sobota, 21 stycznia 2017

21.01.2017 - Nocne, tubularne recenzowanie

Zgodnie z tytułem tego posta, przedmiotem tej recenzji będzie jakiś rurowy album Mike'a Oldfielda. Ma on ich wiele na swoim koncie - od oryginalnego, debiutanckiego, nieco wariackiego i szalonego oryginału po mnóstwo późniejszych aranżacji czy po prostu odcinania kuponów od swojej tubularnej sławy. Zamierzam zrecenzować część trzecią cyklu, Tubular Bells III (1998). Z moimi przemyśleniami o charakterze recenzyjnym dotyczącymi pierwszej części tej sagi muzycznej możecie się zapoznać w tym tekście: Zbiór minirecenzji .

Tubular Bells III nawiązuje do oryginału już samą okładką, choć dla niektórych to może być za mało. Wówczas należy spojrzeć na bok pudełka i się upewnić czy to oryginalna płyta Oldfielda czy jakiegoś podrabiańca. ;)

Tak, to jest okładka.

Podobnie jak niezrecenzowany jeszcze przeze mnie Tubular Bells II, album ten doczekał się koncertu premierowego. Oba wydarzenia ukazały się na VHS a także zbiorczo na DVD. W swoich zbiorach posiadam zarówno te zbiorcze wydanie jak i prawie całą serię Tubular Bells (poza jednym - bardzo słabym - albumem i składankami, które można podpiąć pod nią).

W miarę możliwości, podlinkuję muzykę z Youtube do poszczególnych utworów. Niestety nie ma jednego filmu z całością - jest natomiast wspomniany wyżej film z koncertu. Także zapis całego koncertu a nie tylko jego "trzeciotubularna" "większa połowa".


Utwór otwiera płytę porywistym, elektronicznym wichrem. Po nim zapada tajemnicza cisza z której wyłania się nowa wersja klasycznego wstępu z oryginalnego Tubular Bells (1974). Bardzo łagodny fortepian doprawiony współczesnymi, klubowymi efektami i basami. Po kilku chwilach kompozycja nabiera kolejnych dyskotekowych rumieńców. Nie jest nazbyt wyuzdana, wręcz przeciwnie. Brzmi bardzo przyjemnie. Pojawia się delikatna gitara (?) a także kobiece głosy (lub sample). Czuć inspirację Ibizą. Świeże powietrze tchnięte w stary motyw. Brzmienie nie jest zbyt mocne ani przegięte, choć fani oryginału mogą być zawiedzeni. Na końcu - fajna wariacja na temat motywu, przeradzająca się w prawdziwe szaleństwo.

2. The Watchful Eye (film zawiera dwa utwory- ten i następny)

Po wybuchu przechodzimy płynnie do kolejnego utworu. Znowu nastrojowe, łagodne i subtelne brzmienia. Brzmi to jeszcze lepiej niż podobny fragment z poprzedniego utworu. Pojawia się delikatna melodia, nieśmiało wyłaniająca się z szumu ciszy. Po chwili zmienia się ona w łagodne brzmienia gitary.


Mocny, rytmiczny bit. W tle słychać elektronikę, robiącą łagodne tło dla gitary. Sama gitara nie brzmi szaleńczo - wręcz przeciwnie. Jest bardzo barwna ale łagodna i stonowana. Utwór się nieco rozwija i wzbogaca o dodatkowe, skromne efekty elektroniczne ale sama baza to bit + gitara. W drugiej połowie staje się ona nieco szybsza. Znowu pojawia się wokal kobiecy. Całość jest niezwykle łagodna i odprężająca. Nie wymaga wiele wysiłku od słuchacza - wystarczy tylko nałożyć słuchawki.


Gitarowy popis. Znikają ciche, elektroniczne brzmienia tworzące przejście. Ten utwór to trio Mike, jego gitara i uszy słuchacza. Mocniejszy od dotychczasowych brzmień na tej płycie ale jednak wciąż dość subtelny i stonowany. Bardzo dużo się dzieje. Warto zwrócić szczególną uwagę na ten utwór. Efekty elektroniczne są tylko jako dodatki. Mike zaczyna mocno szaleć dopiero na samym końcu.


Tym razem z różą w zębach słuchamy ognistego, namiętnego, tubularnego flamenco. Bardzo łagodny i piękny utwór. Popis gitarowy ale znacznie odmienny od szaleństw z poprzedniego utworu.


Tym razem coś smutnego. Słychać zawodzenie i jęczenie kobiety, przyprawione szczyptą potęgujących uczucie smutku dźwięków elektronicznych. Utwór jeszcze łagodniejszy niż poprzednie. Pozornie nic się w nim nie dzieje ale w tle słychać pewne wydarzenia muzyczne i zmiany. W połowie utworu pojawia się delikatna perkusja (na chwilę) i gitara. Wreszcie - sam na sam z gitarą. Łagodną, delikatnie łkającą. Subtelną i wyraźną, tak, że słyszymy każdą nutę z osobna. Ciekawe ale niespecjalnie mi się ten utwór podoba. Poza samą końcówką, tą z gitarą, nie szumem wiatru.


Piosenka, która była singlem z tego albumu. Nieco przypomina piosenki Oldfielda z wczesnych lat 80-tych. Delikatny, subtelny, niezwykle piękny kobiecy wokal na tle delikatnej i też subtelnej elektroniki. Nawet nie ma zbyt wiele gitary, choć oczywiście nie mogło też i jej zabraknąć - ok. 2:30 pojawia się solówka, dodająca nieco pikanterii tej kompozycji. Jeden z najpiękniejszych fragmentów na tej płycie.


Tym razem łagodna, niezwykle piękna fortepianowa impresja. Nie mogło zabraknąć klubowych dodatków - bitu i basu. Całość tworzy dość dziwną ale sympatyczną i przyjemną mieszankę. Później do tego tygla dochodzi elektronika choć nie pełni ona nawet roli tła. Ot, pojawia się gdzieniegdzie jako dodatek czy coś w tym stylu. Pod koniec pojawia się nowa melodia. Kolejna łagodna, relaksująca i po prostu przyjemna kompozycja.


Cicha, delikatna elektronika przeplatająca się z równie delikatnym i cichym fortepianem. Zmysłowe i atrakcyjne połączenie. Utwór zostaje wzbogacony o syntezatorowe pogwizdywanie, zupełnie niepotrzebnie moim zdaniem. Dobrze natomiast wypadają delikatne brzmienia gitarowe. Nagle utwór znika i rodzi się na nowo. Tym razem dominuje gitara, znacznie wybijająca się ponad łagodne i subtelne tło. Po kilku sekundach gitara znika a utwór przybiera tajemnicze barwy dźwiękowe.

10. Secrets

Powtórka z początku. Wracamy do punktu wyjścia - nowej wersji motywu z oryginalnych dzwonów rurowych. Słychać różnice przez co można odnieść wrażenie, że ten utwór jest remixem "The Source of Secrets" z początku tej płyty. Początek jest łagodniejszy a i późniejszy bit jest inny. Pod koniec pojawia się kilka nowych dźwięków i melodia jak syrena alarmowa. Jakoś bardziej mi się spodobała pierwotna wersja tego utworu, ta z początku.


Bardzo klubowy finisz. Znowu przewija się nowy aranż motywu z Tubular Bells. Sporo tu elektroniki i efektów. Utwór się nagle zawiesza i dziecko recytuje tekst. Potem nagle utwór wybucha. W nowej melodii słychać dźwięk dzwonów rurowych. W tej części pojawia się też solo gitarowe.

Tekst jest bardzo interesujący i dość zabawny, stąd pozwalam sobie zacytować znalezione w necie polskie tłumaczenie:

"Mężczyzna w deszczu podniósł swoją torbę tajemnic,
wspiął się na stok góry,
wysoko ponad chmury,
nic więcej już o nim nie słyszano
za wyjątkiem dźwięku Dzwonów Rurowych"

Przyjemny, choć nieco krzykliwy, finał. Nie jest to jedna z najlepszych części płyty ale zdecydowanie jeden z lepszych fragmentów. Utwór trwa ok. 4:45 a resztę czasu wypełnia... świergot ptaków.

Tubular Bells III jest albumem o bardzo łagodnym, raczej stonowanym brzmieniu. Daleko mu do wybryków i ekstrawagancji znanych z oryginału. Klubowe klimaty dodają tej muzyce nieco energii zaś całość odpręża i relaksuje słuchacza. Wszystkie kompozycje zgrabnie łączą się w całość. Tubular Bells III to chyba najłagodniejszy i najdelikatniejszy album z całej serii. Nie oznacza to iż jest to najsłabsza płyta - to miejsce ma zarezerwowane u mnie The Milennium Bell (1999). Sam Tubular Bells III zasługuje na ocenę nie niższą niż 4. To po prostu kawał przyjemnej, odprężającej, niewymagającej muzyki (w przeciwieństwie np. do ostatnio odkrytego przeze mnie debiutanckiego albumu tria Emerson, Lake & Palmer ). Tym, którzy znają twórczość Mike'a Oldfielda lub chcą posłuchać czegoś łagodnego dla odprężenia - zdecydowanie poleciłbym omawianą w tym tekście płytę. Dla nieznających jego muzyki - raczej wskazałbym na klasyczne albumy tego muzyka.



11.01.2017 - Tubularne Inkantacje Mike'a Oldfielda

Po kolejnej długiej przerwie postanowiłem napisać minirecenzję. Dotyczyła ona albumu "Incantations" (1978) autorstwa Mike'a Oldfielda. Wówczas bardzo dawno tej płyty nie słuchałem i byłem nawet miło zaskoczony jej ciekawym, zimowym (ale nie syberyjskim wręcz) brzmieniem. Z różnych względów dopiero dzisiaj (21.01.2017) publikuję ten tekst. W tytule jest data powstania tej recenzji. Jako, że to była minirecenzja, opublikowałem ją na swoim prywatnym profilu na FB. Oczywiście opatrzoną tagami #minirecenzje i #SłonecznikSłucha .

Okładka oryginalnego wydania Incantations i późniejszych wznowień CD (1978 i dalsze)

Okładka najnowszego wydania tego albumu (2011)
Próbki audio-video (Próbki bo nie ma kopii całego albumu na Youtube. Tylko wycinki lub wersja koncertowa pochodząca z albumu Exposed (1979), dokumentującego pierwszą trasę koncertową muzyka, na której promował wówczas Incantations. Warto wspomnieć iż muzyk wykonał w "drugim rzucie" prawie cały album Tubular Bells (1973) - całą część pierwszą + skrócony aranż części drugiej).



 O ile dobrze pamiętam, to jest początek Incantations Part Two



Song of Hiawatha, druga połówka Incantations Part Two


Fragment z części trzeciej



Wokalna, końcowa sekcja Incantations Part Four

 
---------

Album "Incantations" (1978) to czwarta płyta w dyskografii Mike'a Oldfielda, brytyjskiego multiinstrumentalisty. 2 płyty winylowe (w oryginale) zawierają cztery okołodwudziestominutowe suity. Nowością jest wplecenie piosenek w całość - nie tak jak na poprzedniej płycie Mike'a Oldfielda ("Ommadawn" z 1975 roku) gdzie piosenka w sumie jest swoistego rodzaju bonusem, umieszczonym obok głównych utworów (Ommadawn Part 1 & 2). Na "Incantations" kompozycje wokalne stanowią przedłużenie, uzupełnienie, rozwinięcie utworów.

"Incantations" to w zasadzie 2 twarze muzyka. Około 1978 roku, nieśmiały i mający problemy ze swoją sławą Oldfield zaczął uczęszczać na terapię. Być może miało to swoje odbicie w brzmieniu drugiej połowy tego albumu. 

Część pierwsza i druga to delikatne, spokojne kompozycje. Bardzo łagodne i nawet bardziej rytmiczne sekcje są dość stonowane. W drugiej połowie części drugiej zaczyna się część wokalna (fragmenty Pieśni Hiawathy, niezmiernie długiego i anglojęzycznego poematu z XIX wieku, autorstwa Henry'ego Wadswortha Longfellowa, amerykańskiego poety epoki romantyzmu).
Część trzecia i czwarta są bardziej rockowe w swojej oprawie. Jest tu znacznie więcej rytmu i nieco szaleństwa zaś wstęp do części trzeciej zapewne obudził niejednego śpiocha, który uciął sobie drzemkę pod wpływem części pierwszej i drugiej. :) Czwarta część zawiera krótką piosenkę - "Odę do Cynthi" autorstwa XVI-wiecznego dramaturga Benjamina Johnsona. Znowu, wykorzystany tekst jest częścią większej całości.

Na "Incantations" pojawiają się także syntezatory, choć uważny słuchać wychwycić może także brzmienie trąbki czy fletów. Oczywiście też pojawia się gitara elektryczna i basowa. 

Całość jest muzycznie znacznie odmienna od debiutanckiego "Tubular Bells" (1973) - przedstawiany w tym tekście album "Incantations" (1978) jest znacznie bardziej łagodny. Nawet zawiera w sobie pewną nutkę magii i zdecydowanie ma swój urok. W pewnych brzmieniach można się zakochać ! W przypadku debiutu, najbardziej w ucho wpada otwierający płytę motyw. 

"Incantations" jest bardziej minimalistyczny i słuchacz może odnieść wrażenie iż w tej muzyce niewiele się dzieje (zwłaszcza słuchając Incantations Part One i Incantations Part Two). Wbrew pozorom dzieje się tu dużo a odsłuch sprawia sporo przyjemności. Z jednej strony łagodzi, poniekąd wycisza i uspokaja (części 1 i 2) a z drugiej dodaje energii i pobudza (części 2 i 4).
Mnie osobiście część muzyki i brzmień zaprezentowanych na tej płycie kojarzy z zimą. Sam album powstawał między grudniem 1977 roku a wrześniem roku następnego. Być może moje odczucia związane były z faktem iż słuchałem tego albumu dzisiaj rano (11.01.2017) i pora roku niejako narzuciła pewne skojarzenia.

"Incantations" uzależnia na swój sposób. Czaruje łagodnością i jednocześnie uwodzi swoistą dynamiką. Niektóre wybrane fragmenty mam w głowie do tej pory a do samego albumu powróciłem po bardzo długiej przerwie (może nawet kilkuletniej). Zróbcie sobie coś ciepłego do picia, rozpalcie w kominku, włączcie tą płytę i spojrzyjcie za okno. A następnie zamknijcie oczy i dajcie się ponieść tej muzyce.

Bardzo przyjemna w odsłuchu płyta. Chyba najłagodniejsza spośród dzieł Oldfielda z jego wczesnego okresu (1973-1978). Delikatna, nieco chłodna ale kusząca swym pięknem. Ponad 70 minut piękna serwowanego w łagodniejszej odmianie rocka progresywnego, posypanego odrobiną płatków śniegu.

PS. Facebook automatycznie dodał próbki z tego albumu - z najnowszego wydania (remaster 2011). Dodatkowy utwór, Guilty, ma zupełnie inny charakter i nie stanowi oryginalnej zawartości płyty.

PS 2. Pierwsza recenzją w 2017 roku !

czwartek, 8 grudnia 2016

08.12.2016 - Nowe Horyzonty...

Tak jak napisałem w poprzednim poście, powoli poszerzam swoje horyzonty muzyczne. Stąd też ten prowokacyjny tytuł (nie, nie planuję powtórnej recenzji Nowego Horyzontu od SBB ;) )Stwarza to okazję do pisania nowych recenzji. Nie planowałem dzisiejszej recenzji ale mam nastrój lepszy niż wczoraj.

Do napisania tej recenzji skłoniła mnie informacja podana w mediach: Greg Lake, znany przede wszystkim jako gitarzysta i wokalista prog rockowego tria Emerson, Lake & Palmer (choć wcześniej grał w początkowym składzie innego, znanego zespołu - King Crimson), zmarł przedwczoraj tj. 06.12.2016. Tak się złożyło, że z twórczością tego zespołu chciałem się zapoznać i w tym tygodniu ściągnąłem sobie jego dyskografię. Cholera.. mam niezłe wyczucie czasu. Dla porządku dodam, że Keith Emerson, klawiszowiec ELP, również nie żyje i zmarł w tym roku.

Warto napisać kilka słów o tym zespole. Zespół powstał w 1970 roku w Wielkiej Brytanii i istniał do 1979 roku, z dłuższą przerwą począwszy od 1974 roku. W 1991 zespół powrócił na scenę oraz nagrał kilka średnioudanych albumów. Koncertowali do 1998 roku. Zespół ostatecznie się rozpadł mimo planów wspólnego nagrania kolejnej płyty. Powrócili powtórnie, zgrawszy się na jeden rocznicowy koncert w 2010 roku (ukazał się on później na 2xCD i jako video). Ironicznie, 40-lecie istnienia zespołu, trio Emerson (klawisze), Lake (gitara, bas, wokal) & Palmer (perkusja) świętowali poprzez definitywny i ostateczny rozpad grupy (poprzedzony koncertem).

Zespół znany jest z inspiracji muzyką poważną. W swojej twórczości łączyli ze sobą muzykę poważną (klasyczną), jazz, rocka symfonicznego i progresywnego. Tworzyli zarówno dłuższe kompozycje jak i krótsze, bardziej przebojowe piosenki. Zespół dokonał także rockowej interpretacji Obrazków z Wystawy rosyjskiego kompozytora Modesta Musorgskiego, dodając nieco od siebie. Wspomniane nagranie ukazało się na albumie Pictures at an Exhibition (1971), który jest nagraniem z koncertu (też 1971). Szczyt twórczości zespołu przypada na lata 1970 - 1974.

Na pierwszy ogień, zarówno do przesłuchania jak i zrecenzowania, postanowiłem zmierzyć się z debiutanckim albumem zespołu. Jego tytuł jest banalny: Emerson, Lake & Palmer. Płyta została wydana w 1970 roku i szybko osiągnęła znaczący sukces - zarówno w macierzystej dla zespołu Anglii (4 miejsce na listach przebojów) jak też w USA (18 miejsce na 200 miejsc możliwych).


Zespół nagrywał album przez 3 miesiące - od lipca do września 1970. W międzyczasie dali swój pierwszy koncert, po którym o formującej się grupie zrobiło się głośno (sierpień 1970). Warto wskazać iż koncert ten ukazał się na CD - Live At The Isle Of Wight Festival 1970 (1997, nakładem Manticore Records). Wówczas też zaprezentowali pierwszą wersję Obrazków z Wystawy.



Cały album (oryginalną wersję, nie zmienioną w 2012) możecie przesłuchać tutaj:

Niestety nie znalazłem innej kopii ale za to w sekcji komentarzy jest język angielski. :) 

1. The Barbarian

Utwór otwiera zniekształcona gitara do której dołączają organy. Całość brzmi dziwnie i jest szalona. Sprawia wrażenie jakby nieociosanej, niewygładzonej. Słychać jak muzycy przyśpieszają i współgrają ze sobą (np. fragmenty, gdzie po klawiszach następuje odpowiedź gitary). Nagle - coś dziwnego ! A potem jaskiniowiec zapodaje niezły jazzowy standardzik na fortepianie. A jeszcze przed chwilą ganiał za mamutem z dzidą... Teraz opisuje polowanie ale dźwiękiem a nie bazgrząc po ścianach jaskiń. Po tym "praklasycznym" przerywniku wracamy do "prarocka". Jaskiniowcy bawią się współczesną (jak na wczesne lata 70.) techniką. Jest na czym "zawiesić ucho". Ciekawa i interesująca mieszanka stylów. Utwór jest rockowym aranżem Allegro Barbaro węgierskiego kompozytora,  Béla Bartóka. Kompozycja ta pochodzi z 1911 roku.

2. Take a Pebble

Pierwsza własna kompozycja zespołu na płycie. Tekst i muzykę do niej napisał, świeżo zmarły, Greg Lake. Rozpoczyna się bardzo cicho i łagodnie. Wspaniały pokaz sztuki od Keitha Emersona. Delikatne połączenie fortepianu i organów do których dołącza gitara basowa i perkusja. Utwór brzmi jak łagodna, pełna ekspresji jazzowa piosenka. Całość jest wzbogacona o naprawdę niezły i przyjemny głos Lake'a. Ok. 2:30 zaczyna się fortepianowe oraz Moogowe solo, które szybko zostaje wzmocnione przez gitarę basową i perkusję. Słychać kunszt Emersona. Nagle całość cichnie. Słychać cichą i łkającą gitarę. Niesamowicie cichą. Żeby ją usłyszeć, zwiększyłem głośność aż o 10 decybeli w moim ipodzie. Ale warto, naprawdę warto. Popis Lake'a przeradza się w sympatyczne (aczkolwiek krótkie) country lub folk. Tego w ogóle się nie spodziewałem. Ok. 6:30 znowu wraca wspaniała gra Emersona. Tym razem słuchamy wspaniałego fortepianu. Szybka ale przyjemna partia. Zabawa się komplikuje w środku 7-mej minuty ale wciąż motyw jest podobny (tylko bardziej skomplikowany). Po minucie do fortepianu dołącza się gitara basowa i perkusja. Utwór wspaniale ewoluuje. Staje się coraz ciekawszy. Zmienia się. Przekształca. Muzycy niemalże żonglują stylami, zmieniają je niczym rękawiczki. W 10 minucie mamy przyjemny i łagodny fortepian ocieplany przez okazjonalne basowe "pomruki". Pod koniec 10 minuty utwór znowu się zgrabnie kończy by zacząć się na nowo. Tym razem bardziej dziko. Nasz barbarzyńca z poprzedniego utworu wdział smoking. Na scenie gra ELP i słyszymy ciąg dalszy piosenki, z wokalem Lake'a. Szybko się kończy a Emerson zgrabnie "ucina temat" swoją grą na fortepianie. 12 arcyciekawych i miłych dla ucha minut muzyki.

Sam tekst jest niezwykle poetycki. Pozwoliłem sobie skopiować tłumaczenie na polski znalezione w internecie:
Weź kamyk i wrzuć go do morza
Patrz na fale, które rozwijają się we mnie
Moja twarz rozmywa się delikatnie w twoich oczach
Burząc spokojne wody naszego życia

Strzępki naszych wspomnień leżą na twojej trawie
Zranione słowa śmiechu i groby przeszłości
Zdjęcia są szare i podarte, rozrzucone po twych polach
Listy twych wspomnień nie są prawdziwe

Noś smutek na ramionach jak znoszony płaszcz
W kieszeniach pomiętych i porwanych wywieś resztki nadziei
Świt to dla ciebie północ, wszystkie kolory zniknęły
Burząc spokojne wody naszego życia
Naszego życia 

3. Knife-Edge

Znowu szaleństwo na organach. Kilka sekund a potem następuje piosenka, głównie na gitarę (elektryczną lub bas) wzbogacona o szalone, instrumentalne i organowe chwile. Szalona podróż w słowa (jeśli znacie angielski) albo w zakręcony rytm i melodię (jeśli nie władacie wspomnianym wcześniej językiem). W środku - całe trio szaleje. Zniekształcona i psychodeliczna forma jazzu ? Być może. A potem bach ! I nagle pojawia się cytat z Bacha grany na organach Hammonda przez Keitha Emersona z psychodeliczną końcówką, która przechodzi w ciąg dalszy piosenkowej części tego utworu. Na końcu bardzo krótkie solo Keitha (przywiodło mi to na myśl słynny "Krzyk" Muncha). Kolejna interesująca kompozycja. Cytat z J. S. Bacha przykuwa uwagę i dowodzi wyszkolenia oraz "oczytania" muzycznego (czyli osłuchania) Emersona. Kawał niezłej psychodelii. Utwór został zainspirowany kompozycją Sinfonietta  autorstwa czeskiego kompozytora Leoša_Janáčka z 1926 roku (tak się odmienia to nazwisko?).

Wspomniany wcześniej "Krzyk" Muncha
4. The Three Fates

Trójczęściowa kompozycja. Części noszą tytuły: Clotho (Prządka), Lachesis (Przydzielająca Los), Atropos (Nieodwracalna - wyznaczająca kres życia ludzkiego). Tytuły tychże wywodzą się z mitologii greckiej (Mojry, boginie losu - więcej informacji w odnośniku do Wikipedii). Ciekawa inspiracja.

Mroczne i groźne organy. Całość brzmi dostojnie ale strasznie, jakby soundtrack do jakiegoś horroru. Po chwili pojawia się pomruk towarzyszący zabawnej, krótkiej melodyjce. Ponownie wracają organy z początku, które znowu są przeplecione łagodniejsza melodią. Łagodny i szybki fortepian. Po eksperymentach z organami mamy do czynienia z Lachesis czyli fortepianowym solo. Czuć tu talent i umiejętności muzyczne Emersona. Nagła przerwa, fortepian milknie. Zaczyna się Atropos. Powracają złowieszcze i przerażające organy ale tylko na chwilę. Dostajemy "z liścia" w twarz. Zaczyna się dziwna melodia. Bardzo wesoła, z perkusją. Totalnie nie na miejscu. Po chwili i na chwilę pojawia się fortepian. Znika po kilku sekundach. Wraca ta dziwna, psychodeliczna melodia. Bardzo udziwnione zakończenie - jakiś wybuch. Osobliwa kompozycja. Nie bardzo mi się podoba, szczególnie ta ekscentryczna, ostatnia sekcja.

5. Tank

Sympatyczny marsz wzbogacony o psychodeliczną nutę. Wesoły rytm i melodia. Z tego, co wyczytałem, to Emerson gra tutaj na klawinecie. Brzmi to jak jakiś rodzaj syntezatora. Po dwóch minutach ta wesoła melodia przechodzi w perkusyjne solo Carla Palmera. Nie znam się na tym i nie umiem ocenić. Trzecia sekcja to klawinet, perkusja i syntezator. Znowu radosna i pozytywna melodia, z pewnym metalicznym akcentem. Czuć brzmienie syntezatora (to chyba te "rozpiszczane" dźwięki ale głowy nie dam). Na tle tej melodii pojawia się druga melodia. Kolejna niezwyczajna, nietypowa kompozycja ale fakt, całkiem spójna wewnętrznie.

6. Lucky Man

Kolejny utwór autorstwa Lake'a. Łagodna gitara ma swój urok. Słychać zarówno gitarę elektryczną jak i basową (na obu grał Greg Lake). Ok. 1:30 pojawia się dość łagodna ale sympatyczna solówka na elektryku. Prosta ale sympatyczna i urokliwa piosenka. Lake ma naprawdę świetny i miły dla ucha głos. Pod sam koniec, ok. 3:25 pojawia się solówka na syntezatorze (oczywiście Keith Emerson). Jest ona nieco zaskakująca. Nie spodziewałem się tego. Brzmi jak swoista parodia gitary elektrycznej ale oczywiście ma też swój syntezatorowy urok (zwłaszcza na końcu).

Pierwszy kontakt z muzyką tria Emerson, Lake & Palmer sprawił mi przyjemność. Wiele tu elementów zaskakujących słuchacza (które Was nie zaskoczą, jeśli czytaliście moją recenzję ;) ) czy będących udziwnieniem. Tak naprawdę jedyną w pełni typową i normalną piosenką jest ostatnia kompozycja, Lucky Man (którą Emerson "podrasował" na samym końcu). Muzyka zaprezentowana na tym debiutanckim dla zespołu albumie jest iście wielogatunkowa i zróżnicowana. Nawet w obrębie jednej kompozycji, muzycy potrafią używać wielu stylów (np. muzyka poważna i rock). Całość jest przyprawiona szczyptą psychodelii. Szkoda tylko, że solowa kompozycja Emersona (The Three Fates) mnie zawiodła. Spodziewałem się czegoś innego, lepszego.

Całość oceniam na 4. Nie mam zbyt wielkiego porównania. Ale niezwykle miło mi się słuchało tej muzyki. Jest naprawdę interesująca, choć nie jest to muzyka dla każdego. Nie mniej, warto dać jej szansę. Inaczej chyba bym o niej nie napisał tutaj. ;) Tylko zapewne stwierdził, że to "kicha" i skasował z ipoda. Tak, jak zrobiłem to swego czasu z Joy Division (którego nie trawię).

środa, 7 grudnia 2016

07.12.2016 - Nierewolucyjne odkrycie

Ostatnio sporo się u mnie działo. Remont pokoju oznaczał także przekopanie części kolekcji winyli mojego ojca, które były u mnie. Wśród nich znalazłem kilka interesujących rzeczy, które skrzętnie i chętnie przygarnąłem do siebie. Z tych warto wymienić np. kolejnego winyla The Rolling Stones (a ja dalej nie wyszedłem poza Out Of Our Heads...), debiut Joy Division (który mi się nie spodobał - sprawdziłem na youtube ze 2 utwory - kiedyś ściągnąłem i przesłuchałem ale też mnie nie porwało), jakąś płytę Jimiego Hendrixa (już wgrane na ipodzie - to, co nagrał i wydał za życia) czy przedmiot dzisiejszej recenzji.

W zremasterowanej wersji mojego pokoju pojawiła się m.in nowa wieża, na której czasem coś włączę. Recenzje jednak dalej piszę na podstawie odsłuchu z ipoda. Ale do rzeczy.

Dzisiejszy tekst jest (zaległym) prezentem mikołajkowym dla Słoneczka Agnieszki. Obiecałem, że będziesz mieć recenzję ale nawet nie miałem siły i ochoty wyjść do sklepu zrobić zakupów :(

Tekst będzie dotyczyć debiutanckiego albumu zespołu Exodus. Nie, nie jakiegoś thrash metalowego zespołu a polskiej grupy grającej rocka symfonicznego. Zespół ten powstał w okresie w którym SBB przeżywała zagraniczne sukcesy (co wyrażało się np. tym, iż zaczęli nagrywać płyty w Niemczech). Choć Exodus istniał w latach 1976 - 1984 to w tym okresie wydali zaledwie 2 albumy. Na marginesie dodam, że w pierwszej dekadzie XX w. ukazał się box ze wszystkimi (prawie - pominął tylko 1 składankę, wydaną zresztą grubo po rozpadzie zespołu) albumami zespołu wzbogacony o wznowienie składanki z ich singlami (pierwotnie wydanej w 1992 roku). Box ten zawierał także 2 albumy, które dopiero wtedy ukazały się w ogóle na rynku (choć były przygotowane znacznie wcześniej).


