sobota, 23 sierpnia 2014

23.08.2014 - Trancefer myśli na wirtualną kartkę papieru

Wstęp

Po kolejnej przerwie, zmotywowany przez swoją przyjaciółkę (również blogerkę – www.recenzjeami.blogspot.com) postanowiłem znowu coś napisać. Tym razem pomyślałem iż spróbuję przeprosić się z panem Schulze i opiszę jeden z jego albumów. Nie wiem za bardzo czemu wybrałem akurat Trancefer. Może jego „krótkość” w porównaniu z innymi albumami? Albo fakt iż niedawno dość często go słuchałem ? W każdym razie motyw jest mniej ważny. Zapraszam do opisu moich odczuć. Jakie myśli „przeTranceferowałem” do edytora tekstu? Kto przeczyta, ten się dowie.

Część właściwa – tak zwane (przez polonistów :P) rozwinięcie

Zanim przejdę do opisu moich wrażeń dźwiękowych, zaprezentuję okładkę recenzowanego albumu, jego tracklistę … i nic więcej. Nie chcę spoilerować. Muzyka jest najważniejsza.

Recenzowany album nosi nazwę Trancefer. Wydany został w 1981 i stanowi kontynuację trendów zastanych przez słuchaczy na poprzedniej płycie muzyka – Dig It. Cyfrowe instrumenty (ale nie wirtualne, to nie te czasy jeszcze) i bardziej rytmiczna muzyka. Inne podejście. Nowy styl, nowe otwarcie. Nowa karta w historii.

Na Trancefer przetransferowane zostały dwa, prawie 20 minutowe utwory: A Few Minutes After Trancefer i Silent Running. A okładka wygląda tak:



Pierwszy utwór zaczyna się od „wrzasków” syntezatora, niczym ugładzony debiut artysty (Irrlicht). Po upiornym seansie z okładkowym widmem, do akcji wchodzi sekwencer. Oczywiście niezadowolony duch okazuje swoje niezadowolenie „wrzeszcząc” co chwilę. Do niego dołącza się jego „pykający przyjaciel” a do całości dialogu Schulze tworzy cichą muzyczną oprawę. W drugiej minucie nasz „pykający przyjaciel” czasem zaczyna się „jąkać” oraz do rozmowy włącza się Pan Skrzypce (czy tam Pani Wiolonczela). W trzeciej minucie robi się niezły ambaras bo i perkusja weszła do sekcji rytmicznej. Moje uszy (ucho?) biją jej brawa. Mamy w 4-tej minucie wciągający i uzależniający rytm perkusyjny na elektro-klasycyzującym tle dźwiękowym. Pod koniec tej minuty mamy popis umiejętności Pana Skrzypce (Skrzypca? ;)). Od tej chwili zdecydowanie głośniej on zaczął wypowiadać swoje racje. Spokojna rozmowa chyba przeradza się w kłótnie. W 6 minucie słychać ożywioną i głośną awanturę. Wchodzi też rytm perkusyjny który wbił mi się w czaszkę od jakiegoś czasu. Sekwencja jest cały czas niezmienna, płynie swoim tempem, uzupełniana przez perkusję. Pan Skrzypce coś opowiada i gestykuluje mocno i namiętnie. Słychać także jakieś reakcje tłumu wsłuchanego w tą dźwiękową opowieść. W połowie utworu, w 9 minucie jest bardzo ostro i żywo. Kłótnia jest żywa i ostra. Dochodzi do użycia siły. Szaleństwo. Rytm perkusyjny dba o to bym szybko go nie zapomniał. Ciągle się coś dzieje. Muzyka jest bardzo żywa, chociaż komponowana z użyciem przecież tak bardzo martwych przedmiotów. Życie stworzone z martwej natury, stworzonej przez człowieka. Argumentację w 11 minucie ma Muzyczna Zjawa Z Okładki Płyty. W 12 minucie odpowiada jej Pan Skrzypce. Ognista wymiana zdań dźwiękowych. 13 minuta. Nagle się zrobił tajemniczy nastrój. Ponura cisza w świecie dźwięków, zobrazowana także dźwiękiem. Cisza udźwiękowiona. Brzmi to absurdalnie ale doskonale oddaje moje odczucia. Pan Skrzypce jest smutny. Zjawa wyje. Chyba ktoś Pana Skrzypca pobił. Zjawa lamentuje. Muzyka wciąż wesoło i niezmiennie gra – to tylko maszyny – sekwencer i automat perkusyjny. One nie mają uczuć. Muzyczne roboty grają tak, jak zostały zaprogramowane. Nie zrobią odstępstwa, ani na jotę, od Programu jaki wgrał im Wielki Programator Dźwięków. W 16 minucie do tej dziwnej muzycznej opowieści włącza się ktoś jeszcze, kto poucza wszystkich tu zebranych. W 17 minucie Pan Skrzypce jeszcze żyje a przynajmniej udawanie żywego mu dość dobrze wychodzi. Utwór zbliża się ku końcowi. Program Muzyczny również. Opowieść (i kłótniorozmowa) lecą dalej a Schulze niestety przerywa jej nagrywanie. Zapis tejże się urywa. Pozostawieni jesteśmy w swoistego rodzaju niepewności. Zastaliśmy oto koniec. Lecz czy na pewno jest to koniec? Czy wszystkie strony zostały wysłuchane? Czy każdy wyargumentował swoje racje? Jedno jest pewne. To koniec. Nie ma już nic. Ostatni Dźwięk wybrzmiał. A ja siedzę jak głupi w słuchawkach i oczekuję na więcej.

