sobota, 23 sierpnia 2014

23.08.2014 - Trancefer myśli na wirtualną kartkę papieru

Wstęp

Po kolejnej przerwie, zmotywowany przez swoją przyjaciółkę (również blogerkę – www.recenzjeami.blogspot.com) postanowiłem znowu coś napisać. Tym razem pomyślałem iż spróbuję przeprosić się z panem Schulze i opiszę jeden z jego albumów. Nie wiem za bardzo czemu wybrałem akurat Trancefer. Może jego „krótkość” w porównaniu z innymi albumami? Albo fakt iż niedawno dość często go słuchałem ? W każdym razie motyw jest mniej ważny. Zapraszam do opisu moich odczuć. Jakie myśli „przeTranceferowałem” do edytora tekstu? Kto przeczyta, ten się dowie.

Część właściwa – tak zwane (przez polonistów :P) rozwinięcie

Zanim przejdę do opisu moich wrażeń dźwiękowych, zaprezentuję okładkę recenzowanego albumu, jego tracklistę … i nic więcej. Nie chcę spoilerować. Muzyka jest najważniejsza.

Recenzowany album nosi nazwę Trancefer. Wydany został w 1981 i stanowi kontynuację trendów zastanych przez słuchaczy na poprzedniej płycie muzyka – Dig It. Cyfrowe instrumenty (ale nie wirtualne, to nie te czasy jeszcze) i bardziej rytmiczna muzyka. Inne podejście. Nowy styl, nowe otwarcie. Nowa karta w historii.

Na Trancefer przetransferowane zostały dwa, prawie 20 minutowe utwory: A Few Minutes After Trancefer i Silent Running. A okładka wygląda tak:



Pierwszy utwór zaczyna się od „wrzasków” syntezatora, niczym ugładzony debiut artysty (Irrlicht). Po upiornym seansie z okładkowym widmem, do akcji wchodzi sekwencer. Oczywiście niezadowolony duch okazuje swoje niezadowolenie „wrzeszcząc” co chwilę. Do niego dołącza się jego „pykający przyjaciel” a do całości dialogu Schulze tworzy cichą muzyczną oprawę. W drugiej minucie nasz „pykający przyjaciel” czasem zaczyna się „jąkać” oraz do rozmowy włącza się Pan Skrzypce (czy tam Pani Wiolonczela). W trzeciej minucie robi się niezły ambaras bo i perkusja weszła do sekcji rytmicznej. Moje uszy (ucho?) biją jej brawa. Mamy w 4-tej minucie wciągający i uzależniający rytm perkusyjny na elektro-klasycyzującym tle dźwiękowym. Pod koniec tej minuty mamy popis umiejętności Pana Skrzypce (Skrzypca? ;)). Od tej chwili zdecydowanie głośniej on zaczął wypowiadać swoje racje. Spokojna rozmowa chyba przeradza się w kłótnie. W 6 minucie słychać ożywioną i głośną awanturę. Wchodzi też rytm perkusyjny który wbił mi się w czaszkę od jakiegoś czasu. Sekwencja jest cały czas niezmienna, płynie swoim tempem, uzupełniana przez perkusję. Pan Skrzypce coś opowiada i gestykuluje mocno i namiętnie. Słychać także jakieś reakcje tłumu wsłuchanego w tą dźwiękową opowieść. W połowie utworu, w 9 minucie jest bardzo ostro i żywo. Kłótnia jest żywa i ostra. Dochodzi do użycia siły. Szaleństwo. Rytm perkusyjny dba o to bym szybko go nie zapomniał. Ciągle się coś dzieje. Muzyka jest bardzo żywa, chociaż komponowana z użyciem przecież tak bardzo martwych przedmiotów. Życie stworzone z martwej natury, stworzonej przez człowieka. Argumentację w 11 minucie ma Muzyczna Zjawa Z Okładki Płyty. W 12 minucie odpowiada jej Pan Skrzypce. Ognista wymiana zdań dźwiękowych. 13 minuta. Nagle się zrobił tajemniczy nastrój. Ponura cisza w świecie dźwięków, zobrazowana także dźwiękiem. Cisza udźwiękowiona. Brzmi to absurdalnie ale doskonale oddaje moje odczucia. Pan Skrzypce jest smutny. Zjawa wyje. Chyba ktoś Pana Skrzypca pobił. Zjawa lamentuje. Muzyka wciąż wesoło i niezmiennie gra – to tylko maszyny – sekwencer i automat perkusyjny. One nie mają uczuć. Muzyczne roboty grają tak, jak zostały zaprogramowane. Nie zrobią odstępstwa, ani na jotę, od Programu jaki wgrał im Wielki Programator Dźwięków. W 16 minucie do tej dziwnej muzycznej opowieści włącza się ktoś jeszcze, kto poucza wszystkich tu zebranych. W 17 minucie Pan Skrzypce jeszcze żyje a przynajmniej udawanie żywego mu dość dobrze wychodzi. Utwór zbliża się ku końcowi. Program Muzyczny również. Opowieść (i kłótniorozmowa) lecą dalej a Schulze niestety przerywa jej nagrywanie. Zapis tejże się urywa. Pozostawieni jesteśmy w swoistego rodzaju niepewności. Zastaliśmy oto koniec. Lecz czy na pewno jest to koniec? Czy wszystkie strony zostały wysłuchane? Czy każdy wyargumentował swoje racje? Jedno jest pewne. To koniec. Nie ma już nic. Ostatni Dźwięk wybrzmiał. A ja siedzę jak głupi w słuchawkach i oczekuję na więcej.

Ten utwór ma w sobie to coś. Hipnotyzuje i wciąga. Uzależnia od siebie. Jest zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze niż albumy z lat 70. Ciężko mi napisać coś więcej gdyż pisanie typowych recenzji raczej dość średnio mi wychodzi.

Drugi utwór zaczyna się jakby był ciągiem dalszym naszej opowieści. Zjawa cicho i spokojnie wyje. Wręcz przerażająco spokojnie. Czuć w tym niepokój, który jest spotęgowany kolejnymi dźwiękami. Coś się kroi (nie, nie żadna ostra promocja). Przedłużony dźwięk i wejście perkusji / sekwencera. To się kroiło. Zjawa znowu wydaje z siebie dźwięki. Powitajmy Pana Skrzypce! Znowu wrócił do nas. Żywy. Świetnie się trzyma. Tym razem to on przejął stery. To jego dźwięki są najbardziej wciągające. Znowu pokazuje swój talent lecz zjawa nie chce być gorsza. We dwoje tworzą dość udany duet. Zjawa prezentuje swoje możliwości wokalne. W tle coś „brzęczy”. Dodatkowo mamy też perkusję. Całość jest dość spokojna i cicha, bez szaleństw jak w pierwszym utworze. Nerwowa atmosfera zdążyła już opaść. Słychać jak odbudowują zniszczenia po bójce. Muzyczna całość też jest hipnotyzująca ale w odmienny sposób niż w pierwszym utworze. 8 minuta. Chyba roboty idą bardzo dobrze. Lekkie wycie zjawy i delikatna zmiana tempa. Słychać, że wciągnęła ich robota. Wszystkie brzmienia są hipnotycznie jednostajne, oczywiście z dodatkami. To one sprawiają, że utworu nie odbieramy jako długiej porcji dźwiękowej nudy (chociaż zdawać się on może nudniejszy i bardziej dłużący się niż poprzedni). Pozorną jednostajność i stałość przełamują dodatki takie jak słyszalne w 10 minucie skrzypce / wiolonczela. Mimo innego nastroju, mamy tu niezwykłą spójność brzmieniową z poprzednim utworem – ten sam styl, instrumenty itp. ale mniej agresywne brzmienie. Takie jakby bardziej zamyślone, tajemnicze, niepokojące. Wydaje się iż właśnie do tego utworu pasuje zamyślona zjawa z okładki tejże płyty. A może tu nie ma żadnych robót budowlano-remontowych tylko lamenty zjawy? Albo Pana Skrzypce? Słuchając tego utworu wręcz wyczekuje się ze swoistego rodzaju podnieceniem kolejnej zmiany brzmieniowej, która nie nadchodzi pomimo bycia zaanonsowaną przez Tranceferową Zjawę. Brzmi to nieco jak powrót do korzeni – utwory stałe w swojej wymowie, charakterze, brzmieniu przez cały czas trwania Muzycznego Programu. Utwór zbliża się ku końcowi. Niewiele już zostało dźwięków do odtworzenia z Kodu. Zjawa przejmuje dominacje i wieńczy wszystko swoim głosem. Pozostałe dźwięki milkną w tle, łącznie ze Zjawą. I tak oto Transfer dobiegł końca. Transfer (a może raczej Trancefer) moich myśli, związanych z Dźwiękami którymi raczyłem swoje jedyne, kalekie ucho, na wirtualną kartkę papieru. Dźwięki się ucyfryzowały to i metody ich opisu również. ;)

Jakby podsumować tą część tego albumu? Jest ona niebywale spokojna, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki. Ciężej mi było opisać swoje wrażenia bo nie ma tu wiele do opisywania. Nie jest to pustka dźwiękowa. Monotematyczność w najlepszym, elektronicznym wydaniu. Nie ma tu sekwencerów (albo przynajmniej nie są one tak wyraziste i łatwo słyszalne) ani szaleństw dźwiękowych. Nie ma tu burzy w.. muszli słuchawkowej (słuchałem na swoich dużych, prawie dwuletnich już Superluxach). Jest tylko spokój w krainie dźwięków.

Podsumowanie i zakończenie

Oba utwory mają podobny czas trwania (różnica to ok. 30-40 sekund na korzyść drugiego z tej pary). Można przyjąć iż są mniej więcej równe. Tak więc Trancefer jest albumem mniej więcej wyrównanym. Dziką, niepokromioną i agresywną improwizację z pierwszego utworu (A Few Minutes After Trancefer) Schulze zestawił ze spokojną, delikatną ale też nieco niepokojącą częścią (Silent Running). Na tej płycie mamy zestawienie Yin i Yang, ognia z wodą. Schulze wcześniej takie pary tworzył – np. na Moondawn. Co więc wyróżnia Trancefer na tle innych albumów? Na pewno skrzypce / wiolonczela. Chyba bez niej ten album byłby zdecydowanie gorszy, nijaki i utonąłby pomiędzy wieloma innymi perełkami z olbrzymiej i szerokiej dyskografii Klausa Schulze. Można też powiedzieć iż mamy tu utwór z dużym potencjałem na hit – uzależniający i wciągający A Few Minutes After Trancefer. Singiel z niego byłby marny gdyż jest zbyt długi ale sam utwór warto odnotować (pozytywnie) i polecić.

Krótko mówiąc, Trancefer to fajna płyta. Wzbogacona o wiolonczelę / skrzypce, przez co jest odmienna od wielu płyt, na których Schulze mocno eksploatuje sekwencery. Tu wyeksplotowany jest nie tylko sekwencer ale i rytm. Warto posłuchać gdyż nie jest to (za) ciężki i trudny w odbiorze Schulze (ale nie gra też komercyjnie, wciąż jest sobą). Trancefer to też najkrótszy album w dyskografii Klausa – zaledwie 37 minut. Większość starszych płyt Klausa ma tylko o 7 minut krótsze „połówki” czyli 1 utwór. ;) Płytę oceniam pozytywnie.

wtorek, 15 lipca 2014

14/15-07.2014 - "I każde słowo niech będzie kuliste, Słodkie jak plaster lipcowego miodu."

Witajcie po kolejnej przerwie. Obiektem recenzji będzie album Tangerine Dream zatytułowany "Logos Live". Wbrew tytułowi postu, nie zamierzam (dzisiaj) recenzować "Ze słowem biegnę do ciebie" polskiego SBB. Piszę to gdyż słowa z tytułu są fragmentem tekstu tytułowego utworu na tej płycie.
Zanim przejdę do meritum, chciałbym wytłumaczyć Czytelnikom czemu się pojawiło w tytule nawiązanie do SBB i jaki ma ono związek z TD. Chyba każdy kojarzy biblijny opis stworzenia świata. Bóg mówi i ma. Mówi a więc wypowiada Słowo (które jak wiemy Ciałem się stało). Słowo jest określane jako Logos (jest to określenie wzięte z j. greckiego i oznacza nie tylko "słowo" ale też np. "rozum"). W tym artykule znajduje się potwierdzenie moich słów.

