wtorek, 10 maja 2016

10.05.2016 - 35 lat Computer World

Dzisiaj jest wyjątkowy dzień. Dokładnie 35 lat temu Kraftwerk wydali Computer World / Computerwelt. Jeden z ich najważniejszych albumów i zarazem ostatni dobry nagrany w składzie Ralf - Florian - Wolfgang - Karl. Raz kiedyś już o tym albumie (zbiorowo) pisałem ale nigdy nie doczekał się osobnego tekstu. Tak więc dzisiaj nadrobię tą zaległość. 

Okładka albumu w wersji międzynarodowej.



Computer World ukazał się 10 maja 1981 roku. Płycie tej towarzyszyła największa trasa koncertowa zespołu (do tej pory). Do końca roku zespół, jeśli wierzyć różnym danym zebranym przez fanów, odwiedził nie tylko mnóstwo miast w Europie Zachodniej (nie tylko niemieckich) ale także Japonię, Polskę (gdzie jeden z utworów z tej płyty, Pocket Calculator, Ralf zaśpiewał po polsku ! ), Węgry i takie egzotyczne miejsca jak Indie i Hong Kong czy Australia (dowód: http://www.twingokraftwerk.com/concerts/index.html , Skan z prasy po angielsku o koncercie w Bombaju w Indiach).

Kraftwerk w Nowym Jorku (USA), 1981 - notabene: podobnie scena wyglądała podczas The Mix Tour w 1991 roku !
Kraftwerk w Sydney (Australia) w 1981 roku - oczywiście podczas Pocket Calculator
Pocket Calculator w 1981 raz jeszcze
Kraftwerk w Japonii w 1981 roku
Kraftwerk podczas The Robots, gdzieś w USA w 1981 roku - zamiast robotów obok muzyków stały ich sobowtóry (prawdziwe roboty się pojawiły dopiero w 1990-1991 roku)

Kraftwerk w 1981 roku - Autobahn
Kraftwerk w 1981 - Pocket Calculator w kolorze
Kraftwerk w 1981 - Neon Lights


Kraftwerk w Nowym Jorku (USA) w 1981 - Numbers

Niestety, wideo z 1981 nie ma za wiele - łącznie pewnie ok. 10 minut. Za to jest sporo bootlegów z koncertów - w tym jeden z Polski. ;)

Computer World to album wręcz futurystyczny. Tym razem Panowie Robotowie snują przed słuchaczami wizję Windowsa 95  (żart) wspaniałości komputerów, że to przyszłość rozrywki (It's More Fun To Compute) i w ogóle rewolucja (Computer World). Wówczas, jak ten album wychodził, na rynku nie było nawet ZX Spectrum (ten wyszedł w 1982). Tak więc Kraftwerk ze swoim Home Computer pomylili się - bagatela - tylko o 1 rok. ;)

W pewnym momencie sam Kraftwerk zasiadł do komputerów - od 2002 roku ich występy były już "z laptopa". Obecnie zespół się jeszcze bardziej zminiaturyzował i korzystają z tabletów i innych ustrojstw. :)

Kraftwerk podczas The Man Machine, 2004. Widać laptopy.

Kraftwerk podczas Metropolis, Amsterdam (Holandia), 2015 - brak laptopów ale mają tablety. Wizualizacje są w 3D, dlatego obraz za muzykami jest niewyraźny.


Cały album Computer World jest dostępny na Youtube:



1. Computer World

Wchodzimy w świat komputerów. Intensywny, technopodobny bit a potem bas i delikatny, miękki, pastelowy wręcz motyw klawiszowy. Zespół w tekście m.in wylicza, co w dzisiejszym świecie jest ważne np. pieniądze, ludzie, biznes czy rozrywka. ;) Cały czas panuje taneczny klimat a muzyka ma ciepłe brzmienie (jak na Kraftwerk). Bit może nawet hiphopowy, choć Ralf nie rapuje. Raczej mówi niż śpiewa. W niemieckiej wersji pojawia się wizja iż komputer dotrze do każdego domu i firmy. Ba, nawet przyszłość stoi na komputerach (i grach) - 
"Automat und Telespiel
leiten heut' die Zukunft ein.
Computer für den Kleinbetrieb,
Computer für das Eigenheim."

--

Automaty i gry wideo
To dziś rządzi przyszłością
Komputer dla małych firm
Komputer dla rodzin

Słowem - wizja skomputeryzowanego świata wg Kraftwerk stała się ciałem. Czego dowodem jest ta recka - napisana na kompie i wrzucona do Internetu a nie na kartce papieru i do szafy (choć kilka recenzji faktycznie narodziło się na papierze - np, te pisane na zajęciach na studiach). :D 

2. Pocket Calculator

Wesoły rytm i melodia. Bardzo zachęca do tańca (i bawienia się kalkulatorem :D ). Krótki ale zabawny tekst o byciu kalkulatorowym muzykiem. Utwór okraszają stosowne, dość śmieszne efekty dźwiękowe (np. te, po słowach "By pressing down a special key, it plays a little melody" - "Mały klawisz naciskamy i melodię wygrywamy" -> tłumaczenie oficjalne, śpiewane na koncertach). Utwór nie ma aż tak dużo basu ale i tak powoduje uśmiech na twarzy. Jeden z singli z tej płyty. Wyszedł oficjalnie także po niemiecku i ... japońsku (na singlu - Dentaku). Zabawna piosenka o "umilaczu" matematyki. ;)

3. Numbers

Melodia jest budowana stopniowo i powoli. Towarzyszy jej odliczanie od 1 do 8 (po niemiecku). Wciągająca melodia i rytm. Utwór nie ma tekstu poza odliczaniem (nie tylko po niemiecku, np. 1 - 4 są także po hiszpańsku a także 1-3 po japońsku). Na koncertach obowiązkowo przed Computer World (zawsze z przejściem w ten drugi utwór).

4. Computer World 2

Instrumentalna kompozycja będąca miksem Numbers i Computer World. Bardzo łagodna melodia inspirowana tym ostatnim kawałkiem z bitem wzorowanym na poprzednim utworze z tej płyty. Pojawia się także odliczanie. Na końcu - natłok liczb (efekt ten pojawia się na koncertach i zespół po nim przechodzi do Computer World).

5. Computer Love

Jeszcze raz łagodna melodia w połączeniu z przyjemnym rytmem. Tym razem o samotności i... randce. Może z którymś ze Słoneczek ;) ? <3 Niby miłość komputerowa ale pojawia się ekran telewizora. Może to miłość przez telegazetę? :D Tą miłą dla ucha piosenkę napędza delikatny "mowośpiew" Ralfa. Nie czuć, że w zespole jest dwóch perkusistów, choć nie jest to wykluczone iż obaj pracowali w tym utworze. Zresztą Wolfgang chyba niewiele robił na tej płycie - nigdzie nie jest wymieniony poza tym, że jest członkiem zespołu. Po piosence następuje dłuższa, bardziej intensywna i rytmiczniejsza instrumentalna część. Kraftwerkowy wymiar miłości.

6. Home Computer

Włączamy prymitywny komputer i dajemy się ponieść magii informatyki. Niesie nas hiphopowy bit i tajemnicza, ciekawa melodia. Razem z Ralfem mówimy: "I program my home computer / Beam myself into the future" ("Programuję swój domowy komputer / Mój własny promień do przyszłości"). Utwór ten to głównie kompozycja instrumentalna, pełna ciekawych efektów i skocznego, nośnego bitu. Wygenerowano bez użycia komputera. Szalona nuta.

7. It's More Fun To Compute

Home Computer zanika a my wyrzucamy się w przyszłość z nowym hitem od Kraftwerk. Znowu muzyka przyszłości. Tym razem jeszcze mniej tekstu (tylko tytuł piosenki powtarzany kilkanaście razy). W zasadzie wszystko, co napisałem o poprzednim utworze można przenieść na tą kompozycję. Utwór się ciekawie rozwija. Miło posłuchać tak mocno basowego a jednocześnie wciąż intrygująco delikatnego i łagodnego Kraftwerk. Druga część tego utworu ma "czarne rytmy". Wow.

Wraz z końcem "It's More Fun To Compute" nastaje koniec płyty. 35 minut dobrej muzyki. Krytycy mogą zarzucać albumowi "Computer World" pewne zbyt jednorodne, zbyt monotematyczne brzmienie. Z drugiej strony, to brzmienie przyczyniło się do rozwoju rapu. Mnie się bardzo podoba. Na dobrych słuchawkach można poczuć pozytywną energię płynącą z kraftwerkowej Elektrowni.

"Computer World" (1981), razem z "The Man Machine" (1978), to jedne z najpopularniejszych płyt zespołu. Obie wniosły sporo do image'u Kraftwerk. "The Man Machine" - Roboty. "Computer World" - ucieleśnienie zainteresowania nowoczesną technologią i przyszłością.

To po prostu jedna z najważniejszych płyt zespołu. Choć w zasadzie wszystkie są ważne. Taki dziwny przypadek, że oni jak coś wydadzą to po wielu latach ale zawsze im się udaje odwalić kawał niesamowitej, porządnej muzycznej roboty.

Mam nadzieję, że Antenki (Wy, Czytelnicy) złapaliście moje pozytywne, Kraftwerkowe wibracje i  odebraliście moje (Transmitera) informacje. :D

(to z tekstu "Antenna" z Radio-Activity z 1975: 

I'm the Antenna
Catching vibration
You're the transmitter
Give information!

----

Jestem anteną,
Łapiącą wibracje,
Jesteś nadajnikiem,
Daj informacje! )

niedziela, 8 maja 2016

08.05.2016 - Nowe Słoneczko wschodzi nad Elektrownią

Niedawno poznałem nowe Słoneczko no i z tej okazji postanowiłem napisać dla niej recenzję. Do zestawu Słoneczek i Chmurki dołączyła Słoneczko Wiktoria. ;) Skoro przyłączyłem ją do mojego Słonecznego Panteonu to w związku z tym dedykuję Jej tą recenzję.

