Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Depeche Mode. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Depeche Mode. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

04.10.2016 - Minirecenzje

Czasem w pracy dla przyjemności i by zagłuszyć call center obok mnie, włączam sobie muzykę. Wczoraj zacząłem pisać krótkie (znacznie krótsze niż zwykle) recenzję, które umieszczałem na swoim facebooku. Trochę się tych tekstów nazbierało. Wczoraj napisałem aż 4 (i zrobiłem prawie wszystko, co miałem do zrobienia w robocie :P ) a dzisiaj, jak na razie, tylko 1. Postanowiłem, że "przerzucę" je tutaj bo nie każdy ma dostęp do nich na moim fb.

Pomysł na minirecenzje wziął się znikąd. Ot takie przedłużenie przerwy w pracy. Mam sporą swobodę i brak nadzoru więc korzystam z uroków życia. :) Po pierwszym tekście napisałem kilka kolejnych, tak dla przyjemności. Staram się by mimo wszystko były krótsze niż moje typowe recenzje, stąd tytuł tego posta - minirecenzje. Być może będę pisał więcej takich krótkich tekstów, nieco dłuższych niż notki. Na tą chwilę jest ich aż 5 a najnowszy skończyłem pisać dosłownie przed chwilą.

Minirecenzje powstają w inny sposób niż moje typowe recenzje. Te krótsze formy sporządzam tuż po przesłuchaniu płyty, nie w trakcie. Podczas odsłuchu pracuję i rozmyślam o muzyce. Po finiszu płyty wbijam na fb i piszę skromny tekst na temat przesłuchanego albumu. Jest to jakościowa zmiana formuły. Myślę, że m.in dzięki temu zabiegowi te teksty są krótsze od moich normalnych recenzji.

Minirecenzje publikuję tutaj z pewnym opóźnieniem. Nie chciałem robić bardzo krótkiego wpisu na blogu i poczekałem aż się nieco ich zebrało. Z różnych przyczyn nie wrzuciłem ich wczoraj ale za to pojawi się jeszcze jeden tekst, napisany dzisiaj tj. 04.10.2016. Na FB można je przeczytać pod tym adresem: #SłonecznikSłucha (hasztag SłonecznikSłucha, działa niestety tylko dla osób zalogowanych na FB - testowałem). Czemu taki hasztag? A to już opowieść na odmienny wpis choć parę osób wie o tym, że jestem Słonecznikiem (szczególnie Słoneczko Agnieszka, które pozdrawiam i świecę mocno, i dziękuję Słoneczku za czytanie moich recenzji na bieżąco ;) )

Teksty wrzucam tak, jak je napisałem na fejsie. Poprawce ulegnie najwyżej formatowanie.  Publikuję je w kolejności w jakiej je napisałem.

Miłej lektury ! :)

Pierwszy tekst: Clan of Xymox - Metamorphosis (1992)




Dzisiaj w busie: Metamorphosis (1992) - Clan of Xymox. Za. Dużo. Dyskotekowo-klubowych. Klimatów. Wszystkie utwory brzmią jednostajnie i niemalże identycznie. Jest do czego potańczyć ale na niewiele rzeczy zwróciłem uwagę. Może z niewyspania, może dlatego, że pierwszy raz tej płyty słuchałem. Na szczególną uwagę zasługują.. sample! Zsamplowane zostały: Revolutions (Jean Michel Jarre - sama vocoderowa fraza z tego utworu i może ta turecka melodia ale to chyba jej "cover" aniżeli sampel), Home Computer (Kraftwerk - bardzo krótki sampel, pojawia się kilka razy w najdłuższym instrumentalu na tym albumie) i Spiral (Vangelis, też "zacytowane" w ostatniej instrumentalnej kompozycji). Najgorsze utwory na tej płycie to te instrumentalne. niestety. A całość brzmi monotonnie i jednostajnie. Zdecydowanie bardziej mi się podoba od CoX ich poprzedni album - Phoenix (1991), ostatni nagrany z Anke Wolbert. Ale nic nie przebije Medusa (1986) - cud, miód i mrok.

