czegoś, tych barw i klimatu ze strony A. Takie zwykłe granie, by było miło i słodko. Jest to przyjemne w smaku ale zbyt pluszowe, puszyste. Można do tego wrócić, odprężyć się od mocnych i poważnych brzmień. Warto w każdym razie dać tej płycie szanse, jako i ja dałem. Stronę A oceniłbym na jakieś 4, może 4- zaś B, takie 2+, 3-. Całość niestety wychodzi ok. 3. Miłe dla ucha i przyjemne w odsłuchu ale danie główne zawodzi i to mocno. A może to ja miałem zbyt wysokie oczekiwania?

piątek, 2 grudnia 2016

02.12.2016 - Minirecenzje

Kolejna porcja moich minirecenzji - tekstów krótszych ale bardziej treściwych. ;) W końcu przekopiowałem te, których nie ma tutaj a które zamieściłem na fb.

------

"Out Of Our Heads" - The Rolling Stones (1965)



"Out Of Our Heads" (1965) to trzeci album The Rolling Stones. Po raz kolejny zawierał przede wszystkim covery - mniej lub bardziej znanych artystów (z tej grupy znam tylko Chucka Berry'ego i to dlatego, że Beatlesi nagrali jeden czy dwa jego utwory). Trzecia płyta się zdecydowanie różni od pierwszych dwóch, również przede wszystkim bazowanych na coverach.

Przede wszystkim - jak dla mnie, zespół odszedł od okołobluesowej stylistyki (chyba najmocniej czuć tego bluesa na debiutanckim albumie The Rolling Stones) i zamiast tego, zaczął grać nieco mocniej. Nieco ostrzejsze brzmienie z początku mnie odrzuciło i uznałem ten album za znacznie słabszy niż pierwsze dwa, wcześniejsze wydawnictwa (w tym drugi album zespołu, wydany również w 1965 roku). Wydawał mi się taki jakiś nijaki i nieco bezpłciowy, brakowało mu tego czegoś, co urzekło mnie na debiutanckim albumie.

Zespół zaczął grać nieco odważniej, z większą ilością efektów (np. brzmienie utworu I'm Free czy fragment utworu Hitch Hike gdzie wyraźnie słychać iż wokaliści są umieszczeni w różnych miejscach (nie umiem tego lepiej opisać). W brzmieniu Out Of Our Heads jest bardzo mało harmonijki ustnej (bodajże tylko w 1 utworze), instrumentu, który mnie się kojarzy przede wszystkim z bluesem (choć muzykologiem nie jestem ).

Ciężko mi tu o sprawiedliwą i wyważoną ocenę bowiem nabrałem nieco antypatii do tego albumu już na samym początku. Niemnie jednak, jest to płyta jakoś słabsza od poprzednich. Może tylko trochę, może znacznie ale wydaje mi się iż taką miarą "dobrości" może być ilość utworów, które mi się szczególnie podobają. Na tej płycie - jakieś 4 na 12 a na debiucie Stonesów - aż 10 na 12. To jest olbrzymia różnica. 

Trzy gwiazdki. Tylko 3* bo tylko 1/3 (4/12) utworów mi się szczególnie podobała. Oby bardziej eksperymentalny i odważny Aftermath (1966) był lepszy.

------

"Oxygene 7-13" - Jean Michel Jarre (1997)



Oxygene 7-13 (1997) w założeniu jest następcą i kontynuacją oryginalnego Oxygene z 1976 roku. 20 lat które upłynęły od międzynarodowego wydania Oxygene (1977, rok 1976 odnosi się do oryginalnego wydania francuskiego) były bardzo burzliwe muzycznie. Z epoki rocka świat muzyczny przechodził w epokę klubowego techno i ogólnej fascynacji lekką, taneczną elektroniką. W międzyczasie lata 80-te były przede wszystkim domeną nieco kiczowatego ale sympatycznego popu i synthpopu. Jean Michel Jarre również postanowił wpisać się w nową rzeczywistość muzyczną i spróbować nagrać coś w nowszym, świeższym stylu i w zgodzie z aktualnymi trendami w modzie (nie mylić z Depeche Mode). Tak zapewne narodził się pomysł i wizja Oxygene 7-13.

