czwartek, 2 kwietnia 2015

02.04.2015 - Rock przez cały rok czyli SBB w Warszawie, 1974

Kolejna recenzja to "SBB" zespołu SBB. Ich pierwszy album, prawdziwy debiut ale koncertowy. Wydany w 1974 roku. Właśnie w tym momencie zaczyna się podbój Polski i Europy przez nieśmiertelne trio muzyków - Józef Skrzek, Anthimos Apostolis i Jerzy Piotrowski.



Album ten to czysty rock ale przeplatany lirycznymi partiami fortepianu lub wzmacniany Davolisintem. Łagodny początek (I Need You, Babe, grane i śpiewane przez Józefa) prowadzi słuchacza w kierunku nieustającego pokazu rockowego ognia i mocy. Muzycy zwalniają na chwilę tylko po to, by w cały ten rockowy pokaz wpleść liryczne fragmenty.

To właśnie one rozjaśniają i wyróżniają tą płytę. Nie ma tu miejsca na nudę. Każda sekunda jest pełna dźwięków. Muzyka to sztuka zagospodarowania dźwiękami czasoprzestrzeni. SBB pokazują, że mimo młodego wieku i niewielkiego doświadczenia (zanim byli SBB, stanowili support dla Czesława Niemena), wiedzą co to jest rock progresywny.

Album tworzą dwie, ok. 20 minutowe kompozycje - Odlot (bywa iż I Need You, Babe jest wydzielone z Odlotu) oraz Wizje. Odlot to zapewne tytuł tej delikatnej, choć z lekką rockową nutą, piosenki wychodzącej wprost z popisu perkusyjnego Jerzego Piotrowskiego i krótkiego gitarowego szału Józefa i Anthimosa (odpowiednio - bas i "elektryk"). W drugiej kompozycji, mocą późniejszych wydań, piosenka ma tytuł Erotyk.

Zgodnie z tym, co napisałem w tytule tego posta, "SBB" to album koncertowy. Nagrany w Warszawie na dwóch koncertach (18 i 19.04.1974). Są to fragmenty większej całości. Cały koncert z 19 kwietnia został wydany na dwupłytowym, niezwykle rzadkim Complete Tapes 1974.

Rockowy ogień spotyka się z łagodną i liryczną wodą. Trzech mężczyzn swoją muzyką rozpala serca i uszy słuchaczy płci obojga. Kultowy album w dyskografii zespołu. Szkoda, że niedostępny na rynku. W żadnej z wspomnianych wyżej wersji. A szkoda gdyż niegdyś (za PRL-u) SBB byli muzycznym hitem eksportowym Polski. Teraz płyty "starego" SBB ciężko dostać w sklepach a na Allegro osiągają dość wysokie ceny (recenzowany krążek chyba nigdy nie schodzi poniżej 100 zł).

A co do oceny - zasłużona 5. Niesamowite popisy gitarowe (np, początek utworu Wizje) przeplecione pięknymi, delikatnymi piosenkami tworzą ciekawe połączenie. Zwłaszcza, że wszystko stanowi jedną, zwartą, zgrabną całość.

Próbki z serwisu Youtube:

(Odlot, bez I Need You, Babe)


(Wizje, część 1sza)



(Wizje, część 2ga)

02.04.2015 - The Mix czyli Elektrownia się odświeża

Kraftwerk jest zespołem, który nie robi wokół siebie szumu. Żadnego zgrywania celebrytów, żadnych skandali, żadnych sextaśm ani narkotyków (no dobra... zdarzało się na samym początku jak każdemu :P). W 1991 roku zespół po raz kolejny ruszył w trasę. Ostatnia miała miejsce w 1981. W międzyczasie ukazała się tylko 1 nowa płyta (Electric Cafe, 1986). W 1991 ukazała się nowa płyta - The Mix i właśnie jej poświęcona została nowa trasa.



Co na niej zaprezentował zespół? Rewolucyjnie rewelacyjne wizje dotyczące przyszłości? Nie. Odświeżyli swoje brzmienie. Wiele klasyków zostało zaaranżowanych w bardziej nowoczesny sposób. Odkrywcze? Nie. Ale nie oznacza to iż nie jest to ważna płyta w dorobku zespołu. 

Wyznaczyła ona pewnego rodzaju "podstawę" brzmieniową zespołu. Pewne echa brzmień i aranżacji z The Mix słychać do dzisiaj. Dobrze to, mam nadzieję, słychać na Minimum Maximum, jedynym oficjalnym albumie koncertowym Kraftwerk (wydanym w 2005 roku, zawiera the best of z trasy z 2004 roku). Oczywiście, zespół nie próżnował przez te kolejne X lat i m.in przeszedł na laptopy. Pewne naleciałości mixowe dalej można odnaleźć.

Jak brzmi The Mix? Jest to album bardziej taneczny i o bardziej rozrywkowym brzmieniu od innych. W podobnym klimacie zresztą brzmiała cała trasa do niego (1991 ale brzmienie to towarzyszyło też koncertom w latach 1992-1993). Sporo basów, wesołe melodie. Po prostu - Schaufensterpuppen (lub Die Roboter jak kto woli :P) zbiły szybę i poszły potańczyć in der Klub. ;) Nie bardzo to pasuje do image zespołu, chłodnych perfekcjonistów, dźwiękowych fetyszystów, dbających o precyzję i każdy detal. Otwarcie Elektrowni na masy? Wszak ich muzyka już wcześniej była grana w klubach (sam zespół był zdziwiony jak to DJ w jednym klubie rozciągnął jeden ich kawałek w sposób płynny, ciągły i niebudzący żadnych zastrzeżeń). Krótko - Kraftwerk odświeżony, Kraftwerk (oficjalnie) zreMIXowany. Oczywiście x2 - bo The Mix wyszedł zarówno w wersji niemieckiej jak i angielskiej.

Tu jest cały album na YT - 66 minut, wersja angielska.

Jakie są mocne strony tego albumu?

  • Jest to the best of Kraftwerk ale w nietypowej formie - nie jest to składanka ale właśnie remix album. Wszystko przygotowane od nowa. 
  • Trans Europe Express w wersji angielskiej doczekało się wydzielonego Abzug. :) Do tej pory w wersji angielskiej składał się tylko z tytułowego utworu oraz Metal On Metal. :)
  • Dentaku! Czyli Kalkulator po japońsku. W miejsce japońskiego muzycy potem wstawiali inny język i grali "wersję łączoną" - Pocket Calculator - Dentaku.
  • KRAFTWERK OŻYŁ ! A nawet występowali na żywo.
 Co można zarzucić The Mix?

  • Album-skok na kasę. Nic specjalnie nowego i wartościowego. Poniżej klasy Kraftwerk.
  • Można się przyczepić do utworów jakie zespół wybrał na płycie - np. czemu jest Dentaku a nie np. Computer World ? Gdzie The Model ? Co tu robi Music Non Stop, przecież jest jeszcze świeże (pochodzi z poprzedniej płyty zespołu - Electric Cafe, 1986). Nikt nie ma wątpliwości co do Autobahn czy Radioactivity. :)
  • Nie ma tu nowego materiału w gruncie rzeczy.
  • Trasa do The Mix w zasadzie to powtórzenie albumu.
  • Kraftwerk się rozdrabnia. Taneczne rytmy? Może jeszcze teledyski z gołymi panienkami (albo chociaż robotami :P).
Nie jest to mocny (jak na Kraftwerk przystało) album. Na naprawdę mocny i porządny materiał fani musieli poczekać aż do 2003 (Tour De France Soundtracks) ! A od 2003 roku czekamy do dzisiaj...
W międzyczasie Kraftwerk się modernizuje, urządza koncerty w 3D i urządza koncerty gdzie grają całe albumy. Ale prawdziwie nowego materiału nie ma. W późnych latach 90. coś nowego grali chociaż a tu posucha. Aranże nowe są a to już coś.

Co by tu powiedzieć jeszcze? Niewiele można o The Mixie powiedzieć. Raz na jakiś czas można posłuchać. Ale nie ma tu rewolucyjnych rewelacji. Dość słaba płyta jak na Kraftwerk. Ale mogło być gorzej ("Under Cover" Tangerine Dream - same covery ale The Model od Kraftwerk zaaranżowali na ciekawą, jazzową nutę). Ocena w tym przypadku jest dość negatywna. Mierna płyta od wielkiego zespołu.

środa, 1 kwietnia 2015

31.03.2015 - 01.04.2015 - Mandarynkowe (Re)Miksy - edycja 5

Dzisiejszym albumem poddanym recenzji będzie Dream Mixes V. Jest to piąty album z tego cyklu (Dream Mixes) i niestety ostatni. Cykl ten rozpoczął się w 1995 roku albumem The Dream Mixes i przerodził się w coś więcej: w serię albumów na której Tangerine Dream grają swoją muzykę ale w odrobinę lżejszym, bardziej rozrywkowym stylu. Zapewne wielki wpływ miała tutaj młoda krew syna Edgara, Jerome'a, który od 1990 roku był członkiem zespołu. Syn wyszedł spod opiekuńczego skrzydła Ojca dokładnie 21.09.2006 (koncert w Tempodromie w Berlinie, wydany na DVD. W sumie niedługo po nim, syn zdecydował się pójść na muzyczne solo). Ale okazyjnie coś tam od siebie dodawał - tak było i w 2010 roku, kiedy na mandarynkowy rynek trafiła kolejna płytka z serii Dream Mixes.

Ostatni album jest wyjątkowy. Jak to określił sam Jerome - nie jest to muzyka przeznaczona do tańczenia czy do klubów. Styl luźniejszy, rozrywkowy ale nie taneczny. Zresztą, kto odważyłby się tańczyć do Rubycon ? :) Na tej płycie jest remix Rubycon, Part One.





Czy 5tka to szczęśliwa cyfra? Czy DM V będzie ocenione na 5? Po reklamach  krótkiej przerwie się dowiecie. :)

Na płycie jest 9 utworów. Wszystkie poza ostatnim to remixy zrobione przez Jerome'a. Ostatni utwór jest jego wersja utworu przygotowanego przez swojego Ojca.