Drugi tekst: Depeche Mode - Exciter (2001)



Exciter (2001), podobnie jak dzisiaj słuchany przeze mnie Metamorphosis (1992) autorstwa Clan of Xymox, jest również klubowy w brzmieniu. Depeche Mode jednak stworzyli zupełnie odmienną atmosferę i nastrój - nie jest to komercyjna, dyskotekowa, taneczna rąbanka, choć i na Exciter nie brakuje kilku skoczniejszych numerów (np. singlowy I Feel Loved). Na płycie przeważają raczej łagodniejsze ballady niż dzikie, klubowo-taneczne nuty. Dużo basów więc na moich Shure'ach SE 215 ta płyta zabrzmiała niesamowicie ciekawie. W niektórych utworach nawet usłyszałem nowe, nieznane (albo zapomniane przeze mnie) dźwięki (np. wspaniała i intrygująca linia basowa w I Am You). Dwa drobne instrumentale są zdecydowanie ciekawym dodatkiem i nie przysłaniają piosenek. Nie wyróżniają się na ich tle.

Muzycznie - jest to płyta o brzmieniu dość intymnym. Taka, która się sączy do ucha słuchacza i pieści go dźwiękami a nie katuje łupanką godną wiejskiej potańcówki. Mimo iż Depeche Mode osiągają komercyjne sukcesy z każdą swoją kolejną płytą to ich muzyka wcale nie jest przesiąknięta komercją i kiczem. Znajdziemy tu np. skrzypce, fortepian a nawet zdziwaczałe, nietypowe i "uszkodzone" The Dead of Night, brzmiące jak jedna wielka awaria syntezatorów. Przeważa tu swoisty spokój przemieszany z atrakcyjnymi rytmami. Dużo ballad (np. Breathe - jedna z najlepszych piosenek na tej płycie).

Co mógłbym napisać na koniec? Bardzo przyjemnie mi się słuchało tego albumu na nowych słuchawkach. W pewnym stopniu odkryłem go na nowo. Muzycznie wypada bardzo dobrze, znacznie lepiej od Metamorphosis CoX. Jak ktoś lubi przyjemne i raczej łagodne brzmienia klubowe, powinien posłuchać tej płyty.


Trzeci tekst: Clan of Xymox - Subsequent Pleasures (1983)




Debiutancka EPka Clan of Xymox (1983). Oryginalny, pierwszy skład zespołu ale stylistyka zupełnie odmienna od tego, co zaprezentowali na późniejszych nagraniach. Muzyka ma bardzo eksperymentalny charakter i, mimo pewnej synthpopowej lekkości, jest w niej pewien ciężar i mrok. Bardzo dużo syntezatorów oraz automatów perkusyjnych. Wokal jest niemalże niezrozumiały i przypomina bardziej jęk potępionej duszy niż śpiew ale z tego, co wyłapałem, śpiewają po angielsku (zespół pochodzi z Holandii). :P W zasadzie wszystkie utwory są fajne i przyjemne. Bardziej wyrazistą muzykę zespół zaprezentował dopiero na swoim pierwszym albumie pt. Clan of Xymox (1985), który zrecenzowałem na swoim blogu (http://pacisfear.blogspot.com/…/15062016-nadchodzi-nowe.html). Ogólnie, EPka Subsequent Pleasures nie jest złą płytką ale brakuje jej tej twardości i wyrazistości z następnych wydawnictw zespołu (płyt z lat 1985 i 1986).

Czwarty tekst: The Beatles - Oldies But Goldies (nieznany rok)




 


Nieoficjalna składanka Beatlesów wydana w Polsce (nakładem Selles, często te płyty pojawiały się w kioskach pod koniec lat 90.). W moim przypadku jest też druga płyta - album Revolver (też Beatlesi).

Składanka zawiera 16 piosenek, przede wszystkim z wczesnych płyt Beatlesów (przed Revolver, choć i z tej płyty też jest kilka piosenek). Wśród nich są takie hity jak Help!, A Hard Day's Night czy Yesterday. W zasadzie same skoczne i szybkie kawałki, z wyjątkiem spokojnego i romantycznego Michelle (z Rubber Soul) i smutnego, delikatnego, przejmującego Yesterday (z płyty Help! ).