Jak można się domyśleć i wywnioskować z samego tytułu, album ten tworzy 7 utworów. Myliłby się jednak ten, kto myślałby iż Oxygene 7 jest logicznym ciągiem dalszym Oxygene 6. Tak się niestety nie stało (choć wówczas na rynku pojawiły się zestawy płytowe zawierające oryginalne Oxygene jak i Oxygene 7-13 - sam posiadam taki box, wzbogacony o niedostępne nigdzie indziej Re-Oxygene - składankę z remixami Oxygene 7-13). Oba te albumy to zupełnie osobne i niemalże nie powiązane ze sobą wydawnictwa. Zapewne podobnie będzie z zapowiedzianym niedawno przez Jarre'a Oxygene 3, który ukaże się jeszcze w tym roku - także w formie zbiorczej (trylogia Oxygene).

Oxygene 7-13 poniekąd bazuje na sławie i pozycji swojego starszego, analogowego brata ale w rzeczywistości jest albumem zupełnie nowym i świeżym. Sporadycznie odwołuje się do niektórych brzmień znanych z oryginalnej płyty ale wpisuje je w nowe dźwięki, nowe "środowisko muzyczne". Wiele tych zapożyczeń czy nawiązań do kultowego już pierwowzoru nie ma - zaledwie dwa: Oxygene 9 nawiązuje do klimatów Oxygene Part 1 ale nadaje im nową formę i je zdecydowanie odświeża brzmieniowo zaś Oxygene 13 to skrócona, przyśpieszona i bardziej rytmiczna wersja Oxygene Part 6. Przynajmniej te dwa powinny się "rzucić w ucho" osobie znającej oryginalne Oxygene z 1976 roku.

Nowe Oxygene brzmi zdecydowanie odmiennie od oryginału. Brzmienie Oxygene 7-13 jest znacznie bardziej dynamiczne i szybsze. Także więcej jest tu sekwencerów (szczególnie w Oxygene 11 i 12). Dużo klubowych rytmów, które na pewno pobudzą kogoś niczym dobra kawa. Poza Oxygene 9, nie ma tu niczego z oryginału - Oxygene 7-13 to w praktyce jego przeciwieństwo (choć Oxygene z 1976 zgrabnie łączy medytacyjne, ambientowe klimaty z rytmicznymi i chwytliwymi melodiami to jednak Oxygene 9 pełni raczej rolę przerywnika). Oxygene 7-13 można określić jako płytę skoncentrowaną na rytmie a nie na brzmieniu.

Warto zwrócić uwagę na to, że Oxygene 7-13, mimo znacznie odmiennego stylu i brzmienia, nawiązuje swoją formą do swojego przodka z lat siedemdziesiątych. Praktycznie wszystkie utwory się ze soba łączą i tworzą prawie spójną całość. Dobrze to słychać np. w końcówce Oxygene 11 (elektroniczne efekty nieco nawiązujące do niektórych brzmień z lat 70-tych) i na samym początku Oxygene 13. Poczucie spójności wzmacnia pewna jedność stylistyczna wszystkich utworów na płycie (co nie oznacza iż są one klonami albo są na jedno kopyto).

Oxygene 7-13 to dobry album ale porównywanie go do oryginalnego Oxygene to jak porównywanie "malucha" (Fiat 125p bodajże) do Ferrari - niby i to samochód, i to samochód ale jednak dzieli je spora przepaść i dystans. Niewiele jest elementów łączących obie te płyty a różnice są zauważalne "gołym uchem". Można wręcz odnieśc uczucie, że nazwanie tej płyty Oxygene 7-13 to po prostu zabieg marketingowy (oryginalne Oxygene to najbardziej rozpowszechniony i najbardziej kojarzony album Jean Michel Jarre'a) mający na celu poprawienie zysków poprzez doczepienie do nowej muzyki łatki kontynuatorki magnum opus JMJ z 1976 roku. Można się o to spierać i dyskutować. Ale z mojego punktu widzenia (i z punktu widzenia celu pisania recenzji) najważniejsza jest muzyka. Stąd, moja ocena uwzględnia przede wszystkim walory muzyczne. Dlatego też Oxygene 7-13 zasługuje na co najmniej 4. Sympatyczny w odsłuchu ale na dłuższą metę się nudzi - wszystko jest zbyt podobne i nie ma tu wielu niuansów na których można się skupić i "zawiesić ucho".

Myślę iż płyta ta nie spodoba się osobom nie lubiącym nowocześniejszych brzmień. Tu jest bardzo nowocześnie. Jarre świetnie się wpisał w nowsze trendy muzyczne. Zaproponował dzieło aktualne z obecnymi trendami i wymogami rynku i jednocześnie tchnął w nie odrobinę starego ducha (poczucie jedności i spójności tej muzyki oraz kilka odwołań do swojego klasyka). Czy z nadchodzącym Oxygene 3 będzie podobnie czy jednak skończy się tylko na szumnych zapowiedziach i kuszącej okładce, nawiązującej do Oxygene z 1976 roku ?

