Od dawna zbierałem się by napisać tego posta. Zawierać on będzie listę ważnych płyt z muzyki elektronicznych (tzn. ważnych i mi znanych ;p). Mam świadomość, że nie jest to pełny spis. Na pewno coś pominąłem. Mam nadzieję iż chociaż wybrane przeze mnie albumy nie będą dyskusyjne. Niby mam dużo czasu ale nie wiem o czym pisać na tym blogu. A moje życie osobiste nie jest tak ciekawe by o nim pisać ciągle...
Ale ad rem. Lista ma charakter przypadkowy - miejsce na niej nie oznacza stopnia "ważności". Oczywiście decyzję o wpisaniu danej płyty do tego jakże szacownego "gremium" postaram się odpowiednio umotywować. ;)
Na razie jest to część 1sza. Myślałem iż będzie krócej. W jakieś 1,5h - 2h tylko 3 płyty opisałem ale za to dość obszernie. Mam nadzieję iż miło się będzie czytało moje wywody. :)
1. Jean Michel Jarre - "Oxygene" - 1976
Co by nie powiedzieć o współczesnych dokonaniach tego Pana, popisach gimnastycznych na scenie itp to jednak trzeba oddać Mu to, co należne zgodnie z zasadą "Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie". :)
Nagrał on bowiem kilka ważnych albumów, które do dziś można uznać za ważne elementy "wstępu do muzyki elektronicznej". Mniejsza o to czy samodzielnie je spłodził (sukces ma wielu ojców? :>).
Na potrzeby własne ukułem podział muzyki elektronicznej na "poważną" i "niepoważną" (podział nie ma charakteru akademickiego, to tylko luźne rozważania). Do "poważnej" ME zaliczam m.in Szkołę Berlińską, Szkołę Duesseldorfską, ambient. "Niepoważną" elektronikę zaś tworzą techno, trance, inne gatunki tanecznej i klubowej elektroniki, synthpop. Nie wiem jak uzasadnić ten podział. :) Możliwe iż będę się do niego jeszcze odwoływać.
Dla wielu osób, szczególnie tych nie mających większego pojęcia o muzyce elektronicznej, dokonania i postać JMJ są bardzo ważne. Faktycznie, "Oxygene" czasem bywa uznawane jako jego debiut (co nie jest prawdą). Jest to płyta dalece odmienna od poprzedniej (1973 - Les Granges Brulées - soundtrack). O ile poprzednie wydawnictwa można potraktować jako dzieła protoelektroniczne to "Oxygene" z pewnością jest jego pierwszą w pełni dojrzałą płytą.
Osobiście odbieram tę płytę, jej brzmienie jako coś kosmicznego. Duża ilość partii "ambientowych" (np Oxygene Part I) przeplata się z elementami rytmicznymi (np kultowy Oxygene Part IV). Płyta brzmi eterycznie, subtelnie. Nie ma na niej niepotrzebnych, słabszych elementów. Wszystko stanowi jedną, zgrabną suitę (a raczej dwie - czuć podział na stronę A i B, tak jak na winylu). Osobie znającej poprzednie albumy Jarre'a może wydawać się niemożliwe iż zrobił to sam, taki majstersztyk.
Do tej płyty powrócił kilka lat temu (2007) - "Oxygene Live In Your Living Room". Jest to próba ponownego nagrania tego albumu. W pewnym sensie jest to wersja "deluxe" - uzupełniona o 4 dodatkowe utwory (w tym cudowne Variation III następujące po Oxygene Part V) .
Kiedyś mocno fascynowałem się Jego muzyką. Było to na samym początku liceum. Jeszcze wtedy poznawałem twórczość Kraftwerk. W liceum zacząłem kupować płyty. Pierwszą było.. "Oxygene: New Master Recording" (wyd. wschodnioeuropejskie, te z uboższą książeczką). Potem kupiłem (na któreś urodziny - 16 czy 17, nie pamiętam) wspomniane wyżej DVD (w wersji "deluxe" - tej 3D - była tańsza od zwykłej ;)) i "The Complete Oxygene" (Oxygene, Oxygene 7-13, Re-Oxygene). Potem samo "Oxygene: New Master Recording" oddałem koleżance z klasy która mi się podobała (jako prezent na urodziny :)). Jej reakcja? "Muzyka kosmitów". :D
Wyróżniające się momenty?
- Oxygene Part II - solo
- Oxygene Part III - Theremin
- Oxygene Part IV
Uważam iż każdy, kto chciałby chociaż zetknąć się z muzyką elektroniczną, powinien zacząć właśnie od tej płyty. Nie jest ani specjalnie ciężka jak na pierwszy raz ale jednocześnie ma pewną renomę. Nie można jej pominąć w podobnych zestawieniach.
JMJ - Oxygene - 1976, cały album, ok. 40 minut.
2. Kraftwerk - "Computer World", 1981 i "The Man Machine", 1978
Kraftwerk jest o tyle specyficznym zespołem iż właściwie w zestawieniach typu "Najważniejsze płyty z muzyką elektroniczną" można wrzucić ich całą (lub prawie całą) dyskografię. Po prostu każdy ich album był na tyle wyjątkowy iż zasługuje na wspomnienie. Ja postanowiłem uhonorować Ralfa Huettera i ekipę dwoma miejscami - za dwa naprawdę dobre albumy. Czym one sobie zasłużyły na ten zaszczyt?
"Computer World" w pewnym sensie "uśmiercił" Klasyczną Muzykę Elektroniczną. Stworzył elektronikę do tańczenia. M.in dzięki tej płycie powstało Detroit Techno. Album ten, mimo iż wydany ponad 30 lat temu, wciąż brzmi aktualnie. Wciąż można by było "podensić" w klubie przy jego brzmieniach. ;) Kraftwerk ma talent do tworzenia concept albumów. Ten jest poświęcony technologii i komputerom. Wizja świata, którą przedstawili muzycy na tym wydawnictwie okazała się proroctwem. A należy pamiętać iż komputery domowe wówczas dopiero raczkowały. Muzycy mogli się co najwyżej zetknąć z ZX-81 (wprowadzony na rynek 2 miesiące przed wydaniem albumu) i ZX-80 (bardziej prawdopodobna wg mnie opcja). Kraftwerki zauroczone 8 bitowcami postanowili zająć się futurystycznymi wizjami z ich udziałem. ;)
Cóż udało im się powymyślać? (moje interpretacje)
"Computer World" - Komputerowy Świat, świat oparty w dużej części na komputerach. Bez nich nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Coraz mniej rzeczy można zrobić "analogowo". Jesteśmy uzależnieni od komputerów. Cytując Kraftwerk (z płyty Radio-Activity, utwór Die Stimme der Energie) "Ich bin dein Diener und Herr zugleich" ("Jestem Twoim sługą i panem jednocześnie"). Dzięki komputerom uprościliśmy sobie życie ale jednocześnie nie umiemy wyjść poza nie, nie umiemy wrócić do "analogowych" czasów.