Kompilacja ta wyróżnia się niezłym, mocnym jak na Beatlesów, Bad Boy. Jest to piosenka o niegrzecznym urwisie szalejącym do rokendrola, z sympatycznym wokalem Johna Lennona. Właśnie na tej składance pierwszy raz usłyszałem tę piosenkę i dopiero niedawno zaopatrzyłem się w oficjalną płytę z tym numerkiem (Past Masters, Vol. 1).

Składankę tą wyróżnia też jakość utworów. Brzmią one nieco odmiennie niż na oficjalnych, Parlophone'owskich płytach zespołu. Podobno Sellesowe wydawnictwa były zgrywane z winyli ale nie wiem ile w tym jest prawdy, a ile plotki. Niemniej, należy zaznaczyć iż dobrze znane, kultowe piosenki od Żuków brzmią w inny sposób niż oficjalny.

Warto wspomnieć o tym iż na tej płycie jest tylko jedna psychodeliczna piosenka zespołu - Yellow Submarine, z charakterystyczną melodią i dziwną wstawką dialogową (nie jest to dialog między muzykami).

Płytę Oldies But Goldies oceniam pozytywnie choć jest to tylko ciekawostka w olbrzymiej, nieoficjalnej dyskografii zespołu. W zasadzie same klasyki (choć nie jest dokładnie ten sam wybór co na składance 1, zawierającej tylko te utwory, które osiągnęły najwyższe miejsce na listach przebojów). Dla największych fanów zespołu... albo osób, które w ogóle nie znają twórczości The Beatles (choć osobiście poleciłbym tym osobom wspomnianą 1 - tak, to jest pełny tytuł płyty).

A jak ja się czuję po przesłuchaniu tegoż albumu? Zacytuję piosenkę zespołu: I Feel Fine (Czuję się świetnie)

Piąty tekst: Mike Oldfield - Tubular Bells (1973)





Dzisiaj w busie: Mike Oldfield - Tubular Bells (1973)

Bardzo dawno nie słuchałem tej płyty. W sumie dawno nie słuchałem czegokolwiek od Michała Staropolskiego (hehe, wiem, że się nazwisk nie tłumaczy ale tu aż się prosi o to ;) )

Tubular Bells to jest zarówno solowy debiut muzyka jak i pierwsza płyta wytwórni Virgin Records (tej samej, na której rok później, tj. w 1974 roku ukazała się Phaedra od Tangerine Dream). Jest to wyjątkowa pozycja - słuchając jej, nie można się nadziwić, że całość jest w zasadzie nagrana przez jednego człowieka ! Sam Oldfield zagrał m.in na: gitarze elektrycznej, akustycznej i basowej, organach Hammonda, mandolinie, fortepianie, perkusji oraz innych rodzajach organów (np. tych: https://en.wikipedia.org/wiki/Lowrey_organ ). Prawdziwy człowiek-orkiestra (w Polsce tym mianem szczycić się może Jerzy Owsiak ale to zupełnie inna liga :P ). Muzyka wspierali dodatkowo inni muzycy na perkusji, fletach i w chórkach.

Tubular Bells to progrockowa suita w dwóch częściach. Każda z nich ma swój moment, który najbardziej zapada w pamięć. Część pierwsza jest bardzo zróżnicowana i dynamiczna. Wiele tu progresji i zmienności. Wszystko rozpoczyna się od charakterystycznego i zapadającego w pamięć motywu na fortepianie. Mnóstwo "wydarzeń muzycznych", wiele innych motywów a wszystkie są w zasadzie dziełem jednej osoby. Część druga jest w połowie przeciwieństwem dynamicznej i szalonej, miejscami nawet dzikiej, części pierwszej. Tubular Bells Part Two emanuje łagodnością i spokojem. Można się w niej zanurzyć i rozmyślać o czymś przyjemnym. Cały ten spokój i medytacyjny nastrój burzy "Głos Człowieka z Piltdown" (The Piltdown Man) czyli prehistoryczna wersja hard rocka z pijanym Oldfieldem w charakterze jaskiniowca-rockowego wokalisty (tak, muzyk nagrywając ten specyficzny "wokal" był totalnie pijany). Na tle szalonych i dzikich gitar, fletów i złowieszczej perkusji (zwłaszcza na wstępie) słyszymy dzikiego, brutalnego i żądnego krwi i mięsa wczesnego protoplastę naszego gatunku. Po tych ekscesach przechodzimy do... "coveru" melodii z XVIII wieku ! "The Sailor's Hornpipe". bo taki tytuł nosi finałowa sekcja Tubular Bells Part Two, powstała właśnie w XVIII wieku. Jest to jednocześnie kolejna bardzo charakterystyczna część suity Tubular Bells, m.in. dzięki niesamowitemu tempu tego utworu.