--------

"Zoolook" - Jean Michel Jarre (1984)



Pod tym chwytliwym i intrygującym tytułem kryje się kolejna eksperymentalna płyta tego muzyka. Tym razem Jarre postanowił ubogacić się kulturowo i wprowadzić językowe multikulti do swojej muzyki.

Zoolook słynie przede wszystkim z olbrzymiej ilości sampli wokalnych i / lub rzeczywistego głosu ludzkiego. Mamy tu wykorzystane wiele języków (pojawia się m.in angielski, chiński, niemiecki, polski, język eskimosów). Album łączy w sobie wieloetniczność z syntezatorowym kosmopolityzmem.

Jarre eksperymentuje także z cięższymi, mroczniejszymi brzmieniami. Spora część utworów Ethnicolor i Diva to przede wszystkim muzyczny mrok okraszony bogactwem językowym naszej planety. Jarre chyba nie byłby sobą jakby do tego wszystkiego nie wtrącił bardziej chwytliwych i rytmicznych sekcji. Tu taką rolę pełnią przede wszystkim single z tego albumu: Zoolook i Zoolookologie.

Warto wspomnieć też o drugiej części utworu Diva i Blah Blah Cafe. Są to nagrane ponownie kompozycje wykorzystane wcześniej w ramach happeningu "Music For Supermarkets " (1983). Jarre wówczas, zainspirowany wystawą związaną z tym projektem, postanowił iż płyta ta będzie unikatowym dziełem sztuki i zniszczył taśmę-matkę (później pozwolił puścić płytę w radio - wszystkie kopie Music For Supermarkets w necie pochodzą prawdopodobnie z tej transmisji radiowej). Płyta winylowa z tym albumem istnieje do dzisiaj, choć tylko w jednym egzemplarzu. Część utworów ukazała się na innych płytach Jarre'a w odświeżonej i zmodyfikowanej formie.

Co jeszcze proponuje Jarre na Zoolook? Dużo nowoczesnych i rozrywkowych brzmień. Album ten naprawdę zachęca do tańca.

Od strony technicznej, jest to rozwinięcie eksperymentów z samplingiem z poprzedniej płyty muzyka (Magnetic Fields, 1981). Tu Jarre poszedł jeszcze dalej - samplował całe frazy, wyrazy i odgłosy. Bez nich, płyta ta byłaby totalnie nijaka.

Zoolook jest dość interesującym albumem o bardziej nowoczesnym, może nieco industrialnym brzmieniu. Choć poprzedni album muzyka był znacznie łagodniejszy i łatwiejszy w odbiorze to jednak Jarre odrzucił prostotę formy na rzecz bardziej skomplikowanej i odważniejszego brzmienia. To słychać zwłaszcza w tych "głównych" utworach - Ethnicolor i Diva a także w krótszym, tajemniczym i w pewnym sensie hipnotyzującym oraz urzekającym Wooloomooloo.

Gdybym miał wymyślić jakiś slogan, pod którym reklamowałbym ten album, to z pewnością bym skorzystał z tego, który ukułem podczas odsłuchu tej płyty: Elektroniczna oda do multikulturalizmu.
Całość oceniam dość pozytywnie i dobrze. Zaskakująca forma i wiele ciekawych pomysłów (np. druga część kompozycji Diva - "piosenka afrykańskiej księżniczki"). Płyta nie tylko dla orędowników multikulturalizmu, choć nie każdemu podoba się nacisk na elektroniczne brzmienie (dla odmiany, pojawiają się tutaj gitary, w tym basowa - których jakoś nie wyczułem).

piątek, 7 października 2016

07.10.2016 - Minirecenzje 2: Orchestral Manoeuvres in the Dark & AERO

Miałem ochotę na napisanie kilku tekstów. Wyszły dłuższe niż poprzednie minirecenzje ale zostały napisane po odsłuchu. Oczywiście zostały opatrzone hasztagami #minirecenzje i #SłonecznikSłucha . Dzisiaj jakaś odmiana: OMD (debiut) i AERO (składanka od Jean Michel Jarre'a). Ze względu na długość tekstów, publikuję tylko 2 minirecenzje. Ze względu na ich długość, powinny to być "minirecenzje". ;)

Orchestral Manoeuvres in the Dark - Orchestral Manoeuvres in the Dark (1980) - napisane 05.10.2016

Dzisiaj nie było żadnych miłych chwil w busie. Paskudna pogoda i nie miałem ochoty. Przed chwilą sobie włączyłem nieco muzyki by trochę lepiej mi się pracowało. No i wybór padł na debiutancki album OMD, nazwany Orchestral Manoeuvres in the Dark (1980). Kiedyś słuchałem OMD, nawet kupiłem parę płyt ale przeszło mi i je sprzedałem (a jedną oddałem komuś za darmo).