Ten utwór ma w sobie to coś. Hipnotyzuje i wciąga. Uzależnia od siebie. Jest zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze niż albumy z lat 70. Ciężko mi napisać coś więcej gdyż pisanie typowych recenzji raczej dość średnio mi wychodzi.

Drugi utwór zaczyna się jakby był ciągiem dalszym naszej opowieści. Zjawa cicho i spokojnie wyje. Wręcz przerażająco spokojnie. Czuć w tym niepokój, który jest spotęgowany kolejnymi dźwiękami. Coś się kroi (nie, nie żadna ostra promocja). Przedłużony dźwięk i wejście perkusji / sekwencera. To się kroiło. Zjawa znowu wydaje z siebie dźwięki. Powitajmy Pana Skrzypce! Znowu wrócił do nas. Żywy. Świetnie się trzyma. Tym razem to on przejął stery. To jego dźwięki są najbardziej wciągające. Znowu pokazuje swój talent lecz zjawa nie chce być gorsza. We dwoje tworzą dość udany duet. Zjawa prezentuje swoje możliwości wokalne. W tle coś „brzęczy”. Dodatkowo mamy też perkusję. Całość jest dość spokojna i cicha, bez szaleństw jak w pierwszym utworze. Nerwowa atmosfera zdążyła już opaść. Słychać jak odbudowują zniszczenia po bójce. Muzyczna całość też jest hipnotyzująca ale w odmienny sposób niż w pierwszym utworze. 8 minuta. Chyba roboty idą bardzo dobrze. Lekkie wycie zjawy i delikatna zmiana tempa. Słychać, że wciągnęła ich robota. Wszystkie brzmienia są hipnotycznie jednostajne, oczywiście z dodatkami. To one sprawiają, że utworu nie odbieramy jako długiej porcji dźwiękowej nudy (chociaż zdawać się on może nudniejszy i bardziej dłużący się niż poprzedni). Pozorną jednostajność i stałość przełamują dodatki takie jak słyszalne w 10 minucie skrzypce / wiolonczela. Mimo innego nastroju, mamy tu niezwykłą spójność brzmieniową z poprzednim utworem – ten sam styl, instrumenty itp. ale mniej agresywne brzmienie. Takie jakby bardziej zamyślone, tajemnicze, niepokojące. Wydaje się iż właśnie do tego utworu pasuje zamyślona zjawa z okładki tejże płyty. A może tu nie ma żadnych robót budowlano-remontowych tylko lamenty zjawy? Albo Pana Skrzypce? Słuchając tego utworu wręcz wyczekuje się ze swoistego rodzaju podnieceniem kolejnej zmiany brzmieniowej, która nie nadchodzi pomimo bycia zaanonsowaną przez Tranceferową Zjawę. Brzmi to nieco jak powrót do korzeni – utwory stałe w swojej wymowie, charakterze, brzmieniu przez cały czas trwania Muzycznego Programu. Utwór zbliża się ku końcowi. Niewiele już zostało dźwięków do odtworzenia z Kodu. Zjawa przejmuje dominacje i wieńczy wszystko swoim głosem. Pozostałe dźwięki milkną w tle, łącznie ze Zjawą. I tak oto Transfer dobiegł końca. Transfer (a może raczej Trancefer) moich myśli, związanych z Dźwiękami którymi raczyłem swoje jedyne, kalekie ucho, na wirtualną kartkę papieru. Dźwięki się ucyfryzowały to i metody ich opisu również. ;)