Słuchanie tej płyty sprawiło mi mnóstwo przyjemności. Wreszcie mogłem się nią nacieszyć w porządnych warunkach, dzięki niesamowitej izolacji zapewnionej przez moje Shure SE215. Tubular Bells jest płytą wyjątkową - zarówno pod względem muzycznym jak i technicznym. Trudno bowiem sobie wyobrazić aby czegoś takiego dokonał zaledwie 19-sto letni młodzieniec (tyle lat miał Oldfield kiedy nagrywał tą płytę) ! To wielki album. Jest to jedna z najważniejszych płyt dla rocka progresywnego i zapewne każdy miłośnik tego gatunku przynajmniej raz w życiu się z nią zetknął. Warto także posłuchać chociażby samej części pierwszej by przekonać się iż bardzo długie utwory (Part One trwa 25 minut) nie muszą być przy tym bardzo nudne.

-----------------------

To wszystkie minirecenzje jak na razie. Mam nadzieję, że wszystkim moim Czytelnikom się spodobały. Ostatni tekst, recenzja Tubular Bells, zbliżyła się formą do moich typowych recenzji. Zbierając je wszystkie razem, wyszedł kolejny długi post. :)


czwartek, 1 września 2016

01.09.2016 - Smuteczek, żal i chwytliwe melodie

Nieco wolnego czasu dzisiaj postanowiłem wykorzystać pożytecznie pisząc recenzję. Coraz trudniej mi się je pisze ze względu na problemy własne oraz niewielką ilość materiału do przerobienia. Dzisiaj odmiana - Depeche Mode.

Wybrałem album "A Broken Frame" z 1982 roku. Powody jest prosty: dawno nic z Depeche Mode nie było na blogu a także sam dawno ich nie słuchałem. Ostatnia recenzja pojawiła się nieco ponad rok temu i dotyczyła płyty Construction Time Again (1983), na której zespół zbudował nowe, bardziej niegrzeczne brzmienie (które zostało dopracowane rok potem na "Some Great Reward" z 1984 roku). Wbrew pozorom, na "A Broken Frame" też warto zwrócić uwagę ale o tym i dlaczego napiszę potem.

Okładka płyty
"A Broken Frame" była to pierwsza samodzielna, "solowa" płyta zespołu. Młodzi muzycy mogli wreszcie realizować swoje pomysły bez uzgadniania ich z kimś innym. Od zespołu odszedł Vince Clarke, który odegrał ważną rolę na początku działalności Depeche Mode i na ich pierwszej płycie ("Speak & Spell", 1981). Zmiana składu zmieniła wszystko - zespół niemalże odciął się od wszystkiego, co było wcześniej i rozwijał się dalej. Pozostały tylko skromne fundamenty brzmieniowe - zespół dalej poruszał się w ramach synthpopu i wykorzystywał syntezatory. Depeche Mode przełamują schemat i... nieźle na tym wychodzą (za Wikipedią: listy przebojów w Wielkiej Brytanii oraz w USA - "A Broken Frame" miał wyższe lokaty niż poprzedni, debiutancki album zespołu).



Cały album jest dostępny na Youtube. 10 piosenek, 41 minut (bez bonusów z edycji kolekcjonerskiej z 2006 roku).

1. Leave In Silence

Utwór otwiera smutne zawodzenie. Tak, jakby ktoś płakał na dyskotece ale w stylu gotyckim. Cały czas jest rytmicznie i tanecznie choć bardziej na mroczną nutę. Całość jest przyjemna i nie sprawia wrażenia nadmiernie dziecinnego i banalnego, discopolowatego jak utwory z pierwszej płyty zespołu. Czuć iż aranż jest bardziej skomplikowany. Jest tu nieco popisów klawiszowych. Dobra kompozycja, jeden z singli z tej płyty.