Niewiele wiadomo o samym zespole. Pierwszy album nagrali: Paweł Birula (wokal i gitara dwunastostrunowa), Zbigniew Fyk (perkusja i dodatkowy wokal), Władysław Komendarek (klawisze), Andrzej Puczyński (bas, gitary, syntezator i dodatkowy wokal), Wojciech Puczyński (gitara i bas, notabene brat Andrzeja).

Debiutancki album, The Most Beautiful Day (1980) uchodzi także za najlepszy ze skromnej dyskografii zespołu. Wcześniej słuchałem go tylko raz, w tym tygodniu. Muzykę ściągnąłem z ciekawości. Nie będę zdradzał swojej opinii. Przeczytajcie sami.

Płyta trwa niecałe 40 minut i przyciągnęła moją uwagę 20 minutowym utworem tytułowym zajmującym całą stronę B winyla.


Utwór otwierają delikatne choć ponure i złowieszcze klawisze. Całość się rozjaśnia po kilkunastu sekundach by ustąpić miejsca gitarom i perkusji. Wchodzi głos - mocny, męski, naprawdę piękny. Jeszcze mocniejszy jest w refrenie. Klawisze schodzą na drugi plan. Tekst nawiązuje nieco do biblijnej historii Arki Noego. Na początku trzeciej minuty mamy przejście a po nim solówkę. Przejście składa się z intrygującego motywu klawiszowego, który jest kontynuowany podczas solówki gitarowej. Koniec utworu - deszcz.

2. Stary Noe (film do pierwszego utworu zawiera też i tą piosenkę)

Dalej pada deszcz. Słychać delikatną, łagodną gitarę. Deszcz znika. Tym razem wokal jest łagodniejszy i delikatniejszy, jakby przeciwieństwo tego z poprzedniego utworu. Piosenkę ubogacają przejmujące, skromne zawodzenia syntezatora. Łagodne, chwytające za serce solo gitarowe zaczyna się ok. 2:25, otulone w smutne, elektroniczne dźwięki. Zgodnie z tytułem piosenki, tekst wyraźnie nawiązuje do Noego i jego Arki.

Utwory 1 i 2 są traktowane jako jedna ścieżka na winylu - wydania CD traktują je osobno.


Od razu wchodzimy w szybki i interesujący rytm. Nagłe ożywienie. Czuć radość i kolory w tej muzyce. Głos brzmi jak coś pomiędzy kobietą a mężczyzną. Tak jak poprzednio, syntezatory brzmią raczej jako dodatek niż danie główne (wyjątek: solo Komendarka w środku utworu, po którym następuje gitarowa solówka). Łagodna i sympatyczna nutka.


Smutny, rozpaczający syntezator otwiera utwór. Ubogacony jest on w basowe dodatki. Kiedy zanika, pojawia się gitara a syntezator zmienia swoje brzmienie na bardziej kosmiczne i tajemnicze. Kolejna łagodna piosenka. Uwielbiam te elektroniczne brzmienie, co się pojawia tu i tam. Wspaniała solówka Komendarka w 4 minucie. Po niej następuje jeden z lepszych gitarowych fragmentów w tym utworze. Stylowe i nawet sympatyczne zwieńczenie strony A płyty.


Po wypełnionej łagodnymi, delikatnymi oraz lirycznymi piosenkami stronie A, czas na danie główne - stronę B, tworzoną przez tylko jeden utwór. Tak długi czas trwania zwraca uwagę... i formuje pewne oczekiwania. Czy tytułowy utwór zaspokoi mnie i da mi dużą dawkę wrażeń?

Utwór otwiera gitara oraz klawisze, do których szybko dołącza perkusja. Muzycy grają szybciej niż na stronie A. Klawisze dodają nutkę tajemniczości i klimatu do całości. Bez nich muzyka ta byłaby pusta, nudna i wybrakowana. Po pierwszej minucie całość staje się "grubsza" dzięki szalonemu basowi. Szaleństwo Exodusu wciąż trwa. W drugiej minucie mamy kiczowatą melodię i wokal. W trzeciej minucie jest nieco ciekawiej. Jest przyjemnie, mięciutko i słodko. W piątej minucie mamy dziwną melodyjkę, tworzoną głównie przez klawisze. Muzyka nieustannie ewoluuje i się zmienia. Słychać przejście w stronę kolejnej sekcji. 
 
Tym razem, w 6 minucie, jest bardziej tajemniczo i nastrojowo. Robi się w końcu choć odrobinę ciekawiej. Nie ma tu szaleństw, jest za to lekka podniosłość (dzięki tym basowym wstawkom). Wchodzi wokal w 8 minucie. Znowu transwestyta śpiewa (?). Głos psuje to wszystko. Na szczęście szybko się zmienia. Teraz jest romantyczna strona Exodusu. Łagodna, delikatna i miła dla ucha melodia z lekkim, romantycznym, różowym odcieniem.

"Daj mi dłoń
Chodź, już nadszedł czas, by iść
Wokół nas jeszcze mrok
Lecz wiem, na pewno wiem
Tam, dokąd dojdziemy, już czeka nas
Ten najpiękniejszy dzień"
(fragment tekstu utworu)
 
W ok. 11:24 zaczynają się gitarowo-elektroniczne popisy. Tworzone jest przejście do kolejnej sekcji utworu. Delikatne szaleństwa ale wszystko jest utrzymane w ryzach przyzwoitości. Dziko jest w 13 minucie, na samym jej początku. Muzyka nabiera rumieńców, zwłaszcza dzięki szalonym klawiszom. Dzieje się sporo, nawet nieco gitary słychać. Najbardziej dynamiczna i aktywna część suity Ten najpiękniejszy dzień (jak na razie). Exodus daje czadu. Niestety, po niecałych dwóch minutach wracają nudne, smętne dźwięki. Znowu niewiele się dzieje. Gdyby nie bas i klawisze, chyba bym usnął. Wspaniałe dźwięki na tym nudnym tle. 

Utwór zbliża się ku końcowi. Po raz kolejny utwór rujnuje śpiew w stylu trans. Całość jest sympatyczna (poza wokalem). Znowu muzyka nabiera delikatnego, romantycznego, słodkiego różu. Zniekształcona gitara się popisuje, choć krótko. Na samym końcu, utwór zamyka powrót do motywy z samego początku. Niczym pętla. Wracamy do punktu wyjścia. Kończy się album.

Milutko, słodziutko, kolor(k)owo. Pluszowa i delikatna wersja rocka progresywnego. Takie w sam raz dla dzieci czy początkujących... żeby przeszły na Ciemną Stronę (Księżyca). ;)
 
Dwie strony płyty i dwa różne odcienie zespołu. Obu się słucha i odbiera nieco inaczej. Strona A - złożona z piosenek o różnych klimatach (zarówno tajemniczym - jak Widok z góry najwyższej, smutnym - Stary Noe oraz wesołym i pozytywnym - Złoty promień Słońca), kojarzy się z łagodnymi piosenkami, gdzie raczej muzyka stanowi tło niż danie główne. Strona B zaś skupia się na muzyce (przyprawionej szczyptą tekstu). Problem w tym, że danie główne średnio mi smakuje. Dla mnie jest nijakie, nie ma tego czegoś, tych barw i klimatu ze strony A. Takie zwykłe granie, by było miło i słodko. Jest to przyjemne w smaku ale zbyt pluszowe, puszyste. Można do tego wrócić, odprężyć się od mocnych i poważnych brzmień. Warto w każdym razie dać tej płycie szanse, jako i ja dałem. Stronę A oceniłbym na jakieś 4, może 4- zaś B, takie 2+, 3-. Całość niestety wychodzi ok. 3. Miłe dla ucha i przyjemne w odsłuchu ale danie główne zawodzi i to mocno. A może to ja miałem zbyt wysokie oczekiwania?

piątek, 2 grudnia 2016

02.12.2016 - Oxygene po raz 3 - PREMIERA !

W dniu dzisiejszym (02.12.2016) Jean Michel Jarre wydał Oxygene 3, trzecią część jego słynnej serii albumów i zarazem finisz. Nowa płyta jest pierwszym w pełni samodzielnym nagraniem od 2007 roku (Teo & Tea). W tak zwanym międzyczasie artysta nie próżnował - mnóstwo koncertów (w tym w Polsce - warszawski Torwar, bodajże grudzień 2008 roku i promocja Oxygene: Live In Your Living Room (2007), które mam podpisane przez JMJ) oraz dwie płyty nagrane we współpracy z innymi artystami. Teraz, zapewne korzystając z okazji 40-lecia oryginalnego albumu Oxygene, muzyk postanowił dograć coś nowego. Czy to będzie jego ostatnie słowo? Zobaczymy. Jedno jest pewne - w 2017 spodziewam się kolejnego Oxygene tour. Oby i tym razem nie pominął Polski.

Nowe Oxygene z wyglądu przypomina pierwszą płytę. Usuwając trójkę z tytułu można się pomylić i wziąć ten album za kolejny remaster / wznowienie starego Oxygene z 1976 roku ! Nawet czcionka użyta na okładce jest mocno nawiązująca do oryginalnej, jeśli nie jest tą samą. Najlepiej spójrzcie sami:

Oxygene 3, wyd. 2016, Sony Music - Columbia

Oxygene, 1976 (oryginalne wydanie)

Nowy album ukazał się w kilku edycjach:
  • Pojedynczy CD (ok. 55-60 zł)
  • Pojedynczy winyl (ok. 120 zł)
  • Box set "Oxygene Trilogy" zawierający Oxygene (1976), Oxygene 7-13 (1997) i Oxygene 3 (2016) (ok. 120 zł)
  • Box set "Oxygene Trilogy 40th Anniversary Edition", będący bardziej ekskluzywną wersją powyższego zestawu. W jego skład wchodzą 3 CD (jak wyżej) oraz 3 winyle (też Oxygene, Oxygene 7-13, Oxygene 3) oraz jakąś książeczkę. Nakład limitowany. (ok. 800-900 zł).
Niestety, ku mojemu zaskoczeniu, nowa płyta wylądowała w internecie do ściągnięcia wczoraj (01.12.2016) - dzięki czemu nie muszę otwierać swojego egzemplarza. ;) 

Nowy album zapowiada się na mieszankę brzmień tradycyjnych jak i bardziej nowoczesnych. Z tyłu bowiem mamy wyszczególnioną listę instrumentów wykorzystanych podczas nagrywania Oxygene 3 - w tym Eminent 310, VCS 3 czy z nowszych (Access) Virus. 