A nowe Słoneczko woli rocka. Dlatego wybrałem coś bardziej rockopodobnego do dzisiejszej recenzji. Choć zespół jest Wam znany (z mojego bloga i nie tylko, mam nadzieję) to jednak nie w tej odsłonie. Oto przed Wami recenzja krautrockowego debiutu Kraftwerk ! Pierwszy album zespołu (choć nie pierwszy w którego nagraniu uczestniczyli założyciele Kraftwerk).



Zanim na scenę wkroczyły roboty a wizualizacje towarzyszące przebojom zespołu stały się trójwymiarowe, Kraftwerk grali rocka. Nie był to typowy rock. To była nowa jakość. Źródłem całości była.. II Wojna Światowa. Porażka Niemiec i okupacja sprawiły, że kultura amerykańska stawała się bardziej popularna. Kraftwerk poszukiwali Niemieckości, szukali czegoś nowego. Zaczęli łączyć tradycyjne instrumenty z rodzącą się wówczas elektroniką. Rzecz jasna, dość prymitywną.

Sam zespół wydaje się iż odciął się od swoich korzeni. Nie grają tych utworów na koncertach. Nie wznawiają płyt. Mają jednak świadomość istnienia pirackich wydań swoich najwcześniejszych albumów. Ostatni raz na żywo pojawiły się w 1975 roku. Macie więc do czynienia z recenzją białego kruka, płyty-legendy.



Oto i cały "Czerwony Pachołek Drogowy" w swojej okazałości ! Cały album na YT. A po necie krąży przegrany winyl. Nie będę się chwalił ale wspomnę iż posiadam i tą zgrywkę z winyla jak też oryginalnego winyla (mam nadzieję, że to oryginał).

Zespół wówczas składał się z Ralfa Hüttera (gitara, organy Hammonda, tubon - jakaś forma zmodyfikowanych elektrycznych organów, mało znany instrument), Floriana Schneidera-Eslebena (flet, skrzypce, perkusja) oraz dwóch perkusistów, w tym jeden z założycieli Neu! (Klaus Dinger oraz Andreas Hohmann). Późniejsze dwa albumy z wczesnego okresu Kraftwerk były nagrane tylko w składzie: Ralf + Florian. Florian grał w Kraftwerk aż do 2008 lub 2009 roku. Odszedł sam - niewiele wiadomo co teraz robi.

Ralf Hütter, 1970-1973 z gitarą.

Florian Schneider-Esleben, Ralf Hütter i ktoś jeszcze. Jakiś wczesny skład Kraftwerk.

Bardziej aktualne zdjęcie Ralfa (obecnie 69 lat)
1. Ruckzuck.

Utwór otwiera flet Floriana. Dość poważne brzmienie, które przechodzi w bardzo "wycieczkowego" rocka. Słychać gitarę basową i perkusję a także wesoły flecik. Motyw z początku powraca co jakiś czas ale w nieco szybszej postaci. Flet jest dominującym instrumentem. Jest to jednocześnie bodajże najbardziej rozpoznawalna fletowa partia w całej wczesnej dyskografii zespołu. W drugiej minucie wchodzą bardziej pinkfloydowskie klimaty i powraca flet, jeszcze szybszy. Co jakiś czas Ralf gra psychodeliczne dźwięki na klawiszach. W pewnym momencie wesoły i skoczny flet się urywa a słuchacz jest raczony psychodelią. Dźwięki klawiszowe sprawiają wrażenie urwanych, jakby z deka przypadkowych. Stukający mechanizm wesołości ciągle perkusyjnie stuka. Utwór nagle staje się jeszcze dziwniejszy pod koniec - nasza maszynka się psuje? I nagle na zakończenie - motyw z początku w jeszcze skoczniejszej wersji, powtórzony po dwakroć. 

2. Stratovarius

Tajemnicze wycie. Elektronika skrzeczy. Wczesny Kraftwerk otwiera wrota piekieł. Grzeczny chłopiec (patrz zdjęcia) Ralf przywołuje ZUO. Całość brzmi jak pean dla Najmroczniejszego. Albo dla jakiegoś wielkiego Elektrycznego Generatora.

O, np. takiego

Dużo tu strasznych, budzących grozę dźwięków. Może tak brzmi piekło dla fanów elektroniki? ;) Słychać tu wyraźną dominację brzmień organowych i pokrewnych. Brzmi to jak ta psychodeliczna i dziwna część poprzedniego utworu. Jakieś skrzeki, wycie, organy. Nagle - burza elektronowa. Z nieba spadają protoatomowe neutrina. Deszcz neutrin zalewa psychoplanetę z Elektrownią. W środku jej słychać czyjeś kroki. Ktoś się chyba wywalił na schodach. Coś spadło. Toczy się muzycznie do rytmu gitary. A teraz czas na psychorocka. Przesterowane, szalone gitary. Wow, Ralf nieźle daje po strunach. Podoba mi się to szaleństwo. Z grozy przechodzimy w otchłań rockowego szaleństwa muzycznego. Nagle taśma z muzyką przyśpiesza. Jakaś awaria? Słychać dialog maszyn. Po chwili znowu słychać rocka granego na elektrodach. LSD zdominowało imprezę. Teraz można potańczyć. Cały czas coś skrzeczy w głośniku. Jeszcze raz awaria? Słychać skrzypce? Ktoś umarł? Może maszyny? Głośnik? W każdym razie nastrój muzyki zmienił się na dość żałobny (na swój psychodeliczny sposób). A może to faza ćpuna, któremu zdaje się, że umiera? Naćpał się neutrin.. a mówione było, nie idź w deszcz... teraz to na 100% są ćpunskie wizje. Nie tup tak głośno!!! Ucieka przed elektrolitycznym smokiem czy co? Powrót udziwnionego rockmana... Koniec. Żadnego zakończenia.... Jest mi dziwnie i smutno.

3.  Megaherz

Megaserce albo Megaherz, jednostka miary taka. W tytule jest gra słów. Utwór otwiera dziwna maszyneria. Która buczy. BUUUUUUUU. Rozpędza się, zwiększa obroty. Pojawia się atmosfera grozy i strachu, znana z poprzedniego utworu. Wielki Generator ZUA pracuje nad najbardziej perfidnymi i złymi rzeczami. Coś przerywa jego prace. Są zakłócenia na antenie. Nagle zwolnił i cicho oraz czule szepcze słuchaczowi do ucha najbardziej perwersyjny plan zniszczenia świata. Najłagodniej i najdelikatniej jak tylko potrafi. Piękno i namiętność oraz czułość "umaszynione" (bo przecież maszyna nie ma ciała więc nie mogę napisać, że "ucieleśnione"). Słychać także coś w stylu dzwoneczków. Ta partia zdecydowanie kontrastuje z początkiem utworu. Kołysanka dla dzieci-robotów? Dla małych maszyn ludzkich? Namiętność zanika, pozostają dzwoneczki. Teraz słychać flet, który świszczy. Flet uprawia muzykę poważną na tle muzyki rodem ze złomowiska. Próba ucywilizowania Metropolis. Słychać coś, co można wziąć za robooklaski. Po każdej partii fletu słychać klaskanie maszyn. Wtedy nie było fejsbuka i nie mogły dać lajka. Po pewnej chwili maszyny się przyłączają do koncertu ze swoimi świstami oraz buczeniem i podobnymi elektrodźwiękami. Część z nich klaszcze. Mechanoorkiestra zostaje nagrodzona brawami. Orkiestra wieńczy ten utwór, choć brakuje tu definitywnego zakończenia.

4. Vom Himmel Hoch.

Jeszcze raz jakaś maszyneria. Tym razem to jakiś silnik. Coś wzbija się w powietrze. Rozpędza się i startuje. Słyszymy wyraźnie jak pracuje. Przed drugą minutą już wzlatujemy. Coraz wyżej i wyżej. Na szczyty wyobraźni. Pędzeni muzyką! Lecimy ponad chmurami (i Chmurką :P :* ). Spadamy i rozbijamy się. Maszyneria ledwo dyszy. Silnik się rozpada na kawałki. Przeciążenie. Powstaje problem. Trzeba to naprawić. Postukaliśmy, trytytki w ruch. Próbujemy naprawić Kraftwerkolot. Stukamy coraz mocniej i szybciej. Stal staje się naszą perkusją. Faza ! O_o Disco ! Melanż ! Tańczymy psychodelicznego bredgensa czy jak mu tam. Uwielbiam tą część tego utworu. Ten psychodeliczny, udziwniony rytm. Jazda na całego. Manieczki ! Techno ! Z Kraftwerkolotu zrobiliśmy mobilną dyskotekę. Muzyka znika. Silnik przemówił. A teraz Pat i Mat przedstawiają... dialog maszynoludzi z maszyną. Chciałbym znać ten język. A w tle coś się z maszyną nam kiełbasi... Jeszcze raz naprawiamy. Chyba działa. Przy okazji wynajdujemy nowy styl taneczny - naprawadens (ze szwagrę, oczywiście). Zaczyna się impreza. Prawdziwa psychodeliczna orgia dźwięków. I grafomańskich wymysłów moich. Na szczęście (dla Was) to już koniec. Ostatnie tchnienia maszyny. I całość robi piękne... jebudu. Szkoda. Fajnie grała.

Debiutancki album Kraftwerk to muzyka nieuporządkowana, chaotyczna i dziwna. Bardzo zakręcona i zmechanizowana. Dużo w niej psychodelii i udziwnień. Niewiele tu jest tradycyjnego rocka. Dominują tu dziwaczne brzmienia organopodobne. Bach byłby wściekły. Ciężko jest tą muzykę nawet opisać.

