sobota, 20 czerwca 2015

20.06.2015 - Encore

W dzisiejszej recenzji chciałbym przedstawić Wam album Tangerine Dream pod tytułem "Encore". Jednocześnie jest to ostatni album jaki mi został do zrecenzowania z tzw. The Virgin Years. "Encore" jest albumem wyjątkowym - dokumentuje koncertowe dokonania TD z 1977 roku (dwie trasy koncertowe w USA) i jest ostatnim albumem zespołu nagranym w składzie: Edgar Froese, Chris Franke i Peter Baumann. Właśnie ten ostatni opuścił zespół i postanowił zająć się sobą.




"Encore" jest albumem koncertowym z wyjątkowej trasy. Zespół zaczął eksperymentować z częściowo ustaloną setlistą utworów. Wszystko jednak było wciąż oparte na swobodnej, elektronicznej improwizacji okraszonej okazyjnie gitarą od nieżyjącego obecnie lidera zespołu.

Każdy koncert w USA w 1977 Tangerine Dream otwierali grając utwór pod tytułem "Cherokee Lane". Szkielet był mniej więcej stały ale pojawiało się sporo improwizacji i zmienności. Znane nagrania w ramach Tangerine Tree / Leaves z tras(y) 1977 pokazują iż zespół potrafił dość mocno skrócić ten utwór. Oficjalna wersja ma 16 minut zaś najdłuższe znane wykonanie nieco przekracza 21 minut. Najkrótsze - prawie 11 minut.

Drugim, stałym elementem była kompozycja "Monolight". Podobnie jak w poprzednim przypadku, na żywo zespół improwizował wokół pewnej gotowej i przygotowanej wcześniej "bazy". Oficjalna wersja zbliża się do 20 minut zaś wariacje wahały się między 15,5 minuty a niecałymi 24 minutami.

Oba te utwory wypełniały, po stronie każdy, pierwszą płytę winylową. "Encore" pierwotnie wyszedł jako 2 LP. Wydania CD, włącznie z pierwszym, były zawsze na 1 CD (bez ucięć, jak w przypadku "Poland" z 1984). Na drugiej płycie zamieszczono improwizację z koncertu pod tytułem "Coldwater Canyon" oraz studyjne "coś" czyli "Desert Dream".

Cały album jest dostępny na Youtube.



1. Cherokee Lane. Utwór otwiera zapowiedź i mocny, elektroniczny wicher. Oto oni - Władcy Kosmosu - lądują w USA. Po chwili zawieruchy wchodzimy w Kosmos. Mnóstwo efektów dźwiękowych rodem z The Pink Years. Nagle ustają i z maszyny wydobywa się para. Robi się coraz groźniej. Muzycy kreują atmosferę niepokoju. Delikatna melodia okraszona jest wiatrem oraz "dźwiękami kosmosu". Przybysze schodzą na Ziemię. Nagle w 3:45 wchodzi delikatny ale dość szybki sekwencer otoczony elektroniczną, mroczną pianką. Po chwili ona znika i zostaje zastąpiona przez mellotron (?). Łagodna melodia przygrywa do szybkiego sekwencera. Po przygodach w Kosmosie, teraz jesteśmy świadkami klasycznego koncertu Szaraków. Ufoki ze skrzypcami i fletami. Pod koniec 5 minuty wchodzi "flet". Jest on instrumentem pierwszoplanowym teraz. Pod koniec 6 minuty sekwencer nabiera dojrzałego i mocnego brzmienia, tak jak i cała kompozycja. Czuć jego basowość oraz "skrzypce" czy inne smyczki w tle, "pod fletami". 8:12 - wspaniałe solo klawiszowe i jego ciąg dalszy, niczym lustrzane odbicie. Sekwencer o wciągającym i hipnotyzującym brzmieniu. Da się wyczuć kiedy muzycy zmieniają jego ustawienia. 9:30 - zaczyna wchodzić mój ulubiony motyw na "flet". W 10 minucie znika flet a następuje powrót do bardziej elektronicznych brzmień. Ciekawa i przyjemna melodia na sekwencerowym tle. Pod koniec 10 minuty pojawia się znienacka mellotron i skrzypce. Zespół nie przestaje zaskakiwać improwizowanymi i na gorąco granymi pomysłami. Nagle w 12 minucie rzuca motyw z albumu "Sorcerer" (soundtrack, 1977). Na tle sekwencera muzycy nawiązują do utworu "Betrayal (Sorcerer Theme). Nic dziwnego, w końcu ta płyta to jedna z ich ostatnich przed wyruszeniem  w trasę. W 14 minucie pojawia się ciekawy motyw na tle nieco dyskotekowego brzmienia - dyskotekowe solo fletu. Utwór zaczyna się powoli kończyć. Sekwencer jest wygaszany i zanika a zespół powtarza ostatnie dźwięki fletu, które również zanikają. W trakcie tego pojawiają się oklaski. "Flecista" się popisuje i reszta zespołu w sposób mroczny, i ponury wieńczy kompozycję.