Warto też wspomnieć iż oryginalny Oxygene ukazał się we Francji 5 grudnia 1976 (sam Jarre na swojej stronie wspomina iż to było 2 grudnia). Pomysł na Oxygene 3 zrodził się w 2014 roku, podczas prac nad serią Electronica. Jarre chciał sprawdzić, czy da radę odkryć Tlen na nowo w zaledwie 6 tygodni (tyle czas zajęło mu nagranie oryginału - choć w innych warunkach i na innym, znacznie uboższym sprzęcie). Jak widać, udało się. 

Teraz należy zająć się inną kwestią: ile jest Tlenu w Tlenie oraz rozdzielić go na "frakcje" (elementy zbliżone do Oxygene i elementy bardziej nawiązujące do Oxygene 7-13). Tak się składa, że dzisiaj postanowiłem sobie "dotlenić" mózg i ucho. Odświeżyłem sobie obie dotychczasowe części serii (poza Oxygene: Live In Your Living Room). Mam więc odświeżoną znajomość oryginalnych dźwięków.

Jeżeli nie znacie poprzednich części serii, możecie zapoznać się z moimi recenzjami: Oxygene 7-13 (drugi tekst w tym poście) i Oxygene (oryginał).

Czas przystąpić do tego, co najważniejsze - opisu muzyki i moich wrażeń oraz przemyśleń. Niestety, nie ma zbyt wiele "materiałów poglądowych" na youtube.

Oficjalny trailer (zwiastun) albumu Oxygene 3:


Oxygene (Part 14):



Oxygene (Part 17):
Uwaga - jest to wersja skrócona w porównaniu z tym, co jest na albumie!


Nie będę wrzucał tutaj całości - kto chce, ten znajdzie bądź kupi. Filmy zamieszczam, jak zwykle, w celach poglądowych.

Cały album składa się z 7 utworów i trwa niecałe 40 minut. Czas trwania zbliżony do oryginalnego Oxygene zaś liczba utworów - zgodna z tą z Oxygene 7-13. Porównanie zrobione na siłę choć na miejscu. ;)

Oto moje wrażenia z pierwszego, dziewiczego odsłuchu.

Oxygene Part 14:

Tajemnicze, basowe pomruki otwierają całą płytę. Z nich wyłania się łagodna melodia wzbogacona o coś, co brzmi jakby gitara elektryczna (odwzorowana elektronicznie oczywiście). Melodia ulega rozbudowie ale nie zmienia się na długo. Czuć iż jest to nowy, świeży utwór, nagrany w nowoczesny sposób. Ale nie ma w tym ducha. Takie zwykłe plumkanie. W 3 minucie muzyka ulega zauważalnym zmianom i przeobrażenom. Niestety, nie nabiera przez to barw i jest po prostu nudna. Pewne elementy melodii przywodzą mi na myśl Teo & Tea (mały fragment, bodajże Chatterbox ale głowy za to nie dam). Szkoda, że nowy Oxygene zawodzi od samego początku. Fajny sekwencer na końcu. Utwór przechodzi płynnie w następną część.

Oxygene Part 15:

Rozpoczyna się ona od wygaszenia motywu z finiszu Oxygene 14. Wchodzą klimaty nawiązujące do Oxygene 1 (ale raczej w stylu znanym z Oxygene 9, wzbogaconym o dodatkowe, nowoczesne ozdobniki). Pojawia się cicha melodia (sekwencer). W ok.  1:30 wchodzi bit. Całość ma teraz rytm i melodię oraz brzmi świeżo i przyjemnie. Jednak "nowe" nie oznacza "złe" ! Utwór ten może być zbyt nowoczesny dla osób nietolerujących Oxygene 7-13. Świeże brzmienia z odrobiną inspiracji starym Oxygene (ta eteryczność!). Kolejne zmiany - w 5 minucie muzyka jakby się "zacinała" i zmienia swój kształt. Powoli utwór się kończy i wygasza by zrobić miejsce dla następnej części. Dziwne zakończenie, jakby awaria.

Oxygene Part 16:

Rozpoczyna się od sekwencera (lekko nawiązuje do Arpeggiatora z The Concerts of China). Znowu sporo warstwy "duchowo-eterycznej". Czuć sporo mięska. Oxygene 16 jawi się jako przedłużenie klimatów wprowadzonych w Oxygene 15. Ładunek energetyczny całości jest wzmocniony przez perkusję (elektroniczny bit). Pojawiają się też drobne smaczki i dodatki, wtrącenia. Nowoczesne brzmienia ale w znośnej dla mnie oprawie i aranżacji. W połowie 4 minuty utwór się wygasza i przechodzi w odmienne, zupełnie nie-klubowe brzmienia. Pojawia co jakiś czas dziwny dźwięk. Bardzo dziwna sekcja. Kojarzy się z dark ambientem.

Oxygene Part 17:

Ciekawe intro, nawiązuje lekko do oryginalnych brzmień ale wzbogaca je o zupełnie nowe elementy. Brzmi bardzo nowocześnie. Niesamowicie rytmicznie. Najweselsze brzmienia jak do tej pory. Nic dziwnego, że ten właśnie utwór Jarre wybrał do promocji tej płyty (np. na trasie koncertowej do albumów Electronica grał Oxygene 17). Ma singlowy potencjał ale nie pasuje do do tej pory poznanych utwór na tej płycie. To takie Oxygene 4 AD 2016 - nagle po zaskakującym i interesującym "Le Grande Finale" strony A (Oxygene 3) mamy krótki, wesoły, nieco żartobliwy kawałek (po którym Jarre kontynuuje już na bardziej poważną nutę).

Oxygene Part 18:

Najkrótszy utwór na tej płycie (niecałe 3 minuty). Powracają cięższe, poważne brzmienia. Kojarzy się bardziej z wodą niż powietrzem. Bardzo minimalistyczna kompozycja. Wydawać się może iż także i tutaj została użyta gitara. Zaskakująca chwila relaksu i odpoczynku od klubowych, nowoczesnych rytmów. Lekki, krótki wtręt lekko nawiązujący do stylistyki starego Oxygene z 1976 roku.

Oxygene Part 19:

Dalej mamy senne, rozmarzone brzmienia, także nawiązujące z lekka do oryginału. Potem pojawia się rytm i melodia wraz z sekwencerem. Właściwa melodia pojawia się dopiero w drugiej minucie, okraszona basami i innymi dodatkami. Melodia brzmi skromnie i jest wzmacniana przez wspomniane dodatki. Ok. 2:50 mamy przerwę. Całość nagle zwalnia i utwór powstaje na nowo. Powracamy ok. 3:30 do poprzedniej formy. Całość brzmi jak nowoczesne plumkanie z sekwencerem. Na samym końcu utwór się wygasza i staje się bardziej eteryczny. Zawiera łagodną i delikatną sekwencję.

Oxygene Part 20:

Wielki finał serii. Słychać tą sekwencję. Przyprawiona jest brzmieniami kojarzącymi się z organami o bardzo podniosłym lub strasznym brzmieniu (zależy, jak się Wam kojarzy). Ok. 1:20 mamy przerwę i... odrobinę Tlenu w starym stylu. Tak, to On ! Powraca Oxygene Part 6 (z nowym bitem a raczej jego ułamkiem). Po chwili znika. Tak tylko wpadł się przywitać. Przeminęło z Tlenem. Po chwili zastąpiły go nowe brzmienia. Łagodne ale mroczne, z lekka niepokojące. Coś się w tle buduje. Elektroniczne smęcenie. Bezkształtna dźwiękowa maź. Pojawia się później dodatki i nieco się to rozbudowuje. Całość nabiera delikatnego kształtu i brzmienia w stylu Oxygene 1 ale jest za wolne i zbyt przynudzające. W oryginale coś się działo, tu prawie nic. Sam koniec to szum wiatru, jak na oryginale. Finał okazuje się być najsłabszą częścią całości. Szkoda. Czuję się zawiedziony.

Stylistyka jest dość minimalistyczna. Nie mamy tu dyskotekowych szaleństw i basów jak na Oxygene 7-13 ale jednocześnie niewiele jest tu momentów zbliżonych do Oxygene 1 (utworu z oryginalnej płyty z 1976). Całość brzmi niezwykle łagodnie, choć miejscami niesie ze sobą pewien ładunek energetyczny (zwłaszcza taneczne Oxygene Part 17). 

Niewiele jest punktów stycznych między Oxygene, Oxygene 7-13 i Oxygene 3. To trzy osobne albumy i trzy różne stylistyki choć łączy je pewien zamysł kompozytorski - całość jest ze sobą złączona i tworzy jedną bądź dwie suity. Nie zawsze odczuwałem to przy słuchaniu Oxygene 7-13 ale jest to wyraźne na Oxygene i Oxygene 3.

"Oxygene 3" jest w najlepszym razie płytą, niestety, przeciętną. To nie jest koszmarna muzyka i czuć, że Jean Michel Jarre poszedł z duchem czasem ale czegoś tu brakuje. Wydaje mi się, że gdyby nie określił tego jako "Oxygene 3" tylko dał jakikolwiek inny tytuł, całość kojarzyłaby się inaczej. I brzmiałaby lepiej. W końcu Oxygene 3 porównywany będzie (i jest - co też czynię i czyniłem w tym tekście) do poprzednich albumów z tego cyklu. A nowy Oxygene niestety nie wypada najlepiej na ich tle.

Niestety, włączając "Oxygene 3" spodziewałem się czegoś lepszego, czegoś innego. Nie zapoznałem się z materiałami dostępnymi w necie (Oxygene 17, trailer płyty). Ta płyta nie jest wart swojej ceny. Jest za droga. 55 zł jest zbyt dużym wydatkiem w stosunku do tego, co otrzymujemy na niej. Nie wiem czy będę często do niej wracał gdyż nie ma na niej wiele interesujących momentów. To średniak, próbujący się wybić na legendzie, na pewnej marce (Oxygene to pewna marka a nie tylko sam album i muzyka). Jarre niestety ma w sobie za mało żaru.

