czwartek, 8 stycznia 2015

08.01.2015 - Muzyczna photoshopka z Warszawy 1983 czyli Poland - The Warsaw Concert #1

Po kolejnej "długiej" przerwie (zaledwie kilka godzin) witam znowu. Tym razem zamierzam się przyjrzeć bliżej albumowi "Poland - The Warsaw Concert" autorstwa Tangerine Dream. Płytę (nawet podwójną) wydano w 1984 roku. Jest ona upamiętnieniem serii koncertów jakie dał zespół w Polsce (grudzień 1983). Szczególnie podkreślił zespół koncerty w Warszawie (tego dnia zagrali dwa razy na Torwarze, 10.12.1983) - według raportów, zmienili lekko aranżację "Sphinx Lightning" (gdzieś pojawił się tekst z "Kiew Mission"). Szkoda, że nie zarejestrowali tego na płytę.

Koncerty związane z materiałem z "Poland" składały się w zasadzie tylko z nowego materiału. Został on nagrany na nowo na płytę by nadać mu spójność (np. "Horizon" był przedzielony na dwie części a na albumie mamy jedną, spójną kompozycję). Płytę tworzą cztery kompozycje (każda ok. 20 minut długości). Zespół na późniejszych koncertach grywał fragmenty z tej płyty (np. druga część tytułowej kompozycji). Zresztą Ci z Was, co kojarzą płytę "Valentine Wheels" (zrecenzowaną przeze mnie w tekście Walentynkowe Koła ), wiedzą o czym mówię. W 1997 roku zespół zagrał drugą część utworu "Poland" i fragment z "Barbakane" (znany pod tytułem "Warsaw In The Sun").
 
Czemu jest to "muzyczna photoshopka" ? Zespół nie wydał typowej koncertówki. Jest to materiał podobny ale został obrobiony i dopracowany w studiu. Można powiedzieć iż dokonano muzycznej obróbki.


W załączonym filmiku przedstawiony jest cały album w wersji kompletnej (remaster z 2012 roku). Należy wspomnieć iż nie każde wydanie tego albumu jest pełne. Zawsze wydanie 1 CD jest "wykastrowane", dlatego polowałem na wydanie amerykańskie z 1984 lub na to z 2012. Utwór "Rare Bird" został wydzielony z utworu "Tangent" jako osobna część (i tak na albumie była drobna przerwa a potem pojawia się ta część).

Recenzja ta jest poświęcona płycie pierwszej - zawiera ona 2 utwory: "Poland" i "Tangent".
 
Płytę i utwór "Poland" otwiera dźwięk znany ze "Sphinx Lightning" i przemówienie Jerzego Kordowicza (propagatora elektroniki w PRL). Po krótkim "spiczu" pojawia się elektroniczny wiatr bądź szum i wchodzi "Poland". Zaczyna się od mocnej, rytmicznej elektronicznej perkusji i "grzmotów". Czuć moc tego utworu od samego początku. W tle są różne grzmotopodobne dźwięki. Utwór jest bardzo tajemniczy i mroczny chociaż, jak np. w ok. 1:55, bywa wesoły. W końcu PRL nie był tak kompletnie zły - m.in dzięki koncertowi TD. ;) Pojawiają się dźwięki, których nie znałem wcześniej (szczegóły w perkusji np. ok. 2:50). Ok. 3:05 perkusja staje się dudniąca. Bardzo ciekawe klawisze. Utwór staje się coraz bardziej pogodny. Perkusja i rytm wyznaczany przez nią są wciągające ale nie są najważniejsze. Ok. 4:50 pojawiają się sample głosowe (zniekształcone coś w rodzaju "Umgebung" - jakieś niemieckie słowo). Piękne, krótkie solo klawiszowe ok. 5:22. Ok. 6:15 mamy "solo na perkusji" przetykane basowymi dodatkami. Charakterystyczny moment, który mi się kojarzy z "Poland". Solo kończy się w 7 minucie. Klawiszowe solo z 5:22 znowu wraca ok 7:40. Jeszcze więcej klawiszy w 8 minucie. "Poland" rozwija się.  8:36 - utwór staje się jeszcze bardziej rytmiczny. W 9 minucie "Poland" staje się szalony, brzmi niemalże jak gitarowe solo. Elementy gitaropodobne pojawiają się też w 10 minucie. Czuć iż coś się dzieje i utwór się zmieni niedługo. Natężęnie perkusji i moment kulminacyjny - ok. 11:20 zaczyna się zimowy pejzaż. Delikatne brzmienia i chórki. Kojarzyć się to może nieco z, również zimowym, "Mirage" (link prowadzi do mojej recenzji) Klausa Schulze (1977). Tangerine Dream pokazują teraz delikatniejsze, wrażliwsze oblicze zespołu. Muzyka delikatna niczym kryształ. Zimowa melodia piękna jak dziewczyny u mnie na roku. :) Ok. 13:40 zespół zaczyna powoli i tajemniczo rozbudowywać ten sielski, zimowy obrazek dźwiękowy. Muzyka jest trochę zamyślona. To, co dzieje się teraz jest piękniejsze od części 1szej tego utworu. Śnieg pada w rytmicznym, stałym tempie. Cicho i delikatnie płatki łączą się ze swoimi braćmi już opadłymi. Słuchacz w tym czasie wygląda przez okno wieczorem i grzeje się przy kominku.. Ok. 16:00 zaczyna się robić rytmiczniej. Wchodzi znowu mocniejsza perkusja przy lekko dronujących klawiszach. Pojawia się też charakterystyczny sekwencer i gwizdy (w 1997 - jest to niby flet). Wciągające dźwięki. Można zapaść w elektroniczną medytację. Oczywiście zespół na tym nie poprzestaje. Przed 18 minutą sekcja ta się rozwija ale wciąż są "gwizdy" i "niby flet". 18:35 - zimowa maszyneria świętego Mikołaja w mandarynkowej akcji-interpretacji dźwiękowo-muzycznej. W 19 minucie wchodzi więcej perkusji. Nie ma już sekwencera znanego sprzed chwili. "Poland" się intensyfikuje.  Przypomina jakąś bitwę między sekwencerem a perkusją. (to też jest w wersji z 1997). 20:15 - kulminacja "drum battle". Staje się to coraz bardziej intensywne. Akompaniują temu "gwiżdzące", "fletopodobne" klawisze. "Poland" pędzi na złamanie karku. Zespół daje niezły łomot, mocniejszy od ZOMOwskich pał. "Poland" kończy się nagle i nieoczekiwanie. Perkusyjna moc nagle zostaje zahamowana.

Następny utwór na płycie to "Tangent". Zaczyna się w zasadzie tam, gdzie skończył się "Poland". Początek brzmi groźnie i tajemniczo ale po chwili staje się muzyką baletową. Delikatna, romantyczna, piękna. W ok. 0:52 wchodzi sekwencer, również delikatny i subtelny. Cudowne są te "basy" przy klawiszach. Ok. 1:30 utwór staje się abstrakcją i intensyfikuje się. Znowu mamy mocny rytm, bazowany na mandarynkowym balecie. Mocne talerze jako perkusja. Dziki ryk w ok. 2:38 i pomruki zimy. Zima stulecia w pełnej krasie. Wspaniała gra perkusji. Zespół nie odpuszcza baletowej melodii. Ok. 3:35 odlatujemy gdzieś. "Rare Bird" trzepocze skrzydłami i zrzuca z nich śnieg. W 4 minucie mamy dużo zimowych efektów. Znowu muzyka jest tajemnicza i groźna. Elektroniczna zima znowu w akcji dźwiękowej. Znowu "Mirage"-ujące skojarzenia.  Po krótkiej, mroźnej przerwie znowu idziemy w nieznane krainy dźwiękowe. Idziemy krok w krok, prowadzeni przez mandarynkowych liderów przez zimowe krainy. Ciekawe efekty w tle. Warto ku nim zwrócić ucho. Całkiem fajne brzmienia są w 6 minucie. Marsz nie jest nudny mimo jednostajnego tempa. Tajemnica Krainy Lodu. Jawi się ona jako mroczna, zimna, tajemnicza. W 8 minucie tempo marszu lekko się zmienia. Można łatwo przegapić ten moment, gdzie rytm się lekko zmienia. Ok. 9:35 znowu się zmienia klimat. Zimowa przerwa. Po niej następuje TraDycyjny taniec zimolubnych Hiperborejczyków - tzw. "Polish Dance" (taki tytuł ta część miała na singlu "Warsaw In The Sun"). Wesoła i rytmiczna melodia. Są basy i można potańczyć. Zostaliśmy doprowadzeni przed oblicze Pani Zimy i tańczymy z Nią w mandarynkowy rytm. Ta część nigdy nie pojawiła się poza tym albumem i wspomnianym singlem. 12:40 - dźwięki jakby znajome... to wariancja na temat "Choronzon" ! Ciekawy remiks. Ok. 13:30 utwór wraca do poprzedniego, tanecznego klimatu. W 15:20 "Polish Dance" się kończy. Są oklaski po których następuje pauza. Ok. 15:57 startuje "Rare Bird". Również jest to wesoła część. Ma swój specyficzny klimat. Można kołysać się tego kawałka... a nawet rapować! Tak. Wykorzystano sample z niego w jednym rapsie ("W Weekendy Żyjąć" - Małolat i Ajron - paskudny utwór, szkoda, że nie podano od kogo wzięli sample...). Kompozycja w klimacie poprzedniej. Na koncertach była jednym z bisów (stąd ta przerwa i oklaski na początku tej sekcji). Jest to faktycznie rzadki ptak - zespół rzadko grywał go na koncertach (1986, koncerty w Hiszpanii w 2004 i 2 koncerty w 2007). Przyjemny dla ucha utwór grany na bis. Wieńczy on "Tangent".

Pierwsza płyta albumu "Poland" jest świetna! Po udanym "Virgin Years" zespół wchodzi w nowy okres - "The Blue Years" (okres 1984 - 1988 - do "Livemiles" włącznie ale już bez "Optical Race", również wydanego w 1988). Wejście to można zaliczyć do udanych. Muzykę obrobiono w studiu i zaprezentowano słuchaczom ją w naprawdę najlepszej formie. Po raz kolejny mamy żywy dowód na to iż TD świetnie potrafią sklejać ze sobą różne fragmenty muzyki. Całość jest spójna ale przeważają elementy rytmiczne. Troszkę więcej zimy tu jest niż w "Hyperborea" (1983). Piękna muzyka. Jeden z niewielu post-Virginowskich albumów, które są naprawdę wielkie. Zasłużona 5.  Zespół w składzie Edgar Froese, Chris Franke i Johannes Schmoelling pokazali klasę.

Bonus:



Na tym filmiku jest nagranie z koncertu z Warszawy (fragment, niestety nie wiem z którego z nich). Nagranie obejmuje cały utwór "Poland" i pierwszą część "Tangent". Podobno da się wyczuć różnice między tym "Poland" a wersją albumową.




08.01.2015 - Kolejna mandarynkowa recka

Tym razem na bardzo świeżo. Właśnie przyszła do mnie pocztą płyta: "Limited World Tour Edition 1997". Jest to singiel wydany przez Tangerine Dream z okazji trasy (europejsko-angielskiej) w 1997. Singiel ten wyszedł w 5000 egzemplarzach a mój nosi numer 3546 - środek stawki ale nie koniec. :)

20 minutowy krążek zawiera 3 utwory - dwa nowe remiksy "Maedchen Auf Der Treppe" (który jest remiksem "White Eagle" - oba utwory są z 1982) i jeden nowy utwór - "Order Of The Ginger Gild".