2. My Secret Garden

Ciekawe, słodkie i nieco "dziecinne" intro po którym od razu wchodzimy w "raj utracony", "raj zniszczony" (nawiązuję tu do tekstu piosenki). Słychać delikatną "wstawkę bluesową" - czasem można usłyszeć delikatne brzmienie nawiązujące do harmonijki. Kolejna piosenka o miłości ale w nieco mroczniejszej oprawie dźwiękowej (tak jak na okładce - zbliża się burza ale jeszcze zza ciemnych chmur przebija się Słoneczko ;) ). Chyba nie rusza mnie tak jak kiedyś.

3. Monument

Najmroczniejsza piosenka jak na razie. Dziwne, z deka zakręcone brzmienie, choć cały czas w ciemniejszej tonacji. Cały czas słychać dźwięki w stylu chodzącego zegara (nie wiem jak je dokładnie opisać), to one tworzą linię perkusyjną w tym utworze. Posępna, mało rytmiczna piosenka. Raczej średnia w najlepszym wypadku.

4. Nothing To Fear

Tak jak na poprzedniej płycie, tak i tym razem znalazło się miejsce na kompozycję instrumentalną. Jest to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Świetne klawisze, przyjemna melodia oraz brak ckliwego i emocjonalnego tekstu. Nieograniczeni przez "wymogi piosenkowe" (czyli melodia taka aby się dało do niej zaśpiewać), muzycy dali upust swojej kreatywności. Czuć mroczne barwy. Utwór ten zdaje się nie pasować do tej płyty - jest zauważalnie lepszy od dotychczasowych. Tak, jakby wyzwolenie się z okowów "piosenkowatości" sprawiło iż muzycy mogli w pełni się skupić na aranżacji i brzmieniu. Zdecydowany faworyt. Jeden z nielicznych instrumentali w dyskografii Depeche Mode i jednocześnie jeden z najlepszych (zarówno w tej kategorii jak i wśród innych numerów na "A Broken Frame").

5. See You

Kolejny singiel z tego albumu. Tutaj pojawia się sekwencer (warstwa basowa). Melodia od razu wpada w ucho. Czasem pojawia się "mokry" bit (tego trzeba posłuchać - ciężko jest to opisać). Bardzo rytmicznie i melodyjnie ale tak, jak pozostałe utwory z tej płyty - dominuje tu pastelowy mrok. Nic dziwnego, że wybrano akurat ten utwór na singla. Dalej jestem niewzruszony. Może ta muzyka już na mnie nie działa?

6. Satellite

Zapowiada się kolejny utwór w stylu Monument, choć przynajmniej nieco lepszy. Tekst niemalże jak o mnie - "Zamierzam zamknąć się w zimnym ciemnym pokoju / Zamierzam schronić się pod płaszczem mroku". Tekst jest ok, nie jest o miłości ale za to ta wesoła melodyjka wręcz irytuje. Po prostu nie pasuje. W efekcie mamy nijaki utwór, bardziej wypełniacz niż cokolwiek poważnego.

7. The Meaning of Love

Ostatni singiel z "A Broken Frame". Wesoło do potęgi n-tej. Chyba najbardziej radosny i pozytywny utwór na tej płycie. A ja się wciąż nie uśmiecham, nie cieszę. Jak jakiś "satelita nienawiści" (nawiązanie do tekstu poprzedniej piosenki). Kolejna piosenka o miłości. Jak dla mnie - minus.

8. A Photograph of You

Ciekawy wstęp. Podobnie jak w poprzednim przypadku - mdłe połączenie słodkiej melodii i rytmu oraz smutnego tekstu. Wychodzi z tego kwaśny cukierek od którego się robi niedobrze.

9. Shouldn't Have Done That

Dziwny utwór. Dojrzalszy od pozostałych, z celowo zrobioną infantylną melodią i rytmem. Wyróżnia się. Jest lepszy od pozostałych. Zakończenie przechodzi w następny utwór.

10. The Sun & the Rainfall

Ciekawy początek. Naprawdę, bardzo interesujący (poza tą perkusją). Zupełnie nie w stylu, do jakiego nas DM przyzwyczaili przez resztę tej płyty. Całkiem fajna piosenka. Świetne zakończenie, na poziomie. Takie Słoneczko wychodzące po burzy. Wesoła melodia nawet tu pasuje.