Zaczynamy jak zwykle - po kolei. Nie ma sensownych argumentów na to by zaczynać od innego punktu.

The Return Of The Time. Tajemniczy początek brzmiący jak kolaż dźwiękowy. Po chwili wchodzi znajomy sekwencerowy bas.. powrót Rubyconu! Znajome brzmienia mieszają się z nowymi dodatkami. W tle - stary, dobry Rubycon. Na pierwszym planie - współczesny rytm. Pojawiają się też i inne nawiązania do oryginału z 1975. Przeważają nowe elementy. Nie ma tu wiele dawnej magii ale wciąż jest przyjemnie. Jest za to coś, co sprawia iż lubię ten utwór. Odprężające brzmienia. Pełen relaks. Ukojenie. Ok. 4:30 się robi bardzo tanecznie. Mógłbym spróbować potańczyć z jakimś fajnym Słoneczkiem. ;) Nowoczesne rytmy inspirowane klasyką gatunku w najwyższej jakości. Ok. 6:30 dyskoteka się kończy i czilałtujemy w sposób "zielony". ;) Łagodne, delikatny, ambientowe zakończenie. Tak, jakby to, co było wcześniej było tylko snem.

Flow Paths. Tym razem inny klasyk od TD poddany "synowskiej" obróbce - Exit z albumu Exit (1981). Mocny bit pobudza do działania. W tle, w oddali, pojawiają się przetworzone elementy z oryginału. Mocno dominuje perkusja. Majaczą one w oddali "bite" i "ubijane" przez perkusję. Ok. 1:25 pojawia się nowa linia melodyczna a potem znajome dźwięki ale w nowym wydaniu. Gdyby nie ta perkusja, cały utwór brzmiałby jak jakieś Mandarynkowe Marzenie. Ok. 2:50 jest troszkę muzycznego szaleństwa. Nowe elementy w lekko sennym okryciu dźwiękowym. Nowe idee inspirowane starymi pomysłami poprzedników. Nie jest to "recykling muzyczny" - tu jest więcej nowości niż staroci. Ciekawy, energetyczny remix. Uwielbiam ten "cyfrowy" klimat w linii melodycznej. Nie wiem jak to określić ale brzmi bardzo fajnie. Ciekawie przetworzony został motyw z leciwego już oryginału. Kolejne łagodne, ambientowe, rozmarzone zakończenie.

Scope Of Mind. "Polski" Horizon (1984). Remix ten zaczyna się mniej więcej w momencie jak wchodzi sekwencer. Bardzo dużo się dzieje. Ciekawie przetworzona sekwencja z oryginału. Brzmi w podobnym stylu co poprzedni utwór. Tło brzmi trochę psychodelicznie. Sporo elementów z oryginału (np. ok. 1:45). Mocne basy. Moje słuchawki dają ostro po uszach. Troszkę wierniejsza reinterpretacja niż w poprzednich przypadkach ale wciąż jest tu sporo ciekawych, nowych dodatków. Nowy Horyzont. ;) Nie, nie taki Nowy Horyzont ale też dobry. ;) Tajemnicze zakończenie, z lekką nutką gitary (?).

Meshwork. Oryginał nosi tytuł Flock i pochodzi z singla Das Maedchen Auf Der Treppe z 1982 (wersji 12"). Nie odniosę się do oryginału bo go zwyczajnie nie pamiętam. :) Wchodzi szalona, szybka sekwencja (oczywiście w szalony sposób). Ok. 0;35 pojawiają się fajne, mocne basy. Pojawia się "gwiżdząca" melodia (może powinienem to napisać bez cudzysłowów? Posłuchajcie w linku :) ). Ciekawa melodia jest ok. 2:30. Utwór się wciąż rozwija. Przestaje przypominać reinterpretację kawałka z lat 80-tych. Pojawia się nawet melodia trochę gitaropodobna. Końcówka nie jest taka rozleniwiona i rozmarzona jak ostatnio. :)

Code To Zero. Kolejny utwór z lat 80-tych. Tym razem Midnight In Tula z albumu White Eagle (1982). Tajemnicze, ponure otwarcie a po nim mandarynkowy wybuch radości. Da się rozpoznać ten utwór, jego elementy. Dużo wesołego rytmu. Ok. 1:30 pojawia się nowa melodia na tle starego ale jarego i szalonego rytmu. Jest tu mniej nowych elementów niż w poprzednich utworach ale za to stare są jeszcze bardziej wybuchowe. Świetna melodia ok. 3:35. Ciekawe zakończenie.

Polar Circles. Running Out Of Time z soundtracku Miracle Mile (1989). Zaczyna się od tajemniczego plumkania i sekwencji. Pojawia się cichy, nurtująca i ciekawiąca słuchacza melodia. Fajna nutka. Mocne basy pojawiają się ok. 1:00. Utwór ma mocny rytm ale w gruncie rzeczy jest w nim więcej tajemnicy i mroku. Ten rytm trochę go psuje. Takie unowocześnienie na siłę. Na szczęście nie wszędzie jest ta perkusja i rytm. Wychodzimy ze snu na koniec.

Alien Sitcom. Kolejny soundtrackowy remix - Mojave End Title z Wavelength (1984). Zaczyna się od przypomnienia oryginału ale troszkę jakby się płyta zacięła. Po chwili wchodzą nowe elementy. Nowa sekwencja, nowy rytm, nowa melodia. W tle przygrywa zapętlony fragment z oryginału. Mocne basy znowu w natarciu. Przyjemny, rytmiczny utworek. Przyjemnie się tego słucha. Rozluźniająca, niezobowiązująca nutka.

Hinterland. Jeszcze jeden fragment z Horizon. Tym razem gdzieś pod koniec. Od razu wchodzi mocny rytm - sekwencer i basy. Ok. 1:05 zaczyna się nowa perkusja, poprzedzona samplami z oryginału. Pojawiają się nowe fragmenty ale moc jest głównie napędzana przez "stary" sekwencer i nowododaną perkusję. Nutka bardziej dyskotekowa. A jak ktoś nie chce tańczyć - to niech włączy oryginalnego Horizon. :) Dużo akcji w tym remixie. Końcówka brzmi jakby zapowiadało się coś więcej

Mombasa (Touareg Remix). Tym razem coś nowego. Kompozycja stworzona przez Edgara w 2009 roku. Nie znam oryginału niestety. Słychać, że to jest nowsza kompozycja. Dużo chórków na tle perkusji i basów oraz sekwencera. Utwór się rozwija. Jedna ze słabszych pozycji na tej płycie. Strasznie nudny moim zdaniem. Remixy z pozycji 1-8 są znacznie ciekawsze. Oryginału nie znam, może jest lepszy.

Podsumowując, Dream Mixes 5 jest przyjemnym pożegnaniem z tym cyklem. Odświeżone "starocie" brzmią ciekawie i intrygująco. Jerome wprowadził sporo ciekawych zmian w kultowych kompozycjach (Rubycon, Horizon, Exit) ale i te mniej znane także zostały dość sympatycznie zremixowane. Miejscami jest tanecznie ale raczej nie na siłę. Nie jest to pozycja dla każdego - nie każdy strawi np. zaprezentowany tutaj remix Rubycon, Part One (The Return Of The Time). W każdym razie - miły dla ucha, "gościnny" album od syna Edgara. Nie będę oceniał - od tego są próbki na YT byście mogli wyrobić sobie zdanie, zwłaszcza iż podlinkowałem cały album. Nietypowa pozycja dla bardziej współczesnych uszu.

wtorek, 24 marca 2015

24.03.2015 - SBB pomiędzy płytami - Live Jazz Nad Odrą 1975

Dzisiaj, po bardzo krótkim okresie oczekiwania, doszła do mnie płyta SBB - "Live Jazz Nad Odrą 1975". Ukazała się ona nakładem GAD Records w 2013 roku. Jest to zapis wyjątkowego koncertu zespołu będącego w pewnym sensie "pomiędzy płytami" - "Nowy Horyzont" nie został jeszcze wydany a "Pamięć" nie została nagrana. Nie przeszkodziło to jednak muzykom zaprezentować muzykę z obu tych płyt wzbogaconą o "coś jeszcze" od muzyków. Gdyby ta płyta przyszła dzisiaj z pół godziny wcześniej, nie powstałaby zapewne wcześniejsza recenzja z dzisiaj: Tangerine Dream - Sorcerer . (Nie)Skromnie podlinkowałem stosowne recenzje płyt SBB gdyż takie popełniłem.

Okładka tego albumu. Młody Józef Skrzek w akcji.

Recenzja ta powstanie w wyniku pierwszego, dziewiczego wręcz odsłuchu tego albumu. Od momentu zamówienia planowałem ją napisać. Nie sądziłem, że płyta pojawi się tak szybko. Tylko to, że zacząłem pisać poprzednią recenzję sprawiło iż musiałem odłożyć tą na później.

Części wstępnej stało się zadość. Nie chcę ujawniać za dużo gdyż od tego jest książeczka dołączona do płyty. Warto ją przejrzeć a także kupić sam album. Na necie nie ma więc jest to jedyna "alternatywa".

Nie ma na necie wielu próbek z tego albumu. Posłużę się tylko oficjalnym zwiastunem tej płyty. Zostanie on podlinkowany przy stosownej okazji.