"Pocket Calculator" - przyjemny kawałek, taki do potańczenia, rytmiczny. Nie pełni funkcji proroczych. :) Jest jednym z hitów z tej płyty. Ciekawostka: na koncertach jest wykonywany w różnych językach, także po polsku. :)
"Numbers" - 1 2 3 4 5 6 7 8 i wszystko jasne. :) Też nie ma jakiegoś proroctwa moim zdaniem. Ot, fajny kawałek.
"Computer World 2" - instrumental, nieco zbliżony do pierwszego, tytułowego kawałka z tej płyty.
"Computer Love" - Kraftwerk przewidział portale randkowe itp a może też i cyberseks. :) Oczywiście między Robotami / Manekinami. :)
"Home Computer" - komputer w każdym domu! Albo i 2! :D
"It's More Fun To Compute" - wszystko się lepiej i łatwiej robi na komputerze, może stąd bierze się ta pułapka o której wspomniałem przy interpretacji "Computer World".
Muzycznie, Kraftwerk wytyczył nowe trendy i kierunki. Praktycznie cały "elektroniczny półświatek" wywrócił do góry nogami. Jest wciąż tutaj kraftwerkowski chłód i minimalizm, także w warstwie tekstowej. Typowe dla Kraftwerk - teksty skupione wokół jednego tematu, krótkie ale treściwe. Prosto, zwięźle i na temat.
1981 - Computer World (caly album) - ok. 35 minut
Teraz czas na drugi album z wymienionych nominatów - "The Man Machine" (1978).
Tutaj Kraftwerk ukuł swój image i wizję - Człowiek-Maszyna. Nawet na okładce muzycy wydają się być nieobecni. Przypominają nieco manekiny, bezuczuciowe i bezduszne impersonifikacje człowieka. Homo Technologicus. Album ten przyniósł też 1) "hymn", dewizę zespołu - utwór The Man Machine (co ciekawe, grali go na koncertach dopiero od 1993) oraz 2) megahit zespołu, najbardziej rozpoznawalny utwór - "The Model". Czuć tutaj minimalizm w brzmieniu (ale i w tekstach - najdłuższym jest właśnie "The Model").
1978 - The Man Machine (cały album) - ok. 35 minut.
To na razie na tyle. :) Może jeszcze 1-2 "lajtowe" płyty dodam i zacznę opisywać bardziej wymagający materiał. Trochę tego jest. Na pewno na 1 części się nie zakończy. :) Obiecuję. ;) Mam nadzieję iż część 1sza nikogo nie zanudziła. Przynajmniej jakoś kreatywnie spędziłem dzisiejszy wieczór. :) (a miałem w końcu zabrać się za czytanie książek do licencjatu...)
Wszystko i nic. Cokolwiek. Niekoniecznie w kolorze mandarynkowym. Kosmiczne tło bo i autor kosmiczny. :)
poniedziałek, 26 listopada 2012
środa, 3 października 2012
03.10.2012 - POst POlityczny ;)
Jak ktoś miał okazję zauważyć, znowu zamiast pierdół na fejsbuchu wrzuciłem coś bardziej normalnego - swoje rozważania. Tutaj, z racji pewnej oficjalności, zostały one ocenzurowane (ale nie uPOlitycznione :P).
Moja myśl została zainspirowana tym artykułem .
Moja myśl została zainspirowana tym artykułem .
""Wtorkowa
decyzja Trybunału Konstytucyjnego w sprawie odbioru dnia wolnego za
święto przypadające w dzień wolny oznacza straty nie tylko dla
przedsiębiorców, ale też dla budżetu państwa - ocenili przedstawiciele
pracodawców." Najlepiej robić 24h na dobę, bez snu, bez dni
wolnych, bez urlopu. I najlepiej za darmo. Oczywiście za minimalne
wynagrodzenie. A jak chcą by budżet państwa (czyli wszyscy) notował
większe wpływy to: 1) podwyższają wynagrodzenie (więcej kasy =>
większa konsumpcja => większe wpływy z VAT i zapewne akcyzy, 2) nie
ukrywają swoich dochodów i uczciwie płacą podatki (wyższe wpływy z CIT
ale przecież państwo polskie tak gnębi tych biednych bogaczy, że muszą
się ukrywać w szarej strefie. Jak jest ich więcej "ukrytych" to
wszystkie obciążenia rosną bo mniej osób płaci. Koszt jednostkowy (np.
składki na ZUS - w liczbie mnogiej bo 4 ubezpieczenia + zdrowotne które
jest poza systemem ale ZUS przekazuje kasę NFZ) też musi być
odpowiednio większy), 3) stosować obie metody (wzrost wynagrodzeń ->
wzrost konsumpcji i obciążeń (zgodnie z ustawami - wzrost dochodów
pociąga za sobą np. wyższą składkę na ubezpieczenie emerytalno-rentowe a
co za tym idzie - gwarantuje wyższą emeryturę (o 1 grosz? :P)) co
najlepiej przyczyni się do wzrostu dobrobytu. Niestety, nasi POlitycy
dodatkową kasę przepierdolą na głupoty. Gdyby chociaż były one rozsądnie
wydawane i ludzie widzieliby lepsze efekty to powinni lepiej przykładać
się do swojego, nie tylko patriotycznego, obowiązku płacenia podatków i
innych danin na rzecz państwa. Innym problemem natomiast jest ich
mnogość i wysokość. Jest to cena za socjał jaki mamy i państwo
opiekuńcze. Obywatelu radź sobie sam - będzie taniej. ;) Czyli
liberalizm - tanie państwo, stróż nocy. Oczywiście XVIIIwieczne ujęcie,
klasyczne, jest niedostosowane do XXIwiecznej rzeczywistości. Nie można
roli państwa sprowadzić do roli stróża nocnego i są pewne dziedziny w
których pewien monopol państwa i/lub nadzór są niezbędne. A pracodawcom
przydałby się jakiś bicz nad głową bo widać znowu tylko narzekają, że są
za biedni (na Ferrari mnie nie stać, niech państwo da). Przepraszam za
błędy itp. I tak pewnie nikt tego nie przeczyta."
Nie formatuję bo mi się nie chce. Zaraz muszę się umyć i ubrać bo zajęcia mam na 8. Do 16.30.
Jak ktoś chce, niech komentuje. Przynajmniej będzie ślad, że czytał. xD
piątek, 28 września 2012
Fap folder - post od lat 18 xD (i dla jaj napisany)
Ktoś się w komentarzach pytał co to znaczy "fap folder".
Tu jest odpowiedź
Ja miałem na myśli zbiór ulubionych albumów ;) (eartube xD - jedyna strona gdzie wszystko jest w mono :>)
Nie widać wszystkiego bo jest za dużo. ;) TD & KS wrzuciłem jako skrót do całego folderu, nie poszczególnych albumów. xD Jest w sumie wszystko - od wczesnych Beatlesów i lajtową elektronikę JMJ aż do TD i KS oraz... "Kill 'Em All" Metalliki i wczesne albumy Maidenów. Ojciec się dziwi, jak osoba taka jak ja (lubiąca Beatlesów) może słuchać metalu. :) Ja potrafię. xD
Fotka autorstwa własnego. Pomysł pochodzi z internetów xD
Tu jest odpowiedź
Ja miałem na myśli zbiór ulubionych albumów ;) (eartube xD - jedyna strona gdzie wszystko jest w mono :>)
![]() |
| Taki tam fap folder :) |
Nie widać wszystkiego bo jest za dużo. ;) TD & KS wrzuciłem jako skrót do całego folderu, nie poszczególnych albumów. xD Jest w sumie wszystko - od wczesnych Beatlesów i lajtową elektronikę JMJ aż do TD i KS oraz... "Kill 'Em All" Metalliki i wczesne albumy Maidenów. Ojciec się dziwi, jak osoba taka jak ja (lubiąca Beatlesów) może słuchać metalu. :) Ja potrafię. xD
Fotka autorstwa własnego. Pomysł pochodzi z internetów xD
czwartek, 27 września 2012
27.09.2012 - Nowości na półce - odc. 2
No, nie takie nowe ale dopiero teraz się nimi chwalę. Krótko będzie bo tylko 2 płyty.
Tangerine Dream - Sorcerer - soundtrack do filmu "Cena Strachu" Williama Fredkina (remake filmu z lat 50.). Oryginalnie wyszedł w 1977. Jeden z najlepszych soundtracków TD. Na koncertach pojawiał się "Betrayal (Sorcerer Theme)" (np. na albumie "Valentine Wheels" jest wersja z Londynu, 1997). Kupiłem wznowienie na CD z 2002.
Fragmenty albumu:
Betrayal (Sorcerer Theme) - ok. 3,5 minuty
Grind - ok. 3 minut
Creation - ok. 5 minut
Abyss - ok. 7 minut
Impressions Of Sorcerer - ok. 3 minut
Tangerine Dream - Tangines Scales - składanka TD. Jedna z wielu. Co rok to prorok. ;) W 2007 roku zaspamowali swoją dyskografię mnóstwem składanek. To jest jedna z nich, wyd. 2007. Co prawda mam box set "The Electronic Journey" w którego skład wchodzi ta składanka (jedna z 10 płyt) ale przynajmniej mam oddzielnie oryginał. ;) Składanka zawiera tylko jeden nowy utwór - House Of The Rising Sun (Southend Mix).
Barbakane - ok. 6 minut (remix z 1995)
Horizon (Warsaw Gate Mix) - ok. 8 minut - wbrew nazwie jest to tylko wycinek a nie remix.
Storm Seekers - ok. 5 minut - fragment utworu Storm Seekers / Cool Shibuya
Teetering Scale - ok. 4 minut
Underwater Twilight - ok. 6 minut
To wszystko na razie. :) Miłego słuchania i czytania! :D
Tangerine Dream - Sorcerer - soundtrack do filmu "Cena Strachu" Williama Fredkina (remake filmu z lat 50.). Oryginalnie wyszedł w 1977. Jeden z najlepszych soundtracków TD. Na koncertach pojawiał się "Betrayal (Sorcerer Theme)" (np. na albumie "Valentine Wheels" jest wersja z Londynu, 1997). Kupiłem wznowienie na CD z 2002.
Fragmenty albumu:
Betrayal (Sorcerer Theme) - ok. 3,5 minuty
Grind - ok. 3 minut
Creation - ok. 5 minut
Abyss - ok. 7 minut
Impressions Of Sorcerer - ok. 3 minut
Tangerine Dream - Tangines Scales - składanka TD. Jedna z wielu. Co rok to prorok. ;) W 2007 roku zaspamowali swoją dyskografię mnóstwem składanek. To jest jedna z nich, wyd. 2007. Co prawda mam box set "The Electronic Journey" w którego skład wchodzi ta składanka (jedna z 10 płyt) ale przynajmniej mam oddzielnie oryginał. ;) Składanka zawiera tylko jeden nowy utwór - House Of The Rising Sun (Southend Mix).
Barbakane - ok. 6 minut (remix z 1995)
Horizon (Warsaw Gate Mix) - ok. 8 minut - wbrew nazwie jest to tylko wycinek a nie remix.
Storm Seekers - ok. 5 minut - fragment utworu Storm Seekers / Cool Shibuya
Teetering Scale - ok. 4 minut
Underwater Twilight - ok. 6 minut
To wszystko na razie. :) Miłego słuchania i czytania! :D
27.09.2012 - Eargasm.
No cóż, blog żyje. Nie zawsze chce mi się pisać bo często nie mam za bardzo o czym. Nie będę przecież pisał np. "Dziś znowu się nażarłem. Pół dnia w kiblu. Ja pierdole, ale sranie" bo od tego mam fejsa. xD Dzisiaj pojawi się poza tym postem może jeszcze jeden. Albo dwa. Na pewno nie 666. :>
Do rzeczy.
Jakiś czas temu ściągnąłem sobie dyskografię Radio Massacre International. Dopiero wczoraj wgrałem sobie część albumów na iPoda. Oczywiście wszystkie są w mono. ;f Wyjątkowo nie zacząłem od samego początku a od prawie, że samego końca. ;) Otóż zespół ten w 2008 roku wydał samplera "Fast Forward" (jako CD-R). W 2011 roku udostępnili tę płytę za darmo (w postaci 160kbps mp3). W formie 5 części, przedstawia aż 30 wydawnictw które do 2008 zostały nagrane. Wszystkie są połączone ze sobą w całość (w ramach jednej części) a więc odbiegają nieco od swoich macierzystych, albumowych wersji. Dodatkowo wybór ten nie jest przedstawiony chronologicznie. Jest to idealne wprowadzenie do twórczości tego zespołu.
Napisałem o tym na swoim fejsie:
Do rzeczy.