Czy ten mandarynkowy "Rare Bird" jest warty złapania? Tego przekonacie się czytając mój tekst oczywiście. :)

Pierwszy utwór to "Maedchen On The Stairs (Rien ne va plus - Sunset Radio Mix)". Otwiera się w sposób delikatny i piękny. Po chwili wchodzi znajomy motyw. Czuć iż jest to nowsza aranżacja niż oryginał z 1982. Jeszcze przed 1szą minutą wchodzi bit i basy. Ogólnie - klimaty troszkę Dream Mixowe. Stare brzmienia w nowej oprawie. Sympatyczna wersja. Rytm nie jest przesadnie agresywny moim zdaniem. Na ok. pól minuty przed końcem utwór się kończy w stylu podobnym do początku.

"Maedchen On The Stairs (Rien ne va plus - Sunrise Club Mix)" zaczyna się identycznie jak wersja poprzednia ale ma dłuższy czas trwania. Nawet start melodii jest w podobnym miejscu, jeśli nie identycznym. Nic nowego. "Pełna" wersja remiksu. Dodatkowe elementy zaczynają się ok. 3.30. Brzmią ciekawie. Dłuższy oryginał jest lepszy od skróconej, radiowej wersji. Piękna melodia w 4:15.
Nowocześnie brzmiące TD ale to nie jest styl jaki reprezentują obecnie. Przyjemna aranżacja starego, dobrego "White Eagle" ("Maedchen Auf Der Treppe" jest również remiksem). Według tłumacza Google, tajemnicze "Rien ne va plus" oznacza... nic nie idzie. :)

Ostatni, jedyny naprawdę nowy utwór - "Order Of The Ginger Gild". Od razu atakuje rytmem i melodią. Taki na densflora. :) Maedchen z poprzedniego utworu może zatańczyć z młodym Jerome albo - jeśli woli starszych - z Edgarem. :) Również tu jest trochę basów. Przede wszystkim mamy szalony rytm, naprawdę krejzi. Myślę, że ładnie by się sprawdzał na dyskotekach. :) Ok. 1:55 mamy lekko tajemniczą nutę. Również tego się przyjemnie słucha, chociaż to nie jest typowe TD z tego okresu. Znacznie bardziej agresywna nuta niż 2 poprzednie utwory. Ok. 4:18 pojawiają się sample głosowe. Ok. 4:55 sekwencery szaleją. 5:08 - mała porcja rytmicznych basów.  Ok. 5:50 zaczyna się łagodniejsze przejście. Dużo chórków. Po pewnym czasie utwór wraca do imprezowego nastroju i stylu, który znika w 8 minucie. Nagle wybrzmiewa niby gong i mamy tajemniczy nastrój "morning after". Pojawiają się sample wokalne - "drim drim drim" (tendżerin drim?) i coś jeszcze. Utwór się kończy.

Podsumowując całość moich mandarynkowych rozważań trzeba powiedzieć iż "Limited World Tour Edition 1997" to całkiem fajna i przyjemna minipłytka od TD. Nie jest to brzmienie z jakim chciałbym by zespół ten był kojarzony ale można powiedzieć, że jest to miła odmiana. Nie jest to rewelacyjny album. Ciekawostka dla fanów. Co innego seria Dream Mixes. Singiel mogę znowu ocenić na 4. Dobrze się sprawdzi na domówce. ;)

sobota, 3 stycznia 2015

03.01.2015 - Pamiątka czasów minionych...

Tangerine Dream po progrockowej wizycie w oku Cyklonu powrócili na scenę dopiero w 1980. 31 stycznia 1980 roku zespół wystąpił w Berlinie Wschodnim. Przedstawili zupełnie nową, improwizowaną muzykę w nowym składzie. Od tego dnia, Tangerine Dream tworzyli "oficjalnie" Edgar Froese (odwieczny i wieczny lider, klawiszowiec i gitarzysta), Chris Franke (klawiszowiec, długowieczny ale nie wieczny i wieczysty) oraz najnowszy (wówczas) nabytek zespołu - Johannes Schmoelling (ważny klawiszowiec ale nie siedział w Panteonie Mandarynkowych Bogów nawet w połowie tak długo jak Franke). Tego dnia nastąpił "podwójny" debiut Johannesa na koncercie. Zespół dał dwa koncerty zaś jeden z nich został wydany w ramach Tangerine Tree (bodajże vol. 17 - kompletne nagranie wieczornego koncertu).

Album "Pergamon" został wydany w 1986 roku jako reedycja na cały świat (a także na CD) albumu "Quichotte" (tylko winyl w Niemczech, 1980). W dwóch ok. 20 minutowych suitach zespół zawarł na płycie "the best of" z obu koncertów. Jak brzmiało owo "the best of" z ostatniego, improwizowanego koncertu zespołu?

Na Youtube jest cały album:

 

"Quichotte, Part One" zaczyna się od fortepianowego wstępu (Johannes?). Jest on bardzo charakterystyczny i zapada w pamięć. Bardzo dynamiczna część - niektóre elementy tego intra dość ciężko jest usłyszeć. Ok. 2:23 ta część staje się wręcz bajkowa. Ok. 4 minuty zaczyna się coś zmieniać - wciąż jest przynajmniej trochę bajkowo, baśniowo. Doszły syntezatory ale wciąż najważniejszy jest fortepian. Dopiero tak w 4:45 syntezatory zaczynają dominować w swój specyficzny, abstrakcyjny, elektroniczny sposób. Ok. 5:20 mamy bardzo fajny bas, cichy i delikatny ale dla mnie wyczuwalny. Zespół improwizuje bez sekwencerów (na razie). Improwizacja jest bardzo ciekawa, z nutką tajemniczości. Muzyka jest zmienna, nie jest na jedną nutę czy kopyto. Ok. 7:45 zaczyna wyraźnie przyśpieszać. W 8 minucie nastąpiła drastyczna zmiana. Jest rytmicznie ale nie dzięki sekwencerom, nie aktywowanym jeszcze. Jest sporo basu przy tym. Ok. 9:25 mamy świetny popis na "syntezatorowanym fortepianie". Ok. 10 minuty mamy dłuższą, zamyśloną część wzbogaconą o nieco "White Eagle"-ujące efekty (kojarzące się z utworem "Mojave Plan"). W 11:25 wchodzi sekwencer. Motyw zaprogramowany na nim jest dziwnie znajomy.. toż to "Tangram" ! Zespół wówczas jeszcze pracował nad tym albumem (wydany w maju 1980). To, co jest obok niego jest za to zupełnie nowe i zaimprowizowane. Ok. 13:15 - klawisze jakby kojarzące się z "Cloudburst Flight", nie wiem czemu. Na moich słuchawkach dokanałowych słabo słychać sekwencer (chyba źle je włożyłem). Całość jest bardzo rytmiczna i dość szybka. Tylko sekwencer brzmi "Tangram"-owato. W każdym razie całość jest w innym klimacie niż sety znane z 1976 czy 1977. To już zupełnie inne TD.  Teraz dobrze słyszę sekwencer i basy - naprawdę mocno włożyłem te pianki. Na pewno po uszach się dorwało też jakości - w końcu mp3 to nie flac...  18 minuta na iPodzie. Sekwencer wciąż brzmi znajomo a zespół nie przerywa improwizowania. Ok. 19 minuty powoli sekwencer "wysiada" ale jednak zostaje. Brzmi jakby się rozstroił ale gra na podobną, "Tangram"-ową nutę. Do tego niesamowite dźwięki "nibyfletu". Po jakieś chwili wraca do normy. Ok. 21:20 znowu się zmienia. Utwór zbliża się ku końcowi. 22:18 - jakaś awaria, szumy, głos. Koniec imprezy ludzie, zwijamy się. Tajemnicze dźwięki prowadzą nas do końca.

"Quichotte, Part Two" otwierają tajemnicze dźwięki, jakby kontynuacja części pierwszej. Po nich nastąpiły lekko zimowe dźwięki. Wciąż mamy aurę tajemniczości. Jest skromnie ale ciekawie. Mroczna muzyka połączona z syntezatorowymi "sykami" i jakimiś dźwiękami kojarzącymi się z "Tangram". 2:56 - co oni robią? Zoolook Jarre'a? :D "Tyt". Zmienił się klimat muzyki. Kompletna abstrakcja. Pod koniec 3 minuty wynurza się z nicości sekwencer. Ok. 4:15 nabiera mocy w basie. Jest "przystrojony" syntezatorowymi wstawkami. Brzmią bajkowo na swój sposób. Znowu mam dobre ułożenie pianki i słuchawki w uchu. Brzmienie się poprawiło. W 7 minucie do tego trochę szalonego i wciągającego rytmu dołączyła perkusja (automat). Pod koniec 8 minuty Edgar chwycił za gitarę. Teraz całość stanowi tło dla gitarowych popisów maestro Froese. Dość mocne, szalone solo. W 14 minucie wciąż Edgar mocno gra na swoich sześciu strunach. Zamiast dzikich popisów na syntezatorze mamy szaloną grę gitarzysty. W ok 16 minucie czuć iż troszkę się pozmieniało. Ok. 17:30 gitara przestaje grać. Sekwencer dalej brzmi w ten sam sposób. Długi, sekwencerowo-gitarowy pasaż. Nie przestaje nawet na 2,5 minuty przed końcem. Dopiero przed 21 minutą sekwencer zanika. Zespół dąży do zwieńczenia kompozycji. Robi bardzo łagodnie i delikatnie. Ok. 22:00 znowu pojawia się "nibyflet". W zasadzie on i dźwięki kojarzące się z organami wieńczą ten utwór. Wraz z końcem "Quichotte, Part Two" kończy się też cały album.

Całościowo jest nieźle - otrzymuje fragmenty z ważnego koncertu w historii zespołu (debiut Johannesa Schmoellinga). Część pierwsza jest zdecydowanie lepsza moim zdaniem. Ten pasaż sekwencerowo-gitarowy w części drugiej stał się na swój sposób nudzący i nieciekawy. Ci, którzy słuchają koncertów z lat 70 (zwłaszcza '76-'77) mogą się nieco zawieść. Jest to inna muzyka, inny zespół. Wciąz jednak przyjemnie się tego słucha. Nie mogę wystawić "Pergamon" całej 5. Część druga jest za słaba. 4+. Mocnym punktem tego albumu jest początek części pierwszej. Fortepianowe solo Johannesa wpada w ucho tak jak początek "Ricochet, Part Two". "Pergamon" to wspaniała pamiątka minionych czasów.

02-03.01.2015 - Walentynkowe Koła

Szczęśliwego nowego roku! :) Recenzja ta jest pierwszą jaką piszę w tym roku. Dzisiejszy tekst dotyczyć będzie albumu koncertowego TD zatytułowanego "Valentine Wheels". Zespół nagrał i wydał pierwszą część (tzw. Vintage Set) z koncertu w Londynie (06.11.1997). Druga część koncertów została wydana jako "Tournado" i pochodzi z Zabrza (23.04.1997). Jak sprawował się zespół? O tym się przekonacie w tym tekście.

Na płytę składa się 10 utworów - poza 3 wyjątkami, pochodzą one z lat 80. Te trzy wyjątki to Betrayal i Stratosfear (ale w wersji bazowanej na nowej wersji, z 1995) i Sundance Kid (nowy utwór, grany na koncertach w 1992 roku i wydany na "220 Volts Live" oraz na "Arizona Live '92").

Płytę otwiera utwór "Waterborne" ("Oasis", soundtrack, 1997). Już pierwsze dźwięki świadczą o świetnym doborze utworu otwierającego cały koncert. Początek jest bardzo subtelny i delikatny. Po chwili do niego są dobudowywane kolejne dźwięki. Całość brzmi przyjemnie i relaksująco. Nie brzmi przesadnie skomplikowanie. Zespół się jakby rozgrzewał. 2:16 - utwór zaczyna się robić dziki. Wchodzi perkusja (grana na żywo - nie automat). Chyba też pojawia się gitara. Voices In The Net uznaje tą wersję za wierną koncertową replikację wersji studyjnej. Zespół ponadto zagrał ten utwór w całości (w 1992 zadebiutowała skrócona wersja, wydana oficjalnie dopiero na "Arizona Live '92" w 2004 roku). Jestem w 5 minucie i czuję, że ten utwór ma moc. Zespół się rozgrzał i gitarzysta szaleje (niestety nie Edgar :) ). W 5:44 utwór się wycisza i wchodzi przejście w kierunku następnego utworu. Mocno w jego stylu. Tajemnicze i mroczne.