1. Pamięć w kamień wrasta. Mój zachwyt nad studyjną (1976) wersją tej kompozycji sprawił iż nie mogę się doczekać przesłuchania tej wersji roboczej. Utwór rozpoczyna Józef Skrzek i tajemnicze, ciche dźwięki. Koncert rozpoczyna się od wprowadzenia atmosfery mroku, tak jak wspomniany przeze mnie wcześniej "Sorcerer" Tangerine Dream. Po chwili wchodzi perkusja i gitara (ok. 0:55). Pamięć w wersji rockowej zapowiada się niezwykle ciekawie. Zupełnie inne spojrzenie. Po rockowym wstępie następuje partia fortepianowa. Fajny, ciekawy popis wirtuozerski od Józefa, wzbogacony cichym Davolisintem oraz jego śpiewem (nie wokal). Brzmi jak fragment z "Wolności z nami". Ok. 4:10 wchodzą bardziej znajome dźwięki ale w innej, skromniejszej aranżacji. Dominuje fortepian i gitara (cicha, skromna, delikatna). 5:00 - wchodzimy mocno w rockową Pamięć. To, co następuje po elektronicznym Skrzekowichrze w oryginale. Tu brzmi to jeszcze lepiej niż w oryginale. 5:40 - wchodzi wokal (na tle fortepianu). 7:00 - znowu znajoma partia ale w innej aranżacji. Świetnie to brzmi na fortepianie. Piękne połączenie tego instrumentu i basowych brzmień. 8:00 - zaczyna się.. chyba zaraz wejdzie szybkie solo z ok. 10:00 (w wersji oryginalnej). Cichy bas w tle. Weszło! 8:855. Niesamowicie to brzmi bez syntezatorów. Tu w wersji bardziej rockowej. Cały czas jest bardzo znajomo ale inaczej. Pojawia się Davolisint i fortepian. Świetna jakość nagrania tylko cicho (słucham na -20 dB na swoim iPodzie... zwykle słucham muzyki na poziomie -35 do -30 dB). Skromniejsza aranżacja bo i skromniejsze środki. Żeby choć był tutaj Minimoog. :) Ale nie jest źle, jest bosko. Prawdziwy Odlot dla fana SBB. Skrzek katuje Davolisinta (jedyny syntezator jaki miał wówczas). Ciekawie to wszystko brzmi.. "jazzgot", "muzyczy szum". Ok. 12:55 - niesamowite.. uwielbiam tą partię w oryginale a tu jest jeszcze bardziej dzika, ostra i drapieżna. SBB z rockowym pazurem. 14:41 - tu jest ostra gitara (albo duet z Davolisintem) - ciekawie to brzmi, mając w hmm.. Pamięci oryginał (także na CD !). Ok. 15:50 zespół powoli wieńczy kompozycje. Skrzek finiszuje ją swoim fortepianem. Pod sam koniec dołącza się do niego Piotrowski na perkusji. Mocny finał.

2. Fos. Z "Pamięci" przechodzimy w ostrą, szybką, szaloną improwizację. Świetna perkusja Jerzego. Cudowna gitara. Rockowe oblicze SBB, bardziej szalone niż na debiutanckim SBB z 1974. Słychać gitarę basową Józefa. Piękny muzyczny szum. Szalona solówka Apostolisa na basoSkrzekowym tle. Cudowny utwór. Utwór wieńczy perkusja i krótka, krzykliwa gitara.

3. "Szalony Grześ" rozpoczyna Szalony Józef na basie. Tym razem to Skrzek soluje na basie i Davolisincie. Ten utwór powinien nosić tytuł "Szalony Józek". ;) Piotrowski rytmicznie gra na perkusji. Niesamowity utwór. Nie do pominięcia. W zasadzie wchodzi od razu po finiszu poprzedniego utworu. Dzikie, szalone, ostro solo. Ciekawe zwieńczenie kompozycji.

4. Bass. Solo basowe Józefa. Chyba też wspiera się Davolisintem (na początku). Ciekawe solo. Skrzek ma niesamowity talent. Przy odsłuchu pominęło ten utwór i następny. Okazało się iż pliki skonwertowane z kopii płyty zrobionej przeze mnie były wadliwe. Problem już naprawiony, kosztem niesamowitego spadku nastroju... Tą i następną część dodałem potem. Ech...

5. Ku Pamięci. Krótki, minutowy utwór (fragment). Tym razem cały zespół basuje razem i niezwykle szybko. Przechodzi w solo perkusyjne Jerzego.

6. Drums. "Na perkusji będzie grał Jerzy Piotrowski". Tym cytatem z pierwszej płyty SBB (1974) chciałbym podsumować ten utwór. Nic więcej. Prawie 3 minuty popisu (nie wtrącajmy polityki ani POlityki tutaj ;) to nie miejsce na to). Bardzo ciekawe solo.

7. Wolność Z Nami (I). Davolisintowe Skrzekopomruki otwierają ten utwór. Pewna reminiscencja z wstępu do Pamięci zaprezentowanego na początku tego koncertu (i tej płyty). Tym razem jest to bardziej ponura i groźniejsza wersja. Cicha harmonijka i skromna perkusja uzupełnia elektrodźwięki. Groza jeszcze groźniejsza niż na "Sorcerer" Tangerine Dream. ;) A może ładunek grozy jest ten sam ale inaczej wyrażony? :) Ocenę zostawiam Słuchaczom. Ok. 2:20 perkusja mocno łomocze. Cudowna aranżacja. Ok. 2:40 zaczyna się fortepian i Davolisint. Znajoma partia, gdzieś ze środka bodajże (a może początek?). Brzmi nieco odmiennie niż wersja studyjna. Świetna wersja koncertowa. Brzmi lepiej i ciekawiej. Na swój sposób hipnotyzująca. Głównie gra Skrzek. Pod koniec pojawia się także jego głos.

8. Z Których Krwi Krew Moja. Wczesna wersja hitowego utworu z "Pamięci". Wychodzi z poprzedniego utworu. Ciekawy fortepian, wręcz boski! Dopiero po kilkunastu sekundach, jak weszła gitara i perkusja to rozpoznałem ten utwór. Skromniejsza aranżacja ale równie ciekawa. Dużo wirtuozerii. Ok. 1:25 wchodzi wokal Józefa. Rockowy refren wciąż zachował swoją moc. Skrzek naprawdę głośno krzyczy. Instrumentalna część utworu robi wrażenie. Brzmi wiernie ale skromniej. Ok. 3:35 - wspaniały Davolisint. Utwór brzmi jak powinien ale został później przearanżowany na bardziej "bogato" (i nieco skrócony). Tu mamy więcej rocka. Ok. 5:45 wchodzi moja ulubiona partia z tego utworu. Śmiem twierdzić, że tu brzmi lepiej niż w oryginale. Świetny fortepian / Davolisint. Mam motyla w uchu. To chyba z miłości do muzyki. ;) A ja z takiej to miłości jestem. ;) Nie słyszałem cichych dzwonków tkliwości bo były na drugim kanale a ja słyszę tylko jednym uchem. ;) Fani SBB na pewno polubią tą aranżację. Skromniejsza (nadużywam tego słowa ale "uboższa" to byłaby obraza!) ale wciąż piękna. Końcówka jest bardzo rockowa. Fortepian przechodzi w kolejny utwór.

9. Piano. Ciekawe, tajemnicze solo fortepianowe. Niezwykle intensywne i zróżnicowane. Skrzek szaleje na fortepianie z iście szaleńczą prędkością. Straż Miejska gdyby istniała wtedy to pewnie by dostał mandat za przekroczenie prędkości. ;) Pojawia się nawiązanie do sola z Pamięci (tego nad którym się zachwycałem). Dużo się dzieje przez cały czas. Później muzyka brzmi jakby zupełnie z innej epoki. Wszystko to jest płynne. Jeden z najbarwniejszych momentów na tej płycie, chociaż naprawdę ciężko powiedzieć co tu nie jest barwne i ciekawe (z pozycji fana SBB).

10. Toczy Się Koło Historii. Ten sam fragment pojawia się np na koncercie w Getyndze z 1977 (również wydanym na CD) ale tu w skromniejszej aranżacji. Świetnie brzmi wykonane na fortepianie i Davolisincie. Utwór podniosły i dumny, posuwa się do przodu marszowym tempem, wyznaczanym perkusją Piotrowskiego. Wykonanie instrumentalne, pozbawione tekstu. Całość to jeden z dwóch utworów (20 minut każdy) na którejś solowej płycie Józefa Skrzeka (jednej z pierwszych).

11. Wolność Z Nami (II). Finał koncertu. Gwałtownie wkracza na scenę i rozrywa bieg koła historii. Zaczyna się od intensywnego fortepiany podpartego pomrukującym Davolisinthem. W pewnym momencie fortepian znika i pozostaje tylko Davolisint. Proto dark ambient od SBB ? ;) To gdzieś ze środka utworu. Jest głośno, muzyka jest rozedrgana i .. po prostu Skrzeczy! :) Wchodzi perkusja i wciąż Skrzeczy. Brzmi niezwykle ciekawie. Szalona, psychodeliczna muzyka. Skrzeczy, dźwięczy, brzmi. Utwór należy do Skrzeka, zdecydowanie. W 6 minucie do gry muzycznej przyłącza się Anthimos Apostolis. ze swoją gitarą. A może prowadzony jest dialog muzyczny o przyjaźni polsko-greckiej? ;) Niektóre partie brzmią mi na Davolisint a nie na gitarę. Muzyczny wymiar ekstazy i szaleństwa. Ok. 7:40 jest świetne "przełamanie". Perkusyjne zerwanie rozmów. Ok. 9:00 utwór niby się kończy. Davolisint cicho pomrukuje. Pojawia się też fortepian. Kolejna rozbudowana i majestatyczna partia fortepianowa. Skrzek prowadzi dialog muzyczny na dwa fronty - Davolisint i fortepian. Ok. 11:30 następuje koniec koncertu i bardzo ciche oklaski. 

Publiczność niezwykle żywo przyjęła ten koncert. Zespół nie zrobił ani sekundy przerwy. Przez 72 minuty zdawało się, że grają jedną ale niezwykle długą, rozbudowaną i zróżnicowaną kompozycję. Dużo tu "momentów". Starsi (bardzo starsi.. "starsiejsi" ode mnie ;)) fani być może powspominają sobie stare, dobre czasy i koncert na którym być może byli. Młodsi zaś - poczują muzyczny klimat tamtego SBB i wysłuchają wspaniałego koncertu zespołu, godnego by słowo "zespół" pisać przez duże i pogrubione Z.