Jakiś czas temu, znowu sobie ściągnąłem OMD. W trakcie odsłuchu pojawiła się myśl aby napisać jakąś minirecenzję.

OMD grają synthpop. Brzmi on znacznie odmiennie od wczesnego Depeche Mode. Brzmienie OMD jest trochę chłodne i miejscami nawet poważne ale nie jest ono całkowicie lodowate. Muzykę ocieplają np. mocne, wyraźne brzmienia gitary basowej, kilka bardziej skocznych kawałków (a wszystkie są bardzo melodyjne) i... jeden czy dwa wtręty saksofonowe.

Miejscami brzmienie nawet nawiązuje do Kraftwerk, jeśli nie bezpośrednio czerpie z niego. Zresztą Andy McCluskey, jeden z muzyków z OMD, bardzo ceni sobie muzykę Kraftwerk. Myślę, iż szczególnie czuć to w utworze "Dancing". Z jednej strony mamy tu taki trochę niezdarny, słodki taniec (ale jest to inny wymiar, rodzaj słodyczy niż w instrumentalnym Big Muff z debiutanckiej płyty Depeche Mode, wydanej w 1981 roku) z drugiej zaś... kilka krótkich, vocoderowych fraz i nieco mechaniczny bit. A z trzeciej strony zespół wrzuca w intrze do tego utworu urokliwy, nastrojowy jazz. Bardzo sympatyczny utwór.

Jeszcze jeden mechaniczno-Kraftwerkowy element odnalazłem w utworze otwierającym tą płytę - Bunker Soldiers. Tematyka piosenki niby ludzka - wojna i sprawy pokrewne. Jej brzmienie zaś jest bardzo mechaniczne, niemalże sztuczne, jakby w całości zaprogramowane.

Nie znam tekstów piosenek OMD ale one wydają się być bardziej skomplikowane i poważniejsze od wczesnych piosenek Depeche Mode. OMD nawet dość poważne piosenki (np. Electricity - jeden z singli z tej płyty) aranżuje na wesołą i sympatyczną nutę.

Jest melodyjnie, jest wesoło, jest elektronicznie. Całości się słucha naprawdę sympatycznie. Na tej płycie nie ma słabych momentów (w przeciwieństwie do Speak & Spell DM - nie przepadam za instrumentalnym Big Muff czy nieco homoseksualnym w swoim wydźwięku What's Your Name). 

Całkiem dobry synthpop. Choć OMD są w zasadzie z tej samej epoki co DM to jednak mają odmienną stylistykę. Brakuje tutaj młodzieńczej naiwności w brzmieniu. Całość brzmi dojrzale, choć okazyjnie muzycy "puszczają oko" (np. Red Frame, White Light - zaskakująca piosenka o... budce telefonicznej !). Zasłużona 5. Jak dla mnie - debiut OMD jest lepszy od debiutu DM (choć są takie piosenki ze Speak & Spell, które wprost uwielbiam np. Tora! Tora! Tora! ). Warto posłuchać. Polecam, Słuchający Słonecznik. 
 
-------------
 
Jean Michel Jarre - AERO (2004) - napisane 07.10.2016
 
Minirecenzja dedykowana dla kochanego i smutnego Słoneczka :*
  Dzisiaj w autobusie znowu nabrałem ochoty na jakieś miłe chwile z dźwiękami ze słuchawek. Muzykę Jarre'a odkryłem w gimnazjum i w zasadzie po gimnazjum jej już nie słuchałem. A szkoda bo wbrew pozorom nie jest taka tragiczna. Choć obecnie Jarre zdecydowanie nie jest na topie to jego nagrania z lat 70. i 80. wciąż są warte uwagi. O jednej z jego kultowych pozycji, Oxygene (1976). napisałem na blogu tutaj: http://pacisfear.blogspot.com/…/19042015-wpuszczam-troche-t… .

Dzisiaj chciałbym napisać o innej płycie tego muzyka - składance AERO z 2002 roku. W przeciwieństwie do typowego The Best Of, na płycie tej zawarte są nowe wersje starych, klasycznych kompozycji Jean Michel Jarre'a. Podobnie zresztą jest z The Mix (http://pacisfear.blogspot.com/…/02042015-mix-czyli-elektrow…) od Kraftwerk (1991). Warto w tym miejscu wskazać, że na AERO mamy dodatkowo 3 zupełnie nowe kompozycje.

Wspomniałem wcześniej, że AERO jest składanką z odświeżonymi wersjami dobrze znanych (wybrańcom ;) ) utworów. Nieprzypadkowo tytuł albumu jest zapisywany jako AERO a nie Aero albowiem AERO oznacza: Anthology of Electronic Revisited Originals (Antologia Elektrocznie Odświeżonych Oryginałów). AERO jest także blisko związane z "oxygene" czyli tlenem. Oxygene to tytuł pierwszej dojrzałej płyty muzyka. Ot taka mała "teoria spiskowa", drugie dno sprawy. :)

Wśród starych kompozycji znajdują się takie numery jak Oxygene Part 2, Oxygene Part 4, Equinoxe Part 4, Magnetic Fields Part 1 (tylko sekcja pierwsza). Całość jest połączona ze sobą "scenami", krótkimi, instrumentalnymi dodatkami. Przykładowo, przed Souvenir of China słyszymy jakieś wspomnienia z Chin, jakieś migawki aparatów fotograficznych, śpiew chińskich dzieci (podobnie jak na oryginalnej wersji z The Concerts in China z 1981 czy 1982 roku).

Dodatkowo, w bonusie jest zupełnie świeża wersja Rendez-Vous 4. Całkiem przyjemna ale to tylko bonus. :)

Wszystkie utwory brzmią znajomo ale czuć iż zostały odświeżone. W przeciwieństwie do Kraftwerk, Jarre zachował sam szkielet kompozycji i to, co jest z nimi kojarzone. Kraftwerk zaproponowali na The Mix zupełnie nowe aranże, Jarre na AERO tchnął nowego, współczesnego ducha w utwory z lat 70. i 80. (z wyjątkiem Chronology 6, który jest z bodajże 1993 roku). Wszystkie te utwory zostały wzbogacone i odświeżone ale nie brzmią pokracznie. Można obawiać się tego, czy nowy aranż np. nie zniszczy tego, co w Oxygene Part 2 najcenniejsze. Fakt, brakuje tu nieco tej atmosfery, którą Jarre zbudował na oryginalnej płycie ale za to utwór ten jest zdecydowanie żywszy i bardziej pobudzający. Podobnie jest np. z Equinoxe Part 3, gdzie brakuje tego mistycznego klimatu ale nie jest tragicznie. Może Jarre uznał iż nie ma co na siłę zachowywać starego ducha tych utworów bo współczesny słuchacz nie tego oczekuje od muzyki? Zapewne wychodząc z tego przekonania, postanowił wzmocnić rytm i basy. Słychać to np. w Oxygene Part 4, jednej z jego najbardziej znanych kompozycji.

Nowe utwory nie rozczarowują. Są przyjemnym dodatkiem do całości. Mam poczucie, że one wyolbrzymiają te cechy, które zostały dodane. Brzmią jeszcze bardziej rozrywkowo. Może i nawet dałoby się do nich potańczyć.

Pomimo odświeżenia klasyków, one raczej nie zrobiłyby furory na parkietach. Wciąż jest to muzyka do cieszenia się i rozkoszowania a nie do tańczenia. Nowy duch ale ciało stare.

Pisząc recenzję należy być obiektywnym. Niestety, AERO nie jest płytą idealną. Najgorzej zAEROnżowanym (taki potworek słowny - zaaranżowany + AERO :P ) utworem jest, moim zdaniem, Magnetic Fields Part 1. Zapowiadał się dość dobrze - ciekawy wstęp, pełen atmosfery. Miło, że Jarre wykorzystał Theremin. Ale jakoś ten aranż nie przypadł mi do gustu. Po prostu mi się nie spodobał. Może liczyłem na coś więcej a nie otrzymałem tego? Nie wiem i nie umiem powiedzieć, niestety.