2. Monolight. Kompozycja ta rozpoczyna się od niezwykle barwnego i ciekawego fortepianu. "Solo" to musi budzić respekt i uznanie. Nagle, pod koniec 1szej minuty, wprowadzane są elektroniczne efekty, dzięki czemu mamy wrażenie iż fortepian "drga". Pojawia się skromne nawiązanie do fortepianowego intra do Ricochet Part Two (Ricochet, 1975). Także tu pojawia się mellotronowy flet. Nuty grane w 2:00 są jakby mocno znajome. Coraz więcej elektronicznych efektów. Całość brzmi niczym fortepianowy popis w nawiedzonym przez upiory i inne straszydła domu. Fortepianowy koncert "Upiora w operze". W 3:40 pojawia się delikatna perkusja i znika fortepian. Z tajemniczych dźwięków wyłania się barwna, tęczowa, wesoła sekwencja a chwilę po niej - melodia o podobnych barwach. Sporo tu mellotronu. Zespół przewędrował z jednej skrajności w drugą w sposób niezwykle płynny. Ta część utworu Monolight była singlem z płyty "Encore". Mały "hicik" od Tangerine Dream. W 7 minucie sielankę przerywają tajemnicze dźwięki, znajome zresztą z przejścia miedzy częścią pierwszą a drugą. Nagle wyłania się szybka i agresywna sekwencja. Kolejna z tych hipnotyzujących i wciągających. Pojawia się melodia ale najważniejszy jest ten trans, ten stan hipnozy w jaki wpada Słuchacz. Melodia schodzi jakby na drugi plan. Czyżby pojawiała się gitara? Jest to możliwe (np. ok. 9:30). W 10 minucie sekwencerowa linia podlega sporym i ciekawym przekształceniom. W ok. 11:30 jest spora zmiana brzmieniowa. Ciekawe urozmaicenie. Wspaniała melodia grana do bardzo szybkiego sekwencera. Ok. 12:40 zespół rzuca nagle motyw z utworu "Stratosfear" ! Rozpoznawalne brzmienie lub przynajmniej nawiązanie do niego. Ciekawe zróżnicowanie. Interesujące zabawy dźwiękiem. Sekwencer pozostaje w zasadzie niezmienny ale pod koniec 13 minuty są wyczuwalne zmiany w jego brzmieniu. Zespół płynnie wychodzi z tego motywu i przechodzi do czegoś zupełnie innego. Pojawia się automat perkusyjny a brzmienie staje się jeszcze bardziej wciągające i hipnotyzujące. 16:40 - basowe pomruki i powiew elektronicznego "wiatroszumu". Kolejna partia fortepianu, kręty jak spiralne schody. Utwór się kończy ale pojawiają się fortepianowe "przebłyski". Po sekundzie zawahania zespół nawiązuje do końcówki "Invisible Limits" ("Stratosfear", 1976). Mocno romatyczna i piękna wersja finiszu. Fortepian okraszony delikatną elektroniką. Piękne zwieńczenie utworu. Olbrzmia ilość oklasków na koniec.

3. Coldwater Canyon. Delikatny początek utworu - uderzanie w klawisz, powtarzane kilkakrotnie. Nagle do tego dołącza się płynący wartkim strumieniem sekwencer o wyraźnej "basistości". W pewnym momencie pozostaje sam szalejący potok sekwencera i wchodzi Edgar wraz ze swoją gitarą. Muzycy nie próżnują i ubogacają tą partię "stukaniem". Nareszcie, spory i mocarny popis gitarowy od lidera TD. W 2 minucie sekwencer się zmienia. Gitara milknie na chwilę by powrócić w dziwny sposób. W 3 minucie dochodzi dziwna perkusja (automat) albo to zmodyfikowany sekwencer. Główną częścią utworu jest popis Edgara. Cały utwór brzmi chłodno, nawet gitara wydaje się być zrobiona z lodu. W 5 minucie na pierwszym planie jest ON ze swoją 6-strunówką. Nie brakuje też elektroniki. W końcu Tangerine Dream to zespół przede wszystkim elektroniczny. "Wątki" elektroniczne w tym utworze przeplatają się z gitarowymi wstawkami od Froesego (np. 6 minuta). Utwór się robi coraz ciekawszy w 8 minucie. Więcej sekwencera i szalonej gitary oraz pomruków elektronicznie basowych. Wyczuwam tu automaty perkusyjne (Franke? Możliwe. On jest ex-perkusistą). Sporo się dzieje w tym utworze - są zarówno momenty dynamiczne, wypełnione wręcz rockowym powerem jak i spokojniejsze, hipnotyzujące (okolice 11 minuty, gdzie można ulec czarowi sekwencero-perkusji (?)  oraz poryczeć z Bestią). Pod koniec 12 minuty Edgar wraca na pole bitwy ze swoją rockową gitarą. Tak mocne granie powróci dopiero w 1979 (Force Majeure). TD pokazuje czym jest elektroniczny rock. Ciekawa melodia pojawia się w 14 minucie, wspierana i okraszana gitarą. 15 minuta brzmi jak kulminacja utworu - więcej perkusji, wszystko pędzi coraz szybciej, jakby się ślizgało na lodzie. Pod koniec 15 minuty po raz kolejny Edgar gra na gitarze. Pędzimy ku zagładzie (Horns Of Doom? Nie, to nie to :) ). Utwór kończy się w dynamiczny i ciekawy sposób - tak, jakby muzycy stracili nad nim kontrolę i się "odślizgał" w siną dal...