Sam również z wielką przyjemnością przesłuchałem tej płyty. Nie zraziła mnie do niej mała usterka techniczna (po mojej stronie jak się okazało). Brzmienie albumu jest niezwykle ciche i wymaga przygłoszenia. Jednak najważniejsze - Muzyka - smakuje. Muzyczne danie na tym płaskokrążku lustronumerycznym jest niesamowicie wysokiej jakości. SBB tutaj jest także pomiędzy stylami - rockowym (jak na "SBB" z 1974) oraz bardziej progresywnym, silnie Skrzekodominantnym (od albumu "Pamięć" z 1976). Wyjątkowy album, wyjątkowy koncert, wyjątkowy Zespół. Cóż więcej mogę napisać (i tak popadłem w grafomanię :P) ? Kolejna świetna płyta. 5.

PS. A dla fanek (i dla niektórych fanów :P) - w każdym wieku - z tyłu pudełka jest młody Jerzy Piotrowski bez koszulki. ;)

PS 2. Recenzję tą dedykuję Marlenie, mojej przyjaciółce i Słoneczku. Przepraszam za odwołane spotkanie ale obowiązek mnie wezwał. ;) Mam nadzieję, że Ci się spodobało. :)


24.03.2015 - Czarnoksiężnik (bez Złodzieja)

Album "Sorcerer" to pierwszy oficjalnie wydany soundtrack w prawie 50-letniej historii Tangerine Dream. Nie oznacza to iż zespół nie miał nic do czynienia z muzyką filmową wcześniej. Pod koniec lat 60. Edgar skomponował muzykę do jakiegoś polskiego filmu (niestety, nie mam informacji o tytule) a także do paru niemieckich filmów. W niektórych też był aktorem. Prawdziwe zainteresowanie sobą zespół przeżył w latach 80-tych. Wówczas powstało mnóstwo soundtracków, w olbrzymiej większości niedostępnych w sklepach oraz strasznie drogich i rzadkich w "drugim obrocie".

"Sorcerer" (1977) jest jednym z niewielu albumów z muzyką filmową TD który da się dostać w "normalnym obrocie". W 2012 roku został zremasterowany i wznowiony na rynek a dwa lata później. w 2014, Tangerine Dream nagrali od nowa i wydali większość muzyki zrealizowanej w ramach oryginalnego wydania "Sorcerer" a także uzupełnili o dodatkowe, zupełnie nowe nagrania (chociaż nie "z epoki"). Warto też wspomnieć o tym iż nowa wersja "Sorcerer" doczekała dość intensywnej promocji - kilka koncertów gdzie TD grali tylko materiał z "Sorcerer 2014" a także do koncertowych łask powrócił Betrayal i wkroczył Grind (dwa utwory z tej płyty).





"Sorcerer" to nowa wersja filmu z 1953. Oba są bazowane na książce (bodajże też ten sam tytuł). Książkę tą przeczytałem w liceum na zajęciach z wf-u (uroki wiecznego zwolnienia... ;)) przy akompaniamencie m.in tej oto muzyki.


Powyższy film zawiera w sobie całą muzykę w oryginalnej wersji.

1. (Main Title). Mroczna kompozycja, pełna strasznych, syntezatorowych efektów. Pełna napięcia i tajemnicy. Ciekawy utwór, kojarzący się przede wszystkim z kosmicznym, tajemniczym brzmieniem grupy zwłaszcza z okresu 1971-1972 (Alpha Centauri i Zeit). Wybrzmiewa atmosfera strachu i niebezpieczeństwa. Z każdą chwilą jest coraz strasznie.

2. Search. Krótka, "wesoła" sekwencja. Dla odmiany po strasznym i groźnym (Main Title). Nie jest to utwór monotonny ale nie promieniuje z niego wspomniana aura. Dużo ciekawego brzmienia, tak jak w poprzednim utworze. Atmosfera się rozkręca z każdą minutą.

3. The Call. Z pozoru dron ale z ciekawą melodią nad syntezatorową, ponurą, groźną pulsacją. Niepokój. Nóż na gardle. "Jak odmówisz to przyjdzie Wania i cię zastrzeli". Syntezatorowe "nad" miejscami brzmi jakby protoorkiestralizacja. Melodyjka pod "oczekiwanie na połączenie z konsultantem".

4. Creation. Kolejny tajemniczy i groźny kawałek. Mrok opisany dźwiękiem. Z niego wyłaniają się cienie. Groza bije z każdej sekundy. Tangerine Dream świetnie tworzą atmosferę. Jest pewna melodia ale raczej dość szczątkowa (cicha gitara łkająca ze strachu). Gitara podkreśla i upiększa. Drobny rockowy akcencik.

5. Vengeance. Ciche klawisze i ponure, tajemnicze "dodatki". Muzyka brzmi jakby soundtrack do jakiegoś pojedynku (nie oglądałem filmu). Jeden z moich ulubionych utworów z tej płyty. Pojawia się też delikatne, fletopodobne granie (mellotron?). W późniejszym momencie do głosu dochodzi groza i strach. Dwóch patrzy po sobie groźnie. Muzycy próbują jakoś oddać siłę ich wzajemnego spojrzenia. Znowu mamy do czynienia z pewną formą "protoorkiestralizacji". Utwór trzyma w napięciu. Pojawia się także skromna gitara (?). Mniej minimalistycznie jest dopiero pod sam koniec. Epicki finał kompozycji.

6. The Journey. Kolejna krótka kompozycja. Tajemnicze, minimalistyczne brzmienie oparte o sekwencer. Pojawia się mellotronowy (mam nadzieję ;)) flet. To właśnie on tworzy główną melodię w tym utworze.

7. Grind. Szybka, rytmiczna kompozycja. Niemalże wesoła w porównaniu do reszty albumu. Brzmienie ciekawe i trochę podchodzące pod orkiestrę jak dla mnie (mam jedno ucho, na dodatek słoń na nie nadepnął :P Nie, nie ten raper :P). Bardzo szybki sekwencer. Niepokojące zakończenie.

8. Rain Forest. Kolejny szybki kawałek ale tym razem nie jest wesoły. Tajemnicze dźwięki "natury" na tle szybkiego sekwencera. Dużo akcji. Ciężarówka wypełniona niebezpiecznym, wybuchowym materiałem przejeżdża przez las. Chwila nieuwagi i to wszystko może wybuchnąć.

9. Abyss. Kolejny utwór nawiązujący luźno do klimatów z wczesnych lat 70. Tajemniczy, mroczny i na swój sposób hipnotyzujący. 7 minut a więc jest najdłuższym utworem na tej płycie. Jest to najmroczniejsza kompozycja na tej płycie. Groza i strach wręcz krzyczą. Są wszechobecne. Niektórzy zapewne po przesłuchaniu tego utworu poczuliby się źle a może nawet - wpadli w depresję. Świetny utwór dark ambientowy. Soundtrack do prawdziwego koszmaru a może do jakiejś arcymrocznej wizji samego Piekła. Ok. 2:15 pojawiają się w tle jakieś odgłosy, jakby jęki potępieńców skazanych na wieczne cierpienie za niesłuchanie TD. ;) Piękna kompozycja. Mnóstwo efektów. Ok. 3:05 wchodzi sekwencer. Brzmi jakby znajomo... Macula Transfer? Druga połowa utworu brzmi trochę w klimatach tej solowej płyty Edgara Froese. Przy okazji, polecam ten album Edka. ;) Jeżeli go nie zrecenzowałem to za to uchybienie szczerze przepraszam. Mea culpa, mea tangerine culpa.  Abyss mocno ryje mózg. Jest opętańczy. Wbija się w mózg przez uszy i przejmuje kontrolę nad myślami i odczuciami Słuchacza.

10. The Mountain Road. Rozpoczyna się od skromnego fletu, oczywiście wzbogaconego syntezatorowymi efektami. Szybko dołącza się perkusja (albo jakiś sekwencer). Niecałe dwie minuty relaksu w pięknej aczkolwiek nie do końca spokojnej i relaksującej atmosferze dźwiękowej.

11. Impressions Of Sorcerer. Niesamowicie piękny utwór z cudowną gitarą Edgara Froese. Impresje Czarnoksiężnika... troszkę mi się smutno zrobiło gdyż od razu jak się tylko ten utwór zaczął to pomyślałem (o zmarłym niestety) Edgarze. A tak poza tym, to świetny utwór. Znowu taki relaksacyjny.

12. Betrayal (Sorcerer Theme). Główny hit z tej płyty. Krótki wstęp i szalona, piękna, dynamiczna sekwencja startuje. Pojawia się też perkusja. Dużo mellotronu (?). Tajemnicze brzmienie formuje się na tle sekwencera. Niesamowite dźwięki w tle. Jedyny utwór na tej płycie, który był grany na koncertach (poza Grind, który pojawił się w 2014). Każda późniejsza aranżacja jest mocniejsza od tej studyjnej ale nic nie zastąpi oryginału. ;) Piękny motyw. Na swój sposób jest to "rozedrgana" kompozycja. Sporo się dzieje. Jedne z najpiękniejszych 4 minut na tym albumie.

"Sorcerer" jest pierwszym "poważnym" projektem soundtrackowym zespołu. Jest to, moim zdaniem, bardzo udany album. Posiada wyjątkową, specyficzną atmosferę, która stanowi wielki plus. Niestety nie mam porównania jak się ma dźwięk do obrazu czyli do samego filmu. Ciekawa pozycja w dyskografii zespołu. Zasłużona 5-tka!

PS. Czemu taki tytuł posta? Ponieważ istnieje remix (oficjalny) utworu Betrayal, który został połączony z fragmentem innego utworu z kolejnego soundtracku zespołu - "Thief". Wersja ta nosi tytuł "Sorcerer And Thief" (nagranie pochodzi z bootlega, tytuł ten został nadany na oficjalnej publikacji zespołu, "Antique Dreams", link prowadzi do YT, do momentu startu tego utworu).

sobota, 21 marca 2015

21.03.2015 - Podążanie za marzeniem wraz z SBB...

Czyli 'Follow My Dream" (1978). Dzisiaj zamierzam Wam przedstawić tą płytę z całkiem obfitego dorobku polskiego SBB. Płyta ważna gdyż to dzięki niej ludzie z Zachodu poznali się na nieodkrytych do tej pory talentach ze Wschodu. Polacy dogonili cywilizowaną resztę świata, przynajmniej w sensie muzycznym. Zresztą zespół dość często grywa(ł) fragmenty z niej na swoich koncertach - często nawet dość obfite. Jeden z oficjalnie wydanych koncertów zawiera cały album "Follow My Dream" zagrany na żywo!





Płytę tworzy 8 utworów, dwie suity wypełniające każdą ze stron oryginalnego winyla. Jest tu parę piosenek jak i też pewien ciekawy smaczek, który postanowiłem zachować sobie na potem. Moje wydanie (Metal Mind Productions, 2006) zawiera 3 bonusy ale pominę je. Rzadko ich słucham a i nie one są najistotniejsze. ;) Po raz pierwszy teksty u SBB są po angielsku (wyjątek: I Need You, Babe z debiutanckiego albumu SBB z 1974).

Pierwsza część albumu - suita Going Away.

Freedom With Us. Utwór rozpoczyna się wstępem brzmiącym jak organy. Utwór przyjmuje minimalistyczną, skromną aranżację. Nie dzieje się wiele. Spokój i delikatność. Słychać głównie klawisze Skrzeka. W ok. 1:35 wchodzi wokal. Nie jest przesadnie mocny ani głośny. 2:30 - muzyka staje się bardziej rockowa. Dołącza się delikatna gitara i perkusja. Całość wciąż jest delikatna i spokojna. Na szaleństwo jeszcze przyjdzie czas chociaż utwór wciąż się rozwija. Najwięcej się dzieje w sekcji klawiszowej. Zespół się dopiero rozgrzewa. Niedługo przestanie wiać nudą (zależy dla kogo)... Przejście w kierunku następnego utworu jest dość delikatne i spokojne chociaż ma w sobie nutkę niepokoju.

3rd Reanimation. Mocny punkt albumu. Od razu uderza nas po uszach mocna i szybka perkusja Jerzego Piotrowskiego wspierana przez klawisze Józefa Skrzeka. Ok. 0:45 wchodzi melodia. Brzmi lekko saksofonowato. Teraz to chyba jest jazz-rock. ;) Bez tej perkusji to byłby kit a nie hit. Jest to szybki utwór, zwłaszcza od ok. 3 minuty. Gdzieś ok. 3 minuty zaczyna się naprawdę mocne szaleństwo - Skrzek daje popis swoich umiejętności. Ok. 4-4.30 zaczyna się wolniejsza część ale brzmi nie mniej epicko jak inne. Kurtyna opada i następuje przejście w kierunku kolejnego utworu. Spokojna i delikatna, krucha syntezatorowa melodia.

Going Away. Znowu perkusja na start, tym razem w rytmie marszowym. W tle cicho i wesoło nadaje Józef. ;) Perkusja delikatnie i powoli staje się coraz głośniejsza, tak jak i "syrena". Nagle ok. 1:30 dochodzi do kulminacji. Zmienia się rytm i melodia. Ok. 2:35 znowu zmiana. Tym razem dochodzi też bas. Zaraz zacznie się piosenka. Przyjemny, jednostajny rytm z elektronicznymi dodatkami jest tłem dla wokalu. Ok. 5:35 dochodzi do kolejnej zmiany w brzmieniu. Utwór przechodzi w...

(Żywiec) Mountain Melody. Potężne solo Józefa. Pierwiastek kosmiczny w niezwykle żywej muzyce SBB. Jeśli po tym utworze nie uznacie Skrzeka za porządnego klawiszowca to ja chyba Was nie przekonam... Ciężko to opisać na YT nie ma wersji studyjnej. Ciekawie to wyglądało na DVD Live in 1979. Utwór ten wieńczy część 1sza płyty Follow My Dream.

Druga część albumu - suita Follow My Dream.

Wake Up. Tajemniczy, syntezatorowy wstęp. Hipnotyzujące dźwięki i delikatna melodia. Ok. 1:20 wchodzi "sekwencer" (Skrzek chyba nie korzystał z tego, stąd cudzysłów). Melodia dalej wybrzmiewa w podobnych, gładkich tonach. Ok. 2:25 zaczyna się zmieniać i brzmi ostrzej. Dochodzi bas i perkusja oraz gitara. Teraz gra całe trio i budzą Słuchacza. Jest bardzo rytmicznie i może nawet słodko. Przyjemna melodyjka. Ok. 4:30 utwór się "łamie" i zaczyna się tajemnicze przejście.

In The Cradle Of Your Hands. Powtórka z Pamięci (podlinkowałem nieskromnie swoją recenzję tego albumu), część 1sza (W kołysce dłoni twych). Nowa aranżacja części śpiewanej wspomnianego utworu. Novum jest angielski tekst. Nowa wersja nie oznacza z automatu gorszej. Wciąż brzmi ciekawie ale i znajomo jednocześnie. Zdecydowanie utwór uległ odświeżeniu, odmłodzeniu i złagodzeniu.

Growin'. Druga część. Jak dobrze pamiętacie oryginał to rozpoznacie dźwięki. Ciekawa, bogatsza w dźwięki aranżacja. Ok. 1:10 - uwielbiam te dźwięki. 2:10 - świetny motyw. Bardzo go lubię. Brakuje mi tej gitary jak w oryginale. 2:50 - SBB szaleje. Szybka część tego utworu. Zagrane łagodniej niż w oryginale ale wciąż drapieżnie i z (lekko obciętym) pazurem. W końcu Apostolis się pokazał ze swoją gitarą. Ta część mogłaby być ilustracją do sceny pościgu. Ok. 5:15 gonitwa zwalnia i zbliżamy się do finału czyli...

Follow My Dream. Utwór rozpoczyna się od wesołej i rytmicznej perkusji. Syntezatory są cicho ale są wyraźne i słyszalne. Stają się głośniejsze oczywiście. Muzycznie, może jest pewne podobieństwo do Freedom With Us. Piosenka się rozwija i słychać to szczególnie od ok. 3:00. Później pojawia się ciekawa partia gitarowa, która dominuje. Można się zapomnieć przy tej piosence. Ok. 5:30 mamy mrocznawe przejście. Ok. 6:10 zaczyna się kolejna część tego utworu. Kojarzy mi się z "dyskotekową" częścią pod koniec Force Majeure (z albumu Force Majeure, Tangerine Dream, 1979). Uderzenie gongu i organowe outro. Groźne i straszne. Skrzek wieńczy płytę w podobny sposób co ją zaczął.

Niezwykle przyjemny i przełomowy dla zespołu album. Warto zwrócić na niego uwagę gdyż w zasadzie jest to "zachodni" debiut SBB. O ile zespół grywał za granicą wcześniej to jednak dopiero Follow My Dream był płytą w pełni "zachodnią" - nagrana i wydana w Niemczech. Fani na pewno się uśmiechali słysząc wariację na temat W kołysce dłoni twych z albumu Pamięć (1976). Ok. 50 minut przyjemnej dla ucha muzyki, chociaż mniej rockowej niż na poprzednich płytach. Żałuję, że na Youtube nie ma więcej próbek z wersji studyjnej. Chciałbym umieścić jeszcze (Żywiec) Mountain Melody i In The Cradle Of Your Hands wraz z jego następcą, Growin'. W zasadzie chętnie bym podlinkował całą płytę ale nie ma. A szkoda bo to dobra płyta. ;)

piątek, 20 marca 2015

20.03.2015 - Nie do końca Zielona Pustynia

Dzisiaj kupiłem sobie w jednym z warszawskich sklepów z płytami album Green Desert (Tangerine Dream, 1986). Nie pamiętam kiedy go ostatni raz słuchałem ale jak zobaczyłem napis Tangerine Dream i skojarzyłem, że tej płyty jeszcze nie mam to od razu kupiłem. 16 zł ale sprawiło mi niemałą radość. Jeszcze lepiej mi się zrobiło jak odkryłem, że to jest pierwsze wydanie (obecnie na Allegro ludzie wystawiają je za 60 zł + oczywiście wysyłka).

Historia tego albumu zaczyna się w 1973 roku. Młody Peter Baumann wyjeżdża w wakacje do Indii i Nepalu. Edgar Froese i Chris Franke zostają sami i zabawiają się fajnymi zabawkami w studio. W efekcie powstały przyszłe podwaliny pod ten album. Miała to być, w pierwotnym zamierzeniu, prezentacja możliwości i umiejętności zespołu dla świeżo powstałej ale już wielkiej Virgin Records. Kiedy Peter wrócił, muzycy porzucili pracę nad tymi taśmami i zajęli się nagrywaniem albumu Phaedra.

Do taśm z wakacyjnych sesji z 1973 roku Tangerine Dream powrócili w 1984 roku. Zostały one dokończone i zremiksowane by w 1986 ukazać się jako Green Desert. Green Desert stanowi istotny krok w ewolucji brzmienia zespołu - po raz pierwszy pojawia się sekwencer (dysponowali sekwencerem w studio w którym album ten został nagrany w 1973 roku).


Załączony powyżej obraz przedstawia okładkę posiadanego przeze mnie wydania tejże płyty. Nie widać tu zieleni. :) Stąd wziął się tytuł tego posta.

Zespół zamieścił 4 utwory o łącznym czasie trwania nieprzekraczającym 40 minut.


Cały album tu jest.

Pierwszy utwór to najdłuższa, 20 minutowa, kompozycja tytułowa. Zaczyna się mrocznie i tajemniczo. Po chwili pojawiają się tajemnicze świsty, szelesty itp. Soundtrack do słynnego, westernowego kłębka kurzu przemierzającego Dziki Zachód tyle, że w wersji mrocznej. ;) Warto się wsłuchać w tło, w te wszystkie dodatkowe dźwięki, szelesty, świsty, nibybłyski. Jest ciemna noc. Światło księżycowe opromienia Dziki Zachód. W 3:26 słychać kosmitów. Coś musi być nie tak z ich spodkiem. Jest tajemniczo. Coś się zaczyna dziać ok. 4:50. Pojawia się perkusja (Franke, ostatnie nagrania TD z Chrisem Franke na perkusji). W 5:30 wchodzi delikatnie gitara. Szeleści wiatr. Samotny UFO-kowboj przemierza pustkowia Dzikiego Zachodu. A może to Edgar na koniu jedzie? Utwór delikatnie się rozwija. Brzmi niezwykle przyjemnie. Bardzo cywilizowana muzyka - w porównaniu z poprzednimi albumami zespołu. Pojawiają się też i inne dźwięki - np. smyczki ok. 7:50. Dominuje jednak gitara. Różna roślinność szeleści. Słońce świeci i ogrzewa naszego bohatera. Jest już dzień. Czas skopać tyłki kilku Indianom (a może Indyjczykom ;) ?). Przed 10 minutą utwór się rozwija i intensyfikuje. Franke gra bardziej dynamicznie na perkusji. Edgar także uderza w inne tony swoją gitarą. Zaczynamy pędzić galopem a nie spokojnym kłusem lub inszym truchtem. Rozpędzamy się. Wciąż jest wyczuwalny pewien niepokój. Przed czym ucieka nasz heros? Kosmici strzelają ale Kowboj omija ich pociski. Ciekawe klawisze przed 12 minutą. Kosmicznie nastrojowe. Talerz Tajemnic goni Kowboja z gitarą (i syntezatorem). Pościg staje się coraz bardziej intensywny. Szybko mijamy krajobraz. Galopadę wiernie próbuje oddać Chris Franke grający na perkusji. Gitary niestety nie ma bo Kowboj musi uciekać w obawie o własne życie by kosmici nie zdobyli jego skalpu. ;) Talerz Tajemnic wciąż kontynuuje pościg. Koń staje się coraz bardziej zmęczony. Biegnie przez kamieniste podłoże. Perkusja znikła ok. 15:40. Muzyka jest groźna, tajemnicza i złowieszcza. Czyżby jednak naszego dzielnego Kowboja dopadli UFO-Indianie? 16:30 - wieje wiatr. Muzyka brzmi zupełnie inaczej od tego, co było jak i tego, co będzie (Phaedra). Ostatnie 2-3 minuty to żałobna symfonia elektroniczna na cześć oskalpowanego Kowboja. Piękna aczkolwiek smutna melodia pojawia się ok. 18:20. Wyłania się ona ze smyczków, które teraz uzupełniają ją. Utwór się wycisza na koniec ale mam poczucie jakby niedookreśloności. Nie został skończony. Zakończenie jakby urwało się w pewnym punkcie. Nie mniej, te 20 minut minęło naprawdę szybko. Nie jak 20 minut. Jak mniej niż 20 minut. :)

White Clouds. Utwór rozpoczyna perkusja i jakieś syntetyczne wycie. Tym razem Indianie i ich sygnały dymne. Perkusja przyśpiesza i wchodzi ciekawa, przyjemna melodia. Wesołe jest życie Indiania. ;) Skalpy i fajka pokoju. ;) Tytułowe Białe Chmury (a może raczej blade bo dla Indian my to blade twarze ;)) nie przysłaniają grzejącego mocno jak Franke na perkusji Słońca. Przyjemny utworek. Słychać, że wakacyjny klimacik dał się we znaki Frankemu i Froesemu. :) Pojawiają się fletopodobne brzmienia ok. 4:00. Mimo pewnego mroku w dźwięku, nie jest to mroczny utwór.

Astral Voyager. Wódz Mandarynkowy Sen przeholował z fajką pokoju. Sekwencer pełną gębą, otoczony głosami duchów przodków. Niezłe zielsko wykombinował Wódz. Ależ Wodzu, co Wódz. ;)
Pojawiają się smyczki i fletopodobne brzmienia. Kolejny przyjemny, wakacyjny utworek. Zupełnie nie w stylu TD z wczesnych lat 70, mocno zakrapianych eksperymentami dźwiękowymi. Może ten utwór powstał w 1984 na bazie sekwencji z '73 ? Nigdy się nie dowiemy prawdy. Nigdzie nie wyszły nawet fragmenty z oryginalnych taśm z 1973. Sekwencja zmienia się trochę pod koniec. W sumie to niewielka zmiana ale zauważalna.

Indian Summer. Spokojna, cicha, równina należąca do Czerwonoskórych. Słońce błyska słonecznie spomiędzy Białych Chmur. Wiatr spokojnie wieje. Lato i wakacje pełną gębą. ;) Pojawiają się syntezatorowe basy. Czyżby kowboje jechali i głośno strzelali ze swoich coltów? W ten czas piękna Pocahontas (w tej roli: jakaś hot piękność z Instytutu Pięknych Słoneczek. ;) Nie wybrałem jeszcze odpowiedniej. Czekam na zgłoszenia. ;) ) gra na syntezatorowym flecie i zerka na swoje równie piękne odbicie w jeziorze. Wakacyjna sielanka. Indyjska idylla. Może lekka prefiguracja dla Sequent 'C', gdzie wielką rolę odgrywa "flet" (tu, w Indian Summer, tworzy główną melodię utworu). Córka Wodza daje fajne solo na flecie dla dzikiej przyrody by ją uspokoić i zapewnić jej przychylność dla swojej wioski. Zakończenie - gwałtowne, "szybkie", słoneczne przebłyski i wiatr. Dużo wiatru. Wichura? Tornado? :) To już zostawiam Waszej imaginacji bowiem właśnie skończył się ten album.

Co by tu powiedzieć / napisać na koniec? Green Desert jest nietypowym albumem. Brzmi zupełnie inaczej niż inne z okresu Pink Years (1970 - 1973). Pewnie przeszedł sporą metamorfozę podczas remiksowania w 1984. Prawda jest nieznana i raczej nigdy jej nie poznamy. Co więc poznaliśmy? Spokojny album. Bardzo delikatny i łagodny, z pewną nutką tajemniczości. Pozycja raczej dla fanatyków Tangerine Dream choć dla fana Słoneczek też coś się tu znajdzie. ;) W każdym razie nie żałuję wydanych 16 zł. Mam płytę i starczyło jeszcze na rogalika z Biedronki za 1.20 więc jest cudownie. ;) Nie oceniam tego albumu bo nie potrafię. Ciężko jest to ocenić. Takie zupełnie niemandarynkowe TD.

20.03.2015 - Mandarynkowa Astrofobia '99 czyli Rocking Mars - CD 2

Dzisiaj dokończę co zacząłem wczoraj. Pozostała do przesłuchania i zrecenzowania druga płyta z albumu Rocking Mars. Po część wstępno-historyczną zapraszam do wczorajszego tekstu opisującego płytę pierwszą .

Druga część koncertu została uwieczniona w całości na drugiej płycie. Zespół natomiast nie umieścił żadnych bisów - w tym rzadkiego Ancient Powerplant (pierwotnie nagranego jako soundtrack - The Keep, nagrany w 1983 czy coś koło tego, wydany w 1997). Przypominam iż jest to pierwszy raz gdy zespół grał tą kompozycję na koncercie. Następny raz nastąpił dopiero w 2014 roku podczas koncertów w Australii - Supernormal - The Australian Concerts 2014 ). Dla zainteresowanych, na Youtube jest wycinek z Tangerine Tree 43 zawierający tylko i wyłącznie bisy z koncertu w Osnabrück (12.06.1999) - 23 minuty, 4 mandarynkowe bisy .

Drugi set otwiera kompozycja pod tytułem Ça Va - Ça Marche - Ça Ira Encore, wydana na singlu o tym samym tytule (1998, singiel był bonusem do box setu Dream Dice ). Jest to jedna z rzadszych kompozycji TD. Znajome (dla mnie intro) - tajemnicze i intrygujące dźwięki z których powoli wyłania się melodia i rytm, dość szybki i oparty o sekwencer. Nagle coś się dzieje i mamy szybką perkusję połączoną z ostrą gitarą. Gitara odgrywa ważną rolę w tym utworze. Wydaje się iż nie ma tu klawiszy a tylko gitara i perkusja (ew. gitara przysłania syntezatory). Oczywiście klawisze są. :) Szybka i rytmiczna kompozycja, pełna energii chociaż niekosmicznej (może poza początkowymi, introdukcyjnymi dźwiękami). Bardzo kosmiczny i tajemniczy mostek. Brzmi jakby doszło do jakiejś awarii na międzygwiezdnym krążowniku. Przeciążenie systemu. Stan: Astrophobia.

Astrophobia. Jesteśmy zagubieni gdzieś w przestrzeni kosmicznej. W m-tym (mandarynkowym) wymiarze. Intro tego utworu długo wybrzmiewa ale przeradza się w mocny i energetyczny kawałek z przysłowiowym powerem. Czuć mocne basy. Napięcie rośnie z każdą sekundą. Pierwszy bit pojawia się w 2:00. Ok. 2:30 zaczyna się prawdziwe szaleństwo, wspomagane gitarą. Szybki rytm i fajny gitarowy riff. Z każdą chwilą jest coraz ciekawiej. Nie można narzekać na nudę. Warto zwrócić uwagę na klawiszowe rytmy - np. ten w 5 minucie. Po nim szybko wchodzi gitara. W zasadzie mocne partie gitarowe to jedyna różnica między tą wersją a studyjną. W 7 minucie mamy chyba najmocniejszy moment utworu. Basy mogą niszczyć żebra i uszy, do tego wesoły, szybki rytm i mocna gitara o niezmiennej dla tego utworu sygnaturze brzmieniowej. Dość szybko nastrój się zmienia. W 8 minucie mamy jakby tykanie zegara. Ok. 8:50 mamy powrót do dźwięków z początku utworu. Przejście jest raczej mało ciekawe. Miło jednak, że jest. ;)

Tharsis Maneuver. Bardzo ciekawy utwór. Mocno wybrzmiewa, zwłaszcza zanim wejdzie perkusja. Wyraźne, mocne basy. Zgrabnie omijamy meteoryty w paśmie tarsjańskim. Mnóstwo smyczkopodobnych brzmień. Pojawia się też gitara ale nie jest tak wszechobecna jak w poprzednim utworze. Mocna gitara wchodzi dopiero w 2:10. Jest otoczona anielskimi chórami (w kosmosie.. co ci TD ćpali.. ;)). Świetna perkusja w ok. 3:35. Ok. 4:30 utwór się kończy i zaczyna się mostek. Jest cichy i delikatny.