Trudno opisać ale dałem jakoś radę. Zastymulowała mój mózg do stworzenia tego "dzieła". Większość pewnie i tak zapamięta tylko ten wesoły motyw z Ruckzuck. Nie jest to muzyka do słuchania na codzień. Jeżeli lubicie dziwactwa dźwiękowe - polecam tą płytę. Jeżeli nie ale macie ochotę na małe sadomaso dla swoich uszu - również polecam. A normalnym mugolom polecam trzymać się od tego z daleka ! ;)

(Kiedyś czytałem pierwszą książkę o Harrym Potterze, to stąd ten mugol :P  Nie pamiętam co to oznaczało.)

piątek, 22 kwietnia 2016

22.04.2016 - Cztery Dekady Odlotu z SBB - Część 1 z 2

Dzisiejsza recenzja będzie nietypowa. Dotyczyć będzie płyty, której słuchałem dzisiaj rano (nie skończyłem odsłuchu) i z trudnością przesłuchałem popołudniu. Podczas odsłuchu kłębiły mi się różne myśli, które chciałbym wyrazić. Nie jest to recenzja świeża i będzie krótsza niż zwykle ale nie chce mi się raz jeszcze tego samego słuchać. Nie mam siły.

Słuchałem pierwszej płyty Four Decades (2009), albumu koncertowego SBB. Ukazał się on także jako DVD. Oba wydania przedstawiają ten sam koncert zespołu - Katowice, 19.11.2007. Zespół wówczas promował jeden z moich ulubionych albumów - The Rock (szkoda, że tytułowego utworu nie grają na żywo - wrzucę na oficjalnego fejsa i "Józek, nie daruję ci tej nocy" jak nie zagrasz na koncercie The Rock jak będę :D ). Choć w takich przypadkach, zespoły grają sporo aktualnego materiału - SBB za to wybrali nowe, ciekawe aranże dla swoich klasyków. Nawet lekko zmodyfikowali utwór, który otwierał koncert (jeden z aktualnej wówczas płyty).

Okładka DVD. Wyd. 2 CD (digipack) ma identyczną.


Patrząc na setlistę, koncert jak koncert - w zasadzie nic specjalnego. Ot, zespół prezentuje na żywo klasyki + aktualne nowości. Może budzić rozczarowanie - bo ileż to razy możemy słyszeć Odlot ? A co z Wizjami? Wizji nie będzie, przynajmniej u mnie. ;) A z zielonych rzeczy mam co najwyżej gałki od szafki. :D SBB za to jak zwykle zaskakują aranżami - zawsze utwory nieco się różnią. Zawsze coś nowego, świeżego jest - nawet we wspomnianym i pozornie wyeksploatowanym Odlocie.

1. Pielgrzym

Koncert otwiera jeden z nowych utworów. Jest to jeden z najlepszych i najbardziej tajemniczych utworów z płyty "The Rock" (wartej recenzji - chyba jej nie przedstawiłem na blogu, mea culpa). Prawie dwie minuty dłuższy niż wersja studyjna ale to dzięki efektownemu i bardzo klimatycznemu wstępowi, który można krótko opisać cytatem z tejże kompozycji "Wiatr duszę mą porywa". Piękny, mocny wstęp.

2. Odlot

Zarówno część liryczna jak i muzyczne szaleństwo zespołu. Jest to dość łagodna wersja i przyjemna w odsłuchu. Tam, gdzie trzeba, zespół daje czadu ale nie przegina. Jak zwykle wspaniały wstęp - uwielbiam go ! Ten moment jak z mocnej popisówy przechodzą w liryczny fragment ze śpiewem.

3. Suita Going Away (Freedom With Us - 3rd Reanimation - Going Away - Żywiec Mountain Melody)

To nie żart. Serio jest całość. Na dodatek zaaranżowane odmiennie niż na albumie Follow My Dream. Prawdziwa gratka. Podobało mi się choć w tym momencie pojawiły się pierwsze zgrzyty: pewnie z niewyspania nie byłem w stanie dobrze przyswoić sobie tej cudnej wersji Going Away oraz wręcz znienawidziłem tą aranżację Żywiec Mountain Melody. Dla mnie jest ona nie do zniesienia. Zbyt mocno rozbudowana i jakaś taka zupełnie nie podobna. Za to należy wyróżnić Going Away (jedna z najlepszych wersji jakie do tej pory słyszałem - a najgorsza to chyba byłaby ta w bonusie do wersji deluxe albumu Blue Trance). W 3rd Reanimation podobał mi się ten motyw (cudowne, głębokie brzmienie) z trąbkami (nie wiem jak to nazwać) - to, co jest po perkusji. Nie da się zanucić tego w sposób tekstowo.

Ale da się zanucić słowem i tekstem innego klasyka: https://www.youtube.com/watch?v=BhB2ZcXWJDk
 

Uwaga: wchodzicie na własną odpowiedzialność ! :>


Na zakończenie pierwszej płyty - Memento! Niestety, początkowa radość przechodzi w zawód. Nie podoba mi się ta aranżacja. Ledwo przesłuchałem ją w całości. A i to sprawiło mi wielki problem. Przegięcie. Pomysł ciekawy ale wykonanie fatalne. Dopiero gitary sprawiły, że choć nieco się ożywiłem. Szkoda, że tak skopali Memento. Uwielbiam oryginał. Jedna z moich pierwszych kupionych płyt SBB.

Morał jest prosty choć niektórym znany: chcieliśmy dobrze a wyszło jak zwykle. :D Chociaż nie, to jest naprawdę dobry koncert. Ciekawe, interesujące aranże, cała suita Going Away (kiedyś to powtórzyli? Chyba nie). Niestety, 2 ostatnie utwory rujnują wszystko - Żywiec Mountain Melody i Memento Z Banalnym Tryptykiem. Zaprezentowane aranżacje są dla mnie kakofonią. Chyba nigdy nie czułem takiego zawodu ze strony SBB.

Ocena: 4. Wiem. Jestem za łagodny. Nawet kształty mam misiowate. :P

Ps. Linki z YT pochodzą tylko z tego koncertu. Jeżeli jakość nie przystoi oficjalnemu wydaniu - przepraszam. Zgodnie ze swoją polityką - nie zamieszczam plików a filmy linkuję z YT (jeśli są). Chcecie posłuchać całości - kupcie oryginał !

sobota, 16 kwietnia 2016

16.04.2016 - Ona Jest Słoneczkiem czyli Beatles' 65

Dzisiaj będzie recenzja albumu Beatlesów. Ostatnio mniej mnie ciągnie do elektroniki (jeśli w ogóle). Parę albumów Beatlesów już było omówionych na tym blogu ale nie zawadzi dodać ich nieco więcej. :) Do tej pory z katalogu Beatlesów zrecenzowałem: Please Please Me (1963) i Rubber Soul (1965). Ten ostatni post został zadedykowanych Chmurce. :* :) Dla równowagi, ta recenzja jest dedykowana Słoneczku Agnieszce ;).

Większość albumów Beatlesów wychodziła w odmiennych wersjach na Stany Zjednoczone i Europę. Do tego istniały edycje mono i stereo. Amerykańska dyskografia Beatlesów jest raczej trudna do pozyskania, choć wyszły jej wznowienia na CD. Teraz jest nieco łatwiej i nawet w sklepach można je dostać.

Jednym z amerykańskich albumów Beatlesów jest właśnie Beatles '65, wydany w 1964 roku. Jest to amerykańska edycja ich albumu Beatles For Sale (tak, taki jest tytuł) wydanego w samym roku. Różnice są znacznie większe niż tylko okładka - lista utworów jest inna a sam album jest krótszy niż jego europejski odpowiednik. W ramach wznowień amerykańskiej dyskografii tego zespołu, także i ta płyta stała się dostępna na CD.

Wczoraj udało mi się kupić jej aktualne wydanie rynkowe (2014). Warto zwrócić uwagę, że na płycie są 22 utwory - cały album w wersji mono i jeszcze raz ale w wersji stereofonicznej. Patrząc na stan kupionej przeze mnie płyty oraz jej cenę (używaną, jaką kupiłem i nówkę) to mam poczucie iż sporo przepłaciłem. Ale za to całość prezentuje się naprawdę fajne - jak replika winyla. :)

Edit: ojciec obejrzał płytkę i doszliśmy do wniosku, że to jednak jest nówka. Ale trochę przepłaciłem. Nówka w sklepie kosztuje ok. 45-50 zł, ja dałem 35. Nie ma na co narzekać bo i tak kupiłem taniej. :)


Posiadam w swojej kolekcji też pierwsze wydanie CD albumu Beatles For Sale (1964), które zawiera tylko i wyłącznie nowe piosenki zespołu. Beatles '65 (też 1964) to poniekąd składanka - pominięto część piosenek (które ukazały się na następnym amerykańskim albumie) a w zamian dodano np. I'll Be Back (które ukazało się na A Hard Day's Night w 1964 roku). W zasadzie jedyna piosenki, której mi brakowało w mojej kolekcji Beatlesów to She's A Woman, która pierwotnie wyszła na singlu a cały ten singiel (She's A Woman / I Feel Fine) został wrzucony na Beatles '65. 

Pierwsza strona winyla (w oryginalnym wydaniu) jest tożsama z pierwszą stroną Beatles For Sale. Na drugiej zawarto tylko dwa utwory z tego albumu. W efekcie jest tak jak to zwykle u Beatlesów bywało - na albumie po jednej piosence ma każdy z nich - nawet Ringo i George.

Parafrazą tytułu piosenki She's A Woman (Ona Jest Kobietą) jest tytuł niniejszej recenzji. Oczywiście zamieniłem kobietę na Słoneczko. ;)

Odsłuch i recenzja zostaną dokonane na podstawie monofonicznej wersji Beatles '65 (pierwsze 11 utworów na płycie).

1. No Reply

Beatlesi wciąż luźni. Miła dla ucha piosenka z piękną wstawką gitarową przy słowach "I saw the light" (Widziałem światło) i "I nearly died" (Prawie umarłem). Choć tekst jest smutny (kobieta chodzi z innym a ten drugi stara się ją odzyskać mimo iż go oszukała). Całość brzmi dobrze.

2. I'm A Loser

Nigdy nie słyszałem tej piosenki brzmiącej tak dobrze ! Wstęp powala. Beatlesi znowu grają wesołą melodię do smutnej piosenki (o utracie kogoś bliskiego, kochanego). Fajny bas Paula no i wokal Johna Lennona (choć pojawia się też i Paul). Ok. 1.17 zaczyna się solówka - wyraźnie wybija się harmonijka (Lennon) a później gitara. Na końcu również mamy harmonijkę.

3. Baby's in Black

Hit o smutnym tekście. Można się pobujać do tej wspaniałej melodii. Piosenka jest o mężczyźnie, który cierpi z powodu tego, że jego ukochana myśli o kimś, kogo straciła (umarł?). Fajna choć łagodna solówka gitarowa.

4. Rock And Roll Music

Najszybsza, jak dotąd, piosenka. Lennon śpiewa naprawdę szybko. Prawdziwy rock & roll w wykonaniu Beatlesów (choć to jest cover Chucka Berry'ego). Wzbogacony o fortepian (George Martin). Szalona nutka, może poderwie kogoś do tańca. ;)

5. I'll Follow The Sun

Powrót do klimatów muzycznych typowych dla piosenek z tej strony płyty. Łagodność, czułość, tkliwość i miłość. No i Słoneczko w tytule. ;) Jedyna piosenka na tej stronie śpiewana tylko przez Paula McCartneya. Solówka krótka ale wzruszająca i chwytająca za serce.

6. Mr. Moonlight

Kolejny cover, tym razem kogoś mało znanego. Lennon na wokalu i nieźle się popisuje. Paul gra na organach Hammonda (słabo słyszalne, gdzieś na drugim planie, ale miła dla ucha partia, taki smaczek) a także ma solówkę na nich. Choć raz tekst nie jest smutny.

7. Honey Don't

A tym razem Ringo. Kolejna dość szybka i wesoła piosenka choć tekst znowu trochę smutny. Miło plumkają. Kolejny cover (Carl Perkins). Fajna solówka, o którą prosił Ringo. Podoba mi się ta piosenka. Jest naprawdę super. Jak wszystko co Słoneczne i słonecznikowe. ;)

8. I'll Be Back

Piosenka z A Hard Day's Night (1964), części studyjnej. Nie ukazała się na amerykańskiej wersji tego albumu (za to wrzucili tam, rzadką obecnie, piosenkę This Boy). Czuć, że jest trochę odmienna stylistycznie od nagrań na Beatles '65. Przynajmniej tekst jest smutny więc pasuje do kompletu. ;)

9. She's A Woman

Mocny i świetny początek. Bardzo dynamiczna i wesoła piosenka. Na swój sposób nawet szalona. Podoba mi się ten zakręcony bas Paula. No i wspaniały wokal - również zakręcony i szalony. Pojawia się tu fortepian (Paul) ale nie czuję go. Najmocniejszy utwór na tej płycie. Cudowny, lepszy od wersji z koncertów (płyta ukazała się w 1977, więc grubo po rozpadzie Beatlesów).

10. I Feel Fine

Eksperymentalny początek a potem znowu wesoło i dynamicznie oraz szybko.  Druga strona singla She's A Woman / I Feel Fine. Na swój sposób to dość słodka i cukierkowata piosenka.

11. Everybody's Trying To Be My Baby

Kolejny cover Carla Perkinsa. Jedna z moich ulubionych piosenek. Może ze względu na tekst  ;) (wrzucam tłumaczenie):

Zebrali z drzewa trochę miodu,
ubrali i nadali temu moje imię,

Każda chciałaby być ze mną, (x2)
teraz każda chciałaby być ze mną,

Czy to wpół do dziesiątej, czy wpół do piątej,
pięćdziesiąt kobiet dobija się do moich drzwi,

Wczoraj wyszedłem na miasto, nie zostałem do późna,
ale zanim wróciłem do domu miałem dziewiętnaście randek 

Kolejna szybka i wesoła piosenka, tym razem z wokalem George'a. Mocny koniec albumu. Więcej popisów na gitarze.

Szkoda, że ja nie mam takiego brania. ;)

Podsumowanie

Beatles '65 jest odmienna od Beatles For Sale. Brakuje na niej kilku hitów (np. Words Of Love czy Every Little Thing) ale za to druga strona płyty wydaje się być kompletnym zaprzeczeniem pierwszej. O ile na stronie A mamy niespecjalnie szybkie piosenki i smutne teksty to strona B jest zdecydowanie żywsza i szybsza (She's A Woman ! ).

Czy warto było kupować okrojoną wersję Beatles For Sale dla 2 kawałków (She's A Woman i I Feel Fine) ? Na pewno nie za taką cenę (35 zł) i nie w takim stanie ale raczej tak. Jestem wręcz zakochany w She's A Woman.

Ciężko mi jest ocenić tą płytę. Ja dość rzadko jej słucham ale lubię ją. Jeśli ktoś ma ochotę na coś łagodniejszego - myślę iż ta płyta się nada. Bez specjalnych przegięć (najwyżej Rock And Roll Music i She's A Woman), raczej dość łagodna i spokojna muzyka. Jest w niej także nutka romantyzmu (np. I'll Follow The Sun).

Płytę oceniam pozytywnie. O. Nie będę się silił na ocenę. Obiad stygnie. xD

środa, 13 kwietnia 2016

13.04.2016 - Welcome po długiej przerwie ! ;)

Ten rok nie jest zbyt łaskawy dla mnie i dla mojego bloga. Mało piszę, niewiele słucham.W międzyczasie utworzyłem nową stronę swoją (bardziej profesjonalną, skrojoną pod treści akademickie). Jej adres to www.pkalowski.ct8.pl - przepraszam za wolne ładowanie się strony i za dziwną domenę ale cóż, za darmo... Strona powstała z nudów w Wordpressie, sam nawet trochę szablon edytowałem.

Powinienem się pouczyć i pisać dalej ale pomyślałem, że napiszę recenzję. Mam trochę nowego materiału do odsłuchu a i myślę nad napisaniem recenzji czegoś innego - to już niespodzianka. Nawet Słoneczka nie zgadną. ;)
Przymierzam się i odsłuchuję już po raz któryś nową, potencjalną płytę do recenzji. Zdradzić mogę jedno: jest starsza ode mnie (ja mam 24 lata, rocznik 1991). :D

Niektórym osobom tytuł tego tekstu powinien już coś sugerować. "Welcome" to tytuł przedostatniej płyty SBB wydanej przed rozpadem zespołu. Album ukazał się w 1979 roku i był szykowany na rynki zachodnie - wszystko po angielsku, włącznie z tytułami piosenek. Osiągnął spory sukces a przynajmniej jeden z utworów stał się ikoną zespołu, która w każdej aranżacji cieszy rzesze słuchaczy na koncertach.



Mimo iż album ten jest jednym z ulubionych przez fanów to jednak dość ciężko było go dostać. Sytuacja uległa poprawie gdyż ukazało się w 2015 roku wznowienie tej płyty, razem z "Follow My Dream" (1978). W obu przypadkach bonusy są odmienne niż na wydaniach z 2004 roku więc wciąż warto polować na starsze wydania tychże albumów. 

Tradycyjnie już zostaną pominięte bonusy przy recenzji. "Podstawową" wersję albumu tworzy 7 utworów o łącznym czasie trwania 41 minut. Cały album jest na Youtube tutaj (wyd. 2004, z wieloma bonusami). Zachęcam do odsłuchu, jak ktoś nie zna.

1. Walkin' Around The Stormy Bay

Delikatne, misterne i tajemnicze klawisze (może fortepian?) wzbogacone o elektroniczne efekty otwierają tą kompozycję. Utwór nabiera patosu i mocy a potem uderza mocnym i szybkim rytmem. Motyw ten głęboko wbił mi się w pamięć, tak jak dalsze brzmienia keyboardów Józefa Skrzeka. Nagle całość milknie i mamy duet fortepianu oraz perkusji. Także i tak, z lekka jazzująca, partia jest okraszona elektronicznymi ozdobnikami (niezwykle piękne, zwłaszcza te z lekka imitujące skrzypce!). W późniejszej części to jednak nie będą ozdobniki a główne brzmienie. Utwór co chwilę zmienia swoje brzmienie i klimat. Zespół co chwile zmienia graną przez siebie melodię. W 5 minucie SBB wracają do motywu z początku utworu ale w szybszej, bardziej krzykliwej i weselszej wersji. Ostatecznie motyw i tak powraca w oryginalnym brzmieniu, z krzykliwym i wyraźnym zakończeniem.

2. Loneliness

Smutna, zadumana kompozycja na fortepian. Oczywiście z elektronicznymi ozdobnikami, które brzmią niczym sunące się po policzku łzy. Utwór, choć smutny, to jednak potrafi zaskakiwać ciekawymi brzmieniami. Chyba na moich poprzednich słuchawkach brzmiało to znacznie lepiej. Przy okazji, nie polecam Brainwavz, model Alpha. Wracając do utworu, po 3 minucie staje się on znacznie odważniejszy i dynamiczny. Słychać gitarę a całość ma tak jakby z lekka Jarre'owskie zacięcie. Nie wiem czemu ale tak myślę, że trochę to w klimatach JMJ jest (oczywiście minus gitara Antymosa Apostolisa). Instrumentalne uzupełnienie, niejako w kontraście do głównej części. Wspaniały finisz.

Edit: Ja mam model Delta. Nie jest źle jednak. Okazało się, że cały czas korzystałem z zepsutej słuchawki... teraz ta zepsuta w ogóle odpadła. :D

3. Why No Peace

Jeszcze raz fortepianowe brzmienia i elektroniczna orkiestra. Po krótkiej chwili utwór nabiera rumieńców i kolorów. Pojawia się także delikatna gitara. Podoba mi się mocniejsze, basowe brzmienie perkusji Jerzego Piotrowskiego. Utwór wraca także do swojej początkowej formy. Widać iż, tak jak poprzednie, stanowi dość rozbudowaną i dynamiczną krótką formę. Piosenka, choć stara, agituje za obecnym rządem - Łaj noł PiS (pol. Czemu nie PiS) :D W 4 minucie czuć dłuższą ale ciekawą i delikatną przerwę. Po niej, znowu muzyka "wybucha". Końcówka jest bardzo szybka i hałaśliwa (a nawet - Skrzekliwa ;) ).

4. Welcome Warm Nights And Days

SBB i fortepian raz jeszcze. A raczej - once again, czyli znowu i po raz kolejny. W końcu to "angielska" płyta SBB. ;) Syntezatory podkreślają nastrój i dodają specyficznego smaczku do tej piosenki. Choć pewnie i "akustycznie", w aranżacji na sam fortepian byłaby całkiem fajna. Jedna z najłagodniejszych partii na tej płycie.

5. Rainbow Man

Tym razem... Silesian Blues Band. Łagodna, krótka forma bluesowa z klawiszowymi wstawkami. Piękny fortepian (?). Ostatnia minuta to szaleństwo w wykonaniu SBB - do kompletu instrumentów dochodzi harmonijka ustna. Świetna perkusja na końcu.

6. How Can I Begin

Tajemnica. Nabożeństwo. Klawiszowa uczta zmysłów. Uczta dla ucha i ducha. ;) Delikatna gitara (albo coś w tym stylu) na tle organopodobnych brzmień. Taką melodię chciałbym usłyszeć na swoim pogrzebie... serio ! :) Szkoda, że w krótkiej wkładce do tego albumu nie ma tekstów piosenek. Mistyczny klimat muzyki. Dla mnie, jako fana (a może nawet konesera) brzmień klawiszowych ten utwór to arcydzieło. Ostatnie 2 minuty są po prostu cudne.

7. Last Man At The Station

Ostatni człowiek na peronie znajdującym się na ostatnim utworze tej płyty. Najdłuższa kompozycja (9,5 minuty). Misterna i tajemnicza ale delikatna i na swój sposób zmysłowa elektronika. Melodia wydaje się być nieistniejąca aczkolwiek Skrzek śpiewa jak gdyby nigdy nic. Wspaniałe klawisze. Ok. 3.30 robi się ciekawiej i głośniej. A potem Józef puszcza "sygnał". ;) Kolejna zmienna, jak każda kobieta (bez obrazy ;) ), kompozycja. Ok. 5:30 pojawia się krótki, elektroniczny popis ze strony Skrzeka który przeradza się w "pijacką przyśpiewkę" całego zespołu. Nie wiem czemu mi się to tak skojarzyło O_o. Niezbadane są meandry Słonecznikowego myślenia... ;) Przyjemne i nawet fajne zwieńczenie całości. Pod koniec pojawia się zauważalna gitara.

"Welcome" jest bardzo dynamicznym albumem. Dużo się tu dzieje a kompozycje są dość progresywne. To nie jest to SBB, gdzie trzech tenorów się wzajemnie uzupełniało lecz czuć tu wyraźnie dominację elektronicznego instrumentarium Józefa Skrzeka. Cóż, takie prawo lidera zespołu. ;) Są tu zarówno momenty gorące i szybkie jak też delikatne i łagodne. Dla każdego coś miłego. ;) Dla mnie, jako fana klawiszowych brzmień, jest tu sporo "pokarmu" i materiału cieszącego zmysły. 

Bardzo przyjemnie mi się słuchało tej płyty, nawet na tych moich raczej średnich słuchawkach. Tu w zasadzie nie ma słabszych momentów, choć jeśli miałbym coś wskazać to "Welcome Warm Nights And Days". Jakoś średnio mi pasuje ten utwór. "Welcome" to dynamiczna, pełna energii płyta. Myślę, że jest to album godny 5. Nawet tytułowy utwór wcale nie jest taki mocno słabszy jak się słucha całości. 

Chociaż wyd. 2015 ma u mnie minusa za nieprzeniesienie bonusów z poprzedniej edycji, która jest droga i trudno dostępna. Nowy remaster (2015) świetnie brzmiał na moich starych słuchawkach (Brainwavz R1 wtedy miałem, o ile dobrze pamiętam). Tak coś czułem, że lepiej brzmiało "Walkin' Around The Stormy Bay", więcej energii, mocy, basów. Ale to tak na boku, na marginesie.

niedziela, 10 stycznia 2016

10.01.2016 - The Best of Tangerine Dream

Okołoświąteczny atak depresji sprawił, że straciłem chyba wszystko, co było dla mnie cenne i ważne. Ucierpiała nawet moja miłość do Tangerine Dream. Nawet nie tylko do samego TD lecz do elektroniki w ogóle, jako takiej. I SBB... Czyżby dotychczasowo wielbiona przeze mnie muzyka mi się "przejadła" bądź znudziła?

Próbuję obecnie odkrywać nowe terytoria. Powoli staram się wrócić do życia gdyż obecnie czuję się wpół żywy - moja elektroniczno-mandarynkowa połowa obumarła. Czy na zawsze - zobaczymy.

Wielkimi krokami zbliża się ważny dzień - moje 4te urodziny jako recenzenta. W najbliższą środę, 13.01.2016, miną dokładnie 4 lata od opublikowania mojego pierwszego tekstu: recenzji Epsilon In Malaysian Pale (Edgar Froese [*], 1975). Wiążę z tym dniem spore nadzieje - może w końcu uda mi się napisać moją 150tą recenzję.

Dzisiaj spróbuję napisać pierwszą od niemalże dwóch miesięcy recenzję płyty Tangerine Dream. Niemalże dwa miesiące minęły od ostatniego mandarynkowego tekstu - Tournado (1997) - który ukazał się 13.11.2015.

Do "analizy" wybrałem składankę The Best Of Tangerine Dream z 1989 roku. Myślę, że to dobry pomysł na powtórny mandarynkowy "chrzest". Poziom podstawowy. Największe przeboje zespołu z okresu 1973 - 1988 (wydanie kasetowe i 2xLP posiada dodatkowo utwory z płyt wydanych między 1970 a 1972).

Okładka składanki
Ja posiadam w swoich zbiorach... piracką (?) polską kasetę TAKT-u. Kupiona za dychę "dla beki" robi (wraz z druga kasetą - jakiś nieoficjalna składanka od Kraftwerk, także made in Poland) za "podpórkę" pod wydzieloną strefę singli na mojej półce z płytami nr 1. Dowód poniżej. :)

Kaseta jest mniej-więcej w centrum :)
Wydawnictwo zawiera 10 utworów (wersja CD). Już sama lista utworów budzi wątpliwości czy to rzeczywiście jest "the best of". Dominują tu utwory głównie z ostatnich płyt zespołu (lata 1985 - 1988 ale bez Optical Race, wydanego w 1988 roku). Aż 3 utwory na 10 pochodzą z albumu Le Parc (1985). Kompilacja nie zawiera żadnego nowego materiału.

1. Central Park (New York). Mocny i dynamiczny akcent na początek - szybki, głośny i rytmiczny a także basisty Central Park. Wielkie miasto bawi się przy mandarynkowych rytmach. Dość przyjemne w odsłuchu, basy nie miażdżą żeber ani nie jest ich zbyt wiele. Można wyczuć tu nutkę wielkomiejskiego zgiełku ale w dość łagodnej dla bębenków usznych formie.

2. Tyger. Tytułowy utwór z albumu Tyger (1987). Po mocnym wejściu mandarynkowego smoka czas na nieco bardziej delikatne i liryczne klimaty. Dla odmiany więc jest piosenka. Delikatne, elektroniczne brzmienia są wzbogacone o piękny, kobiecy głos śpiewający wiersz znanego, brytyjskiego poety - Williama Blake'a. Zanim popadłem w depresję, Tyger był jednym z moich ulubionych utworów oraz także jednym z najlepszych albumów Tangerine Dream. Dalej Tyger ma swój mistyczny i łagodny urok choć mam poczucie, że nie odczuwam już tego samego co kiedyś. Jedna z najłagodniejszych kompozycji w olbrzymim, niemalże nieskończonym dorobku zespołu.

3. Livemiles (Part II). Fragment z albumu Livemiles (1988). Umieszczony wycinek pochodzi gdzieś ze środka utworu. Zaczyna się dość łagodnie i bazuje na obsesyjnie powtarzanym motywie. Całość jest wzbogacona o perkusję i melodię z prawdziwego zdarzenia. Ok. 2:00 utwór się rozpędza dzięki sekwencerowi. Także rytm staje się szybszy. Powtarzany motyw znika. Został on zastąpiony czymś innym. Całość jest płynna, jak zawsze. Przyjemna dla ucha rytm i melodia. Dużo łagodności w brzmieniu. Sympatyczny fragment z pomijanej często płyty.

4. Dolphin Dance. Jeden z hitów z albumu Underwater Sunlight (1986). Szybki i energetyczny rytm wzbogacony o pląsającą wesoło melodię. Urzekająca łagodność. Brzmienie tego utworu chyba każdemu sprawi uśmiech na twarzy. Słychać nawet zsyntetyzowane bąbelki w wodzie! ;) Nie zabrakło też gitarowej partii od zmarłego lidera zespołu, Edgara Froese. Bardzo miła dla ucha nutka.

5. Song Of The Whale (Part 1 i Part 2). Pierwsze dwa utwory z albumu Underwater Sunlight (1986). Rzadko kiedy umieszczane są oba. 20 minut instrumentalnej muzyki (wbrew tytułowi). Od samego początku wchodzimy w krainę delikatnych i urokliwych struktur dźwiękowo-muzycznych. Dwie rozbudowane i progresywne kompozycje. Delikatność i łagodność mogą iść w parze z dużym stopniem skomplikowania samego utworu. Nie są to utwory łatwe w odsłuchu ale dają sporo przyjemności frajdy. Tak jak pod koniec lat 70-tych, tak i wtedy zespół znowu otarł się o rock progresywny - tym razem w znacznie łagodniejszej, może nawet nieco new age'owej (?) formie. Nie zabrakło też wstawek gitarowych a nawet lekkiego, orkiestrowego wtrętu (ok. 4:48 - obie części Song Of The Whale są złożone w jeden utwór na tej składance).