Jakiś czas temu ściągnąłem sobie dyskografię Radio Massacre International. Dopiero wczoraj wgrałem sobie część albumów na iPoda. Oczywiście wszystkie są w mono. ;f Wyjątkowo nie zacząłem od samego początku a od prawie, że samego końca. ;) Otóż zespół ten w 2008 roku wydał samplera "Fast Forward" (jako CD-R). W 2011 roku udostępnili tę płytę za darmo (w postaci 160kbps mp3). W formie 5 części, przedstawia aż 30 wydawnictw które do 2008 zostały nagrane. Wszystkie są połączone ze sobą w całość (w ramach jednej części) a więc odbiegają nieco od swoich macierzystych, albumowych wersji. Dodatkowo wybór ten nie jest przedstawiony chronologicznie. Jest to idealne wprowadzenie do twórczości tego zespołu.
Napisałem o tym na swoim fejsie:
"Od
rana na poważnie. Mam ściągniętą i częściowo przerobioną na mono
dyskografię Radio Massacre International. Zwykle zaczynam od początku
ale tym razem, wyjątkowo, od samplera zespołu - "Fast Forward", który to
jest udostępniony do ściągnięcia za darmo (160kbps mp3) na stronie
zespołu - w całości. Pierwsze 6 minut - naprawdę fajne. Jest taka
sekwencja, jakby żywcem z Rykoszetującego TD wzięta. Szkoda, że to, co
jest "pod nią" jest wg. mnie za ciche. Pomysły muzyczne szybko
przechodzą z jednego w drugi, zupełnie jak sekcje w np. "Logos". Album
("Fast Forward") ten został stworzony jako introdukcja do twórczości
tego zespołu - przedstawia fragmenty każdej z płyt (do momentu wydania
tegoż samplera), w różnej kolejności ale za to delikatnie przerobione by
pasowały do siebie. Na sampler składa się 5 transz, czyli utworów. W
trakcie pisania tego jestem w 3/4 Transzy 1szej. Właśnie leci kolejna
mandarynizująca sekwencja. To jest to. Duch F-F-B żyje. Szkoła Berlińska
nigdy nie umrze. Es klingt gut..."
Co jakiś czas pojawia się bardziej rockowa sekcja. Mimo wszystko elektronika nie przestaje grać. W tej chwili jestem w 3/4 Transzy 5tej. Jeżeli chcecie sięgnąć po coś naprawdę dobrego a Redshift (pamiętacie moje peany nad ich debiutanckim albumem?) was znudził i nie chcecie odbiegać od mandarynkowych klimatów (zbytnio :>) to gorąco polecam ten sampler. Zespół udostępnia z każdej pozostałej płyty przynajmniej jeden fragment (w mp3). Jak dla mnie - rewelacja. Od razu wszedłem na fejsbuka zespołu, zalajkowałem i dałem komenta. xD Mimo swojej niskiej popularności (płyty wydają od 1995, nagrywają od hmm.. dawna :D a tylko prawie 270 lajków) są świetnym zespołem. Idealny dla hipsterów - mało znany. xD
Tak więc ściągać i zachwycać się. Jest czym. Album od razu idzie do fap folderu. xD Przeżyłem aż 80cio minutowy eargasm.
Oczywiście linkełe:
Fast Forward - 2008, sampler, 1 CD
Czekam na Wasze reakcje w komentach! :)
Bonus:
"I'm
now listening "Fast Forward". Downloaded it as an introduction. Not
even finished it - I'm near the middle of second track. You're awesome!
If anyone would label that as TD bootleg, some people would be caught.
Good job. I don't know what more I can say - the music speaks for
itself."
Jest to mój koment dany zaraz po lajku na stronie FB zespołu - Radio Massacre International
czwartek, 13 września 2012
13.09.2012 - Nowości na półce :)
O ile na półce przybyło co nieco to niestety w życiu naukowym się pokomplikowało. Egzamin zdany? Praktyki rozliczone? Niby idealnie ale NIE. Nie mam wpisów z dwóch przedmiotów. ;____________; Indeks i kartę trzeba rozliczyć do 20.09.2012. Fajnie. Jak się nie wyrobię to co? Wywalą mnie? MNIE? :D
Ten post miał nie być o narzekaniu. Więc wracam do meritum sprawy czyli nowych PŁYT. :) A tego nieco przybyło, wg Discogs - sztuk 4 + nieco więcej. Kilka Beatlesów które dostałem od ojca + związane z nimi (debiut Juliana Lennona). Najpierw najnowsze nabytki. Cały swój hajs wydałem na... 2 płyty. Normalnie milioner ze mnie - 85 zł, majątek. ;) Jak na mnie. :)
A o to moje małe co nieco:
Pergamon - Tangerine Dream, 1986 Caroline Records. Amierikańskij CeDek. xD Ciężko dorwać stare wydanie (potem było wznowienie w 1996 i w tym roku wznowiono). Zwykle jak jest to kosztuje ok. 100 zł. Mnie się udało kupić za 30. W świetnym stanie. No, mam też "Tangram" (Virgin, 1984, fioletowy a nie czerwony). Czyli komplecik. ;) "Pergamon" jest albumem koncertowym (pseudo, gdyż jest to zremiksowany materiał z dwóch koncertów z dnia 31.01.1980). Jak już wspomniałem, na cały album składają się fragmenty z dwóch koncertów. Jest to kluczowa data w historii Tangerine Dream z dwojakiego powodu. Po pierwsze - debiut nowego członka - Johannesa Schmoellinga (1979 (?) / 1980 - październik 1985) a po drugie - oba koncerty tego dnia są ostatnimi improwizowanymi występami grupy. Niestety znany jest tylko wieczorny koncert (Tangerine Tree nr bodajże 17). Na szczęście na oba utwory z tej płyty składają się części z obu koncertów. Ponadto pojawiają się motywy, które wrócą jeszcze w tym samym roku - na albumie studyjnym "Tangram". "Pergamon" zadebiutował w 1980 roku na winylu jako "Quichotte" (nakładem wytwórni Amiga). Wyszedł tylko w Niemczech. W 1986 roku Virgin wydał ten materiał na CD. Szczególnie warto zwrócić uwagę na solo (piano) grane przez Johannesa.
Quichotte Part 1 - 23 minuty
Quichotte Part 2 - 23 minuty
Quichotte Part 1 (fragment) - samo solo Schmoellinga
Are You Sequenced? - Klaus Schulze, 1996, Eye Of The Storm. Miałem niebywałą okazję kupić za 40 zł dwupłytowe wydanie tegoż albumu. CD 1 - album. Nietypowa w swej konstrukcji suita. Składa się z 11 części. Każda z nich bazuje na motywie (sekwencji) zaproponowanej w części pierwszej (Welcome To The Moog Brothers). Każda kolejna ją rozwija i przekształca. Zachowana przy tym jest ciągłość. Jest to brzmienie zupełnie odmienne od tego, co Schulze zaproponował na "In Blue" (jego studyjny album z 1995 roku). Zresztą tytuł zachęca do przesłuchania - tu jest to, co Schulze potrafi najlepiej - SEKWENCJE. Sekwencer pracuje non stop. Przez bite 80 minut. Pierwotnie materiał znajdujący się na tym albumie został zagrany w kwietniu 1996 na koncercie lecz został poprawiony w studiu i znalazł ujście na tym oto wydawnictwie.