Outland. Zgrabnie z mostku przechodzimy w charakterystyczny, kosmiczny dźwięk otwierający tą kompozycję. Podbito basy. Ok. 0:30 wchodzi coś. Automat perkusyjny czy coś.  Ok. 0:50 utwór naprawdę się zaczyna. Mocno i z przytupem (oraz z gitarowym pazurem). Gitara świetnie wybrzmiewa i uzupełnia utwór. Znowu wspaniałe momenty, godne tytułu "Rocking Mars". Mars nie jest chłodny ale gorący. W końcu Rzymianie tak zwali swego boga wojny. ;) Tradycyjnie, gitara i podbite, wzmocnione basy to w zasadzie jedyne różnice między oryginałem z płyty a wersją koncertową (debiutancką w tym przypadku). W ok. 3:00 mamy technopodobną perkusję. Potem się robi niezwykle ciekawie. Pojawiają się efekty jakby znajome... Edgarowe Macula Transfer? "Techniczny" klimat cały czas się mocno trzyma. Taniec - breakdance - w przestrzeni mandarynkowo-kosmicznej. Kolejny, szybki, energetyczny, mocny utwór. Gorące rytmy ale w nie dyskotekowo-tanecznym wydaniu. Myślę, że mało kto by chciał tańczyć do tej nutki. :) Delikatne i spokojne zakończenie przeradza się w ciekawy mostek. Mogliby pociągnąć dłużej tą melodię i rozwinąć ją. Troszkę mi się z Logos kojarzy.

Dies Martis. Ostatni utwór z Mars Polaris ale to jeszcze nie koniec setu. Po kosmicznej chwili dźwiękowej mamy "fortepianosyntezator" ciekawie i spokojnie plumkający w akompaniamencie "efektów specjalnych" i smyczków. Spokojny, delikatny (prawie)finał. Drobny i przyjemny relaks po intensywnych, muzycznych, kosmicznych, rytmicznych, mandarynkowych, dźwiękowych eskapadach. Ciekawy mostek, z saksofonopodobnymi brzmieniami.

Następne 3 utwory to wyjątki z Sony Center Topping Out Ceremony Score, bardzo rzadkiego singla TD.

Terra Gravity - delikatna, skromna kompozycja. Bardzo tajemnicza. Po chwili wchodzi sekwencer i prawdziwie dyskotekowy rytm. Mandarynkowy melanż podlany dziwną gitarą. Przechodzi w tajemniczy sposób w kierunku następnego utworu.

Wormhole Number Five - od razu mocna perkusja i głęboki bas. Bardzo rozbudowana sekcja perkusyjna. Dziwny utwór. Brzmi jak solo perkusyjne z dodatkowymi efektami by nie było nudno. Całkiem fajne solo, trzeba dodać.

Red Ocean - lekko nawiązuje do Logos Coda. Takie zwieńczenie drugiego setu koncertu. W tle brzdąka sobie gitarzysta. Mocna gitara wchodzi ok. 1:55. Dość fajny i krótki utwór. Ciekawe zakończenie.

Podsumowując, druga płyta jest równie ciekawa co pierwsza chociaż jest bardziej urozmaicona. Szybkie i mocne kawałki, takie jak Astrophobia, zostały wymieszane ze spokojnym Red Ocean czy Tharsis Maneuver. Świetna druga część wyjątkowego koncertu. Zasłużone 5. Mocny, rockowy punkt w dyskografii TD. 

Całe wydawnictwo to zasłużona 5. Chociaż za obcięcie Running Out Of Time z pierwszej płyty powinienem obniżyć ocenę o co najmniej pół stopnia...

PS. Linki w tytułach utworów prowadzą do stosownych filmów na YT. Nie ma zbyt wiele próbek z tego albumu i wszystkie są z płyty drugiej.

czwartek, 19 marca 2015

19.03.2015 - Mandarynkowa Astrofobia '99 czyli Rocking Mars - CD 1

Tym razem recenzję sponsoruje pewne słówko: prokrastynacja . ;) Zamiast wziąć się za naukę to wolę spędzić ten wieczór ze słuchawkami w uszach i odpowiednią muzyką. Co dzisiaj na playliście? "Rocking Mars". Dwupłytowy album koncertowy Tangerine Dream wydany w 2005 roku, zawierający większość z ich jedynego koncertu w 1999 roku (12.06.1999, Osnabrück). Całość krąży na necie jako TT 43 ). Zespół wówczas zaprezentował w większości zupełnie nowy materiał - cały album Mars Polaris (wyszedł w tym samym miesiącu - też czerwiec, 1999). Niestety, nie ma zbyt wiele na Youtube więc będę musiał podlinkować oryginalny album (a na Rocking Mars aranże są ostrzejsze i mocniejsze - tytuł płyty zobowiązuje :P).

W tym poście zrecenzuję tylko pierwszą płytę. Album składa się z dwóch CD, po ok. 45-50 minut każdy.

Okładka drugiego wydania, Membran, 2009 (posiadanego przeze mnie)


Na pierwszej płycie jest 6 utworów. Wszystkie pochodzą z wspomnianego wcześniej Mars Polaris.

Pierwszy z nich, Comet's Figure Head, jest tajemniczym z początku (i nieco kosmicznym) ale mocnym wejściem zespołu. Od początku towarzyszy nam "żywa" perkusja - Emil Hachfeld. Całość wzbogaca w ciekawy sposób Gerard Gradwohl na gitarze. Czuć pracę sekwencera i tajemniczą, trochę zachmurzoną na swój mandarynkowo-kosmiczny sposób, melodię. Muzyka się rozkręca z każdą chwilą. Ok. 2:30 wchodzi mocny, potężny bas oraz gitara. Gitara jest mocna, słyszalna i wyczuwalna. "Rocking Mars in its finest", jakbym to miał ująć w naprawdę dobry sposób (a nie wiem jak dobrze to oddać po polsku). W 4 minucie jest niesamowita gitara. Tej partii gitarowej nie ma w studyjnej odsłonie. Utwór wyraźnie brzmi mocniej i ciężej. Nabrał masy. Niekończąca się partia gitarowa wzmacnia i dodaje uroku temu utworowi (który jest świetny w wersji studyjnej). Klawiszowe melodie są raczej na drugim planie ale nie można ich pominąć. Trzeba się w nie wsłuchać. W końcu po to się słucha TD - dla klawiszy. ;) 8:26 - niesamowity Odlot przez prawdziwie duże O ! Cudowne klawisze. Przebłysk Kosmosu. A potem drapanie strun. ;) Ok. 9:50 utwór się kończy i rozpoczyna się przejście, bazujące na tej końcówce. Mroczny, tajemniczy pasaż prowadzący nas w kierunku..

Rim Of Schiaparelli i niezapomniany otwierający ten utwór dźwięk. Po nim od razu wchodzimy w rytm. Właściwie ten utwór startuje ok. 1:10. Rytmiczny i dość szybki. Klawisze brzmią eterycznie, cicho i skromnie ale czuć pewną dozę mocy.  Perkusja w "nowoczesnym" stylu ale niektóre partie klawiszowe brzmią trochę kosmicznie. Nie jest to kosmos rodem z lat 70. ale też jest fajnie. ;) W tle jakieś świsty się pojawiają, coś jakby nibyflet. Troszkę bardziej dyskotekowy kawałek, zwłaszcza jak się rozkręci. Kosmiczno-anielskie chórki wieńczą ten utwór. Są przeplecione kosmicznym odgłosami. W końcu płyta traktuje o kosmosie. :P Ciekawe przejście - znowu tajemniczy pasaż, kojarzyć się może z latami 70 i rozwlekłymi, tajemniczymi improwizacjami.

Deep Space Cruiser - Krążownik Międzygwiezdny P4C1 zaatakowany przez meteoryty! Kosmiczne kamienie stukają niczym lodowy grad w pancerz statku. Ale jest spokojnie. To tylko uroki gwiezdnych wojen lotów. Spokojny, sympatyczny kawałek z mocną, drapieżną gitarą. Zaczyna się jakby tak od środka. Trzeba się wsłuchać bo klawisze są fajne ale można je łatwo przegapić jak się wsłucha w gitarę. ;) Ok. 4 minuty jest całkiem fajne solo gitarowe. Ewidentny dodatek, tego nie ma w wersji studyjnej, o ile dobrze pamiętam. Kolejne ciekawe przejście.

Pilots Of The Ether Belt - ciekawy wstęp. Utwór rozpoczyna sympatyczna perkusja i skromne klawisze. Łatwe do zapamiętania i zanucenia. Ok. 1:25 utwór startuje "z kopyta". Gitara jest novum i została dodana na potrzeby tego koncertu. Świetnie brzmi. Niesamowity dodatek chociaż przysłania resztę (np. sympatycznie brzmiące klawisze z 2:15 i dalej). W ogóle na moich słuchawkach coś zbyt cicho brzmi reszta całości, poza gitarą. Mocne i ciekawe basy w ok. 3:45. Spokojne przejście wzmocnione mięsistymi basami. 4:09 - dźwięk znajomy... to jest coś z Dream Mixes II (1997). :) Niestety nie pamiętam z którego utworu. Ok. 4:40 pojawia się jeszcze raz. W tym utworze jest sporo takich delikatniejszych przejść. Mocarna partia w 6:00. Potężna gitara wzmacnia całość brzmienia. Brzmienie gitary skojarzyło mi się z... Depeche Mode - Come Back . :) 7:35 - znowu jest rytmicznie i ciekawie. Gitara plumka cicho i delikatnie oraz wzbogaca i uatrakcyjnia całość. Bardzo progresywny utwór. Dość często się zmienia. Niestały w brzmieniu (w przeciwieństwie do mnie i moich uczuć wobec Słoneczek :D ). Kolejne niesamowite przejście. Elektryfikuje. Dosłownie. Po kosmicznym brzmieniu mamy sekwencer i smyczki (oczywiście syntezatorowe :P).