Drugą część otwiera przepiękna, bogata w szczegóły partia fortepianowa. Następnym krokiem zespołu jest płynne przejście z fortepianu na bezkresne, delikatne i łagodne oceany elektronicznego dźwięku. Jest tu także delikatna, orkiestrowa nutka (choć oczywiście TD nigdy nie korzystali z orkiestry jako takiej - poza albumem Paradiso z 2006 roku). Utwór zaczyna się rozgrzewać i rozkręcać. Jest coraz więcej rytmu i melodii. W drugiej części gitara jest bardziej odważna i prominentna. Zresztą druga część Song Of The Whale jest po części uzupełnieniem pierwszej jak i jej przeciwieństwem. Obie są bardzo bogate i ciekawe w rozwiązania dźwiękowe oraz same brzmienia.

Mam mieszane uczucia do obu części Song Of The Whale. Z jednej strony mi się podobają. Są to naprawdę bardzo piękne i ciekawe kompozycje. Z drugiej zaś, są to jedne z tych utworów, które mi się najciężej słucha. Niemniej, zarówno Song Of The Whale (1 i 2) jak i cały album Underwater Sunlight to klasyki, kultowe pozycje w dyskografii zespołu.

6. Le Parc (L.A - Streethawk). Tytułowy utwór z albumu Le Parc (1985). Charakterystyczny dźwięk samolotu i szybki sekwencer. Bardzo rytmiczny i naprawdę melodyjny utwór. Późniejsze wykonania sprawiły iż zmieniał się tylko na lepsze. W wersji studyjnej nie jest zbyt mocny ale ma swoją moc i wyrazistość. Łagodna melodia została połączona z mocą rytmu.

7. Yellowstone Park (Rocky Mountains). Ostatni utwór z Le Parc. Wyróżnia się tym iż zawiera wokal. Jest to ta sama kobieta co śpiewa na The Dark Side Of The Moon (1973) Pink Floydów, zapomniałem jej imienia i nazwiska. Utwór otwierają dźwięki natury - oto łosie wychodzą na rykowisko. Słoneczko świeci i ogrzewa tytułowy Park. Dzikie zwierzęta hasają. Rytm i melodia właściwa pojawiają się ok. 1:15. Cały czas wybrzmiewa łagodność i delikatność pomimo "głębokiej", dudniącej perkusji. Utwór ten ma wręcz baśniowy klimat, potęgowany przez głos "nimfy leśnej". To muzyka natury, lasu. Spodoba się każdemu, kto szuka ciszy, łagodności i urokliwych, miłych dla ucha, subtelnych dźwięków.

8. Poland (podlinkowałem cały utwór, na składance jest tylko pierwsze 11-12 minut). Fragment tytułowego utworu z albumu Poland (1984). Wycinek pomija mówiony wstęp i przenosi nas od razu do mocnego wejścia utworu. Powolny ale głośny i głęboki rytm sunie się do przodu. Dominuje głównie perkusja ale powoli muzycy tworzą melodię. Delikatna melodia kontrastuje z mocnym i solidnym rytmem. W 2giej minucie pojawia się sekwencer. Utwór zmienia swoje brzmienie. Coraz więcej dźwięków ale wszystko jest uporządkowane. Zespół nie próżnuje i cały czas zmienia to i owo. Pozornie jednostajny rytm kontrastuje też ze nieustannie zmieniającą się i ewoluującą melodią oraz innymi ozdobnikami dźwiękowymi. 5:30 - niesamowita sekcja. Ni to perkusja, ni sekwencer. A może skrzypiący sekwencer i nałożona na niego perkusja? Po chwili przerwy zespół wygrywa zupełnie inną melodię. Tu nie ma stałości, nie można się nudzić. Tangerine Dream przestali improwizować na scenie ale można odnieść wrażenie, że zespół tu improwizuje, ta muzyka brzmi jak żywa, nieustannie ewoluująca. W 9 minucie się robi coraz bardziej rytmicznie.  W tle słychać ryczącą wichurę. Muzyka robi się intensywniejsza i głośniejsza by na sam koniec zamilknąć. Część 1sza Poland się kończy.

Na tej składance zamieszczono także fragment "mostku". Niesamowita kompozycja. Część 1sza jest pomijana na późniejszych koncertach. Zespół zawsze grywał tylko fragment z części drugiej.

9. Astral Voyager. Jest to kompozycja pochodząca z albumu Green Desert (1986). Ta płyta zawiera kompozycje nagrane w 1973 ale zapomniane. Ok. 1984 roku je odnaleziono, zremiksowano i wydano. Ciężko powiedzieć ile może być w tym prawdy. Wystarczy sięgnąć po np. Atem (1973) albo po nieliczne zachowane nagrania koncertowe z 1973 roku. Ocena może być trudna gdyż materiał na Green Desert został zremiksowany a zespół nigdy nie wydał go w oryginalnej formie. Możliwe jest też, że te utwory powstały między 1984 a 1986 a reszta to wymysł Edgara by nakręcić sprzedaż. Prawdziwą wersję zabrał ze sobą do grobu sam Edgar.

Od początku towarzyszy nam sekwencer. Melodia brzmi jak psychodeliczna wichura. W końcu to podróż w kosmosie. Słychać także brzmienia smyczkowe (oczywiście syntezator) a także "flety". Utwór brzmi w zasadzie cały czas identycznie. Można posłuchać ale to raczej przeciętny, nużący utwór. Za długi, zdecydowanie za długi. Dopiero pod sam koniec sekwencer się lekko zmienia. Najwyżej 3-3,5 gwiazdki.

10. Wahn. Ostatni utwór z albumu Atem (1973) i jednocześnie ostatni na tej składance. Psychodeliczne kichanie. Apsik na LSD. Całość okraszona jest też innymi, dziwnymi dźwiękami. Pojawiają się także skromne elektroniczne brzmienia i mocna, szalona perkusja. Ok. 1:30 kichanie znika i utwór staje się czystą, instrumentalną psychodelią. Bardzo dziwna, trudna do opisania kompozycja. Chyba już wtedy zespół dysponował mellotronem, takie mam wrażenie słuchając końcówki utworu. Dziwny finał składanki.

The Best Of Tangerine Dream jest fajną składanką. Zawiera naprawdę dobre kompozycje choć brakuje tu czegokolwiek nowego. Brakuje tu jakiegoś podtytułu bo "the best of", niestety, odnosi się tylko do ostatnio wydanych przez zespół płyt. Dziwić mogą te 2 utwory z The Pink Years (1970-1973). Wersja winylowa i kasetowa zawierają dodatkowo po jednym utworze z pominiętych na wersji CD z płyt Zeit (1972), Alpha Centauri (1971) i debiutanckiego Electronic Meditation (1970). Moim zdaniem, lepiej by było jakby zamiast Astral Voyager i Wahn pojawiły się np. Hyperborea (tytułowy utwór, 1983) czy coś z Optical Race (1988). Lily On The Beach ukazał się dopiero miesiąc po składance The Best Of Tangerine Dream.

Całość jednak nie jest tragiczna choć, jak już wspomniałem wcześniej, dobór utworów nie wydaje mi się być do końca przemyślany. Jako punkt startowy dla kogoś świeżego - dość dobry wybór, zwłaszcza razem ze składanką Dream Sequence (1985). Dla bardziej obeznanych fanów - raczej tylko tych dążących do posiadania wszystkiego.

Ocena: 3+/5.

niedziela, 27 grudnia 2015

27.12.2015 - Komputerowe symfonie Kraftwerków

Zaniedbałem bloga znowu. Nawet na święta nic nie napisałem. Dzisiaj będzie więc recka-spóźniony prezent. :) A jak prezent to powinien być wyjątkowy. Ja nie miałem w tym roku fajnych świąt (poza jedzeniem) więc może Wy mieliście - a jak nie to zapraszam do lektury. ;)

Przejrzałem swoją kolekcję płyt w poszukiwaniu inspiracji do tego postu. Jest jeszcze o czym pisać. Materiał na kilka recenzji co najmniej. W najbliższym czasie pewnie coś z tego się pojawi ale nie chcę zdradzać szczegółów.

Wybrałem więc wyjątkową, rzadką płytę - jeden z dwóch posiadanych przeze mnie bootlegów Kraftwerk: Computersinfonien (1998). Wydawnictwo to jest nielegalne i nie do sprzedaży w sklepach. Zresztą tego typu materiałem interesują się tylko najwięksi fani danego zespołu. Prawie każdy bardziej znany zespół takie coś ma.

Okładka -  zwróćcie uwagę na nawiązanie do okładki albumu Electric Cafe
"Computersinfonien" na dwóch płytach zawiera kompletny zapis koncertu w Karlsruhe (Niemcy), który odbył się 18.10.1997 roku. Koncert ten ukazał się też na innych bootlegach (wg Discogs). Ten posiadany przeze mnie został wzbogacony o 4 bonusowe utwory - z czego 2 ukazały się oficjalnie (na singlach).

A poza bonusami warto zwrócić uwagę na danie główne: sam koncert. Otóż jest to jeden z nielicznych koncertów na którym zespół zagrał naprawdę nowe utwory! W tym przypadku są to kompozycje nigdzie nie opublikowane. Co prawda zdarzało się to już wcześniej (np. w 1976 Kraftwerk grał już demówki związane z albumem Trans Europe Express z 1977 - m.in tytułowy utwór bodajże a na pewno Europe Endless) ale i tak jest to ewenement w historii zespołu.

Jak pewnie pamiętacie (a jak nie - to się dowiedzcie :P) - w 1991 roku Kraftwerk otworzył się na nowo. Albumem "The Mix" zremiksowali siebie samych, swoje brzmienie, swój skład. Przy okazji koncertując w Europie (niestety, pominęli nasz region). A same aranżacje Mixowe swoją premierę zaliczyły we Włoszech w 1990 (ulegając nieznacznym modyfikacjom potem - najbardziej wyjątkowym wydaje mi się Pocket Calculator z 1990, drastycznie odmienny od wersji z 1991).