Myślałem, że może Depeche Mode poprawią mi humor ale tak się nie stało. Słuchałem tej płyty beznamiętnie i bez jakichkolwiek uczuć. Albo to z tą muzyką jest coś nie tak, albo ze mną. Cała płyta brzmi jak wspomniany wcześniej kwaśny cukierek i jest po prostu nudna. W zasadzie wybija się tylko kompozycja "Nothing To Fear" i "The Sun & the Rainfall". Bardzo mierna płyta. Czuć, że to jest coś pomiędzy wręcz przesłodzonym "Speak & Spell" a nieco dojrzalszym i agresywnym "Construction Time Again". Moim zdaniem, "A Broken Frame" zasługuje na nie więcej niż 3. Zaprawdę, rzeczy się zmieniły i to na lepsze - wydaje mi się, że "Speak & Spell" oceniłbym niżej choć dawno tej płyty nie słuchałem. Czuć postęp ale to jeszcze nie to. Ale krok w dobrą stronę.

środa, 28 października 2015

28.10.2015 - Młodzi, gniewni, zbuntowani i industrialni - Depeche (jeszcze) M(ł)ode

Dzisiaj dla odmiany będzie recenzja Depeche Mode. Mój świat muzyczny jest troszkę szerszy niż tylko nieskończona ilość (no dobra, bliska nieskończoności ;) ) płyt Tangerine Dream i SBB. Odmienne także będą "narzędzia badawcze". 

Ze względu na "niekompatybilność" moich aktualnych słuchawek (nauszne Philips SHP 1900) z ipodem, recenzja zostanie sporządzona w oparciu o odsłuch przeprowadzony na komputerze. Dodatkowo, przesłuchane zostaną pliki FLAC, a więc bezstratna kopia płyty (ale w mono - ze względu na moją wadę słuchu).

Dzisiejszy album to "Construction Time Again" z 1983 roku. Źródło - remasterowany CD z 2007 roku.





Co tym razem zaprezentował zespół ? Mocniejsze, bardziej industrialne i drapieżne brzmienie. To już nie czasy cukierkowatego "Speak & Spell" (1981) czy słodkoemowatego "A Broken Frame" (1982). Jak widać po okładce, zespół jest gotowy do zbudowania swojego nowego brzmienia. Idą zmiany - na mroczne. 

Zmienił się też nieco skład zespołu, co wprowadziło nowe, świeższe powietrze. Do Dave'a Gahana (wokal), Martina Gore'a (wokal, klawisze, teksty piosenek), Andy'ego Fletchera (klawisze) dołączył wykształcony muzycznie i już doświadczone Alan Wilder (perkusja, klawisze).

Brzmienie zespołu uległo zmianie m.in dzięki zastosowaniu samplingu. Różne dźwięki z otaczającego ich świata pojawiły się na płycie właśnie w ten sposób - zespół odtworzył to brzmienie z bazy próbek stworzonej dla danego syntezatora (bardzo mniej więcej jakoś to prawie jako-tako wytłumaczyłem :) ). Nowocześniejsze, "miastowe" brzmienie "Construction Time Again" było połączeniem mroku znanego już z poprzedniej płyty zespołu (choć podanego w bardziej cukierkowym wydaniu, nieco maźniętego sweet brokacikiem) oraz cięższego, bardziej metalicznego, "stalowego" i "przemysłowego" grania. Jest to zasługa nowych inspiracji muzycznych - członkowie Depeche Mode zaczęli słuchać podobnie grających muzyków i podchwycili tą stylistykę.