Spiral Star Date - Spiralna Kosmiczna Randka. :D Startujemy od razu grubo - od sekwencera. Ciekawa melodia jest dodana jako dodatek do sekwencera. Rytm jest mocny. Oczywiście znowu pojawia się, nieobecna w aranżu studyjnym, gitara. Świetny utwór. Jest lekki i miły dla ucha. Delikatny i skromny ale nie bezbronny. Mocniejsza gitara pojawia się ok. 1:50. Chyba ta partia była też na Mars Polaris. Trochę za lekkie klawisze ale na szczęście wciąż je słyszę. :) Ok. 5:30 - powtórka z rozrywki, muzyka brzmi znajomo (i gitara również). Bardzo długi mostek - ok. 1,5 minuty. Intrygujące brzmienie, bardzo cicha perkusja. Cichsza od klawiszy! Kojarzy się mi z czymś. Tak, Running Out Of Time (Miracle Mile, soundtrack, 1989). Nie zamieszczony na tej płycie.

Mars Mission Counter - delikatna i skromna, tajemnicza melodia. Brzmi troszkę jak podrasowana elektronicznie i dopieszczona harmonijka ustna. Ok. 0:50 milknie i wchodzi szybka oraz rytmiczna melodia. Pojawia się gitara albo są to jakieś syntezatorowe wstawki. Trzeba się wsłuchać w klawisze. Skromna melodia ale za to wyraźny rytm. Fajny "fortepianopodobny" motyw się przewija. Warstwa rytmiczna jest tak ciekawa jak pierwsza połowa Poland ale tu dzieje się jeszcze więcej. Nie ma "grzmocenia" ale też jest fajnie. :P Pojawiają się jakieś orkiestropodobne, smyczkopodobne ozdobniki, wyraźniejsze (tak jak i uprzednio wspomniany motyw) w drugiej połowie utworu. Głosy, chórki, rozpoczynające się w ok. 5:25 stanowią (o ile dobrze pamiętam) element oryginalnego zakończenia. Zespół nic nie dodał nowego. Następują oklaski i koniec płyty pierwszej. Zakończyła się pierwsza część tego koncertu.

Pierwsza płyta zawiera spory wycinek pierwszego setu z koncertu. Wycięto tylko wstęp oraz wspomniany wcześniej utwór Running Out Of Time. Tangerine Dream dość rzadko grali utwory ze swojego obfitego repertuaru soundtrackowego. Szkoda, że został pominięty, zwłaszcza, że miejsca na płycie jest aż nadto (CD 1 trwa ok. 45 minut). Niemniej, jest to kawał dobrej muzyki podanej w bardzo ciekawym wykonaniu. Lubię Mars Polaris i uważam go za jeden z najlepszych albumów w niemalże nieskończonej dyskografii TD. Na tej płycie zespół zaprezentował studyjne wersje (oczywiście podrasowane pod koncert) ale z dodanymi nowymi partiami gitarowymi. Warto się w nie wsłuchać i zwrócić na nie ucho. Bywa rockowo ale nigdy nie jest zbyt dyskotekowo na tej płycie. 5. Ale gdyby zabrakło pierwszego utworu (Comet's Figure Head) to ocena poszybowałaby gwałtownie w dół! ;)

PS. Nie ma próbek na YT. Jeżeli coś znajdę to wrzucę w drugiej recenzji, dotyczącej CD 2.
PS 2. Poprawiłem jedną literówkę. :)

środa, 18 marca 2015

17-18.03.2015 - Atak depresji...

Miałem iść spać ale "drobny incydent" sprawił, że nie mogę zasnąć. Otóż zacząłem myśleć nad swoim życiem, o samobójstwie, o tym, co bym powiedział "na odchodne" paru osobom, które lubię. Wtedy się popłakałem. Po chwili rozmowy i odpoczynku postanowiłem iż napiszę recenzję na blogu. Długo trwał wybór płyty - przecież opisałem większość posiadanych przeze mnie płyt TD ! A na niektóre nie mam ochoty bo są za długie (a może i warte recenzji...). Wybór tym razem padł na... "Some Great Reward" (1984) Depeche Mode. Wystarczyło dłuższe spojrzenie i przeglądnięcie tekstów piosenek w książeczce (zacząłem cicho śpiewać "Somebody") i uznałem, że to by było to! Jakoś mnie na uczucia wzięło.

Jak pewnie wiecie, mam parę "odskoczni" od Tangerine Dream. Przecież znam na pamięć wszystkie albumy (no prawie... są takie, których słuchałem raz czy dwa w ciągu tych kilku mandarynkowych lat... serio!). Czasem warto, wbrew tytułowi bloga ("TANGERYNKOWA strona życia"), zwrócić uwagę Czytelników na inną muzykę, żeby nie wyszło, że jestem monotonny. ;) Chociaż tak, jestem...
Ta recenzja to 20-sta napisana w 2015 roku i jednocześnie 5 (w tym roku) niezwiązana z TD.

Może jakiś wstęp, tak bardziej od siebie? Depeche Mode słucham od dłuższego czasu ale faza minęła i to zdecydowanie. Mniej więcej wtedy, jak kupiłem sobie "Violator" (1990) gdyż tej pozycji mi brakowało do pełnej dyskografii studyjnej (to było przed ukazaniem się "Delta Machine" w 2013 roku, sporo przed). Czasem jednak wracam do słuchania DM, zwłaszcza do swoich ulubionych płyt - właśnie "Some Great Reward" czy "Construction Time Again". Ta pierwsza jest tematem niniejszego artykułu.

Od razu wrzucę cały album (za pośrednictwem Youtube). Okładka mogłaby być lepszej jakości, paskudna jakość i jakaś taka wyblakła.



"Something To Do" otwiera album w sposób agresywny i mocny. Perkusja i melodia uderzają Słuchacza niczym pięść, wzmocniona basowym kastetem. Po chwili dołącza się męski wokal Gahana. Pojawiają się też sample (np. coś w stylu klaksonu samochodowego).

"Lie To Me" - wciągający rytm na start i agresywny, mocny bas. Melodia aż się prosi o zanucenie (ta na starcie). Wokal brzmi jakby przepuszczony przez jakiś efekt. "Okłam mnie szczerze". Brzmi absurdalnie? "Powiedz, że mnie kochasz, powiedz, że jestem jedynym". Wszystkie znajomości na jedną noc takie są.. jedno wielkie kłamstwo ale wypowiedziane na tyle przekonująco, że... nie będę kończył. ;) Także mocny utwór na tej płycie - zarówno od strony instrumentalnej jak i tekstowej.

"People Are People" - tak jak poprzednie piosenki, jest szybka, rytmiczna i agresywna. Tym razem o rasizmie. A raczej przeciwko. Czarny, żółty, biały. Wszystko jedno. To człowiek. Ten utwór to jeden z singli z tej płyty. Odrobinę słabszy niż dwa poprzednie ale to tylko moje zdanie.

"It Doesn't Matter" - romantyczna, delikatna pościelowa. Piosenka o tęsknocie. Mocne basy ale nie jest agresywna i szybka w brzmieniu. Czułe wyznanie. Tym razem od Martina Gore'a. Na następnej płycie zespołu ("Black Celebration", 1986) piosenka doczekała się swoistej kontynuacji. Basy mimo wszystko ranią moje uszy. Mam mocno basowe słuchawki, za basy odpowiada oddzielny przetwornik. Taki cud techniki - dwa przetworniki w słuchawce. ;)

"Stories Of Old" - łagodny i delikatny początek przechodzi w ciekawą, nastrojową piosenkę. Kolejny mocny punkt na płycie. Utwór staje się mocniejszy przy pierwszym refrenie. W sumie to dość łagodna w brzmieniu piosenka.

"Somebody" - punkt na który czekałem! Fortepianowy, skromnie zaaranżowany utwór (w zasadzie). Kolejne czułe wyznanie od Gore'a. Najlepszy tekst na tej płycie. Prosto w moje uczucia. Nie jestem już smutny, muzyka i ta recenzja poprawiły mi humor. Zsamplowano pod koniec bicie serca. Również singlowy utwór.

"Master And Servant" - bardzo dobry, super mocny (ktoś coś zauważył ? :>) punkt programu. Bardzo agresywna piosenka. Kolejny singiel z tej płyty. O czym jest? Niegrzeczne zabawy w łóżku - BDSM a konkretniej - dominacja. Któreś ze Słoneczek mnie weźmie na smycz, pobawi się ze mną w panią i sługę ;) ? Let's play master and servant / Come on master and servant !!

"If You Want" - tajemniczy, dziwny początek. Perkusja i basy walą niczym sąsiedzki remont. W pewnym momencie utwór przyśpiesza ale nie jest wybitnie agresywny (choć może podrapać ;) ). Oczywiście, można potańczyć. Nie jest źle ani tragicznie, co najmniej średnio.

"Blasphemous Rumours" - znowu tajemniczy początek. Brzmienie perkusji jest znajome i kojarzy się z tym albumem. ;) Fajny efekt jest przy wersie o podcięciu żył. ;) Utwór smutny, spokojny poza refrenami ale potem staje się nieco mocniejszy. Smutny finał fajnej płyty. Mimo tekstu, muzyka wcale nie jest aż tak smutna. Co z tego, że ktoś umiera, zawsze jest czas na party i czilałt! ;) Soł ajronic, tak ironicznie. Końcóweczka końcówki: "dodatkowy" utwór. Mała perełka.

"Some Great Reward" to ciekawa płyta. Brzmieniowo, znowu jest mrocznie. Utwory są agresywne i szybkie. Album-pięść. Jest też trochę miejsca na coś łagodniejszego. Lubię tą płytę, jest to jedna z moich ulubionych płyt Depeche Mode. Taka na 5-teczkę, jak wszystkie moje Słoneczka. :D Mam nadzieję, że podczas odsłuchu basowa Moc była z Wami! ;)