Od 1991 roku aż do 2002 setlisty koncertów Kraftwerk nie ulegały zbyt wielkim przekształceniom. Owszem, pojawiały się zmiany - w 1993 roku po raz pierwszy zespół na koncercie zagrał swoje sztandarowe dzieło, hymn zespołu - Die Mensch Maschine. Owszem - dodano nowe kompozycje (tak jak na recenzowanym albumie) ale w gruncie rzeczy bazę, punkt wyjścia stanowił "The Mix" i jego otoczka. 

Na marginesie warto zaznaczyć, że podobny stan utrzymywał się zresztą po 2004 roku, kiedy to zespół promował swój najnowszy (i wciąż najnowszy :> ) album - Tour De France Soundtracks z 2003 roku. W 2005 roku Kraftwerk wydał swój pierwszy album koncertowy - Minimum Maximum (2005). W pewnym sensie można powiedzieć, że to taki "The Mix" lat 2000+.

CD 1 - część 1sza koncertu

1. Intro. Fragment zapowiedzi zespołu. "Meine Damen und Herren".

2. Nummern. Mocna i energetyczna wersja z rozbudowaną sekcją perkusyjną. Wokalu brak w zasadzie ale są sample. Od samego początku rzuca się w ucho świetna jakość nagrania. Aranż nie odstaje zauważalnie od standardów z trasy z 1991 roku. Na końcu - galimatias liczb. Natłok danych.  Uno Two Drei Four i.. Computer World !

3. Computerwelt. Tradycyjnie już, od 1981, po Nummern / Numbers następuje Computerwelt / Computer World. Znowu akcent położony na perkusję, mocno w stylu poprzedniego utworu. Zespół gra u siebie więc śpiewają po niemiecku. Melodia zdaje się być bardzo skromna na tle rozbudowanej perkusji (pamiętajcie o tym, że w Kraftwerk grało wówczas dwóch perkusistów, tak jak w 1981 roku). Charakterystyczny i ładny zarazem wydaje mi się akord zamykający ten utwór.

4. It's More Fun To Compute / Heimcomputer. Lekko zmieniono brzmienie It's More Fun To Compute w stosunku do wersji z The Mix. "Głęboka perkusja". Czuć energię i moc.  Także Heimcomputer brzmi, moim zdaniem, odmiennie choć bazą jest wersja albumowa z The Mix. "Mięsista" perkusja nadała całości bardziej klubowego, dyskotekowego brzmienia. Teraz można nie tylko programować ale i podensić ! ;) Niestety, wokal Ralfa wydaje się być "gdzieś na siódmym planie" (fani SBB ? Są tu jacyś? ;) ). Zdecydowanie lepiej wypada to wykonanie od aranżu z płyty choć koniec utworu jest jakby niewyraźny.

5. Die Mensch-Maschine. Od 1993 stały punkt koncertów (chyba). Na tle doniośle i poważnie brzmiących klawiszy pojawia się charakterystyczny vocoder a następnie wchodzi hipnotyzująco-"szczękająca" perkusja. Także i tutaj nadano utworowi głębsze brzmienie. Jest żywszy i ciekawszy niż płytowa wersja z 1978 roku. Znakomicie odświeżony klasyk, choć miejscami brakuje pewnej mocy vocoderowi (ten charakterystyczny dla Kraftwerk "głos robota"). Stare brzmienie połączono z nowym stylem. Die Tanz-Maschine.

6. Tour De France. Oczywiście 1983, wersji 2003 nawet w planach wtedy nie mieli. ;) Długie, rozciągnięte, delikatne intro. Znowu mamy mocną i intensywną perkusję, tym razem połączoną z dźwiękami przypominającymi sapanie zmęczonego kolarza (bardzo charakterystycznymi dla tego utworu). Ten utwór jest śpiewany tylko po francusku (bez wyjątków). Szybka aczkolwiek łagodna melodia mogą wspomóc kogoś podczas aktywności fizycznej (z racji tytułu - preferowane jest kolarstwo ;) ).

7. Autobahn. Kolejna wersja kultowego utworu z 1974 roku. Skrócona została o połowę w stosunku do oryginału. Jak zwykle, nie ma Autobahnu bez dźwięku zapłonu Mercedesa. ;) A następnie z głośników sączy się skandowane przez zespół "Autobahn". Nowa wersja motywu jest bardzo mięsista i "tłusta" a nasz Mercedes aż lśni (wsłuchajcie się w te połyskujące klawisze! ). Dużo się tutaj dzieje choć kogoś może znużyć ten jednostajny (jak ruch jednostajnie prostoliniowy) rytm. Nie zabrakło też "solówki dedykowanej uczestnikom ruchu drogowego". Bez korków, bez fotoradarów, bez drogówki. Niemiecka, muzyczna wizja drogowego raju. Nieco hiphopowo ale wciąż kraftwerkowo. Jednym słowem: prawilnie. Dla mnie mają stajla. Swagu nie ma ale VolkSWAGen też może być. :D Jak lubicie się nosić na dzielni przy dobrym i fajnym bicie - polecam ten utwór.

8. Aetherwellen (Airwaves) / Innovation 1. Dwa filmiki - akurat na YT jest to rozbite. Pierwszy niepublikowany utwór - Innovation 1, określany przez fanów jako Tango.  Airwaves jest z albumu Radio-Activity (1975). Niesamowicie rzadko grany przez zespół. Tym razem zespół gra nieco poważniej, delikatniej. Klawisze są niemalże "uduchowione" w swoim brzmieniu. Pojawia się też tekst. Ciekawe połączenie głosu ludzkiego i vocodera (choć może jest to nieco niewyraźne).  Po dwóch minutach zespół zaczyna grać nową melodię. Hipnotyzujący i urzekający początek. Zaczyna się robić coraz bardziej .nowocześnie i klubowo. Chyba najbardziej taneczna część koncertu jak na razie. Motyw z początku powraca co jakiś czas. Zespół bawi się brzmieniem. Roboty także umieją odczuwać radość i dobrze się bawić. "Music For The Masses" w wersji Kraftwerkowskiej ? Dynamizm zrobotyzowany i udźwiękowiony.

9. Radioaktivitaet. Zawiera intro "Sellafield". Zespół zmienia nastawienie. Nie brzmi to pozytywnie jak w 1975 (albumowa wersja) lecz raczej jak przestroga dla ludzkości. Po dawce strachu następuje wskazanie wroga: Radioaktywność. A potem zaczyna się dyskoteka. Brakuje tu czegoś. Wydaje mi się, że lepiej brzmi oryginał. No i znowu wokal jest nieco za słaby. Czuć, że jest nieco z tyłu, trochę za cichy. Klimat jest - ale pod dyskotekę. Trochę wykastrowana ta Radioaktywność. Za mało uranu.

10. Innovation 2. Drugi nowy utwór. Znowu jest bit i rytm oraz zabawy głosem i samplami. Dyskoteka po raz kolejny. Ciekawa melodia. Bardzo urozmaicona kompozycja. Wydaje się być trochę niekraftwerkowska. Trochę nawiązuje do dorobku Kraftwerk sprzed 1974 roku ale to tylko delikatne i pewnie odległe, może nawet nieświadome, nawiązania.

CD 2 - reszta koncertu + bonusy.

Nie będę ich opisywał. Pozwolę je sobie tylko wymienić: Radioactivity (W. Orbit remix) - z singla Radioactivity (1991), The Robots (Ultimix) - ????, Tour De France (instrumental) - krótka wersja ale nie wiem czy z singla, Trans Europe Express (Single Version) - wersja singlowa.

1. Trans-Europa-Express. Cała suita. Majestatycznie odjeżdżamy z peronu. Wzmocnione basy i perkusja. Charakterystyczne, turkocząco-stukające brzmienie. Odświeżone raczej w dobrym stylu. Płynne przejścia do Abzug i Metall Auf Metall. W stosunku do oryginału z 1977 zmianie uległo tylko brzmienie - nowsza instrumentacja. Reszta jest po staremu. PKP może się uczyć od Kraftwerków ! ;) Całość brzmi jeszcze lepiej ! Niemiecka inżynieria. ;) 

2. Taschenrechner / Dentaku. Jak na The Mix ale słychać jak zespół się bawi brzmieniem (a może to awaria - mniej lub bardziej celowa?). Brzmi jeszcze dynamiczniej, intensywniej i weselej. Szczególnie czuć to w sekcji basowej. Nawet nie czuć kiedy zespół przechodzi do Dentaku (japońskiej wersji Pocket Calculator - tu śpiewana po niemiecku a nie po japońsku. W tym miejscu wpada inny język - np. we Włoszech Dentaku jest z wokalem po włosku, we Francji - po francusku). Zespół wprowadził tutaj nieco 8-bitowego klimatu. Nieco zmodernizowane retro brzmienie. Raczej zwyczajny Kalkulator na bazie Mixu.

3. Die Roboter. Ciekawy wstęp, na bazie tego co jest na płycie. Skrócona wersja Die Roboter z The Mix (zapewne bazowana na wersji singlowej). Wzmocniono basy ale nie odstaje to zbytnio od tego co na płycie / singlu. Bardzo szybka i dynamiczna wersja.

4. The Robots. Nie grają drugi raz tego samego. Tym razem zespół zszedł ze sceny by zrobić miejsce dla przedstawienia: pokaz robotów (druga połowa filmiku). Aranż na bazie remiksu z singla (bodajże Robotronik). Energetyczna i mocna wersja. Znacznie odmienna od poprzedniej.

5. Innovation 3. Ostatnia nowinka. Na tle klasyków zespołu wypada blado. Nie porywa. Ale poszaleć można. Kraftwerki próbują być DJami ? Dyskotekowe szaleństwo. Nic specjalnego. Ale na pewno są to dość rzadkie utwory.

6. Music Non Stop. Od 1991 tradycyjny bis na koncertach Kraftwerk. Od początku czuć ciekawsze i bardziej interesujące brzmienie od Mixowego oryginału. Jest nieco bogatsze, "rozedrgane" a także dłuższa i bardziej rozbudowana. Dużo perkusji (Boing Boom Tschak). Dużo energii i mocy. Nie da się nudzić przy tym utworze. Pojawiają się też solówki. Ciekawy i sympatyczny finał. Po muzyce na końcu rozbrzmiewają słowa: Music Non Stop / Musique Non Stop. 

Koncert znacząco się wyróżniał od tych z lat 1991-1993. Zespół wprowadził nowości (choć nie są one zbytnio udane) ale za to np. skasował Modelkę (lubię wersję Mixową) czy Computer Liebe (Computer Love). Dużo energii i mocy. Mnóstwo rytmu. 

Jeżeli nie lubicie albumu The Mix (1991) to zapewne też nie polubicie tego bootlega. W gruncie rzeczy, stylistycznie to jest to samo + jeszcze bardziej nowocześnie w przypadku nowych kompozycji. Osobiście bym uciął z pół oceny za brak Modelki. :P Nic nie poradzę na to, że lubię piękne dziewczyny. :D

czwartek, 10 grudnia 2015

10.12.2015 - Gumowa Dusza Żuka poChmurnika :D

Nowa recenzja z okazji powrotu słuchawek. Jednak są ok. 

Dzisiaj będzie odmiana. Żadne TD, Schulze czy coś innego. Dzisiaj będą Żuki. Od czasu do czasu lubię posłuchać czegoś nieelektronicznego lub po prostu odmiennego od TD. Wybór padł na jedną z moich ulubionych płyt zespołu The Beatles - Rubber Soul z 1965 roku. Recenzja jest dedykowana Chmurce Dominice. 

Okładka albumu, wydania oryginalne

Okładka wyd. Selles, ok. 1998 (z drugiej strony, jako backcover jest Help!, drugi album z zestawu)


Rubber Soul przynosi pewną odmianę w brzmieniu zespołu. Staje się ono bardziej urozmaicone, złożone. To już nie jest (przeważnie) gitara + bas + perkusja + okazjonalnie harmonijka. Dochodzi np. fortepian czy orientalny (czy Indie to orient?) sitar (znany Wam zapewne z Tangerine Dream'owskiego No Man's Land, choć tam były tylko sample a tu rzeczywisty instrument). Co ciekawe, pojawiają się nawet organy Hammonda (głównie "obsługiwane" przez Ringo Starr'a) ! Jak zwykle, na płycie wokalnie udziela się każdy Żuczek, choć tradycyjnie dominuje duet McCartney - Lennon.

Bardziej odważne brzmienie i większa skłonność do eksperymentów sprawiły, że Beatlesi po 1965 roku przestali koncertować. Nie byli w stanie odwzorować na koncertach swoich "odpicowanych" utworów. 4 chłopaków z gitarami to trochę za mało by zagrać niektóre utwory z tego albumu.

Recenzja dokonana zostanie na podstawie (obecnie nielegalnej podróby) wydania Selles. Czasami określam je jako "polskie legalne piraciki" gdyż kiedyś te wydania były jak najbardziej legalne w Polsce - muzyka nie była objęta ochroną prawa autorskiego a jak już - to były inne zasady niż obecnie. Chroniona była okładka - dlatego każda płyta od Sellesa miała odmienne okładki niż oryginały. Ponadto, dźwięk jest nieco inny. Były sprzedawane często jako dodatki do czasopisma. Właśnie od takiego pisma pochodzi duet Rubber Soul / Help! . Nieco więcej informacji znajdziecie na profilu płyty na Discogs.

Cały album możecie przesłuchać na Youtube. Trwa tylko 35 minut. Beatlesi nie robili specjalnie długich płyt.

Przy okazji, Rubber Soul w zeszłym tygodniu (03.12) skończył 50 lat ! :) Celem zespołu było nagranie tego albumu jeszcze przed świętami (kiedyś nie było YT i nie dało się więc balować za hajsy z jutiuba ;) ).

1. Drive My Car. Ciekawy, mocny jak na Beatlesów riff, otwiera tą kompozycję. Warto zwrócić uwagę na bas Paula a także na fortepian w refrenie. Wejście Żukosmoka! :D Drapieżny utwór, z pazurem i urokiem.

2. Norwegian Wood (This Bird Has Flown). Oryginał, nie cover Tangerine Dream. Utwór ma charakterystyczną, nieco płynną melodię. Troszkę psychodeliczną. Sitar pojawia się ale raczej w formie ciekawych ozdobników. Na sitarze gra George Harrison. A piosenka - wg krytycznych - podobno jest o lesbijkach (???????????????). Zresztą dowód jest tutaj: Wikipedia o Norwegian Wood . Egzotyczna, nietypowa piosenka.

3. You Won't See Me. Zawiera organy Hammonda (gościnnie Mal Evans). Kolejny mocniejszy numer, po lirycznym i dość delikatnym Norwegian Wood. Tym razem tęsknota. Szczerze? Nigdy nie pomyślałbym, ze tu jest Hammond. W każdym razie jest to fajny utwór.  

4. Nowhere Man. Coś bardziej nietypowego - tym razem tekst o szarym, przeciętnym, zwyczajnym do bólu człowieku. Zero miłości. Piosenka o kimś takim jak ja. Brzmi podobnie jak pozostałe piosenki. Gęsty bas od Paula dodaje mocy całości.

5. Think For Yourself. Bardziej hardrockowo. Nieco ostrzejsze brzmienie i wokal Harrisona (choć można myśleć, że znowu śpiewa Lennon). Czuć zniekształconą gitarę. Piosenka znacznie przyśpiesza w refrenie. Znowu odmienny jest temat - nie jest to bezpośrednio piosenka o miłości, co najwyżej jako "drugie dno" można myśleć o miłości tutaj.

6. The Word. A tu jest miłość (tytułowe Słowo). Bardzo szybki utwór. W tym utworze pojawia się fisharmonia (producent albumu, George Martin). Też bym o tym nie pomyślał. Jako komentarz posłużę się cytatem z utworu: "It's so fine, sunshine". ;) Jest fajne i słonecznie. ;)

7. Michelle. Smutna piosenka o nieszczęśliwej miłości z francuskim akcentem. Bynajmniej nie łóżkowym. ;) Jedna z najpiękniejszych na tej płycie. Delikatna, łkająca, liryczna gitara okazyjnie załka bolesną, smutną nutę. Nawet bardziej popisowe partie są stonowane i dość spokojne. Super utwór.

8. What Goes On. Ringo na wokalu. Szybka piosenka ale znowu miłość jest nieszczęśliwa. Chyba laska wali podmiot liryczny w rogi. ;) Ciekawa gitara, sporo szczegółów podczas solowego popisu. 

9. Girl. Jeszcze raz smutna piosenka. Posłuchajcie smutnej opowieści Johna Lennona... nadstawcie ucha... Jedna z najbardziej urzekających piosenek na tym albumie. Delikatna, choć smutna. W refrenie pojawia się dźwięk, jakby wdychali zapach Jej perfum. Łagodna, słodka kompozycja, choć jest to beczka miodu z łyżką dziegciu. Pod koniec dzieje się sporo - bardzo dziwne, psychodeliczne solo.

10. I'm Looking Through You. Energetyczny, mocny numer z wokalem Paula. Pojawiają się organy Hammonda (Ringo), wyraźnie się wyróżniają. Jest to znowu piosenka o nieco ciemniejszej stronie miłości. Troszkę brakuje mocy basów. Końcówka wyjątkowo mocna jak na Beatlesów.

11. In My Life. Zawiera fortepian. Delikatna, ciekawa kompozycja. Łagodna choć ma sporo basu. Tekst jest o miłości ale raczej starszej pary. Pojawia się niesamowite solo na fortepianie. Jeden z najlepszych fragmentów tej płyty! Iście barokowy przepych dźwiękowy! A potem utwór, jak gdyby nigdy nic, wraca na swoje normalne "tory". Super.

12. Wait. Tym razem nie na listonosza czekamy. ;) Szybki numerek, który raz to przyśpiesza a raz zwalnia. Związek na zakręcie. Bardzo dynamiczna kompozycja. Świetnie zaaranżowane i zagrane. Wszystko jest płynne, bez przerw. Bogata i zróżnicowana gra perkusji Ringo Starra. A na końcu - coś jakby trąbka. I ślimacze tempo.

13. If I Needed Someone. Miłość raz jeszcze albo przyjaźń i to raczej taka na całe życie. Bardzo dynamiczny i szybki utwór. Sporo basu od Paula. Wg polskiej wikipedii - śpiewa Harrison. Warto zwrócić na ten utwór uwagę.

14. Run For Your Life. Zazdrość bardzo w związku. Szybki numerek z wokalem Johna Lennona na finał płyty. Dość szybka i dynamiczna gitara oraz rytmiczna perkusja. Pojawia się solówka (a raczej ciekawy duet) gitarowa ale jest dość krótka. Stanowi jednak miłe urozmaicenie kompozycji. Powraca na chwilę pod koniec. Duet gitarowy wieńczy ten utwór choć można mieć poczucie iż jest to kompozycja niedokończona, jakby urwana. Ciekawy zabieg.

Rubber Soul przyniósł pewne zmiany. Brzmienie zespołu stało się bardziej urozmaicone a tematyka tekstów - już nie tylko o miłości (np. szczególnie dobrze to czuć w Nowhere Man). Więcej instrumentów, w tym egzotyczny sitar. Więcej ciekawych pomysłów (np. niesamowite solo fortepianowe w In My Life). Bardzo dynamiczna i zróżnicowana płyta. Zespół gra bardziej odważnie niż na poprzedniej płycie (Help! z 1965 roku). Muzyka Beatlesów jest jak wino - mimo wieku wciąż daje mnóstwo radości w odsłuchu. Nie musi brzmieć świeżo - choć wówczas, w 1965, pewnie była niesamowicie świeża w brzmieniu a może i nowatorska. Ma cieszyć uszy. I robi to znakomicie. 50 lat minęło ale wciąż jest to piękna płyta.