Nadchodzi... Betrayal! Po dwu-trzy sekundowym wstępie wchodzi mocna i znajoma sekwencja. Mocniejsza wersja od oryginału. Ostatni raz Betrayal był grany w 1990 (w stosunku do koncertów z 1997) a zadebiutował - w 1987. Bardzo krótki ale szybki utwór. Przejście trwa ok 15 sekund. Podsumowując: poprawna reinterpretacja klasyka.

Zespół szybko, wręcz od razu, przeszedł do grania fragmentu z utworu "Poland". Od razu wchodzi perkusja. Brzmi trochę inaczej od oryginału z 1983 ale jest mniej więcej wierna (inne instrumentarium). Ok. 0:57 ludzie rozpoznają znajome brzmienia. Dopiero wtedy "Poland" brzmi mocno klasycznie. Wzmocniona jest linia basowa i perkusyjna. Zaprezentowano dość długi wycinek z końca utworu. Aranżacja jest wierna i nie odstaje mocno od wersji albumowej ("Poland. The Warsaw Concert", 1984). Z upływem czasu, utwór staje się coraz szybszy i intensywniejszy. Nigdy nie zagrali (poza 2001 - promocja "Dream Mixes III") części pierwszej Poland (oczywiście poza 1983 rokiem). Pojawiają się w utworze gdzieś dodatkowe chórki i może jakieś dodatkowe brzmienia. Po ok. 6,5 minuty "Poland" się kończy i zaczyna się mostek. Pojawiają się znajome skądinąd dźwięki - chyba słyszałem je na "Ages", solowym albumie Edgara Froese z 1978 (albo remiksie któregoś z utworów z tej płyty).

Sundance Kid. Utwór otwiera krótki wstęp po którym od razu wchodzi sekwencer. Wydaje się on być na przedzie, zaś reszta utworu stanowi tło. Niezwykle szalony, rytmiczny kawałek. Ok. 1:36 wchodzi perkusja. Brzmi troszkę w stylu mocnosekwencerowej muzyki TD z wczesnych lat 80 ale to nie jest to. Mostek trwa ok. 1 minuty. Pojawiają się w nim specyficzne chórki. Jest zupełnie odmienny od utworu "Sundance Kid".

Przechodzimy nim w kierunku "Silver Scale". Wersja ta jest bazowana na wersji wrzuconej na 5 płycie box setu "Tangents" (1994). "Nowoczesne" chórki i brzmienia na tle sekwencera. Wbrew pozorom, jest to bardzo spokojny utwór. Powrócił na "deski" po wielu latach nieobecności - grany był w latach 1980 i 1981 jako nowa kompozycja (ok. 20 minut). Czuć iż wersja na "Valentine Wheels" musi być odświeżona. Ok. 3:37 zaczyna się rytmiczna część. Brzmi jakby zespół zaczął improwizować na wesołą nutę. Czuć dodatki ale nie są one przegięte ani nie jest ich zbyt wiele. Mostek również trwa ok. 1 minuty.

Kolejny utwór to "Warsaw In The Sun". Zaczyna się znajomo. Perkusja mocno wali. Brzmi mocno oryginalnie, wiernie w stosunku do oryginału z albumu "Poland". W zasadzie bez zmian - dodano np. chórki (są jakby w tle). Przejście do kolejne utworu jest jak zwykle płynne. Trwa ok. 1 minuty.

"Stratosfear 1995". Aranżacja dłuższa niż studyjna wersja tej interpretacji klasyka z 1976. Zaczyna się mniej więcej jak studyjna wersja (z 1995, "Tyranny of Beauty"). Wzmocniono chórki. W 1 minucie Stratostrach wybucha. Od razu czuć moc gitary. Żywy i mocny utwór. Nic nie zastąpi jednak wspaniałego oryginału. Tu brzmi bardziej rockowo. Chórki są szczególnie wyraźne w ok. 4:38 i nieco dalej. Jest to poszerzona wersja z większą ilością gitary. Mostek jest krótszy (ok. 50 sekund) i kojarzy się z tą częścią z wyraźnymi chórkami.

"Dolphin Dance" - poprzedzony jest przepięknym wstępem. Po nim wchodzi znajomy rytm. Czuć dodatkowe dźwięki i chórki. Niestety, partia gitarowa jest playbackiem (wg Voices In The Net). Piękna wersja klasyka z "Underwater Sunlight" (1986). Nie jest przesadzona pod względem dodatków. Mostek trwa ok. 1,5 minuty. Lekko może się kojarzyć ze specyficzną atmosferą "Underwater Sunlight" - pojawia się słynny dźwięk "wynurzenia" a potem... mostek właściwy (ok. 0,5 minuty).  Na 20 sekund przed końcem przeradza się w melodię ze "Le Parc" ale w zwolnionym tempie.

Nietrudno zgadnąć co będzie następne - "Le Parc" ! :) Mocna, dynamiczna i szybka wersja. Szalony utwór. Dużo się dzieje ale sekwencja jest jakby bardziej w tle miejscami. Pojawiają się jakieś dodatki. Po 3 minutach zaczyna się mostek.

"Beach Theme". Kolejny soundtrackowy utwór na tym koncercie. Tym razem z "Thief" (1981). Jest to debiut koncertowy tego utworu. Voices In The Net opisuje tą wersję jako odmienną od studyjnej a więc zespół nagrał ten utwór od nowa na potrzeby trasy koncertowej. Brzmi naprawdę ciekawie i ładnie. Dużo gitary, wręcz ona odgrywa "pierwsze skrzypce" tutaj. Utwór ten wieńczy tą część koncertu.

Czas na podsumowanie. Jest to pierwsza płyta koncertowa TD z niezmienionym materiałem (żadne studyjne remiksy materiału z koncertów). Dość porządna i ciekawa. Pochwalić ją można za odmienną interpretację "Beach Theme" (debiut tego utworu na żywo!) oraz za wskrzeszenie klasyka - "Silver Scale". Mocny "Betrayal" także jest atutem tej płyty. W zasadzie zespół zagrał swoje utwory bez większych zmian i dodatków, chociaż one też się pojawiają. Tradycyjnie, wielkim plusem koncertów TD są przejścia między utworami (których zabrakło na Phaedra Farewell Tour w 2014 roku...). Całościowo, "Valentine Wheels" jest dość porządnym albumem. Można się czepiać setlisty ale gdyby Edgar i jego ekipa mieliby zagrać wszystkie swoje hity z lat 80. to chybaby taki koncert trwał z pół dnia. :) "Tangents" jest obecnie nie do dostania (nieliczne używane egzemplarze krążą na Allegro) a ten album jest dość łatwy do dostania ("mandarynkowe" wznowienia z 2009). Dla prawdziwego fana - opłacalne chociażby ze względu na "Silver Scale". Dla innych - nic specjalnego. Mocną 4 mogę wystawić z całego serca. 

PS. Wydanie z 2004 (Membran, te z jaszczurką) ma karniaka za okładkę :) Niestety ja mam właśnie te...

środa, 24 grudnia 2014

24.12.2014 - Świąteczny specjał

Dzisiejsza recenzja będzie poświęcona nietypowemu jak na Tangerine Dream albumowi. W 1978 roku zespół po raz pierwszy zdecydował się na eksperymentowanie z wokalami. Także brzmienie uległo pewnej zmianie - wokalista wprowadził m.in flety itp a perkusja stała się "żywsza" i "prawdziwsza" gdyż w zespole znowu zagościł prawdziwy perkusista. Skład poszerzył się o dwie osoby - Steve Jolliffe (flety itp., wokal) oraz Klaus Krüger (perkusja). Odejście z zespołu młodego Petera Baumanna zostawiło sporą pustkę ale i szansę na spróbowanie czegoś nowego. "Cyclone" jest właśnie swoistym "nowym otwarciem". Czy bardziej prog-rockowe Tangerine Dream dobrze wypada? O tym się przekonacie czytając moją recenzję.





Okładka została przygotowana przed Edgara Froese, nie jak to zwykle bywało przez jego żonę (zmarłą) - Monikę. Może kojarzyć się "Phaedra", wydaną zaledwie 4 lata wcześniej.

Płytę tworzą trzy utwory. Poza ostatnim (20 minut), są dość krótkie (13 i 5 minut). Nie ma więc wiele materiałów do oceny nowego wcielenia brzmieniowego zespołu. Na Youtube jest kopia całego albumu.



Warto też wspomnieć o tym iż zespół w poszerzonym składzie wyruszył na trasę koncertową, promując nowy album. Niestety, w ramach koncertów zespół nie eksperymentował tak jak na płycie i podobno muzyka z trasy 1978 to improwizacje bardziej kojarzące się z ostatnim utworem na "Cyclone", będącym niejako pamiątką starego, sekwencerowego TD. Z trasy tej jest bardzo mało nagrań i są one głównie niższej jakości (wydane w ramach serii Tangerine Leaves). Nie wszystkie wydane koncerty są nagrane w całości. Ostatni koncert z tej trasy (22.03 - Londyn) był ostatnim koncertem TD aż do 31.01.1980. Zwieńczył też cały projekt Tangerine Tree.

"Bent Cold Sidewalk" otwiera płytę zniekształconym głosem. Da się zrozumieć przynajmniej większość słów. W ok. 40 sekundzie zaczyna się właściwa część utworu. Ale zaraz.. to nie jest TD ! Przynajmniej nie te jakie znamy. Po chwili pojawia się też wokal. Muzyka musiała ulec zmianie gdyż ciężko dopasować do niej wokal (wyobrażacie sobie np. śpiewać do "Stratosfear" ?). Jest rytmiczna i bogata w perkusję. Brzmi dość monotonnie jak na piosenkę. W pewien sposób jest to wciągające w tytułowy cyklon. Ok. 4:20 zaczyna się coś dziać. Po krótkim przygotowaniu słychać instrumenty grane przez Steve'a. Zdecydowanie odświeżają i odmieniają brzmienie zespołu. Ta część nie jest nudna ale za to nietypowa. Jest tu dużo ciekawych i przyjemnych dźwięków. Część ta sprawia iż wydaje się jakby po części wokalnej "Bent Cold Sidewalk" zespół zaczął improwizować. Ok. 7:30 pojawia się znowu zniekształcony wokal. Tworzone jest napięcie i... Steve coś wrzeszczy. Kompletny nonsens (no dobra.. słychać mniej więcej gdzieś "Whenever [albo Wherever] I go to"). ;) W 9 minucie wciąż trwa dźwiękowa improwizacja. Słychać iż zespół nie zapomniał o cudownym wynalazku jakim jest sekwencer. :) W 10 minucie powracamy do początku - znowu część wokalna. Brzmi podobnie do początku ale trochę żywsze. Przyśpiesza w 11 minucie. Steve się popisuje. Brzmi trochę jak szaleniec. Jest też autorem tego dziwnego tekstu. Ostatnie 30 sekund to nonsensowne słowa szeptano-mówione przez wokalistę przy akompaniamencie zespołu. Dziwny utwór jak na TD ale zróżnicowany. Rytmiczny i wciągający. Charakterystyczny dla tej płyty i myślę iż także "Cyclone" kojarzyć się Wam będzie głównie z nim.