Czymże jest więc Mandarynkowy Logos? Jest to album "koncertowy" bazujący na materiale granym podczas europejskiej trasy koncertowej w 1982 roku. Zespół m.in przedstawiał, jako premierę, kompletną suitę Logos. W ramach setlisty została ona rozdzielona na dwie części, które rozdzielone zostały innymi utworami (w tym także premierowymi). Warto wspomnieć iż poza materiałem pochodzącym z najnowszego albumu zespołu ("White Eagle", 1982) i tradycyjnie wydłużoną wersją utworu "Choronzon" ("Exit", 1981) mamy sam premierowy materiał (w tym fragment z płyty "Poland" z roku 1984). Oczywiście, materiał został wyselekcjonowany i obrobiony w studio. Zespół, jak wspomniałem, nigdy nie grał "Logos" w całości. Zawsze w 1982 roku była to niejako dwuczęściowa suita. Dopiero na albumie została ona zmixowana w sposób jednolity (i podzielona na części Part I i Part II ze względu na ograniczenia płyty winylowej). Zespół też do suity dołączył jeden z bisów grany na koncertach w 1982 - "Dominion". Nazwa wywodzi się od "Dominion Theatre" w Londynie (data koncertu: 6.11.1982), skąd wywodzi się "baza" dla tej płyty.

Okładka. Warto i o niej wspomnieć.



Jest to okładka pochodząca od starszych wydań (sprzed 1995) - one miały charakterystyczną białą ramkę (i na niej są umieszczone napisy - Tangerine Dream i Logos Live). Zdjęcie na niej przedstawia zespół w akcji. Od lewej do prawej mamy - pochylonego Edgara Froese, sekwencerowego guru zespołu i nie mniej ważnego Chrisa Franke oraz "grającego na dwa fronty" Johannesa Schmoellinga. Wszyscy Ci panowie tworzyli niezwykle produktywne trio. Szkoda tylko, że krótkotrwałe.

Czas przejść do najważniejszej części każdej recenzji czyli do meritum. A w tym przypadku meritum jest Muzyka. Tradycyjnie swoje wrażenia będę opisywał w trakcie słuchania.

Pod tym adresem znajdziecie całą suitę Logos (45 minut)

Koncert otwiera Logos Intro. Mroczny utwór z pewną ilością "syków" itp. Po chwili dominują chóry i prosty rytm na który po chwili nałożona zostaje perkusja (z automatu). W drugiej minucie mamy krótki, powtarzający się motyw, który wzbogaca dotychczasową treść. Motyw ten jest rozwijany i powtarzany. W 4 minucie pojawia się pewien niepokojący dźwięk. Z niego zespół postanowił zrobić przejście w kierunku następnej części - Logos Cyan. Brzmi bardzo ambientowo i mrocznie. Na koncertach w 1982, pierwszą część suity Logos stanowiły Intro i Cyan. Zespół znowu przechodzi w stronę kolejnej części i buduje atmosferę oraz nastrój pod nią. Trzecia część suity Logos nosi tytuł "Velvet" ("Logos Velvet", "Logos (Velvet Part)"). Część ta (Velvet) często wracała na późniejszych koncertach. Otwiera ją perkusja i "takie-jakby-wycie". W 7 minucie mamy to, za co "Velvet" jest sławne - niesamowicie piękny motyw. Jest to nie tylko wizytówka tej płyty ale i jeden z najlepszych kawałków nagranych przez TD. Później wzbogacony np. o saksfon. W oryginale mamy wspaniałą, elektroniczną jego imitację. Albo fletu. Albo jedno i drugie. W 9 minucie mamy brzmienia bardziej fletopodobne. W 11 minucie zespół kończy ten utwór oraz przeciąga ostatnią nutę (ku uciesze fanów - te oklaski) i przechodzi do "Logos Red", kolejnej wizytówki z tego albumu. Zaczyna się mrocznie i tajemniczo, choć "podźwiękują" dość często "światełka w tunelu". Wstęp jest dość długi i pod koniec może lekko "zajeżdżać" Schulzowym "Irrlicht" (oczywiście w wersji ugładzonej, ucyfryzowanej i w ogóle usłodzonej - przynajmniej mnie się tak kojarzy). Wchodzi perkusja (loop). Co jakiś czas powtarza się tajemniczy dźwięk. Naprawdę, nie wiem jak go określić. Po dwóch-trzech powtórzeniach mamy motyw a potem znowu ten dźwięk. Wyłania się pewien wzorzec struktury dźwiękowej. ;) W 16 minucie mamy kolejny motyw z "Logos Red", taki lekko "trzęsący się", który towarzyszy nam przez pewien czas. Całość dopełniają jakieś nieludzkie odgłosy i dźwięki kojarzące się z gitarą elektryczną. 17.30 - bardzo piękna sekwencja na tle "fletu" / "saksofonu" i perkusji. W 18 minucie dochodzą do tego jakieś basowe pomruki czy stukoty czy coś w tym stylu (NIE w stylu z początku "Force Majeure", chociaż te nie są basowe). W 20 minucie słychać iż "Logos Red" się wygasza. Ustępuje kolejnej części - "Logos Blue". Jest to ostatnia część składowa "Logos Part I" (na winylu, na CD cała suita jest w jednym, 50 minutowym utworze). "Logos Blue" jest logiczną i spójną kontynuacją "Logos Red". Nawet mamy pewne delikatne podobieństwo (znajoma sekwencja w tyle i perkusja). Utwór ma takie brzmienie jakby to był jakiś "finiszer" (ale wesoły, tzw. happy end ;)). Brzmienie "główne" nieco się kojarzyć może z "Logos Velvet" ale w innej tonacji. W każdym razie nie jest takie hmm.. operowe? :) Naprawdę, ciężko mi to opisać. Pod koniec "Blue" staje się rytmiczniejszy - więcej perkusji. Sama końcówka już nie ma perkusji.

Drugą część suity w wersji 12"  ("Logos Part II") rozpoczyna "Logos Black". Jest bardzo mroczna i tajemnicza oraz groźna. Pozwala zwizualizować sobie ciemność (murzyńską ciemność - tytuł zobowiązuje ;)). W pewnym momencie pojawia się jakieś zgrzytanie, skrzypienie czy coś w tym stylu. W napięciu oczekujemy na rozwój sytuacji dźwiękowej. 27 minuta - "sedno" "Logos Black". Wciąż całość ma tajemniczy nastrój lecz na swój sposób hipnotyzuje. Chyba zaczęła się kolejna część - "Green". Gdzieś tak w 30 minucie. Zaczyna się od tajemniczego, powtórzonego dźwięku a potem prostego rytmu. Brzmi to jak muzyczny podkład pod prezentację jakieś tajemniczej, kosmicznej, mandarynkowej machiny dźwiękowej. Albo remix jakiejś melodyjki z zabawki dziecięcej lub jakiejś pozytywki. W 32 minucie nastrój się jednak zmienia. Czyżby coś się psuło? A może to machina ujawnia swoje prawdziwe, złowrogie oblicze? W 35 minucie zabawka się psuje. Zespół pokazuje publiczności nową - "Logos Yellow". Mamy tu mnóstwo rytmu, bardzo zwariowanego zresztą. Takie mandarynkowe disco polo. ;) W sam raz aby rozruszać publiczność. Niech podenszą (od ang. słowa dance - taniec czyli na nasze - potańcują) sobie. ;). "Yellow" to jeden z najrytmiczniejszych elementów całej suity. Typowy synthpop. Bogate brzmienie. Jest nawet jakaś solówka (?), brzmiąca nieco gitarowo (?). W 39 minucie, mamy jeszcze szybszy rytm chociaż kojarzący się z początkiem tej kompozycji ("Logos Yellow" a nie suity "Logos" jako całości). Po krótkiej zabawie dźwiękowej zespół wraca na mniej-więcej znane nam tony i brzmienia. Znowu mamy (cichy) powrót "gitary". Mamy kolejne, "wietrzne" tym razem przejście - w kierunku "Logos Coda". Jest to ostatnia część suity "Logos". Pojawiła się w innej wersji już w 1981 (tak jak "Logos Intro"). Wersja z 1981 jest nieoficjalnie znana pod tytułem "The Price"). "Coda" jest perfekcyjnym zakończeniem całości. Utwór ma podniosłą atmosferę - w końcu "Logos" to wielka płyta! 50 minut, z czego tytułowy utwór ma aż 45. ;) Ponadto jest bardzo lubiana przez fanów. "Logos Coda" kończy się nagle. Nie ma tu jakiegoś wysublimowanego, rozciągniętego zakończenia. Kończy się w taki sposób, w jaki mógłby się kończyć cały koncert (poza bisami). "Logos Coda" rzeczywiście było zwieńczeniem części głównej koncertów europejskich TD w 1982 roku.

Spora część suity "Logos" była wielokrotnie grana na koncertach i remiksowana. Najbardziej znane są oczywiście "Velvet", "Red", "Blue". Warto odnotować odmienną wersję tej suity graną w ramach koncertów w Japonii (1983) i w Grecji (również 1983). W obu przypadkach, nowa wersja stanowi całą drugą część koncertu oraz wykorzystuje fragmenty utworu "Horizon" ("Poland", 1984) na początku i pod koniec.

Przy okazji, skoro wspomniałem o tym iż istniała "demówka" "Logos Intro" i "Logos Coda" to chciałbym je przedstawić.

Logos Intro, w wersji z 1981 - zwróćcie uwagę na to iż jest 2x dłuższa niż oryginał z 1982 oraz na zmiany między oryginałem a tą koncertową "demówką". Dużo się dzieje pod koniec, w 8 minucie.
Logos Coda, w wersji z 1981

Teraz czas na ostatnią część albumu "Logos Live" - utwór "Dominion", ostatni bis na koncertach w 1982 roku.

"Dominion" - 5 minut

Jest to bardzo rytmiczna kompozycja. Zdecydowanie brzmiąca bardziej jak utwory z drugiej połowy suity "Logos". Łagodniejszy od "Yellow" ale nie tak łagodny jak "Coda". Moim zdaniem jest on pomiędzy nimi. Utwór wzbogacają okazjonalne (ale rzadkie) "pogwizdywania". Tak jak spora część muzyki TD, "Dominion" jest repetytywny. Mamy tu dużo powtórzeń. Nie budzi jakichś skojarzeń czy obrazów. Po prostu miły dla ucha kawałek ale rzadko grany na koncertach (głównie w latach 80., później niesamowicie rzadko). Warto odnotować abstrakcyjny finisz utworu.

Czas ocenić całość. Mamy do czynienia z obrobionym w studiu materiałem - idealną wersję "Logos" oraz jeden bis, dodatkowe słowo do ciągu kolorowych nazw (np. Red, Green, Blue). Do tej płyty zespół często wraca w ramach swoich koncertów i różnych składanek itp (wiele remiksów). Jest to świetna płyta. Wydana w najlepszym dla TD czasie - tzw. The Virgin Years (1974 - 1983). Jedna z niewielu płyt zespołu gdzie TD ma bardzo długie utwory (mam tu na myśli suitę "Logos" jako całość, "muzyczne zdanie" ;)). Perfekcyjne połączenie rytmu i nierytmicznych fragmentów (np. "Logos Cyan"). Wszystko jest spójne ze sobą. Szkoda, że zespół nie grał tego materiału w tej postaci. Sama okładka również ma swój urok. Podsumowując - wspaniały album. Kolejny raz trio Froese-Franke-Schmoelling udowadnia iż wciąż potrafią ciekawie grać oraz świetnie sobie radzą w "Digital Times" (z ang. - Czasy Cyfrowe; taki tytuł nieoficjalnie nosi suita grana podczas brytyjskich koncertów w 1981). Nie ma co się rozwodzić nad oceną - 5/5, 6/6, 10/10, 100/100 czy cokolwiek innego preferujecie. Zdecydowany "must have" w kolekcji każdego szanującego się fana TD, zresztą chyba tak jak każda inna płyta zespołu zrealizowana w ramach okresu Virginowskiego (dyskusyjny może być tylko "Cyclone").

Dedykacja dla mojej przyjaciółki Dominiki, znanej blogerki - Jej blog

Zresztą jest to recenzja, którą jej obiecałem. ;)

Tak jak prosiłaś - zgłaszam się ! ;) Umieściłem łososiowy banerek. ;)


sobota, 14 czerwca 2014

13.06.2014 - Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy

Awaria USOSa skłoniła mnie do napisania kolejnej recenzji. Tym razem wybór padł na singla / EPkę Tangerine Dream - "Sleeping Watches Snoring In Silence". Jest to wydawnictwo przeznaczone dla kolekcjonerów i limitowane. Rzekomo bo wciąż można dostać na Generatorze albo w oficjalnym sklepie TD. Płytkę tą (mini-album) wydali z okazji koncertu w Londynie (20.04.2007) promującego wtedy nowy album - "Madcap's Flaming Duty" (bleee bo śpiewany). A tytuł dzisiejszego wpisu pochodzi od tytułu recenzowanej EPki. :)

Mini-płytę tworzą trzy utwory: Hyper Sphinx, Lady Monk i tytułowy Sleeping Watches Snoring In Silence. Pierwsze dwa zostały zagrane na wspomnianym koncercie (wyszedł on na DVD). Trzeci zadebiutował w wersji koncertowej dopiero w tym roku podczas Phaedra Farewell Tour. Jak się zapewne domyślacie, mamy tu do czynienia z jedną nowością i przepysznie odgrzanymi kotletami (schabowe rządzą!). 