Mój werdykt jest chyba jasny i wyraźny: choć muzyka nie jest zła to jednak czuję się zawiedziony. Brakuje mi tutaj czegoś. Oxygene 3 nie jest tak dobry jak jego poprzednicy. Moja ocena jest zawarta w tytule płyty - 3 ;) Dopiszcie do tego jeszcze jedno zero i wyjdzie Wam dobra cena tej płyty. Reszta to przepłacanie. Zalecam poczekanie aż się pojawi całość na youtubie - wtedy zdecydujecie czy kupić.

PS. Tak się nastawiałem na tą płytę. Nawet uważałem, że jej premiera to będzie największe wydarzenie elektroniczne w tym roku (dla mnie). Niestety, zawiodłem się. Znacznie lepszy okazał się koncert Kraftwerk w Sopocie, choć tak naprawdę jest to mniej więcej to samo, co usłyszałem i zobaczyłem w Poznaniu (2013).

02.12.2016 - Minirecenzje

Kolejna porcja moich minirecenzji - tekstów krótszych ale bardziej treściwych. ;) W końcu przekopiowałem te, których nie ma tutaj a które zamieściłem na fb.

------

"Out Of Our Heads" - The Rolling Stones (1965)



"Out Of Our Heads" (1965) to trzeci album The Rolling Stones. Po raz kolejny zawierał przede wszystkim covery - mniej lub bardziej znanych artystów (z tej grupy znam tylko Chucka Berry'ego i to dlatego, że Beatlesi nagrali jeden czy dwa jego utwory). Trzecia płyta się zdecydowanie różni od pierwszych dwóch, również przede wszystkim bazowanych na coverach.

Przede wszystkim - jak dla mnie, zespół odszedł od okołobluesowej stylistyki (chyba najmocniej czuć tego bluesa na debiutanckim albumie The Rolling Stones) i zamiast tego, zaczął grać nieco mocniej. Nieco ostrzejsze brzmienie z początku mnie odrzuciło i uznałem ten album za znacznie słabszy niż pierwsze dwa, wcześniejsze wydawnictwa (w tym drugi album zespołu, wydany również w 1965 roku). Wydawał mi się taki jakiś nijaki i nieco bezpłciowy, brakowało mu tego czegoś, co urzekło mnie na debiutanckim albumie.

Zespół zaczął grać nieco odważniej, z większą ilością efektów (np. brzmienie utworu I'm Free czy fragment utworu Hitch Hike gdzie wyraźnie słychać iż wokaliści są umieszczeni w różnych miejscach (nie umiem tego lepiej opisać). W brzmieniu Out Of Our Heads jest bardzo mało harmonijki ustnej (bodajże tylko w 1 utworze), instrumentu, który mnie się kojarzy przede wszystkim z bluesem (choć muzykologiem nie jestem ).

Ciężko mi tu o sprawiedliwą i wyważoną ocenę bowiem nabrałem nieco antypatii do tego albumu już na samym początku. Niemnie jednak, jest to płyta jakoś słabsza od poprzednich. Może tylko trochę, może znacznie ale wydaje mi się iż taką miarą "dobrości" może być ilość utworów, które mi się szczególnie podobają. Na tej płycie - jakieś 4 na 12 a na debiucie Stonesów - aż 10 na 12. To jest olbrzymia różnica. 

Trzy gwiazdki. Tylko 3* bo tylko 1/3 (4/12) utworów mi się szczególnie podobała. Oby bardziej eksperymentalny i odważny Aftermath (1966) był lepszy.

------

"Oxygene 7-13" - Jean Michel Jarre (1997)



Oxygene 7-13 (1997) w założeniu jest następcą i kontynuacją oryginalnego Oxygene z 1976 roku. 20 lat które upłynęły od międzynarodowego wydania Oxygene (1977, rok 1976 odnosi się do oryginalnego wydania francuskiego) były bardzo burzliwe muzycznie. Z epoki rocka świat muzyczny przechodził w epokę klubowego techno i ogólnej fascynacji lekką, taneczną elektroniką. W międzyczasie lata 80-te były przede wszystkim domeną nieco kiczowatego ale sympatycznego popu i synthpopu. Jean Michel Jarre również postanowił wpisać się w nową rzeczywistość muzyczną i spróbować nagrać coś w nowszym, świeższym stylu i w zgodzie z aktualnymi trendami w modzie (nie mylić z Depeche Mode). Tak zapewne narodził się pomysł i wizja Oxygene 7-13.

Jak można się domyśleć i wywnioskować z samego tytułu, album ten tworzy 7 utworów. Myliłby się jednak ten, kto myślałby iż Oxygene 7 jest logicznym ciągiem dalszym Oxygene 6. Tak się niestety nie stało (choć wówczas na rynku pojawiły się zestawy płytowe zawierające oryginalne Oxygene jak i Oxygene 7-13 - sam posiadam taki box, wzbogacony o niedostępne nigdzie indziej Re-Oxygene - składankę z remixami Oxygene 7-13). Oba te albumy to zupełnie osobne i niemalże nie powiązane ze sobą wydawnictwa. Zapewne podobnie będzie z zapowiedzianym niedawno przez Jarre'a Oxygene 3, który ukaże się jeszcze w tym roku - także w formie zbiorczej (trylogia Oxygene).

Oxygene 7-13 poniekąd bazuje na sławie i pozycji swojego starszego, analogowego brata ale w rzeczywistości jest albumem zupełnie nowym i świeżym. Sporadycznie odwołuje się do niektórych brzmień znanych z oryginalnej płyty ale wpisuje je w nowe dźwięki, nowe "środowisko muzyczne". Wiele tych zapożyczeń czy nawiązań do kultowego już pierwowzoru nie ma - zaledwie dwa: Oxygene 9 nawiązuje do klimatów Oxygene Part 1 ale nadaje im nową formę i je zdecydowanie odświeża brzmieniowo zaś Oxygene 13 to skrócona, przyśpieszona i bardziej rytmiczna wersja Oxygene Part 6. Przynajmniej te dwa powinny się "rzucić w ucho" osobie znającej oryginalne Oxygene z 1976 roku.

Nowe Oxygene brzmi zdecydowanie odmiennie od oryginału. Brzmienie Oxygene 7-13 jest znacznie bardziej dynamiczne i szybsze. Także więcej jest tu sekwencerów (szczególnie w Oxygene 11 i 12). Dużo klubowych rytmów, które na pewno pobudzą kogoś niczym dobra kawa. Poza Oxygene 9, nie ma tu niczego z oryginału - Oxygene 7-13 to w praktyce jego przeciwieństwo (choć Oxygene z 1976 zgrabnie łączy medytacyjne, ambientowe klimaty z rytmicznymi i chwytliwymi melodiami to jednak Oxygene 9 pełni raczej rolę przerywnika). Oxygene 7-13 można określić jako płytę skoncentrowaną na rytmie a nie na brzmieniu.

Warto zwrócić uwagę na to, że Oxygene 7-13, mimo znacznie odmiennego stylu i brzmienia, nawiązuje swoją formą do swojego przodka z lat siedemdziesiątych. Praktycznie wszystkie utwory się ze soba łączą i tworzą prawie spójną całość. Dobrze to słychać np. w końcówce Oxygene 11 (elektroniczne efekty nieco nawiązujące do niektórych brzmień z lat 70-tych) i na samym początku Oxygene 13. Poczucie spójności wzmacnia pewna jedność stylistyczna wszystkich utworów na płycie (co nie oznacza iż są one klonami albo są na jedno kopyto).

Oxygene 7-13 to dobry album ale porównywanie go do oryginalnego Oxygene to jak porównywanie "malucha" (Fiat 125p bodajże) do Ferrari - niby i to samochód, i to samochód ale jednak dzieli je spora przepaść i dystans. Niewiele jest elementów łączących obie te płyty a różnice są zauważalne "gołym uchem". Można wręcz odnieśc uczucie, że nazwanie tej płyty Oxygene 7-13 to po prostu zabieg marketingowy (oryginalne Oxygene to najbardziej rozpowszechniony i najbardziej kojarzony album Jean Michel Jarre'a) mający na celu poprawienie zysków poprzez doczepienie do nowej muzyki łatki kontynuatorki magnum opus JMJ z 1976 roku. Można się o to spierać i dyskutować. Ale z mojego punktu widzenia (i z punktu widzenia celu pisania recenzji) najważniejsza jest muzyka. Stąd, moja ocena uwzględnia przede wszystkim walory muzyczne. Dlatego też Oxygene 7-13 zasługuje na co najmniej 4. Sympatyczny w odsłuchu ale na dłuższą metę się nudzi - wszystko jest zbyt podobne i nie ma tu wielu niuansów na których można się skupić i "zawiesić ucho".

Myślę iż płyta ta nie spodoba się osobom nie lubiącym nowocześniejszych brzmień. Tu jest bardzo nowocześnie. Jarre świetnie się wpisał w nowsze trendy muzyczne. Zaproponował dzieło aktualne z obecnymi trendami i wymogami rynku i jednocześnie tchnął w nie odrobinę starego ducha (poczucie jedności i spójności tej muzyki oraz kilka odwołań do swojego klasyka). Czy z nadchodzącym Oxygene 3 będzie podobnie czy jednak skończy się tylko na szumnych zapowiedziach i kuszącej okładce, nawiązującej do Oxygene z 1976 roku ?

--------

"Zoolook" - Jean Michel Jarre (1984)



Pod tym chwytliwym i intrygującym tytułem kryje się kolejna eksperymentalna płyta tego muzyka. Tym razem Jarre postanowił ubogacić się kulturowo i wprowadzić językowe multikulti do swojej muzyki.

Zoolook słynie przede wszystkim z olbrzymiej ilości sampli wokalnych i / lub rzeczywistego głosu ludzkiego. Mamy tu wykorzystane wiele języków (pojawia się m.in angielski, chiński, niemiecki, polski, język eskimosów). Album łączy w sobie wieloetniczność z syntezatorowym kosmopolityzmem.

Jarre eksperymentuje także z cięższymi, mroczniejszymi brzmieniami. Spora część utworów Ethnicolor i Diva to przede wszystkim muzyczny mrok okraszony bogactwem językowym naszej planety. Jarre chyba nie byłby sobą jakby do tego wszystkiego nie wtrącił bardziej chwytliwych i rytmicznych sekcji. Tu taką rolę pełnią przede wszystkim single z tego albumu: Zoolook i Zoolookologie.

Warto wspomnieć też o drugiej części utworu Diva i Blah Blah Cafe. Są to nagrane ponownie kompozycje wykorzystane wcześniej w ramach happeningu "Music For Supermarkets " (1983). Jarre wówczas, zainspirowany wystawą związaną z tym projektem, postanowił iż płyta ta będzie unikatowym dziełem sztuki i zniszczył taśmę-matkę (później pozwolił puścić płytę w radio - wszystkie kopie Music For Supermarkets w necie pochodzą prawdopodobnie z tej transmisji radiowej). Płyta winylowa z tym albumem istnieje do dzisiaj, choć tylko w jednym egzemplarzu. Część utworów ukazała się na innych płytach Jarre'a w odświeżonej i zmodyfikowanej formie.

Co jeszcze proponuje Jarre na Zoolook? Dużo nowoczesnych i rozrywkowych brzmień. Album ten naprawdę zachęca do tańca.

Od strony technicznej, jest to rozwinięcie eksperymentów z samplingiem z poprzedniej płyty muzyka (Magnetic Fields, 1981). Tu Jarre poszedł jeszcze dalej - samplował całe frazy, wyrazy i odgłosy. Bez nich, płyta ta byłaby totalnie nijaka.

Zoolook jest dość interesującym albumem o bardziej nowoczesnym, może nieco industrialnym brzmieniu. Choć poprzedni album muzyka był znacznie łagodniejszy i łatwiejszy w odbiorze to jednak Jarre odrzucił prostotę formy na rzecz bardziej skomplikowanej i odważniejszego brzmienia. To słychać zwłaszcza w tych "głównych" utworach - Ethnicolor i Diva a także w krótszym, tajemniczym i w pewnym sensie hipnotyzującym oraz urzekającym Wooloomooloo.

Gdybym miał wymyślić jakiś slogan, pod którym reklamowałbym ten album, to z pewnością bym skorzystał z tego, który ukułem podczas odsłuchu tej płyty: Elektroniczna oda do multikulturalizmu.
Całość oceniam dość pozytywnie i dobrze. Zaskakująca forma i wiele ciekawych pomysłów (np. druga część kompozycji Diva - "piosenka afrykańskiej księżniczki"). Płyta nie tylko dla orędowników multikulturalizmu, choć nie każdemu podoba się nacisk na elektroniczne brzmienie (dla odmiany, pojawiają się tutaj gitary, w tym basowa - których jakoś nie wyczułem).

poniedziałek, 17 października 2016

17.10.2016 - Beatlesi w Hollywood

Dzisiejszy tekst będzie dotyczył świeżej płyty, choć nie jest ona już ciepła. Ukazała się na początku września a dopiero teraz moje fundusze pozwoliły na zakup egzemplarza. Jak zapewne się domyślacie po tytule - będzie o Beatlesach.

Tekst dedykowany jest pięknej M. ;)

Być może nie umknęło Waszej uwadze iż stosunkowo niedawno (nieco ponad miesiąc temu) ukazał się album "Live At The Hollywood Bowl". Jest to reedycja tegoż samego albumu z 1977 roku. Warto zaznaczyć iż jest to także pierwsze oficjalne wydanie na CD. Można było bowiem zdobyć bootlegi z tych nagrań. Albo oryginalnego winyla i szpanować. Choć Beatlesi w 1977 już od dawna nie istnieli jako zespół to najwyraźniej uznano, że wydanie koncertowego albumu zespołu po tylu latach będzie miało sens i się opłaci finansowo. Była to pierwsza płyta koncertowa Beatlesów choć wydana po kilku latach od rozpadu zespołu.

4 ciacha na wynos. Jeszcze świeże tzn. młode ;)
Tak więc wydano składankę zawierającą materiał z dwóch koncertów nagranych w tym samym miejscu  - amfiteatr The Hollywood Bowl w Los Angeles. Zespół zagrał tam zarówno w 1964 roku (23.08) oraz w 1965 (30.08). Nie było żadnych cudów, trójwymiarowych ekranów czy ogólnego szoł ale mimo wszystko to było coś - Beatlesi, jedna z najbardziej kultowych grup w historii muzyki popularnej, na wyciągnięcie ręki. Sami Beatlesi o sobie (ustami Johna Lennona) bodajże powiedzieli, że są bardziej popularni od Jezusa.

Typowe ujęcie z koncertu Beatlesów. Zwróćcie uwagę na kolorystykę - oznacza, że zdjęcie jest bardzo stare ;)



The Beatles mieli w tym okresie (1964-1965) swoje przygody z Hollywood - a ściślej to z filmowym biznesem. Stali się tak popularni, że bardzo szybko zagrali we własnych filmach. Z własną muzyką na dodatek. Kilka piosenek z ich "muzyki autofilmowej" (a więc z nimi w rolach głównych) pojawiło się także i na Live At The Hollywood Bowl.

Wydanie z 2016 roku, pierwsze oficjalne na CD, poza oryginalnym zestawem utworów zawiera także 4 bonusy. Całość została zremasterowana i naprawdę zyskała nowe życie (znałem ten materiał z jakiegoś bootlega). Łącznie na płycie jest 17 piosenek a całość trwa trochę mniej niż 45 minut.

Prawa autorskie Beatlesów są bardzo mocno chronione i na youtube nie znajdziecie żadnej kopii albumu. Co najwyżej jakąś zapowiedź. Natomiast nie ma problemu ze znalezieniem nagrań audio i video z koncertów. W miarę możliwości postaram się dla Was coś podlinkować.


Cały (?) występ zespołu w The Hollywood Bowl w 1964 roku.

Nie będę już więcej czasu Wam zabierał. Oto oni - The Beatles !

1. Twist And Shout (1965) (podlinkowałem krótki trailer tego utworu - oficjalny)

Pierwszy utwór, najwyraźniej początek koncertu. Słychać pisk i szum fanów, ekstazę i podniecenie publiczności. A zespół zaczyna od krótkiej wersji Twist And Shout (z ich debiutanckiego albumu Please Please Me, 1963). Słychać wokal Johna Lennona (główny) oraz wszystkie instrumenty, włącznie z basem Paula McCartneya. Krótkie powitanie wśród rozentuzjazmowanego tłumu.

2. She's A Woman (1965)

Nowszy utwór. Zespół zaczyna od razu po finiszu Twist And Shout. Mocny i wyraźny, niemalże pogrubiony, bas. Całość wydaje się brzmieć jakbyśmy stali tuż przy scenie, przy głośniku, w tłumie rozpiszczanej młodzieży. Przy refrenie emocje tłumu narastają. Nawet solówka nie działa tak na ludzi jak Paul krzyczący "She's A Woman". ;) Na końcu - John dziękuję ludziom i zapowiada kolejną piosenkę.

3. Dizzy Miss Lizzy (1965) (podlinkowałem video z koncertu w The Hollywood Bowl)

Porządny rock and roll. Niby powolny i spokojny ale drapieżny i zachęcający do tańca. Emocje znowu sięgają zenitu kiedy wchodzi wokal. Brzmi jak "pogrubiona", porządna wersja. Na końcu przemawia Paul.

4. Ticket To Ride (1965) (podlinkowałem video z koncertu w The Hollywood Bowl)

Też wywołuje emocje tłumu. Wyraźnie słychać Lennona na wokalu. No i Ringo Starra na perkusji. Brzmi mocniej niż wersja z płyty "Help!" (1965), za sprawą mocnej, wyrazistej perkusji i głośnego basu. Nie pominęli także mocnej końcówki, ta brzmi jeszcze lepiej.

5. Can't Buy Me Love (1965) (podlinkowałem video z koncertu w The Hollywood Bowl)

Wielki hit z "A Hard Day's Night" (1964). Bez żadnej zapowiedzi. Szaleństwo tłumu. Chyba wszyscy kochają Paula. Piosenka brzmi ciekawie, choć jest po prostu prostą reprodukcją tego, co na płycie. Bez żadnych zmian. To po prostu solidna "koncertówka". 

6. Things We Said Today (1964) (podlinkowałem video z koncertu w The Hollywood Bowl)

Kolejny utwór z "A Hard Day's Night" (1964) ale tym razem z koncertu z 1964 roku. Słychać zapowiedź Paula. Mówi, że to piosenka z ich ostatniego albumu (w 1964 promowali A Hard Day's Night). Jedna z moich ulubionych piosenek z tego albumu. Tu w bardzo mocnej i wyrazistej wersji. Pełna szczegółów choć wokal chyba lepiej brzmiał na wersji studyjnej. O ile mi się wydaje, tu śpiewa zarówno Paul jak i John. Jest taki moment, gdzie muzycy grają mocniej a potem nagle łagodzą swoje brzmienie (Paul wówczas krzyczy "Yeah!").

7. Roll Over Beethoven (1964) (podlinkowałem video z koncertu w The Hollywood Bowl - 1965)

A tym razem szybki numerek ale nie Beatlesów a Chucka Berry'ego. Oryginalnie ukazał się na drugim albumie Beatlesów - With the Beatles (1963). Jest to bardzo szybka i skoczna piosenka z wokalem za szybkim, żebym był w stanie zaśpiewać. ;) Sympatyczna piosenka. I nie zapomnijcie przekazać Czajkowskiemu newsów - o rock and roll'u oczywiście. ;)

8. Boys (1964) (Fragment z filmu związanego z recenzowaną płytą: The Beatles - The Touring Years)

Tym razem piosenka z debiutanckiego "Please Please Me" (1963). Jedyny kawałek na tej płycie z wokalem Ringo Starra (perkusista Beatlesów). Jak wiecie, na każdej płycie Beatlesów, mimo wyraźniej dominacji Paula McCartneya i Johna Lennona, zawsze było miejsce na 1-2 piosenki od Georga Harrisona (gitarzysta) i Ringo Starra.  Także na koncertach. Kolejna sympatyczna piosenka. Słychać, że Ringo jest zakręcony. Gitary jest mało za to mocno słychać bas. Uwielbiam ten słodki wokal chłopaków udających nastoletnie dziewczynki. Gitara jest najbardziej wyraźna w zasadzie tylko podczas solówki George'a. Wydaje mi sie, że grają nieco szybciej niż na płycie.

9. A Hard Day's Night (1965) (podlinkowałem oficjalny, kilkunastosekundowy trailer tej piosenki na płycie koncertowej)

John zapowiada i wspomina o drugim filmie zespołu ("Help!", 1965). Ciekawy aranż. Brzmi jakby nieco inaczej, detale są bardziej wyraźne. Mam poczucie, że chłopaki grają nieco wolniej niż na płycie. Zupełnie inna końcówka niż na albumie. Osobiście wolę tą studyjną.

10. Help! (1965)

Jeszcze raz John zapowiada. Wspomina o filmie o tym, o czym jest ta piosenka. Mocna, wyraźna i po prostu solidna wersja. Słychać charakterystyczny wokal Johna i wokal wspierający Paula. Bas przyćmiewa gitarę elektryczną.

11. All My Loving (1964) (sama muzyka + zdjęcia, zawiera też dwie następne piosenki)

Piosenka z drugiej płyty zespołu. Szybki numerek o miłości. Bardzo romantyczny tekst o tęsknocie a muzyka zagrana z pazurem. Jeden z lepszych kawałków z "With The Beatles" (1963). Przynajmniej tu słychać gitarę. :) Lennon zapowiada następną piosenkę - żartobliwie nazywając ją starym przebojem ("it's an oldie") i wspomina, że jest sprzed roku. Cóż, Beatlesi tak mieli - co rok to kilka przebojów. :)

12. She Loves You (1964)

Jeden z pierwszych singli Beatlesów (1963). Słodka i miła dla ucha piosenka o miłości. Jest też wersja niemiecka (Sie Liebt Dich, oficjalna). 

13. Long Tall Sally (1964)

Tym razem Lennon i cover Little Richarda. Koniec koncertu, piosenka zapowiadana przez Paula jako ostatnia tego wieczoru. Szybki i porządny rock and roll, podobny do Roll Over Beethoven ale z mocniejszym wokalem, znacznie głośniejszym. Jedna z najlepszych solówek gitarowych. 

Bonusy

Jako bonus do wydania 2016, umieszczone zostały 4 utwory z tych dwóch koncertów - po dwa z 1964 i 1965. Jest też wśród nich piosenka z wokalem George'a Harrisona ale nie zdradzę Wam która. ;) Przeważnie w recenzjach pomijam bonusy ale tym razem zrobię wyjątek - bo mam wspaniałe Czytelniczki. ;)

14. You Can't Do That (1964)

Kolejna, ostatnia już, piosenka z A Hard Day's Night (1964). Brzmi odmiennie od wersji płytowej. Ta rock and rollowa wersja bardziej mi się podoba. Jest niesamowicie rytmiczna i po prostu przyjemna.

15. I Want To Hold Your Hand (1964)

Jeszcze jeden wczesny singiel Beatlesów. Brzmi odmiennie i nieco szybciej (zwróćcie uwagę na początek). Słodka i nieco naiwna piosenka o miłości, wyrażanej poprzez trzymanie się za ręce. Niesamowicie przyjemna wersja.

16. Everybody's Trying To Be My Baby (1965)

Jedyna piosenka śpiewana przez George'a Harrisona. Pochodzi z albumu "Beatles For Sale" (1964). Brzmi delikatnie inaczej niż wersja studyjna. Interesująca solówka. Lubię tą piosenkę. Żałuję, że nie jestem tak rozchwytywany przez dziewczyny jak podmiot liryczny w tej piosence. :P

17. Baby's In Black (1965)

Też z Beatles For Sale. Brzmi ciężej, za sprawą tego mocnego basu, oraz wolniej. Jedyny tak powolny utwór ale wbrew pozorom nie jest to żaden zamulacz. Bez żadnej solówki ani żadnego tekstu na koniec. Warto wspomnieć żartobliwą zapowiedź Johna - ale kto zna angielski ten wyłapie żart. :)

Więcej materiałów audio / video nie znalazłem. Podlinkowałem za to prawie całą oryginalną część (niektóre utwory to tylko oficjalne zapowiedzi i brakuje też koncertowej wersji Help! oraz She's A Woman ).

Całość stanowi niezłą gratkę dla fanów The Beatles. Rzadkie wydawnictwo, pierwszy raz na CD (oficjalnie, z beatlesowskim jabłuszkiem - Apple Records - nie tym od iPhonów i innych iRzeczy). Jakość nagrania jest co najmniej dobra. Sporo tu tzw. audience noise (hałasu publiczności) ale cóż - urok koncertów Beatlesów. Czasem brakuje gitary elektrycznej za to fani (i fanki) Paula McCartneya zdecydowanie nie będą narzekać na brak basów oraz jego wokalu.

Na płycie nie ma żadnej nowej piosenki (choć np. She's A Woman poznałem dopiero jak słuchałem tej płyty - teraz mam inny album zespołu który zawiera też tą piosenkę). Przeważają piosenki z albumów "A Hard Day's Night" (1964) i "Help!" (1965) ale to zrozumiałe - zespół podczas tych koncertów promował przede wszystkim swoje najnowsze wydawnictwa.

Całość jest po prostu gratką dla fana. W oficjalnej dyskografii Beatlesów są jeszcze 2 płyty koncertowe (Live At The BBC - dwie części, z czego druga ukazała się stosunkowo niedawno bo w 2013 roku). To dobra płyta i warto ją mieć ale priorytetem są albumy studyjne. O i filmy Beatlesów powinienem zobaczyć. Muzykę mam na CD. Samo "Live At The Hollywood Bowl" zasługuje na co najmniej 4. Dobra jakość dźwięku (materiał był remasterowany z oryginalnych taśm z połowy lat 60-tych) ale sporo hałasu rozwrzeszczanej i rozhisteryzowanej młodzieży oraz czasem bywa za mało gitary (za to basu tu nie brakuje - przynajmniej na moich słuchawkach).

Ciężko mi coś więcej napisać na sam koniec. Jak zapewne zauważyliście, w ogóle z trudem mi przychodzi pisanie o muzyce nie będącej elektroniką. Nie będę więc zdziwiony, jeśli ktoś powie, że to słaby tekst. Jak zawsze - czekam na Wasze komentarze. ;)

poniedziałek, 10 października 2016

10.10.2016 - Minirecenzja - Magnetic Fields

Tekst ten powstał jako reakcja na niedawny (zaledwie kilkanaście minut temu) odsłuch albumu "Magnetic Fields" (1981) Jean Michel Jarre'a. Jest to druga recenzja tej płyty na moim blogu. Oryginalny tekst ukazał się w marcu 2015 roku tutaj. Notabene, w moje imieniny (17.03).

Recenzja w swojej pierwotnej formie ukazała się na moim prywatnym fb (pod tagiem #minirecenzje i #SłonecznikSłucha ). Z omawianym albumem możecie się zapoznać np. tutaj:


Na filmie widać też okładkę albumu, więc nie będę jeszcze raz jej wrzucać
-------

Magnetic Fields (1981) to kolejny wielki album Jean Michel Jarre'a. Tym razem muzyk odszedł od tworzenia spójnej, jednolitej muzycznej narracji na rzecz większej swobody i eksperymentowania z dźwiękiem. Słychać rozwój i czuć pewnego ducha łączącego, i spajającego ten album - to duch ziemi. Magnetic Fields (Les Champs Magnetiques dla frankofonów) jest znacznie twardszym albumem - wyraźne basy, sporo perkusji. Na tym gruncie, młody (jeszcze - co widać po okładce płyty) muzyk buduje zaskakująco łagodne i intrygujące melodie.

Warto w tym momencie przywołać chwytliwe brzmienia sekcji 1 i 3 Magnetic Fields Part 1, wypełniającej pierwszą stronę oryginalnego, czarnego jak włosy muzyka, winyla czy rozmarzone, letnie, wakacyjne i po prostu wesołe Magnetic Fields Part 5. Wspomniane utwory kontrastują z chwytliwym ale twardym Magnetic Fields Part 2, które jest najlepszym przykładem na zmyślne połączenie twardego brzmienia (choć twardego nie w znaczeniu rockowego czy metalowego) i wspaniałej, łagodnej, czarującej melodii.

Wspomniałem wcześniej o rozwoju. Muzyk odszedł od nieco smęcącej ale urokliwej elektroniki z lat 70. (kojarzycie magiczny klimat albumu Equinoxe z 1978 roku? ). Poza klasykami z lat 70., takimi jak ARP 2600 czy VCS3, Jarre podczas pracy nad Polami Magnetycznymi korzystał m.in z możliwości oferowanych przez Fairlight CMI. Jest to komputer muzyczny, służący także jako sampler. Szczególnie dużo nie-elektronicznych dźwięków pojawia się w środkowej sekcji Magnetic Fields Part 1. Domyślam się iż główny szkielet Magnetic Fields Part 3 (ten specyficzny "bit", "automatyczna praczka", jak go ochrzciłem podczas niedawnej "lektury" tego albumu), jest również zsamplowany. Ale nie jestem technikiem, nie znam się na sprzęcie. Jestem tylko krytykiem z dość poważnie uszkodzonym słuchem. I grafomanią. I rozwiniętą "wyobraźnią dźwiękową".

Bardziej eksperymentalna w swym wyrazie lecz znacznie bardziej lekkostrawna w porównaniu do poprzednich płyt artysty. Magnetic Fields zręcznie i ciekawie łączy poszukiwania dźwiękowe i eksperymenty muzyczne z nowoczesną formą. Muzyk zerwał z dotychczasowym stylem (choć i wcześniej potrafił wtłoczyć przebojowego ducha do poważnych suit - albumy Oxygene (1976) i Equinoxe (1978) ). Eksperymenty te miejscami zbliżają się do muzyki industrialnej ale tak na dobrą sprawę to czuć to gdzieś w końcówce Magnetic Fields Part 4 (taki fragment z wciąganiem łańcucha).

To jest naprawdę udana płyta. Nie jest kiczowata (jak niechlubne Teo & Tea z 2007) ani ciężka brzmieniowo (jak wspomniane wcześniej Oxygene i Equinoxe). Magnetic Fields jest płytą lekką (naprawdę, nawet Kraftwerk i Depeche Mode grają "cięższą" muzykę od tej, którą zaprezentował tutaj Jean Michel Jarre), miejscami wesołą i pocieszną. Bardzo przyjemnie się jej słucha zaś jej ciężar wcale nie ciąży tak mocno - dodaje jej wyrazu, jest jakby przeciwwagą dla tych melodii. Wyważone (i to dosłownie) piękno.