Następny utwór nosi tytuł "Rising Runner Missed By Endless Sender". Jest bardzo krótki jak na Tangerine Dream w latach 70tych - tylko 5 minut. Tekst również został napisany przez Steve'a Jolliffe'a. Piosenka ta brzmi jakby to miał być singiel z tej płyty i jak hit. Naprawdę jest fajna i wciągająca. Znowu mamy do czynienia z bardzo dziwnym, psychodelicznym tekstem. Czasem mi się wydaje, że chyba ktoś akompaniuje Steve'owi i się udziela wokalnie. Mimo pewnej dozy monotoniczności nie jest to nudny utwór. Nie jest też tak ciekawy jak poprzedni. Wydaje się być jeszcze dziwniejszy niż poprzedni.

"Madrigal Meridian" ! Najdłuższy utwór na całej płycie. Ale czy najlepszy? Rozpoczyna się od tajemniczych dźwięków. Elektroniczna maszyneria została włączona. Wydaje z siebie bardzo dziwne dźwięki, zwłaszcza gdzieś od ok. 1:10. 2:15 - coś zaczyna się zbliżać wielkimi, stalowymi krokami. Po chwili tylko te kroki są słyszalne i ok. 3:08 wchodzi sekwencer! To, co jest w tle, jako akompaniament dla mocnego "mięska" brzmi trochę bardziej w stylu tego albumu. Do tego wszystkiego prawdziwa perkusja - żaden automat czy coś. Akompaniament ten jest urozmaicony i nie brzmi monotonnie. Cały utwór jest bardzo dynamiczny i ciekawy. Ma swoje specyficzne brzmienie (nie tylko sekwencer). To jest ten tytułowy Cyklon. Porywa dźwiękiem. Cały utwór brzmi jak improwizacja! Z odmętów mroku wprost w szaleństwo.. w oko samego Cyklonu. Ok. 10:40 sekwencer się zmienia i wchodzi Edgar ze swoją gitarą. Ok. 12:40 wchodzi rozśpiewane solo na flety czy fletobrzmiący syntezator. Sekwencer brzmi wciąż podobnie co przed wejściem gitary. Ok. 15:20 sekwencer znika. Utwór wydaje się kończyć. Zostają tylko chórki i coś jeszcze, możliwe, że syntezator. Po chwili wchodzi sekcja brzmiąca zdecydowanie bardziej w stylu zaprezentowanym na "Bent Cold Sidewalk". W 18 minucie mamy przyjemny i fajny popis na fortepianie. Nie jest to solo. Wzbogaca je flet i syntezator (jako tło). Taki Cyclonowaty dodatek do wspomienia o starym wcieleniu zespołu. Ostatnie sekundy to dźwięki przemijania, odchodzi stare wcielenie na dobre...  "Madrigal Meridian" to najlepsza część tej płyty. Zespół w świetny sposób łączy elementy nowe i eksperymentalne ze swoim bardziej tradycyjnym brzmieniem. Doskonałe zwieńczenie albumu, stanowiące danie głównie poprzedzone dwoma przystawkami. Muzyczne wcielenie mandarynkowego cyklonu.

"Cyclone" jest albumem nierównym i nietypowym. Po wielu latach sukcesów zespół zaczął eksperymentować na szerszą skalę, zahaczając moim zdaniem o rocka progresywnego. Otrzymaliśmy dzięki temu album zróżnicowany i odmienny od dotychczasowych dokonań zespołu. Nie wszystkie elementy na nim są dobre - nie każdemu do gustu przypadnie wokal. "Stare" wcielenie TD lat 70 świetnie podsumowuje poprzednia płyta - "Encore" (1977, koncertowa). Nowe życie zespół otrzyma dopiero w 1980. Pomiędzy tą reinkarnacją jest swoistego rodzaju "czyściec muzyczny" - "Cyclone" i "Force Majeure". Albumy odmienne i nietypowe ale dość dobre (zwłaszcza ten ostatni, któremu poświęciłem osobny tekst w zeszłym roku). "Cyclone" z czystym sumieniem mogę ocenić na 4. Dość udany album. Ale z wokalnych nic nie przebije moim zdaniem świetnego "Tyger" i "Inferno".

Wesołych, mandarynkowych świąt Wam życzę ! :)


niedziela, 21 grudnia 2014

21.12.2014 - Marlena Otwórz Ucho

Nic niemówiący tytuł wymaga pewnego objaśnienia. Otóż mam na roku u siebie piękną koleżankę o imieniu Marlena, dla której postanowiłem napisać dzisiejszy tekst. Czemu nakazuję Jej otworzyć ucho? Dzisiejszy album, poddany mojemu (bez)krytycznemu odsłuchowi, Tangerine Dream nagrali jako ostatni dla wytwórni Ohr Records. Wytwórnia ta miała slogan "Ohr. Macht das auf" czyli "Ucho. Otwórz je". Chodziło o otwarcie uszu na muzykę promowaną przez tą wytwórnię - m.in Krautrock. Tangerine Dream nagrywali dla niej od 1970 do 1973 roku. Okres ten nazywany jest "The Pink Years" od koloru ucha przedstawionego na logotypie wytwórni. A album nosi tytuł "Atem" - "Tchnienie", "Oddech".







Okładka przedstawia jakieś dziecko, umieszczone w ciele kobiety, na tle organów (nie Hammonda :) ). Kosmos w ujęciu organicznym. Nie jest to bylejakie dziecko - to Jerome Froese, syn Edgara. Na wielu wczesnych płytach TD się gdzieś przewijał. Po ok. 20 latach - dołączył do zespołu jako muzyk, najpierw gościnnie (jeden utwór na albumie "Lily On The Beach", 1989) a potem na "Melrose" (1990) już jako pełnoprawny muzyk.

Album tworzą 4 utwory. Tytułowy jest długą, 20 minutową suitą. Pozostałe 3 trwają coraz krócej - od 10 minut aż po 4,5. Wszystkie zostały nagrane bez pomocy muzyków sesyjnych. Tworzą więc pierwszy, w pełni samodzielny LP Tangerine Dream. Warto wskazać iż w "liście płac" Chris Franke jest wymieniony nie tylko jako klawiszowiec ale też jako perkusista. Chris, zanim przeszedł do TD był perkusistą w krautrockowym Agitation Free.


Powyższy film z serwisu Youtube zawiera cały album (remaster 2012 - inny niż ten z którego dokonuję odsłuchu) wraz z bonusem na wydaniu 2012: cały koncert z Berlina, 29.11.1973 (40 minut). Materiał ten został zremasterowany ale dostępny jest także za darmo w ramach Tangerine Tree (vol. 23).

Pierwszy, tytułowy utwór rozpoczyna się od szumu syntezatorów. To powietrze wpada do naszych płuc. Zaraz za nim - fanfara na cześć perfekcji ludzkiego ciała. Słychać mocną perkusję Frankego. Tak, Homo Sapiens jest zwycięzcą. Najbardziej dostosowany do wymogów przetrwania (i nie tylko). Abstrakcyjne dźwięki Atem są pochwałą dla naszej zdolności abstrakcyjnego myślenia. Pojawią się partie organowe. Muzykę wciąż wzmacnia łomot perkusji niczym tupot stóp ludzkich. Tempo się zwiększa, ludzie się pocą. Biegną za zdobyczą by ją zmęczyć i wymęczoną upolować. Wszystko zmierza do kulminacji. W 4 minucie klimat pościgu nabiera ostatecznej formy. Ludzkie Ferrari pędzi za mamutem. "Pod" perkusją - klimat niczym z Pink Floydów. Ale jakby to było wszystko takiej niskiej jakości. Słaby remaster? Czy coś? A może to wizja chaosu? Apokalipsy rodzaju ludzkiego? Ok. 5:40 następuje przełom. Muzyka się wycisza. Czyżby homo sapiensi dopadli swoją zdobycz? Nie.. to wgląd muzyczny w nasze ciało. Wiatr nas owiewa. Oddychamy rytmicznie, stabilnie. Zwierzyna (chyba) została upolowana. Chwila przestoju. W 7 minucie mamy do czynienia z prawdziwą tajemnicą natury - sam nie wiem co te dźwięki mogą oznaczać! Brzmi w każdym razie trochę Pink Floydowsko ale oczywiście w sposób bardziej zelektronizowany. Ok. 8:30 tworzy się tajemnicze napięcie. Wędrówka po naszym ciele wciąż trwa. Zwiedzamy samych siebie. Ok. 9:17 wpadła do naszego gardła kropla z Rubyconowej rzeki. Tajemnica wciąż jest nieodgadniona. Spokój w muzyce kontrastuje z niepokojem jaki odczuwamy słuchać tych dźwięków. Ok. 10:50 zaczyna się coś dziać. Mocniejsze bicie serca. Wyraźnie słychać sercowy bit. Zbliża się zagłada? Uderzenia stają się coraz głośniejsze. Pejzaż, plama dźwiękowa budząca niepokój trwa mniej więcej od momentu jak przed 6 minutą zakończył się pościg za ofiarą. Wybija 14 minuta. Na ziemiach zdobytych przez nasz gatunek zaczyna się coś dziać. Słychać jakieś szelesty czy szumy. Czyżby kosmici ? W 15 minucie zrobiło się jeszcze bardziej tajemniczo. Jakieś dziwne dźwięki. Pojazd kosmitów? Talerz Tajemnic zbliża się powoli. Sonduje swoimi nadludzkimi urządzeniami teren w poszukiwaniu życia na tej planecie. Słychać jak kosmiczne skanery i sondy oraz detektory pracują. Talerz Tajemnic powoli ląduje na Ziemi. Chyba ma jakieś problemy w 18 minucie... Coś się dzieje. Elektronika wariuje. Życie, znaleźliśmy mnóstwo życia. Dowódca kosmitów wydał rozkaz lądowania. Silniki ciągle pracuję na kosmicznych obrotach. Ostatnie sekundy utworu - bicie serca... czyżby kosmici kogoś namierzyli i zdecydowali o porwaniu go na swój statek? Nigdy się tego nie dowiemy... utwór się skończył...

Drugi utwór nosi tytuł "Fauni-Gena". Nocne świsty natury otwierają tą kompozycję. Życie toczy się w nocy. Kosmici zrobili swoje. Teraz przyroda, której spokój został zmącony, odpoczywa. Dużo tu Edgarowego mellotronu (te "flety" itp, nie świsty - świsty to może VCS 3). Po pierwszej minucie już została tylko psychodelicznie floydowska kołysanka dla Matki Natury. Coś jednak się dzieje. Czyżby kosmici chodzili po Ziemi? Znowu słychać gwizdy. Nie da się spać! Ktoś zakłóca ciszę nocną! Kosmici przedzierają się przez gęstą roślinność. Cały czas dominującym instrumentem jest (chyba) mellotron Edgara. Natura prowadzi swoje nocne życie. Nie wszyscy śpią. Ktoś budzi się by spać mógł ktoś inny. Cała kompozycja przypomina pejzaż dźwiękowy skomponowany ku czci Matki Natury. Nienaturalny, syntetyczny obraz świata jak najbardziej rzeczywistego i ożywionego. Ok. 6 minuty pojawiają się jakieś bębny czy dudnienie. Czyżby ludzie się budzili? Jakieś poruszenie słychać. Pink Floydzi przybyli w Talerzu Tajemnic na naszą planetę. Coraz więcej się dzieje. Całe stworzenie żywe wychodzi ze swoich kryjówek zobaczyć Przybyszy z odległej galaktyki (muzycznej). Z niepokojem każda istota obdarzona darem życia wypatruje Obcych. Przyroda milknie w 9 minucie. Słychać więcej dudnienia. Chyba Obcy prowadzą dialog z Życiem. Różne byty ze sobą rozmawiają. Naturalne z ponadnaturalnym. Koniec utworu - ostatnie dźwięki natury. Czyżby Życie ziemskie wygrało dysputę filozoficzną z Przybyszami?

Trzecia kompozycja na tym albumie to "Circulation of Events". Rozpoczyna się znowu od tajemniczych dźwięków i jakiegoś pogłosu. Te dźwięki powracają cały czas, niczym swoista protosekwencja ale muzyka się rozwija. Cały czas są to groźne pomruki i odgłosy. Kosmici chcą zniszczyć naszą planetę? Muzycznie, "Circulation Of Events" kojarzy się mocno z poprzednim utworem. Coraz więcej grozy z każdym kolejnym dźwiękiem. Ewolucja dźwięków. Dalej mamy trochę Pink Floydowski klimat ale wyraźna w nim jest specyfika Tangerine Dream. Ok. 3,5 minuty dominują bardzo tajemnicze, kosmiczne odgłosy. Czyżby aparatura Przybyszy działała? Kosmiczne promienie porywają różne istoty ziemskie w celach naukowych. Słychać jak pracuje sprzęt obcej cywilizacji. Ludzie, samiec i samica, oraz różne zwierzęta są wciągane do Talerza Tajemnic. Aparatura mocno pracuje ale w pewnym momencie przerywa. Nie wiadomo dlaczego. Kosmici też nad tym myślą. Utwór się kończy i pozostawia nas z tym oto problemem do rozstrzygnięcia.

Czwarty i ostatni utwór na płycie "Atem" to "Wahn" ("Obłęd", "Urojenie"). Otwierają go kichnięcia, "apsiki" itp odgłosy. Bardzo psychodeliczna kompozycja. Hymn pochwalny dla naszych nosów? A może zapis dźwiękowy eksperymentów jakie na swoich ofiarach przeprowadzają Oni w swoim Talerzu Tajemnic? Ok. 1 minuty coś się dzieje. Eksperymenty są coraz brutalniejsze. Kosmici sprawdzają naszą wytrzymałość. Bolesne jęki mieszają się z kolejnymi elementami eksperymentów. Ok. 2 minuty utwór staje się perkusyjno-mellotronową kakofonią. Nie przypomina swoich poprzedników. Obca Cywilizacja testuje naszą odporność na dźwięki. Przed 4 minutą, na krótko dominację obejmuje mellotron Edgara, który wieńczy utwór w sposób cichy i trochę nagły.

"Atem" jest bardzo dziwnym albumem. Niejako łączy kosmiczny klimat znany z "Alpha Centauri" i "Zeit" oraz rockową nutę z "Electronic Meditation". W tym połączeniu przeważają jednak elementy dość delikatne i ciche ale niespokojne, tajemnicze i groźne. "Atem" jest ostatnim albumem wydanym w ramach "The Pink Years". Następny, "Phaedra", przyniesie olbrzymią rewolucję w brzmieniu zespołu, które może tylko w pewnym, ograniczonym stopniu będzie przypominać to znane z tego albumu. Wciąż jednak ekipa Edgara Froese stawia na improwizację. Tak jak poprzednie albumy z najwcześniejszego okresu w historii zespołu, "Atem" jest skierowany raczej dla fanatyków. Nawet oni zapewne nie sięgają po nie często. Przypaść może do gustu osobom lubiącym muzykę nietypową ew. wzorowaną lub inspirowaną Pink Floydami. Tu jednak nie ma gitar i wokali lecz tylko (proto)elektronika w wydaniu niemieckim. Nie oceniam tego albumu, nie jestem w stanie. Ocenę zostawiam dla Słuchaczy i Czytelników. Muszę teraz jakoś powrócić na stację Rzeczywistość...

sobota, 20 grudnia 2014

20.12.2014 - Zagubieni w strunach Edgara... Część 1 z 2

Składanka "Lost In Strings - Volume I" (2013, Eastgate) jest poświęcona utworom z gitarowymi popisami Edgara Froese. Dwa wypełnione po brzegi kompakty zawierają łącznie 23 utwory. Część z nich została przearanżowana na potrzeby tej kompilacji. Na dwóch płytach zawarte zostały utwory z prawie okresów z historii grupy! Utwory pochodzą z lat 1979 (album "Force Majeure) - 2011 (albumy "The Angel Of The West Window" i "Finnegans Wake"). Warto też podkreślić iż na płycie znalazły się też 2 utwory z niezwykle rzadkiego soundtracku - "The Keep" (film z lat 80 - Twierdza ). Są też tu dwa utwory z wydawnictwa solowego Edgara.

Lost In Strings. Volume I - okładka pierwszego (jedynego na razie) wydania, Eastgate, 2013





Okładka przedstawia "scenkę rodzajową" - EF pozujący na kanapie z gitarą u boku. Piękne miejsce na autograf. Nazwa zespołu jest wydrukowana złotym kolorem. Obie płyty przedstawiają ten sam obraz ale CD 1 jest czerwona zaś CD 2 - niebieska. Uboga książeczka zawiera króciutkią notkę oraz kilka zdjęć Edgara z gitarą, z różnych okresów historii grupy.

Składankę otwiera "Cloudburst Flight". Niesamowity utwór z albumu "Force Majeure" (1979). Otwierają go senne, rozmarzone syntezatory i delikatna gitara. Po minucie słyszymy jak nasz pojazd pracuje. Ok. 1:30 utwór zaczyna się rozgrzewać. Wznosimy się ponad chmury. W 3 minucie utwór wchodzi w swój stan dojrzały. Słychać rockującą gitarę Edgara (wówczas młodego). Długa, porywająca partia na tle unoszących nas w powietrzu syntezatorów. Przebijamy się przez chmury. Mandarynkowa machina przekracza prędkość dźwięków. Przed 6 minutą gitara milknie za to pojawiają się "gwiżdzące" klawisze. Perkusja w tym utworze jest w pełni prawdziwa (Klaus Krüger).
Na "Lost In Strings" utwór został zamieszczony w oryginalnej wersji (nie Cloudburst Flight 2008 lub nowej, przygotowanej na tą składankę).

Drugi utwór to "Beach Theme" z soundtracku "Thief" (1981). Jest to dłuższa wersja, z rozbudowanym, nastrojowym i delikatnym intrem (a może to utwór "Beach Scene" ?). Świetny utwór. W pewnym stopniu jest uroczysty (z początku). W 4 minucie pojawia się gitara. Można ją pomylić z syntezatorem (a może ja pomyliłem i pojawia się ona wcześniej?). Gdzieś przed 6 minutą jest kolejna partia gitarowa. Niesamowite dźwięki w tle, takie ciche ale cudowne.

Następny - "Dr. Destructo", również z "Thief"-a. Gitara wchodzi od razu. Edgar mocno szarpie za swoje 6 strun. Automatyczna perkusja wybija rytmiczny i charakterystyczny rytm. W zasadzie ten utwór to jeden wielki popis gitarowy (na tle perkusji i dodatkowych dźwięków).

"Challengers Arrival" jest pierwszym z dwóch utworów z "The Keep" (nagrany w 1983, wydany w 1997). Rytmiczna perkusja i tajemnicze dźwięki syntezatorów. Po chwili do nich dołącza się gitara, grająca w podobnym klimacie. Można ją pomylić z syntezatorem. Zdecydowanie dominuje gitara, podkreślona przez syntezatory. W 3 minucie gitara i perkusja milkną. Pozostają tylko budzące grozę syntezatory. Całkiem fajny, rzadki numerek.

Scrap Yard! Kolejny numer z "Thief"-a - trzecia i ostatnia pozycja z tego albumu. Szybki sekwencer i chwytliwa melodia. Sekwencja brzmi znajomo (bodajże "Horns Of Doom"). Ok. 1:40 wchodzi gitara. Gitara milknie gdzieś przed 3 minutą. Jest to wersja oryginalna utworu a nie remake z cupdisca "Choice" (2008).

Wardays Sunrise jest drugim i ostatnim utworem z niesamowicie trudnego do zdobycia "The Keep". Kolejny rytmiczny utwór. Gitara pojawia się ok. 1 minuty. Chyba ten pierwszy utwór jest ciekawszy. Ale miło, że coś się pokazało z "The Keep".

Następną kompozycją jest "Electric Lion" z albumu "Melrose" (1990). Rozpoczyna się bardzo delikatnie i słodko niczym pluszowy... lew. :) Ok 2:40 zaczyna się troszkę robić mniej słodko. Szykuje się wejście smoka. Ok. 3:30 zaczyna się gitarowa część utworu. Nie ma już słodkości - jest tylko rock & roll. Rytmiczne syntezatory sprawiają, że solujący Edek nie jest samotny. Teraz mamy dorodnego lwa a nie słodkie, małe, mandarynkowe lwiątko. Ok. 6.40 lew traci swoją siłę i staje się lwiątkiem. Zamieszczona na tej składance wersja jest oryginałem z albumu "Melrose" nie zaś nowszym nagraniem, zrealizowanym w ramach boxsetu "The Melrose Years" (2003).

"Ride On A Ray" pochodzi z "Underwater Sunlight" (1986). Zamieszczona na tej składance wersja jest remiksem. Nie jest to oryginał z 1986. Remiks wyszedł na cupdiscu "Flame" (2009) jako (Atlantic Ocean Version). Jest bardziej rytmiczny. Gitara pojawia się ok. 1:50. Remiks nie ma tego specyficznego "podwodnego" klimatu i gitara brzmi trochę mocniej w nim. Ciekawa wersja.

Następnym, dziewiątym, utworem jest "Marakesh". Oryginalnie, utwór zamieszczony został na płycie "Optical Race" (1988) ale tu został nagrany od nowa na potrzeby tej składanki. Jest to wersja odmienna od tej z "The Melrose Years". Odświeżono instrumentacje i brzmienie ale gitary nigdzie nie słyszę. Jest słabo słyszalna. Coś jest gdzieś w 4 i 7 minucie. Ogólnie - całkiem przyjemna aranżacja przyjemnego kawałka.

"Three Bikes In The Sky" jest kolejnym utworem z płyty "Melrose" (1990). Rozpoczyna się delikatnie i przyjemnie. Słoneczne przebłyski na zachmurzonym niebie. Potem mamy bardzo przyjemną chociaż troszkę smutkującą melodię. W ogóle utwór ten jest melancholijny. Ok. 3:30 pojawia się gitara. Piękna kompozycja. Utwór jest zamieszczony na "Lost In Strings" w swojej oryginalnej wersji (istnieje nowsze nagranie "The Melrose Years").

Następny utwór to "The Blue Bridge", wydany pierwotnie na "220 Volts Live" (1993). Był grany jako jeden z wielu nowych utworów podczas trasy koncertowej w USA w 1992 roku, promującej najnowszy wówczas album zespołu - "Rockoon" (1992). Bardzo głębokie brzmienia syntezatorów, sporo chórków. Czuć iż jest to jakaś nowsza wersja. Przed końcem pierwszej minuty pojawia się saksofon. Po chwili dołącza się do niego gitara. Całość stanowi swoisty dialog saksofonu i gitary. Kolejne melancholijne nagranie ale miłe dla ucha. Nowa aranżacja jest głębsza, ma mocniejsze brzmienie i dodano do niej partie gitarowe, których nie ma w oryginalnym nagraniu.

"Hamlet" także pochodzi z "220 Volts Live". Jest utworem następnym na tym albumie, tuż po poprzedzającym go "The Blue Bridge". Rozpoczyna się delikatnymi syntezatorami, nieco "gwiżdzącymi". Chyba następnie pojawia się gitara ale nie solo. W 1:40 rozpoczyna się solo gitarowe Edgara. Utwór ma niesamowitą moc. Zespół daje z siebie prawdziwe 220 Voltów Na Żywo. Solo trwa przez jakieś dobre 5-6 minut. Utwór kończy się ok. 8:10. Zostały wprowadzone pewne zmiany ale chyba tylko na końcu. Usunięto resztę utworu, rozpoczynającą przejście do "Dreamtime" na "220 Volts Live". Wydaje mi się iż "Hamlet" z "Lost In Strings" jest zgodny z oryginałem. Mocarny kawałek.

Ostatni utwór pochodzi z solowej składanki Edgara - "Orange Light Years" (2005) i nosi tytuł "Road To Odessa". Zaczyna się tajemniczo ale czuć, że jest to współczesny utwór. Słychać sekwencer. Jeszcze przed pierwszą minutą wchodzi gitara. Najsłabsza część tej płyty moim zdaniem.

Biorąc całość pod uwagę, otrzymujemy niezwykle zróżnicowany i porządny album. Jest to tylko połowa gdyż "Lost In Strings" składa się z dwóch płyt. O ile dyskografia Tangerine Dream obfituje w różnego rodzaju kompilacje to jednak nigdy wcześniej nie było żadnej poświęconej gitarowym popisom lidera zespołu, Edgara Froese. Pierwsza płyta przyniosła także kilka rzadkich utworów (oba numerki z "The Keep" oraz nową, niepublikowaną wcześniej wersję "Marakesh" (oryginalnie na "Optical Race", 1988). Przyjemnie mi się słuchało utworów wybranych na tej płycie. Za pierwszą płytę przyznaję ocenę 5. Ale nie jest to ocena całego albumu gdyż jest jeszcze druga płyta.

piątek, 19 grudnia 2014

19.12.2014 - "Dreaming" About "Sohoman"

Nie minął nawet jeden dzień od publikacji poprzedniego tekstu a już zabieram się za kolejny. Tym razem ocenie zostanie poddana "oficjalna wersja wydarzeń" w Sydney, 22.02.1982. Tangerine Dream wówczas zaprezentowali nadchodzący album "White Eagle" w całości. Album został nagrany miesiąc wcześniej, w styczniu 1982 roku ale ukazał się dopiero w marcu. "Sohoman" przedstawia pierwszy set z tego koncertu ale poddany obróbce dźwiękowej. Doszło do pewnych zmian w brzmieniu. Wspomniany w tytule bootleg "Dreaming" zawiera zaś oryginalne nagranie tej samej części koncertu. Wersja CD (oryginalny bootleg wyszedł pod inną nazwą na winylu w 1984) została uzupełniona o niesamowity bonus - oryginalną (NIE remix z 2000 roku) wersję Ultima Thule Part One ! Ponadto, warto wspomnieć iż koncert z Sydney został wydany w całości jako Tangerine Tree 37.
 
Album "Sohoman" wyszedł w dwóch wersjach: pierwotnej z 1999 i poprawionej w 2001. W zasadzie tylko poprawie uległa okładka oraz literówka ("Edagar Froese"). Posiadam poprawione wznowienie w swoich zbiorach. Album nie doczekał się dalszych wznowień więc stanowi nie lada gratkę dla fanatyków Mandarynek. Zresztą ten album w ogóle jest tylko do nas, największych czcicieli Edgara Froese. :)

Sohoman, okładka drugiego wydania (2001)



Okładka jest z gatunku tych, co nie wiadomo co prezentują. Może perły? Wyłowione osobiście (i poddane obróbce) przez Edgara i zebrane na tej płycie.

Najważniejsza jest jednak treść krążka muzycznego zawartego w pudełku więc pozwolę sobie przejść do kluczowego elementu każdej recenzji - opisu wrażeń dźwiękowych. Załączony poniżej film z serwisu Youtube przedstawia cały album "Sohoman".



Płytę (oraz pierwszy set koncertu) tworzy 5 utworów. Dwa z nich pochodzą z albumu "White Eagle" (1982). Jeden jest zupełnie nowy i nie był grani nigdzie poza trasą koncertową w Australii w 1982 roku. Kolejny utwór jest premierą ale został włączony w suitę "Logos" (Velvet Part). Zespół dopiero w październiku 1982 zaczął koncertować z tą suitą więc mamy tu do czynienia z kolejną premierą ale nie ekskluzywnym utworem. Ostatni utwór na tej płycie jest pozycją pochodzącą z październikowej trasy koncertowej w 1981 roku.

Album otwiera "Convention Of The 24" będący trzecim utworem na płycie "White Eagle". Rozpoczyna on koncert w sposób nagle. Sekwencja budowana jest powoli, stopniowo wzbogacana o kolejne nuty. Gdzieś w ok. 40 sekundzie utwór brzmi dojrzale ale wciąż ulega rozbudowie, tak do ok. 1 minuty. Poza zmianami na wejściu, utwór ten brzmi jak poprawna koncertowa interpretacja wersji studyjnej. Chociaż na pewno zostało dodane to i owo tu i ówdzie w ramach odświeżania nagrania. Zapewne są np. dodatkowe tekstury dźwiękowe czy chórki przed 3 minutą. Nie znam zbyt dobrze bootlega Dreaming (a mam go na CD, oryginalnego) by móc się wypowiedzieć. W każdym razie "Convention Of The 24" jest niesamowicie przyjemnym i rytmicznym utworem, mocno opartym o dziki i szybki sekwencer. W 5 minucie mamy wręcz sekwencerowy (?) stukot. W późniejszej części sekwencerowi towarzyszą wręcz eteryczne i delikatne chórki. Pod koniec 7 minuty słychać iż utwór dąży do końca. Sekwencer milknie, nastrój robi się bardziej tajemniczy. Ok 8.30 zaczyna się mostek między "Convention Of The 24" a kolejnym utworem. Przejście to kontynuuje styl końcówki poprzedniego utworu...

... i przechodzi w kolejną premierową kompozycję - "White Eagle". Z tajemniczych szeptów i hałasów wyłania się sekwencerowy motyw, brzmiący niczym pianino czy fortepian (ale dość szybko grane). Wyraźnie podkreślony jest bas i dodatkowe dźwięki, sekwencer nie jest "goły". Ok. 1:20 wchodzą bajkowe klawisze. Utwór jest naprawdę bajeczny i śliczny. Nie jest tak słodki jak nowe nagranie albumu Hyperborea omówione przeze mnie wczoraj. Myślę iż spodoba się raczej każdemu. Bądź co bądź jednak jest to tylko koncertowe wykonanie wersji studyjnej. Od niej wyróżnia się tylko wstępem, wynikającym ze specyficznego podejścia Tangerine Dream do koncertów (prezentowanie utworów w formie jednego, ciągłego kawałka - każdy jest połączony mostkiem z poprzednim). W 4 minucie mamy mostek. Melodia znika a pojawiają się tajemnicze dźwięki. Niektóre z nich mocno kojarzą się z albumem "Logos Live".

Trzeci utwór to "Ayers Majestic". Jak wspomniałem, był grany tylko w Australii w 1982. Nazwa wywodzi się od skały Ayers Rock, zwanej też Uluru). Jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Wygląda tak:
 
Źródło obrazka i informacji: Wikipedia
 
A jak brzmi? Zaczyna się w stylu kojarzącym się z "Logos Live". Już po 30 sekundach zaczyna przypominać "Horizon" (część z sekwencerem i perkusją), wydany na płycie "Poland" (1984) i grany na koncertach w 1983 roku. Po jakimś czasie jednak przeradza się w zupełnie inną kompozycję, opartą tylko o "polską" sekwencję. Bardzo rytmiczny i wesoły. Sekwencer jest w tle. Sporo perkusji dodającej powera. Miejscami naprawdę kojarzy się z "Horizon". Oczywiście zostały dodane nowe elementy, nie występujące w oryginalnym nagraniu (bootleg Dreaming, Tangerine Tree 37). W utworze jest sporo zmienności mimo iż sekwencerowa podstawa jest taka sama cały czas. Typowa muzyka sekwencerowa TD ale z "polskim" akcentem. W 6 minucie utwór się kończy mnóstwem tajemniczych dźwięków. Zaczyna się kolejne nastrojowe przejście. Krótka wędrówka po mandarynkowym kosmosie ale zabarwiona odcieniem "Logos Live".

Kosmicznie "Logos"-owe przejście prowadzi nas do... Logos (Velvet Part) ! Jednego z najbardziej znanych fragmentów albumu "Logos Live". Wchodzi po krótkiej kontynuacji mostka. Wyraźna, słyszalna perkusja (automat) i znajomy motyw. Niesamowicie piękny i romantyczny. W tej wersji nabrał trochę orkiestralnego brzmienia (tło). Prawdziwy majstersztyk. Jeden z (mega)hitów zespołu. Chyba kiedyś się oświadczę przy tym utworze. Wersja zamieszczona na płycie "Sohoman" jest wydłużona w stosunku do oryginalnej koncertowej z Australii (prawdopodobnie metodą kopiuj-wklej). Poza pewną dozą "orkiestracji", utwór ten brzmi mniej więcej tak jak wersja zamieszczona na "Logos Live" (oczywiście są różnice, także te wynikłe z procesu tangentyzacji). Gdzieś w 7:40 się kończy. Pozostałe 50 sekund wypełnia przejście. Znowu mamy do czynienia z czymś tajemniczym ale raczej średnio kosmicznym.

Ostatni utwór nosi tytuł "Bondi Parade", który był grany w Anglii w 1981 roku. Nigdy więcej nie wrócił na scenę - oczywiście po koncertach w Australii w 1982. Jest to najdłuższa kompozycja na tej płycie - prawie 13,5 minuty! Po serii tajemniczych dźwięków i pomruków, z ciemności wyłania się wesoły rytm i perkusja. Muzyczka dla dzieci. Trochę ciche. Soundtrack do herbatki u Barbie i Kena.  (i Pana Pluszaka :D) :) Wesoły, rytmiczny, wręcz anielsko-dziecinny utworek. Wbrew pozorom nie jest nudny. Kolejne filiżanki herbatki leją się strumyczkami. Warto wsłuchać się w dodatkowe dźwięki a nie tylko główną melodię. Nie wiem czemu ale miejscami mi się kojarzy z jakimś jazzem czy coś. Troszkę może się dłużyć. "Bondi Parade" zamyka nie tylko płytę ale i pierwszy set koncertów w Australii 1982. W 7 minucie muzyka staje się lekko kosmiczna ale powraca na swoje słodkie tory. Utworek rozkoszniutki jak niektóre moje koleżaneczki ze studiów (np. Słoneczko). ;) Pod koniec 9 minuty sekwencer znika. Utwór powoli zbliża się do finału. Wygasa jego radość. Herbatka się skończyła. Outro jest troszkę kosmiczne. Z niego wyłania się kolejna partia klawiszowa (ok. 11 min). Brzmi jak syntezatorowe solo ale zostaje ono później wzbogacone o dodatkowe efekty. Finał następuje w postaci przeciągłej partii "klawiszo-chórków" po którym następują oklaski. Niestety nie wiem, co zostało dodane na "Sohoman". W każdym razie wykonanie w Sydney jest pożegnaniem z tym utworem.

Tak jak wspomniałem na początku - "Sohoman" jest albumem dla fanatyków Tangerine Dream. Otrzymują oni na nim unikalne remiksy dość sporego fragmentu z wyjątkowego koncertu zespołu. Nie brzmi na przesadnie obrobiony. Największe różnice (za Voices In The Net) są w ostatnim utworze - zniknęła gitara (grana przez Edgara Froese) i utwór otrzymał kompletnie inne zakończenie. Nie mniej, wciąż brzmi interesująco. "Daniem głównym" są tutaj aż trzy nieopublikowane przedtem utwory (Ayers Majestic, Logos Velvet w wersji demo (?) i Bondi Parade). Łakomy kąsek dla maniaka dzieł Edgarowych. Zdecydowanie dla fanatyków ale zasługuje 4. Obcinam cały punkt za niewydanie całego koncertu (nawet w formie zremiksowanej - przecież Edgar mógł wykorzystać fragmenty np. "Mojave Plan" znane z "Tangents" i uzupełnić je o resztę utworu). Dobra płyta ale dla wybranych.


18.12.2014 - Powrót do Krainy Lodu

Tak jak obiecałem przy recenzji oryginalnej wersji albumu "Hyperborea" (Tangerine Dream, 1983), w przyszłości zrecenzuję też jego nową wersję. Album został w całości odświeżony w 2008 roku i wydany w nowej formie pod tytułem "Hyperborea 2008". Jest to kolejny album nagrany tylko i wyłącznie przez Edgara Froese mimo iż jest podpisany jako Tangerine Dream. Nowe aranżacje otrzymały wszystkie 4 utwory a nie tylko "Sphinx Lightning" (znany np. z wcześniejszego tekstu mojego - Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy pod postacią "Hyper Sphinx"). Odświeżeniu uległa też szata graficzna. Czy ten sam cukierek ale w odświeżonej wersji jest wciąż dobry? Zapraszam do przeczytania dalszej części tego tekstu.

Za nową okładkę również odpowiada sam Edgar.  Wygląda ona jak jakieś zdjęcie z tajemniczego wymiaru. A może jakiś tajemniczy portal, niczym czarna dziura, wciąga w siebie różnorakie przedmioty (np. statek, żarówkę, świecę) ? Jest ona trochę dziwna i zupełnie nienawiązująca ani do muzyki, ani do oryginalnej okładki.

Okładka Hyperborea 2008, wyd. Eastgate, 2008 (pierwsze)








Zawartość płyty jest prawie identyczna z oryginałem. Wciąż mamy (w książeczce oraz na tylnej okładce) wyszczególnione te same cztery, dobrze znane utwory. Na płycie zaś tytułowy utwór, Hyperborea, został rozdzielony na dwie części. Oryginał również jest wyraźnie podzielony ale nie zostały one rozdzielone w sposób fizyczny.

Recenzji dokonam na podstawie plików FLAC zgranych z oryginalnego, pierwszego wydania (Eastgate, 2008). Jest to edycja limitowana do 2000 egzemplarzy. Nie ma powodu do zmartwień gdyż już w 2009 roku wyszło jego wznowienie ("mandarynkowo-Membranowe"). Jest ono identyczne z edycją pierwotną, poza oczywiście okładką z elementami wspólnymi dla całej tej serii wznowieniowej. Dla fanów nowoczesnych, mandarynkowych brzmień nie ma lepszej okazji niż aktualne promocje by pozyskać kolejne mandarynkowe CD do swojej kolekcji gdyż wspomniane wznowienie można kupić już od 15 zł. Słuchawki wciąż są te same - Philips SHP1900. Na swoich (obecnie martwych) dokanałowych nigdy nie dokonałem recenzji.

Ad rem. Teraz czas na rzecz najważniejszą - recenzję odświeżonego klasyka. Skok na kasę w wykonaniu leciwego staruszka czy dość ciekawa propozycja muzyczna? Niestety, na Youtube nie znalazłem fragmentów tego albumu. Może to o czymś świadczy? Ale nie chcę się uprzedzać przed przesłuchaniem. Tym bardziej nie chcę robić spoilerów. Jaka byłaby Wasza przyjemność z czytania tego tekstu gdybyście już w tej chwili poznali mój werdykt? Tak więc od razu przechodzę do procesu zaspokajania waszej ciekawości i apetytu na moje słowo. Wyjątkowo bez dźwięków.

Nowa wersja "No Man's Land" zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz rajsko. Jest to znaczna odmiana w stosunku do wersji oryginalnej. Po kilkunastu sekundach wchodzi wyraźnie słyszalny sekwencer i jakieś basy. Sitar pojawia się w ok. 1:30. Prawdopodobnie zsamplowany z oryginalnego nagrania. Brzmi zdecydowanie inaczej, jakoś weselej od oryginału. Też pojawia się miłe dla ucha "plumkanie" i jakaś tajemnicza gitara czy raczej klawisze ją udające. W 3 minucie pojawiają się dziwaczne trele-morele "ptaków" ale bardzo ciche. Zdecydowanie dominuje sekwencer i "spółka". Przyjemnie się tego słucha ale wyraźnie czuć iż jest to miękka, wręcz pluszowa wersja tego utworu. W 4:30 wchodzi więcej perkusji. Utwór zachowuje swoje brzmienie ale wzbogacone o bit. 5 minuta - bardzo tajemnicze dźwięki typu "pą" czy "pum", mocno basowe. Naprawdę, nie umiem ich lepiej opisać. Edgar przeniósł nas nie na Olimp ale gdzieś w same centrum uczty bogów, gdzie razem z nim delektujemy się ambrozją i podglądamy Afrodytę. Gdzieś w 6-7 minucie utwór przyśpieszył. Pędzimy, gnani sekwencerem. W 8 minucie mamy więcej chórków a utwór przypomina bardziej galop niż spokojną i sielską podróż przez starogreckie, mitologiczne wyobrażenie raju. W 9 minucie pojawiają się kolejne znane elementy z oryginału i utwór się kończy.

W porównaniu z oryginałem, stał się dłuższy i bardziej rajski. Zbyt umilony. Oryginał ma pewną nutkę tajemniczości a i zespół nie przesadził z perkusjonaliami. Ostre krawędzie zostały wyrównane. Mamy pluszową, sielską, rajską wręcz krainę "zapodaną" w nowoczesnej oprawie. Nowa wersja w pewnym stopniu ma wyraźniejsze brzmienie sekwencera. Jest odmłodzona i to wyraźnie, wciąż jednak czuć iż jest to "No Man's Land". Niestety, Edgarowi takie liftingi nie zawsze dobrze wychodzą - np. "Phaedra 2005", która jest w zasadzie kontynuacją nagrania przygotowanego na potrzeby trasy koncertowej w 1988 roku. Niby można posłuchać ale to nie to samo. Po pewnym czasie No Man's Land 2008 się zaczyna naprawdę nudzić. Zbyt cukierkowe.

Czas na utwór tytułowy - Hyperborea. Pierwsza część zaczyna się od chórków i delikatnej perkusji. Mocno nawiązuje do klimatu oryginału ale czuć iż jest ocieplony trochę. Mimo wszystko, odbieram go zdecydowanie lepiej niż "No Man's Land" w nowej wersji. Czuć sporo znanych ale odświeżonych elementów i brzmień. Dość zachowawcza aranżacja chociaż brakuje tego chłodu. Pierwsza część "Hyperborea" w wersji 2008 to ciepłe lody - niby lody ale jednak to nie to. Wciąż jednak są smaczne.

Oryginał również jest "chórzasto-perkusyjny" z początku. Same syntezatory jednak brzmią chłodniej. Obie wersje mi się podobają. Nowa wersja jest troszkę weselsza ale wciąż ładna.

Sekcja druga Hyperborea 2008. Otwiera ją podmuch wiatru i wejście perkusji. Kojarzy się z wchodzeniem na górę lodową. Wędrujemy po zimnej krainie. Rozkoszujemy się widokami. Słońce nieśmiało nas grzeje (koleżanka chora - przerwa w dostawie energii słonecznej :) ). Brzmienie jest znowu, jak już to nazwałem przy poprzedniej sekcji, niczym ciepłe lody. Dość miła i ciepła aranżacja. Znacznie słodsza. Może dlatego iż Słoneczko świecące w Hyperborei (i na IPSie) jest bardzo słodkie? :)

Oryginał również zaczyna się od drobnego mostku i podmuchu wiatru. Jest on bardziej wietrzysty niż w nowej wersji. Oczywiście, starsza wersja nie jest taka usłodzona. Brakuje jej patronatu koleżanki. ;) Stara Hyperborea (sekcja II) ma wyraźniejszą i lepszą moim zdaniem pracę perkusji. Nie brzmi ona jak zwykły bit. Nawet te uderzenia mocniejsze w drugiej części tego utworu są wyraźniejsze w oryginale.

Czas na najrytmiczniejszy i najszybszy kawałek - Cinnamon Road. Też przesłodzona. Dużo perkusji w stylu tym samym co w poprzednich utworach. Teraz to brzmi jak jakieś mandarynkowe disco. I te jakieś brzdąkanie w tle. Tak cieplutki utworek, że nawet ciepłe lody się topią... Takie tam, do posłuchania. Kawałek, który był nieco odmienny od reszty płyty, w tym wydaniu stał się w zasadzie tożsamy z nią. Nic specjalnego. Idealny na dyskotekę. Taka Edziowa łupanka.

Oryginalne Cinnamon Road jest wesoły i żywe ale nie brzmi jak mandarynkowe disco! Perkusja w oryginale jest tylko okazjonalna a w nowym wcieleniu - powszechna. Nastraja pozytywnie w przeciwieństwie do nowej odsłony. Nowa wersja to w zasadzie przeróbka pod dyskoteki. Tylko która chciałaby zatańczyć z Edgarem? ;)

Czas na nowe szaty króla - Sphinx Lightning w nowej odsłonie. Zaczyna się w sposób znajomy. Początek jest ciekawszy, bardziej nasycony efektami. Od początku mamy do czynienia z perkusją (ale nie natrętną). Kiedy utwór się zacznie nieco rozgrzewać, perkusja zdecydowanie rzuca się w ucho. Wydaje mi się, że ona jest na przedzie zaś reszta w tyle. Wina słuchawek? Taka stylistyka? Mastering? Musiałbym dokonać odsłuchu na innym sprzęcie. W 3 minucie wchodzi sekwencer. Sfinks mocno świeci dla Weroniki. :) Perkusja chociaż na trochę znika i przestaje być w centrum zainteresowania. Nowa odsłona Sphinx Lightning zapowiada się na najlepszy utwór na tej płycie! Król w nowych szatach prezentuje się godnie i dostojnie. Perkusja w 5-6 minucie wraca na tron ale Jego Sphinxowatość wciąż zachowuje swe mandarynkowe oblicze. Czuć tą moc sekwencerową i potęgę Sphinxa. Gitara pod konie 9 minuty brzmi naprawdę mocno i wyraziście. Do tego ten szum, elektroniczny podmuch wiatru i "fleciki". 14:20 - wchodzi mocniejszy bas. Naprawdę fajna aranżacja. Ciepła ale wyjątkowo miła dla ucha. Król po liftingu brzmi świetnie. Zdecydowanie lepiej niż poprzednie utwory. Sphinx jest bajeczny! Utwór kończą anielskie, rajskie brzmienia. Może trochę kojarzące się z początkiem nowej interpretacji No Man's Land. Najlepsza aranżacja na tej płycie. Trochę się marnuje w takim zestawieniu ale przynajmniej jest całość w komplecie.

Oryginał na początku ma mniej efektów. Jest zdecydowanie chłodniejszy w brzmieniu. W końcu Hyperborea to lodowa płyta. Stary Sphinx także ma perkusję. Sekwencer w nim wydaje się być troszkę wycofany - tutaj zaś, w nowej wersji, jest bardziej dominujący. Oczywiście pojawiają się elementy i brzmienia znane z wersji z 1983 roku. Nie ma też partii gitarowej, która została dodana w nowej interpretacji. Nowa wersja jest bardziej obfita w perkusję niż oryginał. Sekwencer od początku w niej jest mocniejszy. Sphinx zyskał nowego, elektronicznego powera! Zachowuje swoją twarz, klimat i styl a jednocześnie został odmłodzony. Jest bardziej energiczny, żywszy. Dobrze się prezentuje w tej odsłonie.