Hyper Sphinx jest to skrócona wersja znanego i lubianego przez fanów utworu Sphinx Lighting z albumu Hyperborea (1983). Należy zaznaczyć iż nie jest on tożsamy z remixem zamieszczonym na Hyperborea 2008 (wydanym w 2008, razem z Tangram 2008). W newsletterze jaki wysyła zespół (a i jaki grupa facebooka The Zest zamieszcza i przesyła członkom) jest zamieszczona setlista z koncertów i w drugim secie pojawił się właśnie ten remix - Hyper Sphinx (to było boskie - i ta gitara Edgara na końcu!). Jeżeli znajdę na YT to zamieszczę wraz z oryginałem. 
   Drugi kotlecik to wskrzeszenie utworu Zen Garden z albumu Le Parc (1985). Nie chcę psuć Wam (i sobie) przyjemności więc na razie przemilczę zawartość muzyczną tych dań.
  Od strony graficznej mamy kilka zegarków. Ten sam obraz został nadrukowany na płytę CD. Napisy na kartonowym pudełku nie zasłaniają grafiki. Nie mamy określonego rodzaju wydawnictwa a nie jest to Cupdisc (te wprowadzili w 2007 ale nie w kwietniu). Voices In The Net określa to wydawnictwo jako EPkę (25 minut). W mandarynkowej nowomowie byłby to zapewne Mini-Cupdisk.

Oto okładka:


Czas na najważniejsze - na muzyczną zupę z zegarka (a na drugie - muzyczne kotlety - BTW: ciekawe czy Edgar dobrze gotuje ;)).

Hyper Sphinx.. zaczyna się dobrze znanymi nam pojedynczymi uderzeniami w klawisze połączone z z syntezatorowymi pomrukami. Każdy dźwięk jest znajomy (i lubiany). Po podmuchu el-wiatru w 1.15 wchodzi perkusja (na koncercie w Warszawie Iris chyba pomyliła zespoły bo nawalała jakby w jakimś metalowym grała :D). Z każdą kolejną sekundą utwór się rozwija i komplikuje. W 3 minucie wchodzi upragniony i wyczekiwany sekwencer. Sphinx Lightning pełną parą. :) W 4 minucie mamy jakieś "rozmazane" elektronicznie głosy. Jest bardzo dużo dźwięków, zwłaszcza w tle. W 5 minucie wchodzi fajny motyw, poprzedzony podmuchem. Także perkusja staje się agresywniejsza (a raczej automaty - a na żywo bębnienie Iris). Sfinks nas oświeca a my zamyśleni medytujemy nad przekazem Guru EF. Zmiana nastroju następuje w 8.45. Zapadamy w trans ale nie sekwencerowy. Minutę potem, wchodzi gitara naszego Maestro. Zawsze myślałem, że to syntezator a na żywo Mistrz faktycznie zagrał tą część na gitarze! Moja ekstaza osiągnęła zenitu. Przewijają się dzwoneczki. Robota dla Iris. Kto był, ten widział, że ma całkiem sporo do ogarnięcia babeczka. W 12:30 mamy kolejną zmianę. Tym razem muzyka stała się żywsza i weselsza. Słychać jakieś perkusjonalia w tle (pyk pyk pyk?) a potem wchodzi perkusja "właściwa". Bit żywy i szybki. Niestety Sfinks powoli chowa przed nami swoje dostojne oblicze. Remix nie obejmuje ostatniej sekcji. Troszkę zbyt gwałtownie się kończy. Na koncercie w Londynie (2007) dograli do Hyper Sphinxa zremixowaną wersję końcówki utworu, przez oblicze Sfinksa fanom zostało ukazane w całości.

Próbki z YT - 4 oblicza Sphinxa


(oryginalne z 1983)


(wersja z tej EPki, 2007)


(Hyper Sphinx z koncertu w Kolonii z tego roku w ramach Phaedra Farewell Tour, 2014)


(wersja z Hyperborea 2008)

Lady Monk rozpoczyna się bitem godnym jakiegoś hiphopowego kawałka. Jest żywy i rytmiczny. Od początku pojawią się elementy ze wspomnianego Zen Garden. Stanowią one tło. Nowością tu jest przede wszystkim bit i nowe warstwy rytmu dodane do tego pięknego utworu. Jest to miły dla ucha, szybki i rytmiczny numerek ale nie ma w sobie tego czegoś, co przyciągnęłoby słuchacza na dłużej. Zdecydowanie gorszy kotlecik od Hyper Sphinxa. Tu jest strasznie nudno mimo iż utwór nadawałby się do potańczenia i w ogóle. Najnudniejszy kawałek na tej płycie? Miły dla ucha bo smaczki z lat 80 (Zen Garden!) ale meganudny jest ten bit.

Próbka:


(Fragment tego utwóru - Lady Monk, nie znalazłem lepszego filmu, inne pokazują wersje z koncertu z 2007 i z trasy z 2012).

Tytułowy utwór od razu wciąga nas w swój klimat i magię. Jest mroczno i tajemniczo. Posrebrzane dźwiękiem od czasu do czasu. Powoli rozwija się sekwencer. Melodia "główna" pojawia się okazjonalnie. Utwór nieco przybiera z czasem na dynamice. Czuć kiedy się rozwija. Naprawdę fajny, wciągający kawałek. Podobny absolutnie do niczego bo i jest to zupełnie nowy utwór a nie kotlecik odgrzany przez Edgara. W 2:23 mamy krzyk zbudzonych z wiecznego snu zegarków. Jest coraz więcej rytmu i sekwencerów a krzyki zegarków są tylko drobnym smaczkiem umilającym w odbiorze całość. 4:06 - zegarki mają własne budziki! Melodyjka skomponowana przez Edgara Froese! ;) Limitowana edycja od Eastgate! ;) Tu się zaczyna druga część utworu ale po chwili wraca do brzmień znanych sprzed budzikowej melodyjki. Niewyspane zegarki wciąż krzyczą (czy zegarkom też mogą śnić się koszmary?). I koniec. Kilka uderzeń perkusji wieńczy ten moment wyjęty z życia zegarków. Wieczny sen został przerwany koszmarami. Pewnie im się ta koszmarna Lady Monk przyśniła. ;) Zdecydowanie, najciekawszy utwór na tej płycie!

Próbki:


(cały utwór - zwróćcie uwagę na ilustrację pasującą do okładki! ;))


(z koncertu z Berlina, 2014)

Po zakończeniu tej radosnej czynności jaką jest odsłuch czas na podsumowanie moich wrażeń. Na tej EPce Edgar umieścił 3 utwory - dwa bardzo dobre i jeden przeciętny. Nie chcę źle mówić o Hyper Sphinx bo to naprawdę fajny kawałek ale poza odświeżonym brzmieniem, nagranym na współczesnym sprzęcie to nie ma tu nic nowego. Po prostu porządne nagranie, bez zbędnych dodatków. Mimo wszystko jest to bardzo dobry utwór a i dzięki temu remixowi zaczęli go nieco częściej grać na koncertach (w tym w Warszawie w tym roku!). ;) Drugi utwór to porażka, nie ratują go nawet elementy z lat 80. Do pełnej kompromitacji brakuje to jakieś rapowej nawijki. A Edgar, ze swoimi Eastgate'owymi cenami (70 zł za płytę, 80-90 za 2 CD, 100 za DVD...) zdecydowanie nie reprezentuje biedy (ale jest / był JP - z tyłu na pudełku od DVD z koncertu z Londynu z 2005 roku jest Edek grający na... Rolandzie JP-8000, dresy mogą się schować bo oni są JP tylko na 100% ;)). Ale ja zupełnie nie o tym. Tytułowe Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy zaś są genialnym utworem! Strasznie miło mi było powrócić do niego. Einfach toll. Podsumowując, EPka zasługuje na ocenę 4. Byłaby 5 - i to zasłużona - ale Lady Monk psuje wszystko. Wstydź się Edek. Ale 4 też dobre - zdane? Zdane! To można oblewać. ;)

PS: Całą EPkę zespół wznowił w ramach składanki Booster (2007, część 1sza). Obecnie jest na przecenie (sporej!) więc warto kupić. ;)

PS2: zupę z zegarka zaczerpnąłem z -> http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Studia

poniedziałek, 9 czerwca 2014

09.06.2014 - Mandarynkowa Józefina

Dzisiejszy tekst jest wynikiem reakcji na koncert mojego ukochanego Tangerine Dream w Warszawie. Na dzisiaj planuję przybliżyć (albo chociaż tylko zachęcić do poszukania na necie / zakupu) najnowszą płytkę TD - EPkę "Josephine The Mouse Singer". Jest to płyta podwójnie szczególna: kupiłem ją na koncercie (jako pamiątka, wydana z okazji tej trasy) oraz... jest podpisana przez Maestro Edgara ! (cud nad Areną! Mam autograf a nie należę do TDOC). Do tego recenzję piszę siedząc w koszulce "trasowej" a obok mnie "oficjalna ulotka reklamowa" zespołu - dołączana do każdego zakupu w "gadżeciarni" na koncercie. Są świadkowie, że mam ten autograf (płytkę i koszulkę wziąłem na uczelnię by przyszpanić :)). Ale nie o tym teraz.

Jak się prezentuje najnowsze dziecko z rodziny "Eastgate's Sonic Poem Series?" Jak typowa EPka (vel cupdisk) od TD. W kartoniku mamy płytkę o czasie trwania ok. 30-40 minut (dawny, przedkompaktowy standard ;)). Okładkę stanowi obraz ale niestety nie znany jest tytuł ani malarz. A może Bianca lub sam Edgar go namalował :) ? W każdym razie jest to najbardziej "pornograficzna" okładka TD ! Nie dość, że piersi (małe ale jednak - i to 2 pary! ;)) to jeszcze goła pupa! ;) Buzie niezgorsze. Słowem - jest na co popatrzeć. Dlategoż zamieszczam okładkę tego mini-albumu.






Znalezione na necie. Nie mój skan (byłem 1szym który dodawał do Discogs). Ze względu na posiadany autograf, nie mogłem użyć swojego egzemplarza do wrzucenia cover arta. Ale co trzeba to męskie oko zobaczy. ;)

Teraz czas na najważniejsze - muzyka ! Na koncercie w Warszawie zespół zaprezentował aż dwa utwory z tej EPki. Tytułowy był grany na każdym koncercie. Okraszony został, poza wizualizacjami, kobiecym tańcem. Tańcem Czarnego Łabędzia.

Taniec Czarnego Łabędzia dla Józefiny (proszę przewinąć tak do 0:50 - jakaś przerwa w koncercie była).

EPka składa się z 5 utworów.
1. The Four White Wooden Horses
2. The Bleeding Angel
3. Center Of Now
4. Josephine The Mouse Singer
5. Arcangelo Corelli's La Folia

Wbrew cupdiskowej tradycji, nie mamy żadnych odświeżeń innych utworów (np. "The Gate Of Saturn" i Logos 2011 - nowa wersja Logos Blue). Wszystko to zupełnie nowe utwory (poza La Folia, które jest współczesną, tangerynkową interpretacją utworu Corelliego).

Miałem niesamowitą przyjemność z pierwszego, dziewiczego odsłuchu tego cupdiska na swoim ipodzie. Mocno wyrównana płyta - każdy utwór mi się podoba. Na potrzeby niniejszej recenzji zamierzam odsłuchać ją jeszcze raz, tak na dobranoc. :)

Płytę otwiera The Four White Wooden Horses. Zaczyna się nieco mrocznie i tajemniczo, troszkę w stylu początków z płyty Finnegans Wake. Po sekundzie czy dwóch wchodzi sekwencer. Czuć, że utwór ma nieco "mięska" w sobie. Całość uzupełnia motyw na klawiszach. Ogólnie bardzo przyjemny, delikatny utwór. Nie ma w sobie chamskiego rytmu, nie jest przekombinowany na siłę. Wzbogacony jest o sample wokalne. Całość jest zgodna brzmieniowo z aktualnym standardem proponowanym przez 70-letniego już lidera zespołu, Edgara Froese. Miłe dla ucha mandarynkowe plumkanie.

Drugi utwór, The Bleeding Angel, obraca się w podobnych klimatach brzmieniowych. Jest pozbawiony sekwencerów. Delikatny bit na tle melancholijnej, nieco ponurej melodii. Soundtrack do płaczu na widok Krwawiącego Anioła. Czuję, nawet w stereo, delikatne chórki. Tak samo jak poprzednio, miłe w odsłuchu. Inna stylistyka od tego, co zespół proponuje na innych albumach z cyklu Sonic Poems. Zdecydowanie więcej tu melancholii, takich rozlazłych, nieco smutkujących brzmień.

Center Of Now. Od razu wchodzimy w akcję. Z Mandarynkowego Snu budzi nas ni to krzyk, ni to jęk. Utwór ten brzmieniowo wydaje się dłużyć, być rozciągnięty na więcej niż 6,5 minuty. Po bardzo długim wstępie mamy powrót sekwencerów. Wówczas utwór zdecydowanie przyśpiesza. Znowu pojawiają się jakieś sample wokalne (ale inne niż poprzednio). Wszystko co do tej pory słyszałem, brzmi jakby dźwięki były nieco zamyślone. Zasłuchane w delikatnym rytmie i krążących w nieskończonym muzycznym wyścigu sekwencerach. Ten utwór od momentu jak się rozwinie brzmi mniej więcej identycznie. Warto pochwalić Edgara za końcówkę.

Tytułowa Józefina!  Delikatne brzmienia połączone z głosem (samplami?) otwierają ten utwór. Głos / sample kojarzą się z tymi co są w drugim utworze. Perkusja jest ale nie dominuje. Nieznacznie perkusja przyśpiesza. Wbrew pozorom, utwór nie brzmi na jedno kopyto. W drugiej minucie wchodzi właściwy rytm, przypominający plumkanie na gitarze. Nie oznacza to iż klimat ze wstępu zniknął - rytm jest przy akompaniamencie (chwilowym) dźwiękowego zamyślenia. Edgar stworzył kolejną perełkę w swojej nad wyraz wyjątkowej i wielkiej Twórczości. Utwór idealny do rozmyślania o kobiecych wdziękach. :) Drastycznie zmienia swój charakter w 4,5 minuty. Staje się bardziej rytmiczny lecz nie traci swego uroku. Patrzymy na zgrabne, powabne ruchy Józefiny-Czarnego Łabędzia. Podziwiamy cud Piękna. Zachwyt nad doskonałością Jej ruchów (i dźwięków Edgara). Niesamowicie przyjemny utwór, lepszy od poprzedniego. Chyba pojawia się Hoshiko na skrzypcach. W każdym razie warto poświęcić te 8,5 minuty na "rzut uchem" w stronę Józefiny. Kiedy utwór zmierza ku końcowi w 7,5 minuty, mamy powolne wyciszenie, Józefina w zasłuchanym i skupionym milczeniu schodzi ze sceny. Utwór ten otwierał drugi set na koncertach z cyklu Phaedra Farewell Tour.

La Folia! Był grany na kilku koncertach, w tym w Warszawie, na bis. Jedna z najlepszych jego części. Najlepsza, moim zdaniem, część z udziałem Hoshiko (skrzypce elektryczne). Od samego początku czujemy majestat i powagę godną muzyki poważnej. Czuć iż dodano elektronicznego co nieco. Nie mniej, bardzo piękna interpretacja. Na koncercie wykonana z niesamowitym wdziękiem. Teraz wyczuwam delikatne, ciche sekwencery. Dominuje kobieca, delikatna Hoshiko. Niczego więcej nie potrzeba. Utwór perfekcyjny. Dodatki elektroniczne nie odstraszają ani nie psują. Czuć, że stopniowo ich przybywa. Elektroniczny bas, subtelny i delikatny jest smaczkiem, przyprawą w tym muzycznym daniu. Miałem to szczęście iż mogłem wysłuchać tego CUDU na żywo. Na koncercie w La Folii było więcej perkusji co moim zdaniem psuło ten utwór. W wersji studyjnej nie mam tego odczucia. Naprawdę, chciałbym załączyć film z YT ale niestety nie ma nic. Ci co byli na koncercie - przedostatni bis, przed "Silver Boots Of Bartlett Green". Dla reszty pozostaje czekać aż EPka pojawi się w Generatorze / na Allegro. Jedynym minusem La Folia jest to iż jest to tylko 7 minut i 40 sekund. Ale za to niesamowicie pięknych. Najpiękniejsze 7 minut 40 sekund. Cudowne zwieńczenie pięknej EPki. Niczym mandarynkowa wisienka na White Eagle'owskim torcie dla Edgara. ;)

Po ostatnich, niezmiernie wdzięcznych dźwiękach La Folia przyszedł czas na podsumowanie. "Josephine The Mouse Singer" to bardzo piękna, wyrównana płytka. Delikatniejsza w brzmieniu od ostatnich dokonań Tangerine Dream ale mająca swój urok i charakter. Mamy na niej 2 dobre utwory, 1 średni / dobry (Center Of Now) i 2 niesamowicie dobre - tytułowy oraz La Folia. Jest to porządna EPka, miła w odsłuchu (a okładka również atrakcyjna ;)). Stanowi fajną pamiątkę z koncertu, zwłaszcza podpisana. :> Myśląc nad oceną, nie mogę wystawić nic poniżej 4+. To świetna płytka, ma "to coś". Na pewno będę do niej nie raz wracał.

Edit - na prośbę na Forum Studio Nagrań dodaję skan z autografem. :)





Lepsza byłaby zapewne fotka ale nie lubię mojego telefonu :)

poniedziałek, 5 maja 2014

05.05.2014 - "Pamięć w kamień wrasta"


          Wykorzystując chwilę nieco bardziej wolnego czasu (która, znając mnie i moje lenistwo, rozciągnie się do iście Tangerine Dream'owskiego „Zeit”), postanowiłem znowu spróbować swoich sił w pisaniu recenzji Muzyki. Przez duże M bowiem Muzyka jaką chcę zaprezentować moim Czytelnikom (są tacy?) jest najwyższych lotów (tych ponadchmurnych również... „Cloudburst Flight” ! Ci urodzeni pod znakiem Mandarynki wiedzą doskonale o co chodzi a niestangentyzowanych odsyłam do posta z 30.12.2013 pod tytułem „Siła Wyższa”).

         Dzisiejszy tekst poświęcony jest jednej z najlepszych płyt polskiego (podkreślam raz jeszcze – POLSKIEGO – gdyż wszyscy wiedzą iż ja to bardziej Germanofil jestem ;)) zespołu SBB. Cóż mogę powiedzieć jeszcze? Zespół istnieje do dzisiaj (chociaż nie obeszło się, a jakże, bez perturbacji, zawirowań, zmian składu itp.). Warto nadmienić iż współczesna muzyka SBB jest dramatycznie odmienna od tego WIELKIEGO SBB z lat 1974 – 1981 (czyli „złoty” okres, „Virginowski”, jeśli wolno mi użyć tego iście tangerynkowego sformułowania). Nie oznacza to iż jest zupełnie zła. Da się tego, nawet z przyjemnością, posłuchać. Skoro w dorobku zespołu jest płyta „New Century” (2005), to jakie jest „Old Century” SBB? Wycinek odpowiedzi na to pytanie, aczkolwiek bogaty dźwiękowo i radujący serca jak i uszy, zaprezentuję w niniejszym tekście. Dlaczego wycinek? Bowiem „Pamięć” jest tylko jedną z TYCH płyt SBB. Jest tym czym np. „Stratosfear” dla Tangerine Dream.

        Najpierw kilka słów o „składzie płyty”. Na album ten zespół wrzucił trzy utwory, każdy zawierający partie wokalne. Dwie krótsze piosenki – po 10 minut każda („W kołysce dłoni twych (ojcu)” i „Z których krwi krew moja”) stanowią stronę A muzycznego naleśnika w kolorze afroamerykańskim (danie to jest bardziej znane pod nazwą „winyl”). Stronę B w całości zajmuje tytułowa „Pamięć”, monumentalny, 20 minutowy utwór. Muzykę tą stworzyły 3 osobistości: Józef Skrzek (gitara basowa, śpiew, syntezatory, fortepian), Antymos Apostolis (gitara elektryczna) i Jerzy Piotrowski (perkusja). Jest to jednocześnie najlepszy skład SBB, z którego ostał się już tylko Józef (ale chyba teraz gra w duecie z Apostolisem).

         Czas przejść do dania głównego, czyli Muzyki „właściwej”. Zapraszam po odbiór dania - http://www.youtube.com/watch?v=SJALHiD6Gr0 (od razu zaznaczam iż pomijam bonusy). 40 minut pięknej Muzyki.

         Pierwszy utwór („W kołysce dłoni twych (ojcu))” zaczyna się cichymi pobrzękiwaniami perkusji oraz delikatną partią organów lub syntezatora. Muzyka się rozwija ale wciąż ma melancholijny, delikatny, tkliwy nastrój. Jakby dźwięki za kimś tęskniły. Praktycznie nie słychać gitary. Wszystko jest delikatne i kruche niczym dziecko w tytułowej kołysce z dłoni ojcowskich. Czuć iż muzycy z najwyższą starannością i troską dobierali dźwięki i barwy. W 2 minucie wchodzi delikatny i jakby kruchy wokal Skrzeka. Niesamowicie piękny, dominujący nad niemalże stłumionymi do zera dźwiękami Muzyki. Co kilka słów pojawia się partia bardziej basowa (gitara basowa? Syntezator?). W 3:22 Muzyka staje się bardziej dynamiczna za sprawą perkusji (ale nie tylko, rzecz jasna). Syntezatory / organy są ciche ale świetnie kontrastują z tonem i melodią głosu Józefa. 4:40 – Józef wchodzi z instrumentalną częścią graną na syntezatorze. Przepiękne. Po chwili przyłącza się zespół. Na tle perkusji mamy cichą improwizację. Możliwe iż pojawia się gitara. Tu już muzyka jest bardzo dynamiczna i żywa. 6:16 – temat. Dynamiczny. Żywy. Piękny. Na tle całości brzmi wyjątkowo wesoło. W 7 minucie muzyka staje się jeszcze szybsza. Prędkość dźwięku została po raz kolejny przekroczona. Szybki rytm perkusyjny miesza się z „trąbką” bądź / i gitarą elektryczną Antymosa. 8.30 – tu czuć iż utwór zwalnia i kończy się. Organy stopniowo się wyciszają. Utwór się skończył ale Piękno trwa (i wybrzmiewa) dalej.

         Drugi utwór rozpoczyna się równie delikatnie jak pierwszy. Do poszukującego swojego brzmienia syntezatora przyłączają się inni muzycy. Po chwili jednak dominuje gitara. I nagle znowu wchodzi delikatność a wraz z nią – śpiew. W 1:32 mamy coś jakby refren – muzyka staje się rytmiczniejsza i żywsza. Po chwili powraca do czułości i delikatności znanej ze zwrotki (po której następuje kolejny refren). Lecz po drugim refrenie mamy zabawy z dźwiękiem, instrumentalne pieszczenie ucha Słuchaczy talentem i wirtuozerią. Szczególnie to słychać w 3:20. Józef Skrzek jest wybitnym klawiszowcem (o czym się jeszcze nie raz przekonacie, jeśli zdecydujecie się zgłębić Muzykę SBB). W 4 minucie mamy ciekawe zmiany. Słychać nieco basu. Muzycy wariują na temat jednego motywu i co jakiś czas go powtarzają. Wszystko jest zsynchronizowane. 5:25 – znowu mamy dominację Skrzeka. Słychać też gitarę Apostolisa ale zdecydowanie w uszy bardziej rzuca się motyw grany przez Józefa (gitara jest jakby w tle). W 6:55 mamy powrót do zamyślonego, tkliwego nastroju z początku. W 7:38 mamy kolejną partię wokalną. W zasadzie jest to powrót do tych samych struktur dźwiękowych zaprezentowanych Słuchaczowi już na początku, przy okazji pierwszej partii wokalnej Józefa. Mamy podniosłe wyznanie i gitarę akompaniującą mu: „Jestem z miłości”. Po kolejnym refrenie zespół kończy utwór, takie odnoszę wrażenie. I faktycznie, po kilku sekundach muzycy zwalniają i zaczynają grać coraz ciszej. Zakończenie jest tajemnicze ale jednocześnie piękne. Nie będę spoilerował gdyż nie umiałbym tego dobrze zanucić a co dopiero zapisać. ;)

         Po dwóch 10-minutowych „przystawkach” czas na prawdziwy przysmak. Oto bowiem został już tylko 1 utwór na płycie – tytułowa „Pamięć”. Wyjątkowo długa, nieulotna. Czas degustacji (specjalnie nie używam słowa konsumpcji gdyż jest to zbyt dobra, zbyt wysoka, zbyt szlachetna Muzyka by ją li tylko konsumować) został obliczony na całą stronę płyty winylowej. „Pamięć” zaczyna się elektronicznym wiatrem. Na myśl przychodzi mi tutaj Jarre'owski „Oxygene”. Oczywiście, to nie jest to samo. Po minucie do pieśni wiatru przyłączają się organy i inne oxygenowo-podobne dźwięki. Sam Jarre zechciałby pewnie posłuchać. Wszystko jest delikatne, tak jak początki pozostałych dwóch kompozycji z tej płyty. W 2giej minucie do całości wchodzi cichy głos Skrzeka. Muzyka jest wyjątkowo zrównoważona, cicha, delikatna i krucha. Dźwięki ulotne. Niczym poranna rosa skapująca z kwiatu Piękna na elektroniczną łąkę. Mamy tu szumy, delikatne partie organowe (podkreślające cichość i kruchość całości) oraz głos. Muzyka wręcz zachęcająca do medytacji. Zapomniałem o przewijających się, cichych uderzeń w talerze perkusyjne. W 5 minucie zaczyna się „Pamięć właściwa”. Do delikatnej melodii klawiszy przyłącza się gitara. Rock zaczyna się w 6 minucie. Po 15 sekundach mamy niesamowitą partię syntezatorową a potem milczenie organów. Milczenie to, dla kontrastu, połączone jest z głosem Skrzeka (krótka piosenka). Można utonąć w tej Muzyce, zakochany w Niej bezgranicznie. Ożywienie następuje w 8 minucie. 8:40 – kolejna porcja talentu Józefa. Następnie pałeczkę przejmuje Apostolis (na krótko) by dominację dźwiękową znowu miały syntezatory. Niesamowite zawirowania dźwiękowe w 9:40. „Pamięć” dźwiękiem się toczy. Skrzek płynnie przeskakuje między motywami. Po kilkunastu sekundach zawirowania przechodzą w niesamowicie podniosłą partię. Ta z kolei przechodzi też szybko przemija i ulega następnemu motywowi. Ciąg motywów. Niczym na „Logos” Tangerine Dream gdzie z jednego pomysłu rodzi się następny, niczym (nie)skończony cykl dźwięku. Co jakiś czas, nawet jak się motywy przeciągają, ewoluują za sprawą solówek Józefa. Wszystko to sprawia iż mimo swojej długości jest to utwór ciekawy i cieszący ucho. Wydaje mi się iż w zasadzie jest to utwór Skrzeka. W 15 minucie mamy kolejną część, która jest warta zapamiętania. Zespół nie używa sekwencerów (chyba) a jednak mamy tu gitarowe solo Antymosa na tle jakby-sekwencji. Z jednego szaleństwa w drugie. Żonglerka motywami i solówkami. Coda utworu, niczym zwieńczenie, zaczyna gdzieś w 18 minucie. Dość powoli i delikatnie dzikość i progresja SBB hamuje by ulec powrotowi delikatności z początku utworu. Wracamy do znanych nam klimatów z początków poprzednich kompozycji. Koniec, sam koniec, nie jest zbyt majestatyczny. Raczej rozpala nadzieję na coś więcej.

            Ocenę tej płyty zostawiam Słuchaczom. Między innymi dlatego podałem linka do całego albumu. Moim zdaniem jest to bardzo dobra płyta, chociaż może nie najlepsza w dorobku zespołu. Na pewno stanowi mocny punkt w ich dorobku. Dla fanów muzyki elektronicznej jest tu dużo dobrego – Skrzek hojnie został obdarzony smykałką do instrumentów klawiszowych, co wyraźnie słychać. Myślę iż całokształt mógłbym ocenić na 4+, może 5-. 5tkę „pełną” wystawiłbym z przyjemnością ich następnej wielkiej płycie - „Ze Słowem Biegnę Do Ciebie”.

wtorek, 14 stycznia 2014

14.01.2014 - Mandarynkowo-Senny Megamix

     Dzisiejszy post jest recenzją nietypowego albumu Tangerine Dream. Jest on czwartą częścią serii płyt o odświeżonym, uwspółcześnionym brzmieniu - Dream Mixes. W dzisiejszej notce nie będzie żadnych wyśnionych wizji i opowieści. Jest to także pierwszy mój post napisany po przesłuchaniu płyty (a także po krótkim, Mandarynkowym Śnie - ze zmęczenia poszedłem spać ;)). Czy taka formuła może się przyjąć? Nie wiem. Na pewno jesteście przyzwyczajeni do moich "chorych", "narkotycznych" opowiadań pisanych pod wpływem Muzyki. Nie mówię, że jest to jednorazowy eksperyment. W końcu na tym blogu pojawiły się już recenzje płyt zupełnie nieelektronicznych jak np. "Please Please Me" Beatlesów z 1963. Ale wróćmy do Mandarynowego meritum.
     Seria ta, zapoczątkowana w 1995, składa się obecnie z pięciu płyt (i jednego singla). Ostatnia, piąta już, część została wydana w 2010 roku. Ważną cechą tych albumów jest to iż w sporej części, praktycznie w całości są poświęcone remiksom (autorskim, nagranym przez duet ojca i syna). Prawie każda płyta jest wzbogacona o nowe, studyjne utwory (prawie - bo na Dream Mixes V ich nie ma). Część druga (Dream Mixes II: TimeSquare jest wyjątkowa gdyż prawie w całości składa się z samych nowinek. O specyfice części czwartej, zatytułowanej DM IV napiszę w trakcie tego tekstu.
     Część czwarta została wydana w 2003 roku. Uzupełnia ją singiel "DM IV Bonus CD" z dwoma utworami. Singiel ten jest miłym dodatkiem dla każdej mandarynkowej kolekcji, chociaż nie jest wydawnictwem limitowanym, wciąż można go dostać oficjalną drogą. A nawet "nieoficjalnie", wbrew temu co zespół napisał na stronie swojego sklepu. :) Nie chcę robić reklamy, stąd nie umieszczam żadnych dodatkowych informacji. Mogę tylko poinformować, że sam tam dokonałem zakupu DM IV + Bonus CD na którąś tam gwiazdkę. :) Nawet nieco taniej niż w sklepie TD. ;)
     Okładka tej części nawiązuje do dobrze nam (tzn. weteranom TD) znanej okładki z albumu "Tangram" (rzecz jasna, tego z 1980 ;)). Mogę też od razu wspomnieć iż na DM IV znalazły się fragmenty z tego albumu (na Bonus CD również są). Jak wygląda okładka DM IV? Dymiący płomień zapałki (bądź świecy) na czarnym tle. Niby nic specjalnego ale skojarzenia ze wspomnianym "Tangram" nasuwają się automatycznie. Dla porównania, wrzucam obie okładki. A i zachęcam do przeczytania mojej recenzji "Tangram" . Nawiasem mówiąc, jest to jeden z najstarszych moich tekstów, więc tym bardziej zachęcam do zapoznania się z moim "geniuszem". ;) Co prawda dzisiaj by ten tekst został inaczej napisany (i kolejny eksperyment - "remastering" tekstu) ale co nieco możecie się dowiedzieć. Album polecam. ;)
Obie okładki obok siebie. Z lewej strony - "DM IV". Zwraca uwagę  brak jakichkolwiek informacji o wykonawcy (VITN donosi iż niektóre kopie tego albumu miały nakleję odnoszącą się bezpośrednio do TD). Z prawej strony zaprezentowałem oryginalną okładkę do albumu "Tangram" (1980). Oryginalna jest czerwona ale istnieją kopie z fioletową. Osobiście posiadam fioletową. Nikt nie wie dlaczego istnieją dwa warianty wydania z 1984 czy 1985. Wydanie z 1995 (ostatni remaster) jest tylko czerwony.

     DM IV, otwiera dziwna jak na TD, kompozycja "Losing The Perspective". Jest to muzyka zrobiona pod wycinek dialogu z filmu. Nie wydaje mi się iż by to był film z tych, do których muzykę skomponowali Tangerine Dream więc raczej na pewno są to zupełnie nowe dźwięki. Jest to jedna z trzech nowych kompozycji. Następna, "World Of The Day" jest delikatnym wstępem (ale się rozgrzewa do klimatów, które są w zasadzie typowe dla tego albumu) i pełni rolę "drugiego intra". Aż do końca płyty, mamy do czynienia bądź to z remiksami starszych utworów TD, bądź utworami stworzonymi od nowa ale z wykorzystaniem sampli z klasyków. Co zaskakujące, mamy tu nawet wykorzystane fragmenty z tak odległego w muzycznej, mandarynkowej czasoprzestrzeni albumu jakim jest "Zeit" (1972) ! Ostatnią nowinką na tej płycie jest "The Metropolitan Sphere". Pełni on rolę zwieńczenia całej płyty.
    Wśród dialogu wybranego na potrzeby utworu "Losing The Perspective" padają słowa "Special. They're all special". Co jest "special" w DM IV ? Nie bez powodu w tytule posta umieściłem słowo-klucz "megamix". Płyta ma konstrukcję bardzo zbliżoną do tego, co Tangerine Dream prezentują w ramach swoich koncertów od 1980 roku. Każdy z utwór na płycie "wychodzi" z poprzedniego. Utwory nie mają prostego zakończenia - przeciwnie, niby się kończą ale przechodzą w płynny sposób w "mostek" prowadzący do następnego kawałka. Trend ten jest widoczny na każdej płycie koncertowej TD od 1997 włącznie (poza jedną - "wyjątkiem potwierdzającym regułę" jest "Cruise To Destiny" z 2013 roku).
    Wśród utworów poddanych obróbce bądź cytowanych mamy np. Ricochet (obie części wykorzystane w utworze "Rebound 03"), fragmenty z całej płyty "Zeit" (w utworze "Cosmic Merriment"), Love On A Real Train ("Floating Higher", remix - jedyny utwór na tej płycie pochodzący z soundtrackowego dorobku Tamgerine Dream) czy Rising Runner Missed By The Endless Sender ("Messenger", remix - bez tekstu, w przeciwieństwie do oryginału z albumu "Cyclone" z 1978). Jak podał Jerome Froese na stronie swojej wytwórni (stosowny dokument), on sam jest kompozytorem wszystkich utworów na tej płycie.
    Co można powiedzieć natomiast o brzmieniu tej płyty? Tak samo jak inne części tej serii, jest ono bardzo rytmiczne i nawet nieco taneczne. Utwory są dynamiczne i szybkie. Najciekawsze partie? Wszystkie nowe utwory oraz "Perplex Parts" (zawierający sporo fragmentów z całej płyty "Tangram"), "Rebound 03" i "Floating Higher". Nie można narzekać na nudę podczas odsłuchu tych nagrań. Cała płyta prezentuje sobą zdecydowanie świeższe brzmienie ale moim zdaniem nieco inne niż na poprzednich częściach z serii Dream Mixes. Czyżby trendy na dyskotekach się zmieniły ? ;) Jeżeli komuś by zależało na muzyce w podobnych klimatach od TD to mogę polecić tylko Dream Mixes V z 2010. Tam również znalazł się jeden kawałek soundtrackowy. ;)
    Nawiasem mówiąc, wydaje mi się iż dla osób lubiących nowocześniejsze brzmienia (nawet niekoniecznie znających tak wybitnych elektroników jakimi są Tangerine Dream) seria Dream Mixes mogłaby stanowić świetne wprowadzenie do twórczości zespołu. Po poznaniu współczesnej odsłony niektórych utworów, fajnym pomysłem byłaby prezentacja ich wersji oryginalnych. Oczywiście nic na siłę i nie od razu na głęboką wodę (jak np. "The Return Of The Time" z DM V, będące remixem Rubycon, Part One i skontrastowanie tego utworu z oryginałem z 1975 roku). Albo... prezentację rozpocząć od Dream Mixes a potem przejść do "ogarniania" wybranych składanek TD. Jest ich całe multum. Samym składankom poświęciłem aż dwa wpisy na tym blogu - są to odpowiednio: Długi esej na temat kompilacji TD i Rozpiska będąca jego skrótową formą (nie uwzględnia "Boostera VI", który niedawno się ukazał).
    Tak jak każdy porządny tekst będący recenzją, tak i ten musi zawierać w sobie ocenę przedmiotu recenzji. Wszyscy dobrze wiedzą, że ja lubię zarówno stare TD (Baumannowskie jak i Schmoellingowskie) ale przyjemność też mi sprawiają dokonania post -1984. Do serii Dream Mixes raczej rzadko sięgam, jak już to przeważnie tylko do części 1szej, z 1995 (którą notabene posiadam w swojej kolekcji płyt). Ciężko mi sformułować ocenę. Nie jest to album wybitny ale też nie można powiedzieć iż jest to chała. Zwraca uwagę swoją nietypową formułą (określoną przeze mnie jako "megamix") jak i nowymi utworami (tymi kompletnie nowymi). Niestety nie mogę postawić 5tki gdyż są sporo lepsze albumy od DM IV. Na 3kę ten album również nie zasługuje bo jest za dobry. 3+ byłoby nieco krzywdzącą próbą kompromisu - Dream Mixes to odskocznia od tradycyjnego brzmienia TD, nawet odmłodzonego przez Jerome'a. Tu rządzi młodość. Ogniste, taneczne, świeże - oto słowa opisujące, dość dobrze, serię Dream Mixes. Całkiem udany mariaż TraDycji z nowoczesnością. Tak więc, jako TDek muszę wystawić ocenę dobrą (4). Nawet przyjemne ale w zasadzie nie powala na kolana. Ze zbliżonego okresu bardziej lubię, również rzadko słuchane przeze mnie ale posiadane w postaci oryginalnego kompaktu (wznowienie ale jednak ;)), "Inferno" z 2001. I właśnie ten album bardziej polecam zamiast DM IV z 2003. Zasługuje na osobny tekst na tym blogu, na coś więcej niż tylko takie krótkie wspomnienie.

Próbki dźwiękowe:

Na YT niestety nie ma nic z tego albumu poza:

"From Kiev With Love" - 7 minut, remix "Kiew Mission" z albumu "Exit" (1981)

Jako bonus dorzucam 1 utwór z "DM IV Bonus CD":

"Frenetic" - 4,5 minuty, zawiera fragmenty z albumu "Tangram" (1980)
   

poniedziałek, 30 grudnia 2013

30.12.2013 - Siła Wyższa

Witajcie po kolejnej przerwie. Dzisiaj na tapetę postanowiłem wziąć album "Force Majeure" TD. Czemu ? Tak jakoś. Edgar i jego mandarynkowy band nagrali tyle płyt, że nie sposób wybrać coś pasującego akurat teraz. Z drugiej strony, każdy może znaleźć coś dla siebie. A fani znajdą remiksy remiksów remiksów (o ironio - Edgar nie znosi remiksów ale zrobił z ekipą od.. groma remiksów własnych kawałków! Fanom nie trzeba nic mówić a innym - "Tangents". Aż 4 na 5 płyt tego monstrum to remiksy!).

Jest to projekt z okresu krótkiego romansu (nie tego Baumannowskiego ;)) zespołu z rockiem progresywnym. Do brzmienia zespołu włączono bowiem nietypowe jak na muzykę elektroniczną instrumentarium - harmonijki, skrzypce itp. W każdym razie już "Stratosfear" różniło się znacznie od poprzedzającego ten album "Rubycon". "Ricochet" był natomiast płytą przejściową. Więcej warstw dźwięków, więcej rytmu (nie tylko sekwencerowego). Wracając do wspomnianego w nawiasie Petera Baumanna, trzeba powiedzieć iż "Force Majeure" jest drugim albumem bez tego wyjątkowego muzyka.

"Force Majeure" został wydany w 1979 roku i nagrany po odejściu Steve'a Joliffe'a z zespołu (to on był wokalistą i flecistą na "Cyclone", poprzednim albumie TD). Tu mamy prawdopodobnie najbardziej rockową płytę TD od czasów debiutu (na "Electronic Meditation" (1970) mamy bardzo fajny Krautrock, dopiero na "Alpha Centauri" (1971) pojawiły się instrumenty klawiszowe inne niż organy). Następna takaż to, moim skromnym zdaniem, dopiero "220 Volts Live" z 1993. Z bardzo mocnym rockowym akcentem - mandarynkowy cover "Purple Haze" Jimiego Hendrixa. Do tego utworu, tak samo jak do "House Of The Rising Suns" (też cover ale z 1988), zespół często wracał bisując podczas koncertów.
 
Co ma więc wspólnego rock z "Force Majeure" ? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w trakcie tej recenzji. Wszakże kto pyta - nie błądzi (podobno).

Na tenże krążek składają się zaledwie 3 utwory - tytułowa suita, zajmująca całą stronę A płyty (18 minut) oraz dwie krótsze kompozycje: "Cloudburst Flight" (7,5 minuty) oraz "Thru Metamorphic Rocks" (14 minut). Materiał z tej płyty jest bardzo rzadko grany na koncertach - krótki fragmencik z końcówki tytułowego kawałka był stałym elementem koncertów w latach 1980-1981 a potem bardzo sporadycznie, "Cloudburst Flight" pojawiał się w latach 2008-2011 dość często (w 2008 roku doczekał się ponownego nagrania i właśnie wrócił na scenę) zaś ostatni utwór dopiero w latach 2003-2005 został w jakiejkolwiek postaci ogrywany na koncertach (remix z "DM IV" z 2003). Jest to więc płyta w zasadzie pomijana przez zespół na koncertach (tak jak w sumie cały ich dorobek z lat 70. - Edgarze błagam o "Betrayal" ! Chciałeś zagrać na koncercie w 2013 ale nie wyszło, zagraj w 2014 !) a jednocześnie bardzo lubiana przez fanów (za: Voice In The Net).

Jako iż mam w zwyczaju w miarę dokładnie i na bieżąco opisywać "wydarzenia" muzyczne, już teraz gorąco Was zachęcam do włączenia tej płyty do odsłuchu. Nieprzebrane zasoby Internetu są nieprzebrane więc na Youtube znajdziemy całą kopię tegoż albumu w 1 filmiku.




Okładka prezentuje się również tajemniczo co sama muzyka. Ot "zapadające się kwadraty" i jakaś czerwona kula wpadająca do kwadratowej dziury. Ciekawe czy na wystawie sztuki współczesnej okładki TD by się przebiły? Tu mamy prezentację dorobku Moniki Froese (zmarłej już dawno niestety pierwszej żony Edgara). Ale najważniejsza jest muzyka, przez uszy do serca.

Mam nadzieję, że nawet jeżeli nie włączyliście zasugerowanego przeze mnie filmiku, to zachęceni tekstem sięgniecie po ten wyjątkowy album. Jest to dobry aczkolwiek nietypowy longplay - zbyt rockowy jak na typowe TD.

Część właściwą czas zacząć. Niech Przezchmurny Lot się rozpocznie!

Płyta zaczyna się dziwnymi dźwiękami, którym towarzyszą jakieś demoniczne ryki i "poszczekiwania". Jesteśmy od razu wciągnięci w tajemniczą, mroczną Pustkę. Wciągnięci w wir wydarzeń, dajemy się wciągać głębiej. Łagodnie przebijamy się na Srebrzystą Polanę. Leżąc na niej, zaznajemy ukojenia przy dźwiękach skrzypiec. Niebo wciąż groźnie na nas łypie ale nie przejmujemy się tym. Jest tak miękko... przyjemnie... rozkosznie! Nagle z nieba dochodzą jakieś basowe uderzenia. Nasz spokój mąci COŚ. Let it rock, baby! Zespół zaczyna dawać solidny pokaz elektronicznego rocka. Słychać ciekawie brzmiącą gitarę Edgara. Rytm perkusyjny wbija się w ucho i w pamięć. Właśnie tą sekcję najbardziej pamiętam z tytułowej suity. Z każdą chwilą jest więcej gitary. Wydaje się, że teraz to Edgar, jako lider, zespołu dominuje w brzmieniu. Jego gitara łączy resztę w całość, bez niej to nie byłoby to samo. 6:50 kolejne mącące nastój COŚ. Stwórca zmienia świat. Uginają się przed nim wszystkie Dźwięki. Posłuszne Jego woli brzmią inaczej. Lecz człowiek jest bytem niepokornym i nieujarzmionym, z przyrodzoną mu wolną wolną. Dlategoż gitara zdaje się znikać ze sceny a zamiast niej mamy... skrzypce. Dzika energia wręcz tryska z tej kompozycji. 9 minuta. Aktualnie serwowane Dźwięki zdają się zwiastować koniec utworu lecz "koniec" oznacza zaledwie nowy początek. Coś się kończy, coś się zaczyna. Tak było, jest i będzie. Dochodzi do transmutacji na Horyzoncie Zdarzeń Dźwiękowych. 10.30. powoli wyłaniają się nowe Dźwięki. Wraca też do wszechwiecznej, odwiecznej gry Dźwięków gitara Edgara. 12 minuta. Wchodzą Dźwięki, które stanowią wycinek z "Force Majeure" grany na koncertach. Przyjemna dla ucha sekwencja jest okraszona cichymi dźwiękami. Podlega drobnym przekształceniom, rzecz jasna. Bardzo minimalistyczna w brzmieniu część utworu. Wydaje się brzmieć niemalże identycznie przez cały czas trwania. Oczywistym błędem byłoby przytaknięcie temu stwierdzeniu. 15.20 - utwór znowu wydaje się zbliżać ku końcowi. Krótkie, kilkusekundowe przejście i mamy ostatnią sekcję - od 16stej minuty. Brzmi nieco synthpopowo. Aż chce się tańczyć. Jest to bardzo rytmiczne i nieco nieoczekiwane zwieńczenie suity. Od pomruków Pustki po Taniec Radości. Lecz pomruki wracają. Utwór na zakończenie jakby się zapętlił. Znowu mamy groźny i tajemniczy nastrój lecz tylko przez kilka ostatnich sekund. Tak oto poznaliśmy różne kaprysy Stworzycieli Dźwięków i zatoczyliśmy mandarynkowo-progrockowe koło poruszeni tytułową Siłą Wyższą ("Force Majeure").

Czas na Przezchmurny Lot (Cloudburst Flight). Utwór zaczyna się delikatną i majestatyczną gitarą okraszoną równie delikatnymi powiewami syntezatorów. Czuć tu wirtuozerię i wprawę jaką ma Edgar w grze na gitarze. Do tegoż tandemu powoli wkrada się niepokój. Robi to ostentacyjnie i prowokacyjnie, coraz głośniej. Dźwięki są oburzone. Lecimy. Zapinamy pasy. Zaczyna się część właściwa. Lecimy ku niebiosom a potem przebijamy się przez chmury. 2.52 - pierwsze przebicie. Razem z mandarynkowym trio grande czynimy różne akrobacje w przestrzeni powietrznej. Prawdziwie epicki utwór. 3.45 - Edgar daje kolejny gitarowy popis. Z prędkością ponaddźwiękową penetrujemy cumulusy i cirrostratusy. Pędzimy gnani muzyką przez duże eM. elektroniczną Muzyką. 5.53 - pogwizdujemy radośnie niszcząc chmury niczym Mario niszczący klocki głową w Super Mario Bros (zawsze myślałem, że on to ręką robi! :( ). Niestety, nasz lot jest lotem niedokończonym. Urywa się nagle i niespodziewanie.

Trzecia i ostatnia część płyty zaczyna się cicho i skromnie. Za cicho. Jest pewna tajemniczość, niepokój. Narastają one z każdym kolejnym dźwiękiem. Po chwili nasz lot zostaje wznowiony. Lecimy pomiędzy Metamorficznymi Skałami. Cały czas coś się tłucze - skały ? Na szczęście Edgar i jego mandarynkowi kompani są wprawnymi pilotami i żaden odłamek w nasz wehikuł nie uderzy. Mandarynkowym manewrom towarzyszy spokojna gitara. Coś się musiało stać i w 4.30 mamy zakłócenia. Skały ożywają. Powstaje z nich gniewny, pradawny metamorficzny golem Malphite. Dochodzi do kolejnego starcia. Nasz wehikuł ma problemy (co słychać - elektryka i elektronika siada). Walka jest nierówna ale żadna ze stron nie zamierza odpuścić. Na pewno nie tak miał się skończyć ten lot. Taniec Radości i wesołe pogwizdywania były przedwczesne. Zburzyliśmy rykiem elektronicznego silnika pradawny sen Malphite'a. Próbujemy uciec z jego skalnego legowiska. Pada deszcz... metamorficzny meteorytów. Z różnym skutkiem lawirujemy między kolejnymi falami zsyłanymi przez rozgniewanego i niewyspanego (haha.. spał tyle tysiącleci i jeszcze niewyspany...) Malphite'a. Wyjemy z bólu trafiani odłamkami. Nasz wehikuł powoli spada. Mamy problemy z utrzymaniem jednostajnej wysokości. Mandarynkowe lawiracje przychodzą nam z coraz większym trudem i wysiłkiem. Zaczynają się zwarcia, spięcia i awarie. Nasz pancerz został zniszczony. Mandarynkowy wehikuł spada w otchłań Pustki ku uciesze i radości golema. Wraz z naszym upadkiem w bezdenną dziurę (czyżby to ta z okładki płyty?) kończy się ten utwór.

A więc wybił czas bym i ja kończył swój seans i widzenia. Pobudzony muzyką, wymyślałem różne rzeczy. Cóżem uknuł - opisał. Gdzie jest Pustka? W mojej chorej głowie.