4. Desert Dream. Pustynny piasek się przesypuje. W tle tajemnicze flety i inne instrumenty. Fatamorgana? Pojawia się jakiś duch. Sporo tu eterycznych dźwięków, choć nie są to mocno kosmiczne klimaty. Pomruki pustyni wracają co jakiś czas. Senno-pustynne złudzenie. Delikatny ale niepokojący jednocześnie. W 3 minucie robi się jeszcze straszniej. Coraz więcej niepokojących, elektronicznych pomruków. Pełna abstrakcja. Czas w klepsydrze nieubłaganie upływa. Wędrowanie po pustyni nie jest proste i przyjemne. Co jakiś czas z tego gorąca pada nam na mózg i odczuwamy różne złudzenia. Słychać to w 5 minucie utworu. Sporo mellotronu w tej części. Świetne brzmienie na tle nieubłaganych, ponurych basów. Niesamowite.. póki co, chyba najlepsza część tej kompozycji! Pod koniec 8 minuty znowu mamy abstrakcję. Kolejna fatamorgana się skończyła. Jesteśmy coraz bliżej śmierci z wycieńczenia. Wchodzimy bardziej w "phaedryczne" klimaty. Abstrakcyjne rozważania mistrza Polikarpa o śmierci. Czuć, że zbliżamy się do momentu rozdziału duszy i ciała... 12 minuta... umarliśmy. Nareszcie. Teraz mamy melodię żałobną. Pożegnanie z życiem. Ostatnia przygoda Indiany Jonesa. Późniejsze remiksy i koncertowe wykonania tego utworu bazują na tej  żałobnej, ponurej w swej naturze i wymowie części. 14:30 - elektroniczny, ponury wiatr przesypuje piasek nad nasze zwłoki. Jest coraz dziwniej... coraz kosmiczniej. Kosmici urządzają Indianie Jonesowi pogrzeb? Ostatnia minuta utworu - z Kosmosu wyłania się szybka, pożegnalna sekwencja, przystrojona w automat perkusyjny. Odchodzimy w niepamięć. Nawet pustynia o nas zapomniała. Pod jej piaskami każdy jest anonimowy...

"Encore" jest albumem wyjątkowym. To kulminacja i jednocześnie zwieńczenie TD w okresie swojego szczytu. Nie oznacza to iż potem było zupełnie źle. Świetny finisz bardzo dobrego dla zespołu okresu. Płyta ta pokazuje jak wielostronnym zespołem jest Tangerine Dream i jak zgrabnie potrafią oni wiele odsłon połączyć w jedną całość. Myślę, iż najlepiej to słychać w utworze "Monolight" - ciekawy, klasycyzujący początek a potem elektroniczna podróż w kierunku klasycznie brzmiącego zakończenia. 4 ciekawe i przyjemne w odsłuchu kompozycje aż zachęcają by sięgnąć po coś więcej (w serii Bootmoon ukazał się koncert z Waszyngtonu, 1977 - w zasadzie wznowienie oficjalne nagrania krążącego po sieci, znanego jako Tangerine Tree o numerze bodajże 4). Wraz z "Ricochet" (1975), "Encore" dokumentuje szczytowy okres TD koncertowego. Klasyk od zespołu. Wspaniałe zakończenie pewnego etapu. "Encore" to album godny najwyższej noty - 4 zupełnie nowe kompozycje, długie aczkolwiek nieprzesadzone i niezwykle zróżnicowane.
 
Następny rok przyniósł zawieruchę. Zespół wpadł w oko Cyklonu (moja recenzja albumu "Cyclone" z 1978) i powędrował w stronę progrocka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz