Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Oldfield. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Oldfield. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 stycznia 2017

21.01.2017 - Nocne, tubularne recenzowanie

Zgodnie z tytułem tego posta, przedmiotem tej recenzji będzie jakiś rurowy album Mike'a Oldfielda. Ma on ich wiele na swoim koncie - od oryginalnego, debiutanckiego, nieco wariackiego i szalonego oryginału po mnóstwo późniejszych aranżacji czy po prostu odcinania kuponów od swojej tubularnej sławy. Zamierzam zrecenzować część trzecią cyklu, Tubular Bells III (1998). Z moimi przemyśleniami o charakterze recenzyjnym dotyczącymi pierwszej części tej sagi muzycznej możecie się zapoznać w tym tekście: Zbiór minirecenzji .

Tubular Bells III nawiązuje do oryginału już samą okładką, choć dla niektórych to może być za mało. Wówczas należy spojrzeć na bok pudełka i się upewnić czy to oryginalna płyta Oldfielda czy jakiegoś podrabiańca. ;)

Tak, to jest okładka.

Podobnie jak niezrecenzowany jeszcze przeze mnie Tubular Bells II, album ten doczekał się koncertu premierowego. Oba wydarzenia ukazały się na VHS a także zbiorczo na DVD. W swoich zbiorach posiadam zarówno te zbiorcze wydanie jak i prawie całą serię Tubular Bells (poza jednym - bardzo słabym - albumem i składankami, które można podpiąć pod nią).

W miarę możliwości, podlinkuję muzykę z Youtube do poszczególnych utworów. Niestety nie ma jednego filmu z całością - jest natomiast wspomniany wyżej film z koncertu. Także zapis całego koncertu a nie tylko jego "trzeciotubularna" "większa połowa".


Utwór otwiera płytę porywistym, elektronicznym wichrem. Po nim zapada tajemnicza cisza z której wyłania się nowa wersja klasycznego wstępu z oryginalnego Tubular Bells (1974). Bardzo łagodny fortepian doprawiony współczesnymi, klubowymi efektami i basami. Po kilku chwilach kompozycja nabiera kolejnych dyskotekowych rumieńców. Nie jest nazbyt wyuzdana, wręcz przeciwnie. Brzmi bardzo przyjemnie. Pojawia się delikatna gitara (?) a także kobiece głosy (lub sample). Czuć inspirację Ibizą. Świeże powietrze tchnięte w stary motyw. Brzmienie nie jest zbyt mocne ani przegięte, choć fani oryginału mogą być zawiedzeni. Na końcu - fajna wariacja na temat motywu, przeradzająca się w prawdziwe szaleństwo.

2. The Watchful Eye (film zawiera dwa utwory- ten i następny)

Po wybuchu przechodzimy płynnie do kolejnego utworu. Znowu nastrojowe, łagodne i subtelne brzmienia. Brzmi to jeszcze lepiej niż podobny fragment z poprzedniego utworu. Pojawia się delikatna melodia, nieśmiało wyłaniająca się z szumu ciszy. Po chwili zmienia się ona w łagodne brzmienia gitary.


Mocny, rytmiczny bit. W tle słychać elektronikę, robiącą łagodne tło dla gitary. Sama gitara nie brzmi szaleńczo - wręcz przeciwnie. Jest bardzo barwna ale łagodna i stonowana. Utwór się nieco rozwija i wzbogaca o dodatkowe, skromne efekty elektroniczne ale sama baza to bit + gitara. W drugiej połowie staje się ona nieco szybsza. Znowu pojawia się wokal kobiecy. Całość jest niezwykle łagodna i odprężająca. Nie wymaga wiele wysiłku od słuchacza - wystarczy tylko nałożyć słuchawki.


Gitarowy popis. Znikają ciche, elektroniczne brzmienia tworzące przejście. Ten utwór to trio Mike, jego gitara i uszy słuchacza. Mocniejszy od dotychczasowych brzmień na tej płycie ale jednak wciąż dość subtelny i stonowany. Bardzo dużo się dzieje. Warto zwrócić szczególną uwagę na ten utwór. Efekty elektroniczne są tylko jako dodatki. Mike zaczyna mocno szaleć dopiero na samym końcu.


Tym razem z różą w zębach słuchamy ognistego, namiętnego, tubularnego flamenco. Bardzo łagodny i piękny utwór. Popis gitarowy ale znacznie odmienny od szaleństw z poprzedniego utworu.


Tym razem coś smutnego. Słychać zawodzenie i jęczenie kobiety, przyprawione szczyptą potęgujących uczucie smutku dźwięków elektronicznych. Utwór jeszcze łagodniejszy niż poprzednie. Pozornie nic się w nim nie dzieje ale w tle słychać pewne wydarzenia muzyczne i zmiany. W połowie utworu pojawia się delikatna perkusja (na chwilę) i gitara. Wreszcie - sam na sam z gitarą. Łagodną, delikatnie łkającą. Subtelną i wyraźną, tak, że słyszymy każdą nutę z osobna. Ciekawe ale niespecjalnie mi się ten utwór podoba. Poza samą końcówką, tą z gitarą, nie szumem wiatru.


Piosenka, która była singlem z tego albumu. Nieco przypomina piosenki Oldfielda z wczesnych lat 80-tych. Delikatny, subtelny, niezwykle piękny kobiecy wokal na tle delikatnej i też subtelnej elektroniki. Nawet nie ma zbyt wiele gitary, choć oczywiście nie mogło też i jej zabraknąć - ok. 2:30 pojawia się solówka, dodająca nieco pikanterii tej kompozycji. Jeden z najpiękniejszych fragmentów na tej płycie.


Tym razem łagodna, niezwykle piękna fortepianowa impresja. Nie mogło zabraknąć klubowych dodatków - bitu i basu. Całość tworzy dość dziwną ale sympatyczną i przyjemną mieszankę. Później do tego tygla dochodzi elektronika choć nie pełni ona nawet roli tła. Ot, pojawia się gdzieniegdzie jako dodatek czy coś w tym stylu. Pod koniec pojawia się nowa melodia. Kolejna łagodna, relaksująca i po prostu przyjemna kompozycja.


Cicha, delikatna elektronika przeplatająca się z równie delikatnym i cichym fortepianem. Zmysłowe i atrakcyjne połączenie. Utwór zostaje wzbogacony o syntezatorowe pogwizdywanie, zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem. Dobrze natomiast wypadają delikatne brzmienia gitarowe. Nagle utwór znika i rodzi się na nowo. Tym razem dominuje gitara, znacznie wybijająca się ponad łagodne i subtelne tło. Po kilku sekundach gitara znika a utwór przybiera tajemnicze barwy dźwiękowe.

10. Secrets

Powtórka z początku. Wracamy do punktu wyjścia - nowej wersji motywu z oryginalnych dzwonów rurowych. Słychać różnice przez co można odnieść wrażenie, że ten utwór jest remixem "The Source of Secrets" z początku tej płyty. Początek jest łagodniejszy a i późniejszy bit jest inny. Pod koniec pojawia się kilka nowych dźwięków i melodia jak syrena alarmowa. Jakoś bardziej mi się spodobała pierwotna wersja tego utworu, ta z początku.


Bardzo klubowy finisz. Znowu przewija się nowy aranż motywu z Tubular Bells. Sporo tu elektroniki i efektów. Utwór się nagle zawiesza i dziecko recytuje tekst. Potem nagle utwór wybucha. W nowej melodii słychać dźwięk dzwonów rurowych. W tej części pojawia się też solo gitarowe.

Tekst jest bardzo interesujący i dość zabawny, stąd pozwalam sobie zacytować znalezione w necie polskie tłumaczenie:

"Mężczyzna w deszczu podniósł swoją torbę tajemnic,
wspiął się na stok góry,
wysoko ponad chmury,
nic więcej już o nim nie słyszano
za wyjątkiem dźwięku Dzwonów Rurowych"

Przyjemny, choć nieco krzykliwy, finał. Nie jest to jedna z najlepszych części płyty ale zdecydowanie jeden z lepszych fragmentów. Utwór trwa ok. 4:45 a resztę czasu wypełnia... świergot ptaków.

Tubular Bells III jest albumem o bardzo łagodnym, raczej stonowanym brzmieniu. Daleko mu do wybryków i ekstrawagancji znanych z oryginału. Klubowe klimaty dodają tej muzyce nieco energii zaś całość odpręża i relaksuje słuchacza. Wszystkie kompozycje zgrabnie łączą się w całość. Tubular Bells III to chyba najłagodniejszy i najdelikatniejszy album z całej serii. Nie oznacza to iż jest to najsłabsza płyta - to miejsce ma zarezerwowane u mnie The Milennium Bell (1999). Sam Tubular Bells III zasługuje na ocenę nie niższą niż 4. To po prostu kawał przyjemnej, odprężającej, niewymagającej muzyki (w przeciwieństwie np. do ostatnio odkrytego przeze mnie debiutanckiego albumu tria Emerson, Lake & Palmer ). Tym, którzy znają twórczość Mike'a Oldfielda lub chcą posłuchać czegoś łagodnego dla odprężenia - zdecydowanie poleciłbym omawianą w tym tekście płytę. Dla nieznających jego muzyki - raczej wskazałbym na klasyczne albumy tego muzyka.



11.01.2017 - Tubularne Inkantacje Mike'a Oldfielda

Po kolejnej długiej przerwie postanowiłem napisać minirecenzję. Dotyczyła ona albumu "Incantations" (1978) autorstwa Mike'a Oldfielda. Wówczas bardzo dawno tej płyty nie słuchałem i byłem nawet miło zaskoczony jej ciekawym, zimowym (ale nie syberyjskim wręcz) brzmieniem. Z różnych względów dopiero dzisiaj (21.01.2017) publikuję ten tekst. W tytule jest data powstania tej recenzji. Jako, że to była minirecenzja, opublikowałem ją na swoim prywatnym profilu na FB. Oczywiście opatrzoną tagami #minirecenzje i #SłonecznikSłucha .

Okładka oryginalnego wydania Incantations i późniejszych wznowień CD (1978 i dalsze)

Okładka najnowszego wydania tego albumu (2011)
Próbki audio-video (Próbki bo nie ma kopii całego albumu na Youtube. Tylko wycinki lub wersja koncertowa pochodząca z albumu Exposed (1979), dokumentującego pierwszą trasę koncertową muzyka, na której promował wówczas Incantations. Warto wspomnieć iż muzyk wykonał w "drugim rzucie" prawie cały album Tubular Bells (1973) - całą część pierwszą + skrócony aranż części drugiej).



 O ile dobrze pamiętam, to jest początek Incantations Part Two



Song of Hiawatha, druga połówka Incantations Part Two


Fragment z części trzeciej



Wokalna, końcowa sekcja Incantations Part Four

 
---------

Album "Incantations" (1978) to czwarta płyta w dyskografii Mike'a Oldfielda, brytyjskiego multiinstrumentalisty. 2 płyty winylowe (w oryginale) zawierają cztery okołodwudziestominutowe suity. Nowością jest wplecenie piosenek w całość - nie tak jak na poprzedniej płycie Mike'a Oldfielda ("Ommadawn" z 1975 roku) gdzie piosenka w sumie jest swoistego rodzaju bonusem, umieszczonym obok głównych utworów (Ommadawn Part 1 & 2). Na "Incantations" kompozycje wokalne stanowią przedłużenie, uzupełnienie, rozwinięcie utworów.

"Incantations" to w zasadzie 2 twarze muzyka. Około 1978 roku, nieśmiały i mający problemy ze swoją sławą Oldfield zaczął uczęszczać na terapię. Być może miało to swoje odbicie w brzmieniu drugiej połowy tego albumu. 

Część pierwsza i druga to delikatne, spokojne kompozycje. Bardzo łagodne i nawet bardziej rytmiczne sekcje są dość stonowane. W drugiej połowie części drugiej zaczyna się część wokalna (fragmenty Pieśni Hiawathy, niezmiernie długiego i anglojęzycznego poematu z XIX wieku, autorstwa Henry'ego Wadswortha Longfellowa, amerykańskiego poety epoki romantyzmu).
Część trzecia i czwarta są bardziej rockowe w swojej oprawie. Jest tu znacznie więcej rytmu i nieco szaleństwa zaś wstęp do części trzeciej zapewne obudził niejednego śpiocha, który uciął sobie drzemkę pod wpływem części pierwszej i drugiej. :) Czwarta część zawiera krótką piosenkę - "Odę do Cynthi" autorstwa XVI-wiecznego dramaturga Benjamina Johnsona. Znowu, wykorzystany tekst jest częścią większej całości.

Na "Incantations" pojawiają się także syntezatory, choć uważny słuchać wychwycić może także brzmienie trąbki czy fletów. Oczywiście też pojawia się gitara elektryczna i basowa. 

Całość jest muzycznie znacznie odmienna od debiutanckiego "Tubular Bells" (1973) - przedstawiany w tym tekście album "Incantations" (1978) jest znacznie bardziej łagodny. Nawet zawiera w sobie pewną nutkę magii i zdecydowanie ma swój urok. W pewnych brzmieniach można się zakochać ! W przypadku debiutu, najbardziej w ucho wpada otwierający płytę motyw. 

"Incantations" jest bardziej minimalistyczny i słuchacz może odnieść wrażenie iż w tej muzyce niewiele się dzieje (zwłaszcza słuchając Incantations Part One i Incantations Part Two). Wbrew pozorom dzieje się tu dużo a odsłuch sprawia sporo przyjemności. Z jednej strony łagodzi, poniekąd wycisza i uspokaja (części 1 i 2) a z drugiej dodaje energii i pobudza (części 2 i 4).
Mnie osobiście część muzyki i brzmień zaprezentowanych na tej płycie kojarzy z zimą. Sam album powstawał między grudniem 1977 roku a wrześniem roku następnego. Być może moje odczucia związane były z faktem iż słuchałem tego albumu dzisiaj rano (11.01.2017) i pora roku niejako narzuciła pewne skojarzenia.

"Incantations" uzależnia na swój sposób. Czaruje łagodnością i jednocześnie uwodzi swoistą dynamiką. Niektóre wybrane fragmenty mam w głowie do tej pory a do samego albumu powróciłem po bardzo długiej przerwie (może nawet kilkuletniej). Zróbcie sobie coś ciepłego do picia, rozpalcie w kominku, włączcie tą płytę i spojrzyjcie za okno. A następnie zamknijcie oczy i dajcie się ponieść tej muzyce.

Bardzo przyjemna w odsłuchu płyta. Chyba najłagodniejsza spośród dzieł Oldfielda z jego wczesnego okresu (1973-1978). Delikatna, nieco chłodna ale kusząca swym pięknem. Ponad 70 minut piękna serwowanego w łagodniejszej odmianie rocka progresywnego, posypanego odrobiną płatków śniegu.

PS. Facebook automatycznie dodał próbki z tego albumu - z najnowszego wydania (remaster 2011). Dodatkowy utwór, Guilty, ma zupełnie inny charakter i nie stanowi oryginalnej zawartości płyty.

PS 2. Pierwsza recenzją w 2017 roku !

wtorek, 4 października 2016

04.10.2016 - Minirecenzje

Czasem w pracy dla przyjemności i by zagłuszyć call center obok mnie, włączam sobie muzykę. Wczoraj zacząłem pisać krótkie (znacznie krótsze niż zwykle) recenzję, które umieszczałem na swoim facebooku. Trochę się tych tekstów nazbierało. Wczoraj napisałem aż 4 (i zrobiłem prawie wszystko, co miałem do zrobienia w robocie :P ) a dzisiaj, jak na razie, tylko 1. Postanowiłem, że "przerzucę" je tutaj bo nie każdy ma dostęp do nich na moim fb.

Pomysł na minirecenzje wziął się znikąd. Ot takie przedłużenie przerwy w pracy. Mam sporą swobodę i brak nadzoru więc korzystam z uroków życia. :) Po pierwszym tekście napisałem kilka kolejnych, tak dla przyjemności. Staram się by mimo wszystko były krótsze niż moje typowe recenzje, stąd tytuł tego posta - minirecenzje. Być może będę pisał więcej takich krótkich tekstów, nieco dłuższych niż notki. Na tą chwilę jest ich aż 5 a najnowszy skończyłem pisać dosłownie przed chwilą.

Minirecenzje powstają w inny sposób niż moje typowe recenzje. Te krótsze formy sporządzam tuż po przesłuchaniu płyty, nie w trakcie. Podczas odsłuchu pracuję i rozmyślam o muzyce. Po finiszu płyty wbijam na fb i piszę skromny tekst na temat przesłuchanego albumu. Jest to jakościowa zmiana formuły. Myślę, że m.in dzięki temu zabiegowi te teksty są krótsze od moich normalnych recenzji.

Minirecenzje publikuję tutaj z pewnym opóźnieniem. Nie chciałem robić bardzo krótkiego wpisu na blogu i poczekałem aż się nieco ich zebrało. Z różnych przyczyn nie wrzuciłem ich wczoraj ale za to pojawi się jeszcze jeden tekst, napisany dzisiaj tj. 04.10.2016. Na FB można je przeczytać pod tym adresem: #SłonecznikSłucha (hasztag SłonecznikSłucha, działa niestety tylko dla osób zalogowanych na FB - testowałem). Czemu taki hasztag? A to już opowieść na odmienny wpis choć parę osób wie o tym, że jestem Słonecznikiem (szczególnie Słoneczko Agnieszka, które pozdrawiam i świecę mocno, i dziękuję Słoneczku za czytanie moich recenzji na bieżąco ;) )

Teksty wrzucam tak, jak je napisałem na fejsie. Poprawce ulegnie najwyżej formatowanie.  Publikuję je w kolejności w jakiej je napisałem.

Miłej lektury ! :)

Pierwszy tekst: Clan of Xymox - Metamorphosis (1992)




Dzisiaj w busie: Metamorphosis (1992) - Clan of Xymox. Za. Dużo. Dyskotekowo-klubowych. Klimatów. Wszystkie utwory brzmią jednostajnie i niemalże identycznie. Jest do czego potańczyć ale na niewiele rzeczy zwróciłem uwagę. Może z niewyspania, może dlatego, że pierwszy raz tej płyty słuchałem. Na szczególną uwagę zasługują.. sample! Zsamplowane zostały: Revolutions (Jean Michel Jarre - sama vocoderowa fraza z tego utworu i może ta turecka melodia ale to chyba jej "cover" aniżeli sampel), Home Computer (Kraftwerk - bardzo krótki sampel, pojawia się kilka razy w najdłuższym instrumentalu na tym albumie) i Spiral (Vangelis, też "zacytowane" w ostatniej instrumentalnej kompozycji). Najgorsze utwory na tej płycie to te instrumentalne. niestety. A całość brzmi monotonnie i jednostajnie. Zdecydowanie bardziej mi się podoba od CoX ich poprzedni album - Phoenix (1991), ostatni nagrany z Anke Wolbert. Ale nic nie przebije Medusa (1986) - cud, miód i mrok.