Wracając do spraw bardziej przyziemnych, trzeba wystawić ocenę. Dokonać osądu nad Dźwiękami zawartymi na tej płycie. Ocena nie może być inna niż pozytywna. Jest to nad wyraz udany album. Bardzo urozmaicony dźwiękowo. Czuć kierunek ewolucji brzmieniowej zespołu - ku krótszym, bardziej melodyjnym i łagodniejszym utworom. Jak już wspomniałem, jest to bardziej rockowy album. Zdecydowanie nieprzystający do tego, co poprzednio zaproponowali w formie wydawnictw płytowych Tangerine Dream. Warto sięgnąć po tą płytę - chociażby dla popisów gitarowych Edgara. Zespół powrócił do tego, co mu najlepiej wychodzi - instrumentalnych kompozycji. Poprzednia płyta, "Cyclone", była pierwszą na której pojawił się wokal (Steve Jolliffe - wokal + flety itp.), jest powszechnie uznawana za niewypał. Ja osobiście "Force Majeure" oceniam na 5. To świetny i wyjątkowy album. Ale prawdziwą ocenę niech każdy z osobna wystawi.

Ostatnim moim słowem niech będzie hasło reklamowe wytwórni Ohr, która wydała pierwsze cztery płyty TD: "Ohr. Macht das auf!" czyli "Otwórzcie swoje uszy!" (na nową muzykę).



piątek, 6 grudnia 2013

06.12.2013 - Orkiestralne Manewry w Ciemności - Wielka Brytania Zelektryfikowana

Witajcie po długiej, związanej z brakiem chęci i studiami magisterskimi, przerwie!

Post ten równie dobrze mógłby nosić tytuł "Miła OMDiana 2". :D Ale nie nosi bo byłoby to zbyt oczywiste. Jak się pewnie domyślacie, przedmiotem dzisiejszego wpisu jest najnowszy album OMD - "English Electric" z kwietnia 2013. Miałem już dawno się tą płytą zająć zwłaszcza, że dokonałem zakupu tego zacnego i świeżego wydawnictwa (tzn. akcja "Mamo, tato kupcie płytę" zakończyła się pełnym sukcesem :D) ale jakoś mi się nie chciało. :)

Czas przejść do rzeczy. Najpierw wyjaśnię kwestie metodologiczne. Line up odsłuchowy będzie podobny do tego opisywanego w recenzji "Dune" autorstwa Klausa Schulze - z jedną małą modyfikacją. Nie chcę by komp mi mulił przez słuchanie z płyty, więc odsłuch dokonany zostanie z plików FLAC. Od strony jakościowej, zmiana ta nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jakość nagrania jest w pełni zachowana. W skrócie: FLAC jest formatem zapisu dźwięku w pełni zachowującym jakość oryginału i pozwalającym zmniejszyć rozmiar pliku wyjściowego kosztem niepotrzebnych bitów (bitrate CD to 1411 kbps ale nie każdy z tych bitów ma w sobie dane dźwiękowe, część z nich to po prostu "zapychacze" by całość miała te regulaminowe (zgodnie ze specyfikacją CD Audio) 1411 kbps).

Odsłuch więc będzie w pełni oparty o komputer. Na iPodzie posiadam kopię płyty w OGG w mono (a więc tylko 1 kanał). Jakość plików jest odpowiednikiem mono MP3 o bitrate ok. 256 (dla obu kanałów, dla mono - ok 1/2 tego). Ze względu na fakt iż moje Nuforce się zepsuły wczoraj, nie chcę robić odsłuchów opartych na iPodzie (a więc na źródle stratnym). Odsłuch będzie wykonany z komputera przy pomocy słuchawek nausznych ("dużych") marki Supelux, model HD 681 (które są już ze mną od ponad roku).

Z ważniejszych informacji należy podać iż, ze względu na wady własne, w foobarze mam ustawione DSP "Downmix channels to mono". Oznacza to iż stereo FLAC będą przekonwertowane do mono. Zgodnie z zasadami rzetelności naukowej, udostępniam całkowitą metodologię swoich "badań". Cóżem właśnie czynić zakończył i mogę przejść do meritum a więc ewaluacji tego wydawnictwa muzycznego.

Czas zacząć właściwą część dzisiejszego wpisu. Zapnijcie pasy bo pierwszy utwór na tej płycie ma tytuł "Please remain seated". Orzeł Samolot OMD wylądował. Utwór zawiera jakiś tekst (ENG + Chiński) i kilka dźwięków. Kojarzy się z.. tekstem wmontowanym przed utworem "Orient Express" na "The Concerts in China" Jean Michel Jarre'a z 1982 ! Cóż można o tym utworze powiedzieć? Ma zaledwie 44 sekundy. To chyba wszystko co mogę o nim napisać. Reszta utworów jest przynajmniej o 1 minutę dłuższa.

Drugi utwór jest już od razu konkretniejszy i zarazem najdłuższy z całej 12stki. Nosi tytuł "Metroland" i ma aż 7,5 minuty (to nieco mniej od "The Right Side?" z poprzedniej płyty zespołu). Kawałek ten rozpoczyna się sekwencją. Przy 1szym odsłuchu skojarzyło mi się to z "Europe Endless" Kraftwerk. Oczywiście mocno wzbogaconym w warstwie rytmicznej. Jest bardziej taneczne i w ogóle. Czuć, że nowe OMD czerpie z tradycji poprzedniego wcielenia zespołu. Ale wciąż brzmi przyjemnie. Jest tu dużo basu. Ciche chórki, delikatnie wzbogacające całość. W tle wciąż leci sekwencja. Głos Andy'ego wciąż brzmi świetnie. W 5 minucie mamy lekkie wyciszenie i zmianę w utworze. Wciąż jednak sekwencja brzmi identycznie. Pod koniec tej minuty utwór wraca do stanu poprzedniego. Końcówka jest w stylu pierwszej połowy 5tej minuty.
Jak mógłbym go ocenić? Myślę, że na 5. Czuć w nim nieco kraftwerkowskiego ducha (wspomniane reminiscencje utworu "Europe Endless"). Zdaniem zespołu, musi to być jeden z najlepszych kawałków gdyż został wypuszczony jako singiel (zapowiadający tenże album).

Night Cafe rozpoczyna się bardzo przyjemnie i w miły dla ucha sposób. Ma nieco romantycznej atmosfery w klimacie "Neon Lights" (znowu Kraftwerk). Kolejna przyjemna piosenka. Chyba wyszła jako singiel. Kończy się w sposób nagły i nieco zaskakujący dla słuchacza.

Czwarta część najnowszego albumu studyjnego OMD to "The Future Will Be Silent". Zaczyna się w sposób delikatny i intrygujący. Potem wchodzą takie nowoczesne efekty dźwiękowe i bit. Wszystko okraszone jest szeptem "The Future Will Be Silent". Gdyby nie ten bit i efekty to kojarzyć się mógłby z nowym TD. Od ok. 1.40 mamy już jazdę. Na dyskotece w Metroland tańczą Roboty. "The future is the shadow of today". Bardzo przyjemny instrumental.

Helen of Troy. Przyjemna piosenka z łagodnym rytmem i bitem. Perkusja brzmi jakby z automatu perkusyjnego. W 2giej minucie mamy bardzo ładne, delikatne przejście wzbogacone chórkami. Zbyt wiele nie potrafię o tym kawałku powiedzieć. Tu nie da się snuć żadnych wizji, ot przyjemny dla ucha synthpop.

Our System. Środek płyty. Utwór 6/12. Rozpoczyna się nieco w stylu płyty "Dazzle Ships" - jakieś eksperymenty dźwiękowe, nietypowe dla OMD. Potem zaczyna się typowa piosenka. Jakieś "bzzyt" się pojawia co sekundę. W tym utworze również pojawiają się syntezatorowe chórki ale brzmią, moim zdaniem, w jakiś taki kobiecy sposób. Delikatne, kruche, ciche. Sama piosenka zaś brzmi nieco inaczej od pozostałych (jak do tej pory). Przed 3.30 utwór staje się jeszcze bardziej rytmiczny, z bogatszą sekcją chórków. Wchodzi perkusja i... zaraz utwór się kończy. W eksperymentalny sposób.

Kissing The Machine jest utworem współtworzonym z ... Karlem Bartosem. Tak, tym samym co grał w Kraftwerk. Kojarzyć się może z Metroland i Night Cafe z tej płyty. Brzmi nieco jak miks tych obu utworów. Jakoś taki dziwnie znajomy się wydaje. Za Wikipedią, jest to utwór Bartosa z 1993 (album "Esperanto") ale współstworzony z Andym McCluskeyem z OMD. Tu mamy całkowitą reinterpretację tego utworu. Pojawia się też niemiecki głos (Claudia Brücken). Całość jednak pasuje do stylistyki utworów zaprezentowanej na "English Electric". Swoją drogą myślałem, że OMD połączyli swoje siły z Bartosem by zrobić ten utwór a nie, że to jest reinterpretacja utworu byłego członka Kraftwerk (a więc zespołu, który mocno się inspirował Kraftwerkiem). Zaskakujący dodatek na solidnym muzycznie poziomie.

Decimal. OMD-owa wersja "Numbers" ? Padają liczby (vocoder) na tle jakichś rozmów. Do tego dronowo (chociaż może źle się wyraziłem... tu nie ma nic z dark ambientu czy brzmienia uznawanego za dronowe, nie ten nastrój ale chyba technika zbliżona) brzmiący syntezator robiący za tło. Zaznajomiony z Kraftwerk słuchacz się uśmiechnie i zrozumie ale samo brzmienie absolutnie nie nawiązuje do tego utworu Kraftwerk. Utwór na uspokojenie, minutka spokoju. Pozostawiam bez oceny bo ciężko to ocenić. Żart muzyczny skierowany do Panów Robotów?

Stay with Me. Brzmi bardziej jak romantyczna piosenka OMD z lat 90. Niesamowicie przyjemne, ciche chórki. Chyba w tej piosence śpiewa Paul Humphreys. Idealnie pasuje ze swoim głosem do tej piosenki. Fajna piosenka ale nic ponadto.

Dresden. Kolejny singiel z tego albumu (tego już jestem pewien). Dyskotekowe OMD. Wesołe i rytmiczne. Słychać basową gitarę Andy'ego. Tworzy to ciekawy efekt na tle całości. W którymś utworze (jednym z początkowych), może Electricity, z debiutanckiego albumu jest podobny efekt. Nic dziwnego, że ten utwór jest singlem. Singiel musi być przebojowy. Zdecydowanie się wyróżnia na tle pozostałych utworów. Taki troszę Enola Gay'owaty (1szy utwór z drugiej płyty OMD, "Organisation", 1980).

Atomic Ranch. Kolejny krótki utwór. Niecałe 2 minuty. Kolejny eksperyment kojarzący się z "Dazzle Ships". Średniak najwyżej. Muzycznie jest raczej spokojny ale uwaga na końcówkę! Wasze płyty / mp3 / flac / wav (ktoś używa tego ostatniego? ;>) NIE są uszkodzone. Tak było jak słuchałem wersji ściągniętej z torrentów jak i z ripa oryginalnej płyty.

Final Song. Zgodnie z tytułem, mamy tu ostatnią piosenkę na tym albumie. Brzmi nieco jak starsze OMD (nie te z lat 90.) z dodatkowym, głębszym bitem.  Lubię te klawisze, ich brzmienie takie jak ok. 1.20. Poza tym to raczej średni kawałek.

Jaki jest najnowszy album OMD ? Po przedstawieniu wszystkich składowych, czas powiedzieć coś o całości. Jest dobry. Zawiera parę fajnych momentów. Nawiązuje miejscami do twórczości idolów OMD - Czwórki z Duesseldorfu czyli Kraftwerk. Ale miejscami się wydaje nieco nużący, jakby te nowe utwory były ciągle do siebie podobne. Zdecydowanie miałem lepsze wrażenia przy pierwszym odsłuchu niż teraz (co nie oznacza iż teraz ten album jest słaby). Recenzja powinna zawierać w sobie ocenę, elementy wartościujące. Tak więc myślę iż "English Electric" zasługuje na 4. 3+ byłoby zbyt krzywdzące. Jest lepiej niż w latach 90. Szału nie ma, jest miły dla ucha. Najlepszy utwór? Zdecydowanie "Metroland" !

Okładka:





Cena albumu: ok. 35 - 40 zł (wersja zwykła), ok. 60 zł (wersja deluxe, CD + DVD). Posiadam wersję zwykłą. Troszkę przydrogo. W wersji zwykłej płaci się ok. 1 zł za każdą minutę muzyki (album trwa 43 minuty). Ale i tak jest poniżej "standardowej" ceny 50 zł za płytę.

Czekam na Wasze reakcje w komentarzach / na facebooku / w realu / na forum / listem / mailem / telegrafem / sygnałem dymnym / w inny dogodny dla Was sposób! :)

Próbki z YT:

Metroland, ok. 7,5 minuty (wersja albumowa - w tle okładka singla)


Night Cafe, ok. 4 minuty


Kissing The Machine, ok. 5 minut:



6,5 minutowy fanowski (?) trailer albumu - złożony z krótkich wycinków z KAŻDEGO utworu z tejże płyty. W tle - "remix" okładki. ;)


poniedziałek, 30 września 2013

30.09.2013 - Mandarynkowy Rykoszet

           W dzisiejszym, "przedstudyjnym" poście chciałbym swoim czytelnikom zaprezentować "Ricochet". Jest to świetne uzupełnienie jak i przeciwieństwo poprzednio zrecenzowanego "Rubycon". Oba albumy pochodzą z tego samego roku (1975) a "Ricochet" jest albumem "koncertowym" związanym z trasą do "Rubycon". Oj wtedy musiało się dziać! Zresztą wielu fanów Mandarynek uważa iż okres 1975-1976 był szczytem ich koncertów (jeszcze improwizowanych).
         Jak już wspomniałem, "Ricochet" jest albumem "koncertowym". Dziwić może ten cudzysłów więc spieszę z wyjaśnieniem. Otóż Tangerine Dream do 1997 nie wydawali typowych albumów koncertowych, to jest całych koncertów (lub ich fragmentów). Mamy tutaj do czynienia z materiałem zagranym na żywo ale poddanym pewnej obróbce studyjnej. Każdy ich "żywy" (ang. live) krążek wydany przed 1997 ("Tournado" - Zabrze 1997 i "Valentine Wheels" - Londyn 1997) był mniej lub bardziej obrobiony w studiu. Przykładem niech będzie "Ricochet". Album ten tworzą dwie długie kompozycje (bezpłciowo zatytułowane "Ricochet Part One" i "Ricochet Part Two"). Nie do końca wiadomo gdzie zostały one nagrane - poza tym iż w 1975 zespół koncertował w Wielkiej Brytanii i Francji oraz w Australii. Sporą część z tych występów fani nagrali na kasety (niestety nie wideo ;)) a po latach - udostępnione zostały za darmo w ramach projektów Tangerine Tree (te lepszej jakości) i Tangerine Leaves (gorsza jakość). Nikt nie wie z jakiego koncertu pochodzi "Ricochet Part One", więc istnieje możliwość iż jest to studyjna kompozycja (ale pamiętam iż ten początek gdzieś się pojawił, w jakimś bootlegu). Więcej natomiast wiadomo o części drugiej. Została ona nagrana (tzn. "baza" pod nią) w Croydon, 23.10.1975. Tam też pojawia się wstęp z "Ricochet Part One" (z którego powstaje zupełnie nowy utwór). Set drugi z tego koncertu to rozszerzona wersja "Ricochet Part Two", która została skrócona o niecałe 10 minut ze względu na ograniczenia płyty winylowej. Dla zainteresowanych - polecam nagranie Tangerine Tree 7 (Croydon 1975). Świetne uzupełnienie "Ricochet".
     To był przykład ilustrujący nietypowość koncertowych albumów Tangerine Dream (z dobrym punktem odniesienia). Chciałbym teraz zająć się meritum dzisiejszego tekstu a więc samym Rykoszetem, dlatego już teraz zamieszczam tutaj film z YouTube zawierający cały album.

"Ricochet", 1975, cały album, 38 minut [Niestety, Blogger ma jakieś problemy i nie chciał mi dodać filmów. Na dodatek pokazuje inne filmy niż bezpośrednie wyszukiwanie na YouTube. Za utrudnienia z góry przepraszam. :)].

     Słuchaczy witają oklaski oraz złowieszczy pomruk syntezatora. Po krótkiej chwili dołącza do niego jakiś silnik. Po minucie do całości dołącza perkusja (raczej z taśmy, mimo iż Chris Franke umie grać na perkusji - zanim dołączył do TD, bębnił w krautrockowym Agitation Free). Piękny moment w 1:45 i zaczyna się cudowna partia klawiszowa. Cichutki dźwięk zapowiada wejście.. GITARY EDGARA ! Prawdziwy rock elektroniczny. Maestro Froese wygrywa wspaniały riff na gitare, do którego któryś z muzyków wtóruje. W tle także słychać basowe dźwięki sekwencera. Wszystko okrasza perkusja. Z każdą chwilą utwór zyskuje na epickości. Niezapomniany fragment. Na pewno Słuchaczom wpadnie w ucho. W 6:30 w muzykę wmiksowano jakiś komunikat. Następuje dłuższe solo perkusyjne, urozmaicone el-świergotem ptaka. I znowu czujemy uderzenie mocy. Muzyka się robi bardziej energetyczny. Wicher wyje. Słychać "szklane" klawisze. Wchodzi sekwencer. Edgar szarpie struny gitary. Tak brzmiałby elektroniczny metal? ;) 9:11 - solo Edgara przywodzi na myśl fragmenty z "Electronic Meditation". Muzyka jest bardzo ostra i psychodeliczna. Chłopaki szaleją. Nie ma ani jednej pauzy. Wszystko na żywo. Dźwięk reaguje i odpowiada na dźwięk. Wszystko łączy się w jedną zgrabną, spójną, elektroniczną całość. Słowami ciężko oddać, to co się dzieje. Prawdziwe muzyczne tornado! Rock elektroniczny. Mandarynkowa strefa przyjemności muzycznej. 12:40 - cudowna, skoczna melodyjka zagrana na klawiszach. Taka polka-galopka. :D Wciąż słychać sekwencer. 13:21 - kolejny szczyt epickości. Nastrój wzmocniony delikatną partią chórków. Wszystko się kumuluje. Czuć, że przynajmniej dwóch muzyków szaleje na syntezatorach. Od 15 minuty utwór zaczyna powoli się uciszać, schodzić i zbliżać się ku finiszowi. Pamiętacie moją walkę z Bestią z "Rubycona" ? Bestia wyje. Jęczy, krwawi, cierpi. Kona w brutalnej i krwawej agonii. Jej mandarynkowa krew bryzga wszędzie. Ostatnie sekundy kojarzą mi się z motywem zwycięstwa (i początkiem tego zacnego utworu).
     Część druga zaczyna się od przyjemnego, delikatnego fortepianu. Partia ta na pewno zostanie Słuczowi w głowie i w pamięci. Po chwili do niego dołącza się mellotronowy flet. Dobrze go słychać np. w 1:08. Zupełne przeciwieństwo "Ricochet Part One" i jego rockowej mocy. Mamy tu (jak na razie) brzmienie wskazujące na... muzykę poważną. Może nawet inspirację jakimś kompozytorem. Po solo fletowym wchodzi sekwencer. Mamy brzmienie do jakiego nas przyzwyczaiły koncertowe Mandarynki. Wciąż jednak jest delikatniejsze niż "Ricochet Part One". Sekwencerowo-keyboardowe tornado. Od ok. 3:35 słyszymy krótkie, ciche, "kryształowo" brzmiące klawisze. Różne rozwiązania brzmieniowe się wzajemnie przeplatają. Nie ma chwili spokoju. Przyzwyczaimy się do jednego, pokochamy je i nagle zmiana. W 5 minucie wchodzi delikatna perkusja. Nie pojawia się gitara ale za to mamy iście barokowy, syntezatorowy przepych. Bogactwo dźwięku! 7:10 - syreny wyją (tzn. śpiewają!). Rytm perkusyjny co jakiś czas ulega drobnym zmianom. Sekwencer też, chociaż jest on w tle. Mamy poczucie iż elektrokonie galopuje. Konie Mechaniczne napędzające Mandarynkową Machinę są na pełnych obrotach. Słyszymy elektroniczny galop. Galopują z prędkością najszybszych Ferrari. Nie są zmęczone. Jest 10 minuta a one wciąż prą naprzód.  Pojawia się też gitara (?). W każdym razie mamy tu inny rodzaj mocy. Nie jest to nic z pokroju Slayerowego "Black Magic", chociaż jest to pewnego rodzaju Magia. A raczej Moogia (od firmy robiącej syntezatory - Moog). ;) Ciekawe czy szaleją też hARPie (od innej firmy - ARP). ;)  Patrzę na licznik i na wizualizację w Foobarze. Całe pasmo zajęte! od 50 Hz do 23 KHz. 13:20 - 2/3 utworu. Epickie rozwiązanie. Brzmi jakbym ja się zaczął jąkać i pluć i ogóle. ;) A do tego jakieś wyładowania. I mellotronowy flecik. Sekwencer powraca w blasku swojej chwały! Flet milknie a on wkracza do akcji. Znowu nasi mandarynkowi chłopcy robią rozróbę i elektroniczną demolkę.15:40 - fanfary ku czci uszu słuchacza. ;) Mimo iż muzyka stała się jeszcze bardziej intensywna to było je jeszcze nieco słychać. Ok. 16:25 mamy kolejną porcję gitary. Wszystko oczywiście przy nieustającej "opiece" sekwencera, pędzącego z prędkością ponaddźwiękową. 18:20 - jeszcze jedne krótkie solo gitarowe a potem sekwencerowe szaleństwo. Sekwencerowa orgia dobiega końcowi. Moogowa Bestia walczy o życie. Kona, wydaje ostatnie tchnienie. Słyszymy jej "Atem" (tytuł albumu TD z 1973 roku), Oddech, Tchnienie. W niesamowitym stylu i z gracją utwór się kończy. Muzycy zgładzili MoogBestię i zostają nagrodzeni gromkimi brawami.
      Jak zapewne udało się Wam zauważyć, album zaczyna i kończy się brawami. Także pierwsze i ostatnie elektroniczne dźwięki mogą się wydawać podobne. Na pewno Wasze serca biją mocniej i jesteście spragnieni podobnych wrażeń. W końcu to był rock elektroniczny najwyższej próby. Tangerine Dream w swojej szczytowej formie. Złoty skład, Froese, Franke, Baumann dali niesamowitego czadu. Gdzie jeszcze można znaleźć podobny ładunek energetyczny? Może na "Encore", ich koncertowym albumie podsumowującym obie trasy koncertowe w USA (nagrane i wydane w 1977) ? A może też na wspomnianym Tangerine Tree 7 (Croydon, 1975) ?
       W każdym razie - dla fanów muzyki elektronicznej "Ricochet" jest ciekawą propozycją, łączącą w sobie rockowego powera z muzyką elektroniczną i jej syntetycznością. Obie zgromadzone na tym krążku kompozycje są pełne energii i bardzo dynamiczne. Tangerine Dream poszli o krok dalej niż tylko sekwencerowe brzmienie (vide poprzednie albumy - "Rubycon" i "Phaedra"). Mamy tu wiele warstw dźwięków, nakładających się na siebie i kolidujących ze sobą. Dosłownie niewiadomo gdzie włożyć ucho! :) Od tajemniczych i groźnych pomruków (początek "Ricochet Part Two") przez rockowe gitary ("Ricochet Part One") aż po delikatne, subtelne partie fortepianowe ("Ricochet Part Two") i sekwencerowe, orgiastyczne szaleństwo ("Ricochet Part Two"). Tu jest wszystko! Nie można powiedzieć o "Ricochet", że jest nudny. Definitywnie kultowy album, świetny dokument z czasów złotego składu TD. Dopieszczony w studiu i mający tylko 1 wadę: jest za krótki. Dla fanów TD - pozycja obowiązkowa. Dla nowicjuszy - punkt zwrotny w karierze zespołu, zapowiadający następny (studyjny) krążek - "Stratosfear" (1976). O nim miałem okazję już napisać, więc zapraszam przy okazji do zapoznania się z moją recenzją - "Długa recenzja jest długa" - Stratosfear. Tak, jak wszystkie albumy wydane w latach 1974 - 1983 (z wyjątkiem "Cyclone" z 1978), "Ricochet" stał się kultowym i cenionym dziełem. Zdecydowany "must have" w każdej mandarynkowej kolekcji! Ja sam posiadam dwa egzemplarze - późniejszy dodruk remasterowanego wznowienia z 1995 roku (niestety nie to samo ale w wersji z 1995...) i w ramach 3 CD zestawu "The Virgin Years 1974 - 1978). Znowu w wersji remastered (1995). ;) Obecnie w sklepach raczej łatwo dostać ten album - w MediaMarktcie czy Saturnie powinni mieć "Ricochet", "Rubycon" czy "Phaedra" (dodruki remasterów z 1995) za ok. 20 zł. Zamiast 2 kebabów - 1 soczysta Mandarynka. Jak zdrowo!
     Po takiej recenzji chyba nie zostawiłem złudzeń co do oceny. Ale formalnościom musi stać się zadość. A więc wydaję werdykt: 5/5. Nie pozostaje mi nic innego jak przyznać najwyższą notę tej płycie. Chyba każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Zdecydowanie godny polecenia album.