"Hyperborea 2008" jest dość słabym albumem. Utwory w nowych wersjach są mocno ocieplone i ugładzone. Są nawet za słodkie. Edgar odświeżył je z myślą o wpasowaniu je w obecne brzmienie zespołu. Zyskały dzięki temu trochę obecności na koncertach. Pomiędzy 2008 a 2010 zespół zagrał większość utworów z tej płyty - poza drugą częścią Hyperborea i fragmentem Sphinx Lightning (nawet dość obszernym - na jednym z koncertów zagrali 16 minut). O ile na koncercie miło jest usłyszeć klasyki (osobiście byłem bliski płaczu z radości jak usłyszałem w Warszawie w czerwcu 2014 początek Hyper Sphinx!) ale na albumach dość średnio to wychodzi. "Tematyczne" aranżacje - nowe i odświeżone dźwiękowo wydania starych albumów raczej dość słabo wychodzą Edgarowi. Skok na kasę. Nie jest to perełka w dyskografii zespołu. Warta mniej więcej te promocyjne 20 zł. Jeśli miałbym szczerze ocenić tą płytę - mimo mojej sympatii do niej i do TD - niestety nota będzie niska. Tylko 3. "Hyperborea 2008" naprawdę mocno ratuje Sphinx Lightning i w zasadzie jest to jedyna reinterpretacja z tej płyty, którą mógłbym szczerze wyróżnić. Płyta tylko dla fanatyków. Reszta niech myśli i szuka czegoś innego.

niedziela, 14 grudnia 2014

13.12.1974 - Live! Improvised! - Set 1

W dzisiejszym poście zamierzam podjąć się karkołomnego i trudnego zadania. Przedmiotem recenzji jest set 1 z koncertu Tangerine Dream w Katedrze Notre-Dame w Reims. Dzisiaj minęło 40 lat od tego wydarzenia. Jest to największy skandal w historii TD. Niesłusznie oberwało się zespołowi za to, że organizatorzy koncertu nawalili i do katedry wpuścili sporo więcej ludzi niż powinno tam być. Ci ludzi, stłoczeni, sprofanowali katedrę załatwiając tam swoje potrzeby fizjologiczne a także biorąc narkotyki. Tangerine Dream dostali nawet bana od papieża, Pawła VI ! Mieli zakaz występowania w kościołach, katedrach itp. Nie trwało to długo najwyraźniej gdyż w 1975 były koncerty kościelne itp. ;)

Do rzeczy. Na Youtube znalazłem kopię całego koncertu - włącznie z bisami! W sumie zespół wykonał 4 improwizacje. Tangerine Dream wystąpili w złotym składzie: Edgar Froese, Chris Franke i Peter Baumann. Set 1 i 2 zostaną zrecenzowane na podstawie Tangerine Tree 30. Bisy będą oceniane na podstawie filmu z Youtube.

Tytuł dzisiejszego postu odnosi się bezpośrednio do jednego z bootlegów z koncertami TD. Nosi on właśnie tytuł "Live! Improvised!". Na nim jest "główny" materiał z koncertu z Notre Dame.


Oto cały Tangerine Tree 30 czyli set 1 i 2. Pierwsze dwie improwizacje. Miłej konsumpcji dźwięków i tekstu. :)

Set 1 rozpoczyna się tajemniczym basowym, buczeniem. Kojarzy się z tuningiem instrumentów. Po kilku sekundach przywodzi na myśl jakąś wczesną wersję intra do Ricochet, Part One. Publiczność wpatrzona w Bogów oczekuje rozwoju wydarzeń dźwiękowych. Zespół delikatnie improwizuje wokół wspomnianego intra. Wzbogaca je dodatkowymi brzmieniami. Wszystko brzmi jak taniec cieni. Dźwięki snują się powoli, ponuro. Dodatki zaczęły się tak w ok. 2,5 minucie. Muzyka brzmi kosmicznie. Muzycy przenoszą nas w krainę dźwięku. Gdzieś w trzeciej minucie zaczyna się powoli coś konstruować. Niesamowite dźwięki. Intro rykoszetowe zdążyło opaść. Teraz mienią się kryształy. A może to dźwięki światła wpadającego przez witraże w katedrze? Tajemnicza melodia snuje się pod migotaniem dźwięków - a raczej jest ona tymi błyskami wzbogacona. 6 minuta - pojawia się brzmienie kojarzące się z mellotronowym fletem z "Sequent C'" z płyty "Phaedra" (1974). Cały czas dominują plamy dźwiękowe, snujące się ciche improwizacje. W 7 minucie wchodzi dodatkowy bas ale nie jest to sekwencer. Klimat muzyki jest zbliżony do tego, co było w poprzednich minutach. Teraz to brzmi niczym elektroniczna msza! Mandarynkowa celebracja! Niestety, to było chwilowe. Znowu zmienione zostały tory improwizacji. Pod koniec 8 minuty mamy kolejną partię mellotronowego fletu. Wszystko ciągle jest spójne i powiązane ze sobą. Muzyka jest spokojna i dość cicha. Można się w niej zgubić. 10:20 - klimat zaczyna się lekko "phaedryzować". Dźwięki te nadają nieco klimatu. Straszą. Przypominają wycie upiorów. W 11:30 znowu wchodzi dodatkowy bas. Jesteśmy w nawiedzonym domu. Stąpamy ostrożnie. Jest ciemno a księżyc w pełni. W 12 minucie wchodzi więcej dźwięków niż było do tej pory i są głośniejsze. Coraz bardziej straszno. W 13 minucie jest "flet" albo mylę go z dźwiękiem syntezatora. Coś się pojawia przed oczami. Duchy istnieją naprawdę. Wciąż nie ma żadnych sekwencerów. Dalej plama dźwiękowej improwizacji. Czasem wydaje się, że rozmawiam z duchami. Słyszę ich głosy. Czy jestem obłąkany? Czy to tylko szepty syntezatorów? 15:30 - pojawia się jakaś stała melodia. Duchy się wzajemnie przekrzykują. Mam mętlik w głowie. W mojej głowie nie jestem tylko ja lecz co najmniej z 10 innych osób. A co jeśli tama pęknie? Czy znajdę się na Ciemnej Stronie Księżyca? Muzycy zapytani milczą. 17 minuta. Straszenie się dopiero zaczęło. Wybiła północ. Jak dobrze, że piszę przy zapalonym świetle. Całość muzyki brzmi jak improwizowany soundtrack do jakiegoś strasznego filmu. Jest tu dużo emocji. W 18 minucie słychać dużo mellotronowych skrzypiec. Dużo się dzieje. Każda sekunda wprowadza coś nowego. Można się przerazić. Jestem obecnie w końcówce 19 minuty. Dominuje tu mellotron i chyba jakieś organy. Podobne klimaty chyba są gdzieś na "Rubycon". Dawno się w nim nie kąpałem. Muszę kiedyś znowu zanurzyć w nim ucho. 21 minuta - popis "fletowej" wirtuozerii. Kręci mi się w głowie od nadmiaru wrażeń. Coś majaczy mi przed oczami. Talerz Tajemnic? Czy mój mózg oszalał? Czy to muzyka mnie wprowadza w stan obłędu? Teraz znowu na inną nutę. Ciągle zmiany. Mój mózg został wystawiony na próbę. Tyle bodźców! 23:10 - coś spadło? Kropla wody? Jakieś jęki czy coś słychać. To torturowany ja. Skamieniały ze strachu. 24 minuta - klimaty znajome z "Epsilon in Malaysian Pale", solowego albumu Edgara z 1975. Serio! To brzmi znajomo. To nie ja, to moje małpy tak wyją. Makaki, gibony, goryle. Wszystkie moje. Moje! MOJE! Małpy na LSD. Hera Koka Hasz SLD. 25-26 minuta opisuje jak ćpam z małpami. Mózg mi się lasuje. A tu wciąż "dżunglujący" mellotron. Jakieś świsty, gwizdy. Tajemnicze dźwięki. Kosmici? 26-27 minuta wprowadza nam kosmitów do tego swoistego teatru dźwięków. Albo to wicher. 27:30 - phaedrycznie jest! Małpy w cyrku szaleją. Elektroniczny cyrk zawitał do dżungli! Serio, w tym całym zgiełku da się wyczuć pewną phedryczność. Pod koniec 28 minuty pojawia się więcej phaedrycznego klimatu. Muzyka staje się bardziej zorientowana na klimat tego albumu. Pojawiają się pewne znajome efekty. Wpadam w trans. Zahipnotyzowany dźwiękiem. Jakieś grzmoty ok 30 minuty. Bóg grzmi na ćpunów w katedrze? :) W 30 minucie niby-Phaedra ukazuje nam swoje piękne oblicze. Naprawdę, liczę na sekwencer! Piękne dźwięki. Narkotyki wzięte razem z małpami działają. Moje oczy wyglądają tak teraz: *_*. 31:50 - coś się dziwnego dzieje. A może się przesłyszałem. Nie, to powraca. Mój zćpany umysł. Dajcie mandarynek. Koniec 32 minuty dodaje nam gitarę (?). Coś się powtarza. Brzmi to jak zniekształcone miauczenie MegaKotozorda. Odjeżdzam totalnie na moim małpim tripie, uwiedziony przez nieziemsko piękną Phaedrę. W 34 minucie wciąż MegaKotozord wyje. Czego on chce? Zmienia swój ton na nieco grzeczniejszy. Wciąż jednak niezrozumiały dla ludzi. Zdradź mi swe tajemnice MegaKotozordzie! Przybyłem w pokoju! 35 minuta wprowadza do sceny z MegaKotozordem dramatyzm. Te dźwięki... nie, nie wycie. Doszło do walki. Walczę z MegaKotozordem. Pojawia się coś jakby sekwencja ale mocno zniekształcone. Megakotodziałka strzelają. 36:30 - nieśmiało ja próbuję walczyć z bestią. Toczy się intensywna bitwa. Na Planecie Małp. Poza wszelkimi granicami ludzkiego pojmowania. Szał dźwięków. Ciężko opisać ten hałas i chaos (a może chałas i haos?). 38:25 - jest grubo. Jest sekwencer. Odpływam w majakach. Cała scenka z MegaKotozordem to jednak mój sen. Mama chyba wie, że ćpię. Ćpiem bsmarty i kebaby. MAMO !!!! MEGAKOTOZORD!!! 39:40 - epicka bitwa. Sekwencery mocno pracują. Słychać perkusję. Wymiana ciosów między mną a MegaKotozordem trwa. Z każdą kolejną sekundą jest coraz goręcej. Muzycy naprawdę uwijają się jak w ukropie by oddać dobrze i wiernie tą scenę. 41:24 - ooo tak, chłoszcz mnie mocniej! Pragnę tego! Wychłostajcie moje uszy sekwencerami! Jestem waszym niewolnikiem! Jest rykoszetowy klimat. Słychać to w 42 minucie. Dobrze znane nam klimaty. Muzyczny orgazm. To. Jest. Cudowne. Sporo mellotronu. W tym chaosie jest porządek - sekwencer. Z każdą chwilą jest coraz lepiej. Muzycy teraz dają niesamowitego czadu. 44:40 - niesamowity rytm. Te pulsacje i mellotron. Jestem zniewolony przez 3 samców. Uległy i podporządkowany ich dźwiękom. Nagle koniec. Znika sekwencer. Melodia się wycisza. Mellotronowe pożegnanie. Wszystko co dobre musi się skończyć. Ostatnie sekundy są niesamowite. Takie stylowe. To trzeba usłyszeć....

... I w tym momencie nastąpił mój powrót na stację Rzeczywistość. Niesamowity set. Muzycy dali czadu, zwłaszcza pod koniec. Zawadzali o klimat i stylistykę znaną z "Ricochet" i "Phaedra" ale tylko zawadzali. Nie były to tożsame dźwięki. Ciekawe brzmienia, zwłaszcza dla fanów wcześniejszego TD. Miło mi się słuchało... i chyba zbyt mocno się wciągnąłem. Zasłużona 5! Nie tylko za historyczne tło (początek recenzji) ale za całokształt. Muzyka mocno wryła się w mój mózg. Ta recenzja wydobyła ze mnie nieuświadomiony potencjał mojej wyobraźni. Chyba dawno nie napisałem tak odjechanego tekstu. A tu jeszcze pozostaje set 2 i bisy...

PS: zmieniłbym tytuł tej recenzji na "Dom Wariata" ale nie chciałbym spoilerować... ;)