Drugi tekst: Depeche Mode - Exciter (2001)



Exciter (2001), podobnie jak dzisiaj słuchany przeze mnie Metamorphosis (1992) autorstwa Clan of Xymox, jest również klubowy w brzmieniu. Depeche Mode jednak stworzyli zupełnie odmienną atmosferę i nastrój - nie jest to komercyjna, dyskotekowa, taneczna rąbanka, choć i na Exciter nie brakuje kilku skoczniejszych numerów (np. singlowy I Feel Loved). Na płycie przeważają raczej łagodniejsze ballady niż dzikie, klubowo-taneczne nuty. Dużo basów więc na moich Shure'ach SE 215 ta płyta zabrzmiała niesamowicie ciekawie. W niektórych utworach nawet usłyszałem nowe, nieznane (albo zapomniane przeze mnie) dźwięki (np. wspaniała i intrygująca linia basowa w I Am You). Dwa drobne instrumentale są zdecydowanie ciekawym dodatkiem i nie przysłaniają piosenek. Nie wyróżniają się na ich tle.

Muzycznie - jest to płyta o brzmieniu dość intymnym. Taka, która się sączy do ucha słuchacza i pieści go dźwiękami a nie katuje łupanką godną wiejskiej potańcówki. Mimo iż Depeche Mode osiągają komercyjne sukcesy z każdą swoją kolejną płytą to ich muzyka wcale nie jest przesiąknięta komercją i kiczem. Znajdziemy tu np. skrzypce, fortepian a nawet zdziwaczałe, nietypowe i "uszkodzone" The Dead of Night, brzmiące jak jedna wielka awaria syntezatorów. Przeważa tu swoisty spokój przemieszany z atrakcyjnymi rytmami. Dużo ballad (np. Breathe - jedna z najlepszych piosenek na tej płycie).

Co mógłbym napisać na koniec? Bardzo przyjemnie mi się słuchało tego albumu na nowych słuchawkach. W pewnym stopniu odkryłem go na nowo. Muzycznie wypada bardzo dobrze, znacznie lepiej od Metamorphosis CoX. Jak ktoś lubi przyjemne i raczej łagodne brzmienia klubowe, powinien posłuchać tej płyty.


Trzeci tekst: Clan of Xymox - Subsequent Pleasures (1983)




Debiutancka EPka Clan of Xymox (1983). Oryginalny, pierwszy skład zespołu ale stylistyka zupełnie odmienna od tego, co zaprezentowali na późniejszych nagraniach. Muzyka ma bardzo eksperymentalny charakter i, mimo pewnej synthpopowej lekkości, jest w niej pewien ciężar i mrok. Bardzo dużo syntezatorów oraz automatów perkusyjnych. Wokal jest niemalże niezrozumiały i przypomina bardziej jęk potępionej duszy niż śpiew ale z tego, co wyłapałem, śpiewają po angielsku (zespół pochodzi z Holandii). :P W zasadzie wszystkie utwory są fajne i przyjemne. Bardziej wyrazistą muzykę zespół zaprezentował dopiero na swoim pierwszym albumie pt. Clan of Xymox (1985), który zrecenzowałem na swoim blogu (http://pacisfear.blogspot.com/…/15062016-nadchodzi-nowe.html). Ogólnie, EPka Subsequent Pleasures nie jest złą płytką ale brakuje jej tej twardości i wyrazistości z następnych wydawnictw zespołu (płyt z lat 1985 i 1986).

Czwarty tekst: The Beatles - Oldies But Goldies (nieznany rok)




 


Nieoficjalna składanka Beatlesów wydana w Polsce (nakładem Selles, często te płyty pojawiały się w kioskach pod koniec lat 90.). W moim przypadku jest też druga płyta - album Revolver (też Beatlesi).

Składanka zawiera 16 piosenek, przede wszystkim z wczesnych płyt Beatlesów (przed Revolver, choć i z tej płyty też jest kilka piosenek). Wśród nich są takie hity jak Help!, A Hard Day's Night czy Yesterday. W zasadzie same skoczne i szybkie kawałki, z wyjątkiem spokojnego i romantycznego Michelle (z Rubber Soul) i smutnego, delikatnego, przejmującego Yesterday (z płyty Help! ).

Kompilacja ta wyróżnia się niezłym, mocnym jak na Beatlesów, Bad Boy. Jest to piosenka o niegrzecznym urwisie szalejącym do rokendrola, z sympatycznym wokalem Johna Lennona. Właśnie na tej składance pierwszy raz usłyszałem tę piosenkę i dopiero niedawno zaopatrzyłem się w oficjalną płytę z tym numerkiem (Past Masters, Vol. 1).

Składankę tą wyróżnia też jakość utworów. Brzmią one nieco odmiennie niż na oficjalnych, Parlophone'owskich płytach zespołu. Podobno Sellesowe wydawnictwa były zgrywane z winyli ale nie wiem ile w tym jest prawdy, a ile plotki. Niemniej, należy zaznaczyć iż dobrze znane, kultowe piosenki od Żuków brzmią w inny sposób niż oficjalny.

Warto wspomnieć o tym iż na tej płycie jest tylko jedna psychodeliczna piosenka zespołu - Yellow Submarine, z charakterystyczną melodią i dziwną wstawką dialogową (nie jest to dialog między muzykami).

Płytę Oldies But Goldies oceniam pozytywnie choć jest to tylko ciekawostka w olbrzymiej, nieoficjalnej dyskografii zespołu. W zasadzie same klasyki (choć nie jest dokładnie ten sam wybór co na składance 1, zawierającej tylko te utwory, które osiągnęły najwyższe miejsce na listach przebojów). Dla największych fanów zespołu... albo osób, które w ogóle nie znają twórczości The Beatles (choć osobiście poleciłbym tym osobom wspomnianą 1 - tak, to jest pełny tytuł płyty).

A jak ja się czuję po przesłuchaniu tegoż albumu? Zacytuję piosenkę zespołu: I Feel Fine (Czuję się świetnie)

Piąty tekst: Mike Oldfield - Tubular Bells (1973)





Dzisiaj w busie: Mike Oldfield - Tubular Bells (1973)

Bardzo dawno nie słuchałem tej płyty. W sumie dawno nie słuchałem czegokolwiek od Michała Staropolskiego (hehe, wiem, że się nazwisk nie tłumaczy ale tu aż się prosi o to ;) )

Tubular Bells to jest zarówno solowy debiut muzyka jak i pierwsza płyta wytwórni Virgin Records (tej samej, na której rok później, tj. w 1974 roku ukazała się Phaedra od Tangerine Dream). Jest to wyjątkowa pozycja - słuchając jej, nie można się nadziwić, że całość jest w zasadzie nagrana przez jednego człowieka ! Sam Oldfield zagrał m.in na: gitarze elektrycznej, akustycznej i basowej, organach Hammonda, mandolinie, fortepianie, perkusji oraz innych rodzajach organów (np. tych: https://en.wikipedia.org/wiki/Lowrey_organ ). Prawdziwy człowiek-orkiestra (w Polsce tym mianem szczycić się może Jerzy Owsiak ale to zupełnie inna liga :P ). Muzyka wspierali dodatkowo inni muzycy na perkusji, fletach i w chórkach.

Tubular Bells to progrockowa suita w dwóch częściach. Każda z nich ma swój moment, który najbardziej zapada w pamięć. Część pierwsza jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Wiele tu progresji i zmienności. Wszystko rozpoczyna się od charakterystycznego i zapadającego w pamięć motywu na fortepianie. Mnóstwo "wydarzeń muzycznych", wiele innych motywów a wszystkie są w zasadzie dziełem jednej osoby. Część druga jest w połowie przeciwieństwem dynamicznej i szalonej, miejscami nawet dzikiej, części pierwszej. Tubular Bells Part Two emanuje łagodnością i spokojem. Można się w niej zanurzyć i rozmyślać o czymś przyjemnym. Cały ten spokój i medytacyjny nastrój burzy "Głos Człowieka z Piltdown" (The Piltdown Man) czyli prehistoryczna wersja hard rocka z pijanym Oldfieldem w charakterze jaskiniowca-rockowego wokalisty (tak, muzyk nagrywając ten specyficzny "wokal" był totalnie pijany). Na tle szalonych i dzikich gitar, fletów i złowieszczej perkusji (zwłaszcza na wstępie) słyszymy dzikiego, brutalnego i żądnego krwi i mięsa wczesnego protoplastę naszego gatunku. Po tych ekscesach przechodzimy do... "coveru" melodii z XVIII wieku ! "The Sailor's Hornpipe". bo taki tytuł nosi finałowa sekcja Tubular Bells Part Two, powstała właśnie w XVIII wieku. Jest to jednocześnie kolejna bardzo charakterystyczna część suity Tubular Bells, m.in. dzięki niesamowitemu tempu tego utworu.

Słuchanie tej płyty sprawiło mi mnóstwo przyjemności. Wreszcie mogłem się nią nacieszyć w porządnych warunkach, dzięki niesamowitej izolacji zapewnionej przez moje Shure SE215. Tubular Bells jest płytą wyjątkową - zarówno pod względem muzycznym jak i technicznym. Trudno bowiem sobie wyobrazić aby czegoś takiego dokonał zaledwie 19-sto letni młodzieniec (tyle lat miał Oldfield kiedy nagrywał tą płytę) ! To wielki album. Jest to jedna z najważniejszych płyt dla rocka progresywnego i zapewne każdy miłośnik tego gatunku przynajmniej raz w życiu się z nią zetknął. Warto także posłuchać chociażby samej części pierwszej by przekonać się iż bardzo długie utwory (Part One trwa 25 minut) nie muszą być przy tym bardzo nudne.

-----------------------

To wszystkie minirecenzje jak na razie. Mam nadzieję, że wszystkim moim Czytelnikom się spodobały. Ostatni tekst, recenzja Tubular Bells, zbliżyła się formą do moich typowych recenzji. Zbierając je wszystkie razem, wyszedł kolejny długi post. :)


sobota, 29 listopada 2014

29.11.2014 - Ommadawn

Dzisiejszą recenzję postanowiłem poświęcić albumowi "Ommadawn" (1975) Mike'a Oldfielda. Kompozycje jakie skomponował na potrzeby tego albumu Oldfield uchodzą za jedne z jego najlepszych. Dwie długie, progrockowe suity łączące ze sobą elementy rocka, elektroniki (pojawiają się syntezatory - wg Wikipedii, grał na nich Oldfield) a także celtyckiego folku. Tak jak to w przypadku tego rodzaju muzyki, jest ona wysoce zróżnicowana ale poszczególne części są ze sobą zespolone. Oba utwory są nazwane po prostu "Ommadawn, Part One" i "Ommadawn, Part Two". Nie jest to więc ewolucja od tego, co było na jego poprzednich płytach ("Hergest Ridge" - 1974 i debiutanckiej "Tubular Bells" - 1973). Warto wspomnieć iż do części drugiej "doklejono" piosenkę "On Horseback". Jest ona częścią "Ommadawn, Part Two" i nie występuje jako oddzielny utwór. Bywa czasem stosowane połączenie "Ommadawn, Part Two / On Horseback. Tak jest na najnowszym wznowieniu tej płyty, wydanym nakładem Mercury Records w 2010 roku.

Okładka płyty jest jeszcze mniej interesująca niż poprzednie. Jest to zdjęcie muzyka. Nie będę oceniał czy jest przystojny - decyzja należy do Czytelniczek (są takie ? :)) ew. Czytelników.


"Ommadawn", okładka




Tradycyjnie dołączam kopię płyty z Youtube bądź poszczególne utwory. Mam świadomość iż nie wszyscy moi Czytelnicy znają omawiane przeze mnie albumy. Mają więc wyjątkową okazję zapoznać się nie tylko z nową dla nich muzyką ale i swoistego rodzaju "komentarzem" do niej.


Powyższy film zawiera cały album - obie części wraz z wspomnianym wcześniej "On Horseback".

Płytę jak i utwór "Ommadawn Part One" otwiera fantazyjna (a może raczej - fantastyczna?) partia gitarowa, której akompaniują chórki, najprawdopodobniej zsyntetyzowane. Całość brzmi niezwykle marzycielsko i sennie. Jest to jeden z moich ulubionych fragmentów tej płyty. Po minucie następuje finezyjna zmiana nastroju. Wchodzą "prawdziwe" głosy i gitara basowa. Po tej części następuje powrót do nastroju z początku. Jest on jednak wzbogacony o bas i "prawdziwe", ludzkie chórki. Pod koniec drugiej minuty mamy powrót do części będącej przerywnikiem między "początkiem 1" a "początkiem 2". Ok. 3:18 mamy wplecioną solówkę na gitarze. Szczypta rocka do folkowej sielanki. Gitara zaczyna coraz bardziej dominować, zwłaszcza po gongu. 4 minuta przynosi nam ukojenie w postaci folkowej, przyjemnej melodii. Wyraźnie czuć w niej brzmienia syntezatorów. Temat ten jest ciągnięty aż do 6 minuty gdzie przeradza się w melodię, którą można śmiało zatytułować "Jeleń na rykowisku". Po chwili spędzonej na polanie wracamy znowu do "wsi spokojnej, wsi wesołej". W 7 minucie mamy kolejną folkową partię - tym razem na fortepian i flet jako dominujące instrumenty. Po ok. 30 sekundach mamy imprezę na wsi - oto myśliwi wracają z polowania. Muzyka w 8 minucie brzmi jak kołysanka dla dzieci albo melodyjka z zabawkowej pozytywki. Syntezator, fortepian (?) i chórki. W 9,5 minucie w to zabawkowe brzdąkanie wchodzi kolejna porcja gitary elektrycznej. Muzyka staje się rytmiczniejsza i mniej usypiająca. Oldfield tchnął w nią dość sporą iskrę życia. Dominującym instrumentem teraz jest jego gitara. Melodia wciąż jest spokojna i delikatna. Traci swoją delikatność w 11 minucie wraz z wejściem perkusji i innych instrumentów. Uwielbiam tą melodię wygrywaną na gitarze przez muzyka. Ok 11:55 wydaje się iż utwór będzie się nagle kończyć lecz zaczyna się kolejna folkowa kołysanka. Cicha i subtelna. Ok. 12:30 wchodzi najważniejsza część utwory - bębny i wokal. Treść jest jednak bezsensem. Nie ma żadnej treści. Po prostu ładnie brzmi. Jedyne co można o tym powiedzieć to jest to po celtycku lub gaelicku. Jest to kulminacja "wydarzeń dźwiękowych" z części pierwszej. Prawdopodobnie najpiękniejszy fragment (poza niesamowitym intrem) na całej płycie! Tak. Poprzednie zdanie napisałem z pełną świadomością wagi moich słów. Nie będę opisywał. Po prostu zachęcam do odsłuchu. Tylko nie nućcie "piosenki" w miejscach publicznych. :) Przed 16 minutą muzyka się "zagęszcza" i znowu następuje dominacja gitary. Reszta dźwięków schodzi na drugi plan. Od ok 16:25 zaczyna się kolejna solówka gitarowa, tym razem na tle intensywnego bębnienia. 16:52 - kolejny piękny motyw. Ciężko mi go opisać. "1 dźwięk jest wart 1000 słów". Muzyka dopiero teraz zaczyna nabierać bardziej rockowego kolorytu i brzmienia. Gitarę uzupełniają chórki. Ok. 18:25 "Ommadawn Part One" się kończy. Pozostałą minutę do końca "czasu płytowego" wypełniają wyciszające się bębny.