Jakby podsumować tą część tego albumu? Jest ona niebywale spokojna, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki. Ciężej mi było opisać swoje wrażenia bo nie ma tu wiele do opisywania. Nie jest to pustka dźwiękowa. Monotematyczność w najlepszym, elektronicznym wydaniu. Nie ma tu sekwencerów (albo przynajmniej nie są one tak wyraziste i łatwo słyszalne) ani szaleństw dźwiękowych. Nie ma tu burzy w.. muszli słuchawkowej (słuchałem na swoich dużych, prawie dwuletnich już Superluxach). Jest tylko spokój w krainie dźwięków.

Podsumowanie i zakończenie

Oba utwory mają podobny czas trwania (różnica to ok. 30-40 sekund na korzyść drugiego z tej pary). Można przyjąć iż są mniej więcej równe. Tak więc Trancefer jest albumem mniej więcej wyrównanym. Dziką, niepokromioną i agresywną improwizację z pierwszego utworu (A Few Minutes After Trancefer) Schulze zestawił ze spokojną, delikatną ale też nieco niepokojącą częścią (Silent Running). Na tej płycie mamy zestawienie Yin i Yang, ognia z wodą. Schulze wcześniej takie pary tworzył – np. na Moondawn. Co więc wyróżnia Trancefer na tle innych albumów? Na pewno skrzypce / wiolonczela. Chyba bez niej ten album byłby zdecydowanie gorszy, nijaki i utonąłby pomiędzy wieloma innymi perełkami z olbrzymiej i szerokiej dyskografii Klausa Schulze. Można też powiedzieć iż mamy tu utwór z dużym potencjałem na hit – uzależniający i wciągający A Few Minutes After Trancefer. Singiel z niego byłby marny gdyż jest zbyt długi ale sam utwór warto odnotować (pozytywnie) i polecić.

Krótko mówiąc, Trancefer to fajna płyta. Wzbogacona o wiolonczelę / skrzypce, przez co jest odmienna od wielu płyt, na których Schulze mocno eksploatuje sekwencery. Tu wyeksplotowany jest nie tylko sekwencer ale i rytm. Warto posłuchać gdyż nie jest to (za) ciężki i trudny w odbiorze Schulze (ale nie gra też komercyjnie, wciąż jest sobą). Trancefer to też najkrótszy album w dyskografii Klausa – zaledwie 37 minut. Większość starszych płyt Klausa ma tylko o 7 minut krótsze „połówki” czyli 1 utwór. ;) Płytę oceniam pozytywnie.

1 komentarz:

  1. Dość ciekawe :* Dużo metafor i w ogóle cała Twoja recenzja zachęca do odsłuchania utworów <3 Podoba mi się to :3

    OdpowiedzUsuń