Całość oceniam dość dobrze. Nie jest to typowa składanka. AERO prezentuje zupełnie nowy, świeży punkt widzenia na najsłynniejsze kompozycje muzyka. Pokazuje ewolucję dźwiękową muzyka (jeśli spojrzymy też i na stare, oryginalne wersje tych utworów) i, niestety, Jarre poszedł dalej tą drogą. Drogą, która zaprowadziła go do jednej z jego najbardziej kontrowersyjnych płyt - Teo & Tea (2007). Ale nie ta płyta jest przedmiotem tej recenzji. AERO zaś oceniam na tyle, ile liter ma tytuł tej płyty. Czyli 4. To dobra składanka, może nawet nieco interesująca ale ile razy można słuchać tych samych motywów (w różnych aranżacjach) ? Nie samym Oxygene (tlenem) człowiek żyje...
 

wtorek, 13 października 2015

13.10.2015 - Niebo i Piekło

Pierwotnie miałem napisać recenzję albumu "Heaven And Hell" (Vangelis, 1975) ale Słoneczko Agnieszka (drugie Słoneczko, nie Agnieszka z IPSu ;) ) wybrała Apokalipsę Zwierząt (ten sam autor, 1973). Dalej nie odczuwam ochoty na granie więc postanowiłem napisać kolejną recenzję.

"Heaven And Hell" jest jednym z kilku albumów Vangelisa, które kupiłem. Dawno tej pozycji nie słuchałem i z wielką przyjemnością powrócę do niej w tej recenzji.


W zasadzie nie wiem co o tym albumie na wstępie napisać. Składa się z dwóch utworów (a w zasadzie to z dwóch i pół, gdyż ta połówka to oddzielnie wyróżniona sekcja z utworu pierwszego). Dwie długie suity. Każda z nich ma nieco ponad 20 minut.

Cały album jest dostępny na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=_ss8RrowGjE .

1. Heaven And Hell, Part I

Utwór rozpoczyna się od tajemniczych i majestatycznych klawiszy do których po kilkunastu sekundach dołącza chór. Nagle utwór startuje. Zaczyna się bardzo szybka i agresywna część. Mocne basy i szybka perkusja. Dziwny chór i szalona melodia, która rzuca się w uszy. Bardzo zwariowany początek. Niektóre brzmienia zdają się mieć swoje korzenie w orkiestrze. Nagle, ok. 2:40, rytm znika i wracamy do początku a następnie do tegoż samego rytmu. Czuć zmiany i modyfikacje. Ok. 4:40 zaczyna się kolejna sekcja. Jeszcze raz mamy majestatyczne i ciekawe klawiszowe brzmienia z odrobiną dynamiki. Pod koniec 5 minuty zmienia się charakter muzyki, dochodzą delikatne orkiestralizacje (?) i chór. Muzyka nieustannie ewoluuje i się zmienia - np. niebiański motyw ok. 6:46. Dość dziwny chór. Ok. 8:10 mamy krótkie ale wspaniałe solo i chór. Tą muzykę jest mi niezmiernie trudno opisać. Ok. 8:40 mamy jeszcze raz niesamowity fortepian. Część tą uzupełniają syntezatory i chór oraz perkusja. Ok. 10:40 następuje klasycznie brzmiąca sekcja. Sam, czysty fortepian. Później dołączają do niego chóry. 12:40 - kolejny majestatyczny i wspaniały syntezator. Po nim muzyka staje się znacznie łagodniejsza i delikatniejsza - Vangelis porusza słuchacza niesamowitą grą na fortepianie i syntezatorowymi dodatkami. W 14 minucie fortepian jest okraszony bardzo strasznymi dźwiękami. Z tego powoli wyłania się kolejny motyw. Ok 15:15 pojawiają się klasycyzujące brzmienia na tle tego motywu. Całość brzmi jak połączenie orkiestry z elektroniką. Ok. 16:55 muzyka całkowicie znika a kilka sekund później, z ciszy, wyłania się kolejna część utworu - So Long Ago, So Clear. Jest to pierwsze nagranie Vangelisa razem z Jonem Andersonem (Yes). Jego "kobiecy", miękki wokal wydaje się współgrać z delikatnością i łagodnością tej muzyki. Tu także jest nieco klasycyzującego klimatu (np. 20:00 i dalej). Koniec części pierwszej przynosi piękne dźwięki, rodem z muzyki poważnej. Bardzo dziwna muzyka. Z jednej skrajności (dynamiczny i szybki motyw od ok. 2:40) przechodzi w drugą (brzmienia klasycyzujące). Całość jest ciekawie zaaranżowana i miło się tego słucha.

2. Heaven And Hell, Part II

Tym razem jesteśmy w samym środku jakiejś maszynerii. Coś złowieszczo stuka, puka. Muzyka brzmi bardzo niepokojąco i eksperymentalnie. Tak jak w poprzednim utworze, po dość cichej i spokojnej sekcji nagle wybucha bardzo rytmiczna i melodyczna. Ok. 4:22 do tego rytmu dołącza się melodia grana na trąbce (?). Po przerwie, "trąbka" powraca ok. 5:09. Dość szybko znowu zostaje przerwana. Ok. 6:45 zaczyna się kolejna sekcja. Otwiera ją cichy, niepokojący chór i syntezatorowe grzmoty, pomruki. Muzyka staje się znowu coraz dziwniejsza. Jakaś tajemnicza maszyneria generuje coraz bardziej zwariowane dźwięki. Ok. 9:20 pojawia się sympatyczna melodia na tle dziwnych dźwięków. Całość brzmi nieco przypadkowo i chaotycznie. W 10:00 chór z początku tej sekcji powraca. Nałożono na nie niebiańskie chóry. W pewnym momencie chór znika i zamiast niego pojawia się łagodna muzyka oraz piękny, kobiecy wokal. Muzyka się rozwija i brzmi cały czas dziwnie. Czyżbyśmy przeszli do Nieba? Chór się ścisza i słychać bijący dzwon... Trochę niepokojące. Ok. 15:30 zaczyna się kolejna część. Triumfalna parada w Niebiosach. Mocne bębny i anielskie trąby obwieszczają Dzień Sądu. Całość brzmi naprawdę wspaniale i majestatycznie. Partia ta przechodzi płynnie w łagodny, delikatny, niebiański pasaż z elektronicznymi quasi-chórkami. Bardzo delikatne i skromne a zarazem piękne zakończenie. Z Piekła przeszliśmy do Nieba....

"Heaven And Hell" jest albumem zróżnicowanym i dość dziwnym. Z jednej strony mamy nutę rocka progresywnego a z drugiej - szczyptę muzyki poważnej. Całość jest przyprawiona sporą ociupinką dziwaczności. Ta muzyka jest bardzo żywa. Dużo się tu dzieje. Obie suity zauważalnie różnią się od siebie. Pierwsza stawia bardziej na rytm, druga jest spokojniejsza.

Nawet przyjemnie mi się tego słuchało. Nie odbieram tej muzyki jako nudnej ani specjalnie dłużącej się i rozlazłej, rozciągniętej na siłę. Vangelis zaprezentował coś nietypowego. Ale "Heaven And Hell" odstaje od moich gustów, którym bliższe jest np. "Spiral" (1977) autorstwa tego samego muzyka. Stąd też "Heaven And Hell" oceniam jedynie na 4. Można posłuchać raz na jakiś czas i jest to ciekawe, nietypowe. Ponadto nie przepadam za dziwnym, "kobiecym" głosem Andersona. Po prostu mi się nie podoba - w przeciwieństwie do właśnie zrecenzowanej płyty.

13.10.2015 - Apokalipsa zwierząt wg Vangelisa

Postanowiłem bliżej się przyjrzeć twórczości Vangelisa. Parę płyt już kiedyś wcześniej przesłuchałem (w tym jeden z jego najbardziej znanych albumów - Spiral z 1977, który w 2013 roku zrecenzowałem). Nawet kilka kupiłem ale nigdy nie słuchałem jego muzyki jakoś częściej, podobnie jak z jeszcze większą dyskografią Klausa Schulze.

Vangelis jest raczej znany jako autor muzyki filmowej chociaż niektóre jego płyty także były / są dość popularne. Jest artystą łączącym muzykę poważną, elektroniczną a także rock progresywny.

Album, któremu poświęcona jest ta recenzja nosi tytuł: "L'Apocalypse Des Animaux" i wyszedł w 1973 roku. Jest to soundtrack do serii filmów dokumentalnych (przyrodniczych zapewne) wyemitowanych przez francuską telewizję w 1970 roku. Muzyka ta jest jednym z najwcześniejszych solowych dzieł Vangelisa.



35-cio minutowa płyta składa się z 7-miu utworów. Wszystkie mają francuskie tytuły. Czas trwania jest zróżnicowany ale dominują utwory ok. 5 - 10-minutowe. Całość jest dostępna na youtube: https://www.youtube.com/watch?v=IcosNfFsHQk .

1. Apocalypse des animaux – Générique. Bardzo krótki a zarazem melodyjny i łagodny utwór. Jest w nim nieco mroku. Przewija się w nim delikatny rytm, który powtarza się niemalże cały czas.

2. La Petite Fille de la mer. Początek jest bardzo łagodny choć smutny. Dominuje tu delikatny, skromne klawiszowe brzmienie, bardziej zbliżone do fortepianu niż do syntezatora. Nie oznacza iż nie ma tu czegoś więcej. Tło jest bardzo ciche i dodaje głębi całości. Niektóre dźwięki, same pojedyncze dźwięki są naprawdę wspaniałe - brzmią jak promień słońca odbijający się od morza, jak migocząca gwiazdka na niebie. Utwór brzmi pozornie monotonnie i identycznie (np. porównajcie początkowe brzmienie motywu i jego wersję z 5-tej minuty).

3. Le Singe Bleu. Kolejny raz smutny fortepian. Ciekawe efekty dźwiękowe - np, drganie dźwięku. Pojawiają się też brzmienia podobne do trąbki lub pokrewnego instrumentu - także w żałobnej tonacji. Wydawać się może iż do poprzedniego utworu dodano tylko tą trąbkę gdyż brzmienie fortepianu jest zbliżone (ale dźwięki i nuty są inne). W 4 minucie utwór zmienia swoje brzmienie lecz wciąż jest smutny. W 5 minucie fortepian brzmi jak krople wody wpadające do rzeki. Utwór jest cichy i łagodny ale chwyta za serce.

4. La Mort Du Loup. Zupełnie inne brzmienie, chociaż także smutne lecz nie tak jak poprzednie dwa utwory. Ostatnie pożegnanie wilka, który umarł o zachodzie słońca. Pojawia się (akustyczna?) gitara ale pełni szczątkową rolę i raczej tylko zręcznie dopełnia całość. Sądzę po muzyce iż wilk ten umarł godnie. ;)

5. L'Ours Musicien. Niedźwiedź-muzykant. Najkrótszy utwór na tej płycie. Dość wesoły utwór. Co jakiś czas przewija się motyw z początku utworu. Miły, delikatny, łagodny przerywnik.

6. Création Du Monde. Najdłuższy utwór na tej płycie - 10 minut. Zaczyna się bardzo mrocznie i ponuro. Ciemna noc. Na niemalże idealnie czarnym niebie pojawił się złoty punkt. Zaczyna on promieniować światłem. Stopniowo się powiększa. Oto narodziny księżyca. Kolejna łagodna kompozycja. Ten utwór brzmi niemalże identycznie cały czas ale okazyjnie urozmaica go światło księżyca. W 5 minucie światło księżyca malowniczo wpada do pobliskiego jeziora. Stopniowo utwór staje się intensywniejszy i głośniejszy. Nie każdemu się spodoba ta kompozycja. Ja chyba go nie czuję. Zbyt rozlazły, taki nijaki, za długi.

7. La Mer recommencée. Malownicza, spokojna, łagodna kompozycja. Po raz kolejny mamy morze, księżyc i noc. Styl utworu jest bardzo podobny do poprzedniego ale ten utwór brzmi lepiej moim zdaniem. Można usłyszeć migotanie księżyca. W 3 minucie morze wzbiera. Jest tu nieco dramaturgii. Pod koniec utworu zaczyna się robić jaśniej, księżyc zachodzi a na jego miejsce szykuje się słońce.

Płyta ta dzieli się w zasadzie na trzy części: różnego rodzaju żałobne, smutne motywy (utwory 2 i 3 oraz 4), ambientowe, malownicze "scenki rodzajowe", krajobrazy muzyczne (utwory 6 i 7) oraz różne, nie pasujące do dwóch wspomnianych grup (utwory 1 i 5). Utwór 4 może być rozpatrywany jako coś pomiędzy grupą pierwszą i drugą.

Na "L'Apocalypse Des Animaux" przeważają raczej smutne brzmienia. Całość jest raczej interesująca, szczególnie utwory 2 i 3. Płyta bardzo łatwo pozwala złapać swój nastrój i może wpłynąć na odczucia słuchacza. Płyta raczej spodoba się fanom muzyki spokojnej i ambientu. Jak dla mnie - raczej 3+, może 4-. Średnio mi się podobała całość ale są utwory na które szczególnie zwróciłem uwagę - 2 i 3. Myślę iż te dwa (oraz ewentualnie jeszcze utwór 4) to najlepsze fragmenty z tego albumu.