Płyta druga jest już zgoła odmienną rzeczą. Często uznawana za pomyłkę, czego dowodzi fakt iż "Are You Sequenced?" zostało wznowione już w 1997 w postaci pojedynczego CD z albumem. Wracając do drugiego kompaktu, na nim są remiksy (nie Made By Schulze ale m,in przez kolabolatora Pete'a Namlooka - obaj panowie mają wspólnych kilka albumów) fragmentów z płyty "właściwej". W żadnym innym wydaniu tej płyty nie ma, poza pierwszym, z 1996. Obecne wydanie (2005-2007, nie pamiętam z którego roku) również zawiera 2 CD ale zamiast remiksów jest zupełnie inny utwór. Tak więc są one eKSkluzywnym ( :D) bonusem do tego wydania. Dawno ich nie słuchałem. Spotkałem się z opinią iż jest to "ordynarne techno". Mogło być gorzej - dubstep. xD
Zestawik w świetnym stanie upolowałem za 40 zł.
Fragmenty z YT:
Vocs In The Dark I - 5 minut
Vocs In The Dark II - 10 minut
Tym oto sposobem pogodziłem swoje dwie miłości muzyczne - Tangerine Dream i Klausa Schulze. Kupiłem ich płyty i siedziały one w jednym plecaku. :D
Jeszcze mam 1-2 płyty do opisania. Tym razem będzie krótko.
Pod koniec sierpnia, w Gazecie Wyborczej (vel Gazecie Wybiórczej ;)) ukazało się wznowienie albumu "The Symphonic Jean Michel Jarre" (2006). Jest to próba zagrania najsłynniejszych kompozycji JMJ przez Praską Orkiestrę Symfoniczną. Na 2 płytach mamy np. Oxygene 4, Magnetic Fields 1 i 5, Chronologie 2. Każda z płyt wyszła oddzielnie i pod wspólnym tytułem "Jean Michel Jarre Symfonicznie". Z Jarre'a dawno nic nie kupowałem (z kilka lat to by było pewnie, ze 2 może). Traktuję te wydawnictwo jako ciekawostkę. Nawet nie słuchałem. Dopiero dzisiaj na kompa przegrałem (po uporządkowaniu statusu na Discogs - nieco z tym roboty było).
Płyta 1sza
Płyta 2ga
Fragmenty z YT:
Chronologie 1
Oxygene 13
Equinoxe 4
Rendez-Vous II
No, to by było na tyle. Może kiedyś napiszę posta o winylach które dostałem od Ojca. Na razie musi Wam wystarczyć czytanie o ostatnio zakupionych CD. :) Miłego czytania i ew. słuchania. :)
Ten post miał nie być o narzekaniu. Więc wracam do meritum sprawy czyli nowych PŁYT. :) A tego nieco przybyło, wg Discogs - sztuk 4 + nieco więcej. Kilka Beatlesów które dostałem od ojca + związane z nimi (debiut Juliana Lennona). Najpierw najnowsze nabytki. Cały swój hajs wydałem na... 2 płyty. Normalnie milioner ze mnie - 85 zł, majątek. ;) Jak na mnie. :)
A o to moje małe co nieco:
Pergamon - Tangerine Dream, 1986 Caroline Records. Amierikańskij CeDek. xD Ciężko dorwać stare wydanie (potem było wznowienie w 1996 i w tym roku wznowiono). Zwykle jak jest to kosztuje ok. 100 zł. Mnie się udało kupić za 30. W świetnym stanie. No, mam też "Tangram" (Virgin, 1984, fioletowy a nie czerwony). Czyli komplecik. ;) "Pergamon" jest albumem koncertowym (pseudo, gdyż jest to zremiksowany materiał z dwóch koncertów z dnia 31.01.1980). Jak już wspomniałem, na cały album składają się fragmenty z dwóch koncertów. Jest to kluczowa data w historii Tangerine Dream z dwojakiego powodu. Po pierwsze - debiut nowego członka - Johannesa Schmoellinga (1979 (?) / 1980 - październik 1985) a po drugie - oba koncerty tego dnia są ostatnimi improwizowanymi występami grupy. Niestety znany jest tylko wieczorny koncert (Tangerine Tree nr bodajże 17). Na szczęście na oba utwory z tej płyty składają się części z obu koncertów. Ponadto pojawiają się motywy, które wrócą jeszcze w tym samym roku - na albumie studyjnym "Tangram". "Pergamon" zadebiutował w 1980 roku na winylu jako "Quichotte" (nakładem wytwórni Amiga). Wyszedł tylko w Niemczech. W 1986 roku Virgin wydał ten materiał na CD. Szczególnie warto zwrócić uwagę na solo (piano) grane przez Johannesa.
Quichotte Part 1 - 23 minuty
Quichotte Part 2 - 23 minuty
Quichotte Part 1 (fragment) - samo solo Schmoellinga
Are You Sequenced? - Klaus Schulze, 1996, Eye Of The Storm. Miałem niebywałą okazję kupić za 40 zł dwupłytowe wydanie tegoż albumu. CD 1 - album. Nietypowa w swej konstrukcji suita. Składa się z 11 części. Każda z nich bazuje na motywie (sekwencji) zaproponowanej w części pierwszej (Welcome To The Moog Brothers). Każda kolejna ją rozwija i przekształca. Zachowana przy tym jest ciągłość. Jest to brzmienie zupełnie odmienne od tego, co Schulze zaproponował na "In Blue" (jego studyjny album z 1995 roku). Zresztą tytuł zachęca do przesłuchania - tu jest to, co Schulze potrafi najlepiej - SEKWENCJE. Sekwencer pracuje non stop. Przez bite 80 minut. Pierwotnie materiał znajdujący się na tym albumie został zagrany w kwietniu 1996 na koncercie lecz został poprawiony w studiu i znalazł ujście na tym oto wydawnictwie.
Płyta druga jest już zgoła odmienną rzeczą. Często uznawana za pomyłkę, czego dowodzi fakt iż "Are You Sequenced?" zostało wznowione już w 1997 w postaci pojedynczego CD z albumem. Wracając do drugiego kompaktu, na nim są remiksy (nie Made By Schulze ale m,in przez kolabolatora Pete'a Namlooka - obaj panowie mają wspólnych kilka albumów) fragmentów z płyty "właściwej". W żadnym innym wydaniu tej płyty nie ma, poza pierwszym, z 1996. Obecne wydanie (2005-2007, nie pamiętam z którego roku) również zawiera 2 CD ale zamiast remiksów jest zupełnie inny utwór. Tak więc są one eKSkluzywnym ( :D) bonusem do tego wydania. Dawno ich nie słuchałem. Spotkałem się z opinią iż jest to "ordynarne techno". Mogło być gorzej - dubstep. xD
Zestawik w świetnym stanie upolowałem za 40 zł.
Fragmenty z YT:
Vocs In The Dark I - 5 minut
Vocs In The Dark II - 10 minut
Tym oto sposobem pogodziłem swoje dwie miłości muzyczne - Tangerine Dream i Klausa Schulze. Kupiłem ich płyty i siedziały one w jednym plecaku. :D
Jeszcze mam 1-2 płyty do opisania. Tym razem będzie krótko.
Pod koniec sierpnia, w Gazecie Wyborczej (vel Gazecie Wybiórczej ;)) ukazało się wznowienie albumu "The Symphonic Jean Michel Jarre" (2006). Jest to próba zagrania najsłynniejszych kompozycji JMJ przez Praską Orkiestrę Symfoniczną. Na 2 płytach mamy np. Oxygene 4, Magnetic Fields 1 i 5, Chronologie 2. Każda z płyt wyszła oddzielnie i pod wspólnym tytułem "Jean Michel Jarre Symfonicznie". Z Jarre'a dawno nic nie kupowałem (z kilka lat to by było pewnie, ze 2 może). Traktuję te wydawnictwo jako ciekawostkę. Nawet nie słuchałem. Dopiero dzisiaj na kompa przegrałem (po uporządkowaniu statusu na Discogs - nieco z tym roboty było).
Płyta 1sza
Płyta 2ga
Fragmenty z YT:
Chronologie 1
Oxygene 13
Equinoxe 4
Rendez-Vous II
No, to by było na tyle. Może kiedyś napiszę posta o winylach które dostałem od Ojca. Na razie musi Wam wystarczyć czytanie o ostatnio zakupionych CD. :) Miłego czytania i ew. słuchania. :)
środa, 5 września 2012
Seek & Destroy: MTBS xD
...czyli moja walka z depresją & niechęcią do nauki oraz Metodami i Technikami Badań Społecznych. Miało być wczoraj ale będzie dzisiaj. ;___; Nie za bardzo mi się chciało wczoraj. ;___; Jak zwykle doskonaliłem przez wakacje swojego skilla w opierdolingu (wiecie, jestem reprezentantem PL na IO w tej dziedzinie xD). Miałem przez dwa miesiące ostro zakuwać do egzaminu ponieważ uwaliłem ćwiczenia. Zabrakło mi jednego punktu. ;_____________________;. Na szczęście poprawiłem i miałem wolne. Zostawiłem pamiątkę po mojej furii - rozwalone drzwi w swoim pokoju ("przypadek" :>). xD Tak naprawdę uczyć się do egzaminu (termin nie przepadł) na 3 dni przed. Jednego - tylko notatki z wykładów. Drugiego nic nie zrobiłem (a miałem czytać lektury z ćwiczeń).
Trzeciego miałem atak depresji. Nic mi się nie chciało (poza płaczem). Jednak w końcu, o 20 czy 22, zacząłem się uczyć. Najpierw notatki z wykładów potem z ćwiczeń. Gdy skończyłem sobie powtarzać, zasiadłem przed kompem i przeglądałem skany z wykładów na których nie byłem. Miałem jeszcze przejrzeć skrypt z lektur ale nie miałem siły. Na zegarku była 4.30 a ja miałem wstać o 5. Przestawiłem budzik na 6 i polazłem spać.
Za samo przeczytanie ocen nie ma więc po dokonaniu niezbędnych rytuałów wyprawiłem się w kierunku swojego wydziału. Myślałem, że na 9 zdążę. Niestety nie ale nic się nie stało. :) Byłem na 9.30 i czekałem w kolejce (dość luźnej zresztą). Wyjąłem skrypt z lektur i zacząłem się uczyć. W autobusie słuchałem "Moondawn" i spałem. xD Czując napięcie i stres, nie przeczytawszy nawet połowy stosu kartek, który mienił się skryptem (niekompletnym zresztą), postanowiłem iść na żywioł. W końcu drugi termin (poprawkowy) mi nie przepada. Więc luz ale i tak trzeba dać z siebie 666% xD.
Nadeszła moja godzina, dla mnie wybił dzwon. Pokazałem swój indeks i kartę. Zostały sprawdzone pod kątem posiadania przeze mnie zalki z ćwiczeń. Mogłem więc kontynuować procedurę. Kolejnym etapem był wybór narzędzia egzekucji. Leżały przede mną kartki z wypisanymi na nich różnymi metodami "uśmiercania" studentów. Oczywiście nikt nie znał pytań. Wybrałem metodę 2. Tak jak każda, składała się z trzech rodzajów tortur. Miałem chwilę na oswojenie się ze śmiercią. W tym czasie obie egzaminatorki odpytywały swoich nieszczęśników. Po kilku minutach nadeszła kolej na mnie. Podałem kartę i indeks wraz ze swoimi pytaniami.
Pierwsze z nich poszło mi naprawdę dobrze. Nie było trudne, takie rozgrzewkowe. Podobnie było z ostatnim. Najgorsze było pośrodku. Egzaminatorka musiała mi sporo pomagać. Oczywiście improwizowałem. Niestety sekwencje słów jakie z siebie wydałem nie były tymi odpowiednimi, które zrobiłyby na niej wrażenie. Ale jakoś poszło, dzięki Jej pomocy. Byłem w połowie drogi. Przebrnąłem przez koszmar. Teraz czas na ocenę. Przeżyłem tortury. Spodziewałem się góra 3. Dla tej oceny zrobiłbym wszystko. Werdykt: 4+. Otworzyłem swoją twarzoczaszkę ze zdziwienia. No jak to? Aż 4+ ? To aż zbytek łaski z Jej strony. Ale nie protestowałem. Poczekałem aż wpisze ją do indeksu i na kartę a potem podziękowałem. Wyszedłem uradowany. Jak do tej pory, u tej egzaminatorki (pytała mnie prowadząca wykład, babka od ćwiczeń również była) to była najlepsza ocena.
Niestety musiałem poczekać parę minut aż otworzą dziekanat. Połaziłem po sklepach z płytami ("Are You Sequenced" Schulza za 40 zł - 2 CD - wyd. 1996 !!!) ale niestety byłem zbyt ubogi w grosiwo aby sprawić sobie nagrodę. W międzyczasie leciał sobie "A Hard Day's Night" Beatlesów. A mnie chciało się śpiewać z radości (McCartneyem niestety nie jestem więc nie śpiewałem xD).
Bez kolejek i problemów oddałem indeks w rozliczenie i poszedłem na przystanek. Po raz drugi miałem szczęście. :D Chciało mi się pić... a niedaleko przystanku Wedel rozdawał czekoladę do picia. :D Pyszna. :) Wróciłem do domu i słuchałem "Blackdance". Niestety znowu spałem więc przy "Voices of Syn" nie zwracałem uwagi na muzykę. W domu jeszcze raz puściłem ten kawałek i słuchałem bonusów. Odsyłam do posta: "Podwójna (i niestety ostatnia jak na razie) recka - 09.05.2012: „The Dome Event” i „Blackdance” - Klaus Schulze". Tam jest skrobnięta przeze mnie recenzja tego niedocenianego albumu.
No, myślę iż tyle na razie starczy. Opisałem bardzo ważny moment w moim życiu. :) Jestem już (w końcu) studentem trzeciego roku! :)
Trzeciego miałem atak depresji. Nic mi się nie chciało (poza płaczem). Jednak w końcu, o 20 czy 22, zacząłem się uczyć. Najpierw notatki z wykładów potem z ćwiczeń. Gdy skończyłem sobie powtarzać, zasiadłem przed kompem i przeglądałem skany z wykładów na których nie byłem. Miałem jeszcze przejrzeć skrypt z lektur ale nie miałem siły. Na zegarku była 4.30 a ja miałem wstać o 5. Przestawiłem budzik na 6 i polazłem spać.
Za samo przeczytanie ocen nie ma więc po dokonaniu niezbędnych rytuałów wyprawiłem się w kierunku swojego wydziału. Myślałem, że na 9 zdążę. Niestety nie ale nic się nie stało. :) Byłem na 9.30 i czekałem w kolejce (dość luźnej zresztą). Wyjąłem skrypt z lektur i zacząłem się uczyć. W autobusie słuchałem "Moondawn" i spałem. xD Czując napięcie i stres, nie przeczytawszy nawet połowy stosu kartek, który mienił się skryptem (niekompletnym zresztą), postanowiłem iść na żywioł. W końcu drugi termin (poprawkowy) mi nie przepada. Więc luz ale i tak trzeba dać z siebie 666% xD.
Nadeszła moja godzina, dla mnie wybił dzwon. Pokazałem swój indeks i kartę. Zostały sprawdzone pod kątem posiadania przeze mnie zalki z ćwiczeń. Mogłem więc kontynuować procedurę. Kolejnym etapem był wybór narzędzia egzekucji. Leżały przede mną kartki z wypisanymi na nich różnymi metodami "uśmiercania" studentów. Oczywiście nikt nie znał pytań. Wybrałem metodę 2. Tak jak każda, składała się z trzech rodzajów tortur. Miałem chwilę na oswojenie się ze śmiercią. W tym czasie obie egzaminatorki odpytywały swoich nieszczęśników. Po kilku minutach nadeszła kolej na mnie. Podałem kartę i indeks wraz ze swoimi pytaniami.
Pierwsze z nich poszło mi naprawdę dobrze. Nie było trudne, takie rozgrzewkowe. Podobnie było z ostatnim. Najgorsze było pośrodku. Egzaminatorka musiała mi sporo pomagać. Oczywiście improwizowałem. Niestety sekwencje słów jakie z siebie wydałem nie były tymi odpowiednimi, które zrobiłyby na niej wrażenie. Ale jakoś poszło, dzięki Jej pomocy. Byłem w połowie drogi. Przebrnąłem przez koszmar. Teraz czas na ocenę. Przeżyłem tortury. Spodziewałem się góra 3. Dla tej oceny zrobiłbym wszystko. Werdykt: 4+. Otworzyłem swoją twarzoczaszkę ze zdziwienia. No jak to? Aż 4+ ? To aż zbytek łaski z Jej strony. Ale nie protestowałem. Poczekałem aż wpisze ją do indeksu i na kartę a potem podziękowałem. Wyszedłem uradowany. Jak do tej pory, u tej egzaminatorki (pytała mnie prowadząca wykład, babka od ćwiczeń również była) to była najlepsza ocena.
Niestety musiałem poczekać parę minut aż otworzą dziekanat. Połaziłem po sklepach z płytami ("Are You Sequenced" Schulza za 40 zł - 2 CD - wyd. 1996 !!!) ale niestety byłem zbyt ubogi w grosiwo aby sprawić sobie nagrodę. W międzyczasie leciał sobie "A Hard Day's Night" Beatlesów. A mnie chciało się śpiewać z radości (McCartneyem niestety nie jestem więc nie śpiewałem xD).
Bez kolejek i problemów oddałem indeks w rozliczenie i poszedłem na przystanek. Po raz drugi miałem szczęście. :D Chciało mi się pić... a niedaleko przystanku Wedel rozdawał czekoladę do picia. :D Pyszna. :) Wróciłem do domu i słuchałem "Blackdance". Niestety znowu spałem więc przy "Voices of Syn" nie zwracałem uwagi na muzykę. W domu jeszcze raz puściłem ten kawałek i słuchałem bonusów. Odsyłam do posta: "Podwójna (i niestety ostatnia jak na razie) recka - 09.05.2012: „The Dome Event” i „Blackdance” - Klaus Schulze". Tam jest skrobnięta przeze mnie recenzja tego niedocenianego albumu.
No, myślę iż tyle na razie starczy. Opisałem bardzo ważny moment w moim życiu. :) Jestem już (w końcu) studentem trzeciego roku! :)
czwartek, 30 sierpnia 2012
Mandarynkowy Przewodnik - set 1,5 ;)
Ten post jest uzupełnieniem tego, co napisałem w części pierwszej. Otóż nie podparłem moich słów dźwiękiem. Wskazane by było abym podlinkował jakieś filmiki z Youtube żeby Czytelnicy mogli wyrobić sobie opinię o Muzyce. A więc niech sprawiedliwości stanie się zadość.
1970 - Electronic Meditation (cały album)
1971 - Sunrise In The Third System z albumu Alpha Centauri
1971 - Fly And Collsion Of Comas Sola z albumu Alpha Centauri
1971 - Alpha Centauri (tytułowy kawałek)
1972 - Birth Of Liquid Pleyades (1szy utwór na albumie Zeit)
1972 - Nebulous Dawn (Zeit)
1972 - Zeit (tytułowy kawałek)
1972 - Origin Of Supernatural Probabilities (Zeit)
1973 - Atem (cały album)
Tak więc macie materiał na 2-3 godziny słuchania. Domyślam się, że nie każdy lubi tego typu muzykę (pewnie więcej osób ceni sobie najmocniejsze odmiany metalu niż elektronikę ;)) dlatego tam gdzie mi sie chciało to dałem pojedyncze utwory. ;) Mam nadzieję iż się podobają.
1970 - Electronic Meditation (cały album)
1971 - Sunrise In The Third System z albumu Alpha Centauri
1971 - Fly And Collsion Of Comas Sola z albumu Alpha Centauri
1971 - Alpha Centauri (tytułowy kawałek)
1972 - Birth Of Liquid Pleyades (1szy utwór na albumie Zeit)
1972 - Nebulous Dawn (Zeit)
1972 - Zeit (tytułowy kawałek)
1972 - Origin Of Supernatural Probabilities (Zeit)
1973 - Atem (cały album)
Tak więc macie materiał na 2-3 godziny słuchania. Domyślam się, że nie każdy lubi tego typu muzykę (pewnie więcej osób ceni sobie najmocniejsze odmiany metalu niż elektronikę ;)) dlatego tam gdzie mi sie chciało to dałem pojedyncze utwory. ;) Mam nadzieję iż się podobają.
sobota, 25 sierpnia 2012
Blog (i autor) żyje :)
Żyję chociaż coraz mniej mi się chce. Staram się prowadzić tego bloga, coś pisać od czasu do czasu. Niestety życie wirtualne nie zastąpi tego realnego. A ja nie mam ani jednego ani drugiego. przypomniało mi się czemu zamknąłem poprzednią wersję tego bloga - pojawił się komentarz ze spamem. Nic się takiego nie dzieje abym miał o czym pisać. Miałem kontynuować Mandarynkowy Przewodnik ale jakoś nie mam ochoty, widząc zerowe zainteresowanie blogiem. I widząc to coraz poważniej myślę o zamknięciu bloga. Jego prowadzenie nie ma sensu jak nikt nie czyta. Moje życie (i muzyka) nie jest na tyle ciekawe aby o tym pisać najwyraźniej...
wtorek, 21 sierpnia 2012
Powrót bestii! :) + 1,5 recenzji ;)
Jak wczoraj zauważyliście, wróciłem. Powróciłem z miejsca gdzie nudno i jedyną rozrywką (poza wieczornym grillem) było granie w Herosów 1. xD Nawet muzyki za wiele nie słuchałem. Właściwie wyprawę na wieś rozpocząłem i zakończyłem "The Endless Season" (2010) którego przesłuchałem wczoraj aż 2x (raz w samochodzie i raz w domu).
Album ten brzmi zupełnie inaczej od reszty serii. Tak eterycznie i delikatnie. Są szybsze i rytmiczne partie ale tutaj przeważają rozlazłe, ambientopodobne brzmienia. Na płycie znajduje się 11 utworów ale moim zdaniem są nieco przydługie. Dość ciekawie zaczyna się ("Flashback" - jeden z ciekawszych kawałków moim zdaniem, kojarzy mi się z intrem do "Going West" granym podczas koncertów 2008/2009 ["Izu" i "The London Eye Concert"]). Ze względu na to przynudzanie album ten jest nieco słabszy od pozostałych. Myślę iż 4, 4+ to byłaby sprawiedliwa ocena. Jak na zakończenie cyklu - spodziewałem się czegoś lepszego.
Ale to nie wszystko. Obecnie słucham "Under Cover Chapter One" (2010) [którego jeszcze nie skończyłem]. Jest to album z coverami ale nie tylko elektroniki lecz głównie rocka. Pojawiają się na nim utwory z czasów młodości członków zespołu jak i "nieco" nowsze ("Norwegian Wood" Beatlesów - 1965, "Precious" Depechów - 2005). Oczywiście z wokalem Chrisa Hausla ale także inni członkowie zespołu się udzielają. O ile nie lubię jego śpiewu na "Madcap's Flaming Duty" to na tym albumie jego śpiew brzmi lepiej. Nie znam wszystkich utworów w wersjach oryginalnych ale covery w wykonaniu TD brzmią całkiem przyjemnie i ciekawie. Przykład? "The Model" Kraftwerk zrobiony na jazzowo. Wspomniany już "Precious" jest prawdopodobnie najwierniejszym coverem spośród 14 hitów które zostały wybrane. W następnym roku ma wyjść część druga. Nie mogę się doczekać kiedy opublikowana zostanie tracklista. Nie lubię tego albumu głównie za wokal (najlepsze TD = instrumentalne TD ;)) oraz za to, że wg. mnie jest to wyciąganie kasy od fanów (70-80 zł za 14 coverów, no kur...czak ;)). No ale stało się, mleko się rozlało. Trzeba przesłuchać bo to TD. ;)
Album ten brzmi zupełnie inaczej od reszty serii. Tak eterycznie i delikatnie. Są szybsze i rytmiczne partie ale tutaj przeważają rozlazłe, ambientopodobne brzmienia. Na płycie znajduje się 11 utworów ale moim zdaniem są nieco przydługie. Dość ciekawie zaczyna się ("Flashback" - jeden z ciekawszych kawałków moim zdaniem, kojarzy mi się z intrem do "Going West" granym podczas koncertów 2008/2009 ["Izu" i "The London Eye Concert"]). Ze względu na to przynudzanie album ten jest nieco słabszy od pozostałych. Myślę iż 4, 4+ to byłaby sprawiedliwa ocena. Jak na zakończenie cyklu - spodziewałem się czegoś lepszego.
Ale to nie wszystko. Obecnie słucham "Under Cover Chapter One" (2010) [którego jeszcze nie skończyłem]. Jest to album z coverami ale nie tylko elektroniki lecz głównie rocka. Pojawiają się na nim utwory z czasów młodości członków zespołu jak i "nieco" nowsze ("Norwegian Wood" Beatlesów - 1965, "Precious" Depechów - 2005). Oczywiście z wokalem Chrisa Hausla ale także inni członkowie zespołu się udzielają. O ile nie lubię jego śpiewu na "Madcap's Flaming Duty" to na tym albumie jego śpiew brzmi lepiej. Nie znam wszystkich utworów w wersjach oryginalnych ale covery w wykonaniu TD brzmią całkiem przyjemnie i ciekawie. Przykład? "The Model" Kraftwerk zrobiony na jazzowo. Wspomniany już "Precious" jest prawdopodobnie najwierniejszym coverem spośród 14 hitów które zostały wybrane. W następnym roku ma wyjść część druga. Nie mogę się doczekać kiedy opublikowana zostanie tracklista. Nie lubię tego albumu głównie za wokal (najlepsze TD = instrumentalne TD ;)) oraz za to, że wg. mnie jest to wyciąganie kasy od fanów (70-80 zł za 14 coverów, no kur...czak ;)). No ale stało się, mleko się rozlało. Trzeba przesłuchać bo to TD. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