Po chwili przerwy rozpocząłem recenzyjny odsłuch "Ommadawn Part Two". Tu przechodzimy od razu do sennej części ale zrealizowanej w inny sposób. Jest trochę dziwna ale stanowi tło dla pobrzdękującej gitary. Ostatni raz gdy jej słuchałem to nie mogłem się przez nią przebić (trwa ok. 5 minut). Jest to moim zdaniem, jeden ze słabszych momentów na tej płycie. Fajne są "dzwonki" w 3:30. Tu się nieco poprawia. Może to są te słynne "Tubular Bells", z których Oldfield jest znany? Ten koszmarek przeradza się w kolejna sielską, spokojną, folkową melodię. Jest ona cicha, delikatna i zgrabna. W zasadzie to tylko gitara (akustyczna chyba). Pod koniec 6 minuty mamy delikatny ale piękny akcent a  potem wchodzą dudy (chyba, ja się nie znam - zawsze mówiłem na to, że to są dudy). Całość jest mocno folkowa. Słychać czasem delikatne syntezatorowe ornamantacje (chyba). Obecnie jestem w 10 minucie i cały czas towarzyszą dudy, aż do 10:10. Tu mamy wejście fletów, które stają się dominującym instrumentem. Przed końcem 10 minuty robi się lekko niespokojnie w tle. "Ommadawn Part Two" zbliża się do finiszu. Ok. 11:20 wchodzą epickie syntezatory. Ostatnim motywem w tym utworze jest melodia, która kojarzy się z czymś "Sailor's Hornpipe" (końcówki "Tubular Bells Part Two"). Oczywiście są to dwa zupełnie różne utworki. Ten w "Ommadawn" jest najbardziej rockową partą w "Ommadawn Part Two". Jest jakby przeciwwagą dla spokojnego, sennego i rozmarzonego klimatu tego utworu. Ok. 13:45 kończy się "Ommadawn Part Two" i po kilku sekundach pauzy zaczyna się doklejona do niego piosenka "On Horseback".

Dla porządku "On Horseback" poświęcę oddzielny akapit tekstu. Piosenka rozpoczyna się cichą i skromną gitarą. Po chwili do niej dołącza się spokojna recytacja. Refren jest znacznie bogatszy w warstwie dźwiękowej. Melodia gitarowa jest w zasadzie niezmienna. W refrenie pojawiają się syntezatory i chórki. Po tekście refrenu następują syntezatorowe dźwięki zwieńczone czymś w rodzaju "elektronicznego mignięcia". Syntezatory milkną i następuje kolejna zwrotka. Ok. 16:10 (czas w "Ommadawn Part Two") mamy "solówkę". Od tej pory towarzyszy nam do końca piosenki cichy i delikatny bas. Ostatnie dwa refreny śpiewają dzieci. Cała ta piosenka jest, moim zdaniem, najlepszym fragmentem w "Ommadawn Part Two". Utrzymana w klimacie swojego "macierzystego utworu" (czyli spokojna i delikatna) ale jednak wyróżniająca się. Zdecydowanie zasługuje na to by być jako oddzielny utwór / ścieżka na płycie a nie jako doklejony fragment do innego, słabszego kawałka.

Na "Ommadawn" mamy dwie świetne kompozycje ("Ommadawn Part One" i piosenkę "On Horseback") oraz przeciętną "Ommadawn Part Two". Cały album jest spójny i raczej w nim jest więcej folku niż rocka. Muzykę zaprezentowaną na nim można nazwać swoistego rodzaju "prog-folkiem". Nie ma tu wiele miejsca na popisy gitarowej wirtuozerii w postaci solówek. "Ommadawn" jest raczej spokojną i dość łagodną płytą przy której można się miło wyciszyć i zrelaksować. Jest dobra płyta, warta polecenia. Z sympatii i zachwytu nad "Ommadawn Part One" bym wystawił 5 ale dość przeciętne i wyraźnie słabsze "Ommadawn Part Two" nie pozwala na tak wysoką notę. 4+ za boski wręcz pierwszy utwór. Ten plusik jest dzięki sympatycznemu "On Horseback". ;)

PS. Nie miałem pomysłu na fantazyjny tytuł.

PS 2. Pierwotny tytuł brzmiał: "Niekoniecznie elektroniczna medytacja" ale się z niego wycofałem. Niestety w linku do tekstu pozostał oryginalny a nie zmieniony tytuł tekstu.