Kolejna zmiana dotyczyła tekstów. Stały się dojrzalsze. Tu nie ma zbyt wiele miłości - chyba, że ktoś ma na myśli miłość do pieniędzy. Chciwość i żądza pieniądza, apokalipsa ludzkości, brutalny obraz współczesnego świata oraz agresywna gospodarka zasobami naturalnymi - to są jedne z wybranych motywów i tematów pojawiających się w tekstach piosenek na tej płycie. Zmiana tematyki na poważniejszą jest jeszcze bardziej wyraźna kiedy przyjrzymy się temu o czym śpiewał zespół na poprzednim albumie - "A Broken Frame". Tu pojawia się trochę miłości ale także mrocznego, emocjonalnego i smutnego pisania (pewnie doskonale Wam znanego z mojego prywatnego fejsbuka). A dalej jeszcze pikantniej i też ciekawie - z ciekawszych tematów następnego albumu ("Some Great Reward", 1984) można wymienić rasizm, BDSM (czyli sadomaso a więc jeden z wielu ważniejszych hitów zespołu - "Master & Servant"), samotność. Przy okazji brzmienie stało się jeszcze bardziej mroczne i industrialne. Przy okazji, zapraszam do przeczytania mojej recenzji "Some Great Reward" (podlinkowanej pod tytuł płyty).

Czas przejść do najważniejszego - czyli "recenzji właściwej". 41 minuty i 9 utworów (nic nie wnoszącego, wręcz zbędnego, bonusa nie liczę) o brzmieniu mocniejszym i dojrzalszym niż dotychczas. Z całością możecie się zapoznać na Youtube tutaj. Dorzucono coś jeszcze ale to nie jest na tej płycie.

Otwierający płytę "Love, In Itself" wita nas mocnym basem i bitem. Pojawiają się ciekawe rytmy i melodie. Wszystko brzmi jednak znacznie mocniej niż na poprzednich płytach zespołu. Mnóstwo ciekawych zabiegów zostało zastosowanych - "fortepian", "trąbki" a nawet - króciuteńkie "solo gitarowe". Wszystko to urozmaica utwór, który pozornie składa się z samego tylko rytmu (na pierwszy "rzut ucha", rzecz jasna). Końcówka tego utworu jest bardzo dziwna jak na Depeche Mode - "krzyk" i melodia.

Następny utwór, zatytułowany More Than A Party, ma jeszcze mocniejszy i intensywniejszy rytm. Przewijają się sample rodem z fabryki - chociaż dla mnie to brzmi nieco jak tartak. Wciągający i dynamiczny utwór, mimo pewnej dozy monotoniczności. W 4 minucie utwór zaczyna drastycznie przyśpieszać. Zsamplowany "Tartak" pracuje na pełnych obrotach i nagle muzycy przełączają przycisk, i jak gdyby machnęli czarodziejską różdżką (ja tego nie wymyśliłem - to nawiązanie do tekstu piosenki: "The failed magician waves his wand / And in an instant the laughter's gone" / tłumaczenie: Niewprawny magik macha swą różdżką / W jednej chwili zamiera śmiech ), znikąd pojawia się pociąg. Oczywiście, nikt do studia nie "zaprosił" pociągu - to sample. No i brakuje słynnego, kraftwerkowskiego "Trans Europe Express" ;) Ale żarty (Jarre'ty?) na bok. ;)

Trzecia piosenka - Pipeline. Tym razem jesteśmy na placu budowy. Przewija się jakaś melodyjka na cymbałkach czy tam ksylofonie. W tle słychać ponure zawodzenie mnichów czy innych akolitów a może to robotnicy budowlani, "zabierający chciwym, dający potrzebującym" (tłumaczenie fragmentu tekstu piosenki) ? W tej piosence nie ma perkusji - jest tylko stukanie młotka o coś.  Muzyka brzmi monotonnie i pozornie jednostajnie - tyle, że Depeche Mode nie oddają monotonii jazdy po niemieckiej autostradzie (Kraftwerk - "Autobahn", 1974) a monotonię placu budowy. A przy okazji, panowie z Depeche Mode na pewno znali i cenili dokonania Kraftwerk (co ciocia wikipedia potwierdza :P ). Koniec - wyciszanie się melodii i puszczane, niemalże skandowane, słowo "never" (pol. nigdy).

Czwarty utwór - Everything Counts. Synthpopowo-indutrialny paszkwil na kapitalizm, korporacjonizm i niepohamowaną żądzę pieniądza wielkich firm. Kolejny rytmiczny i chwytliwy numer na tej płycie. Póki co - jedyny naprawdę popowy, mniej eksperymentalny. Wesoła melodyjna kontrastuje z ponurym tekstem o korupcji i chciwości. "Wszystko się liczy w dużych ilościach" - tak jak rytm i melodia w tej piosence. 

Następny kawałek - Two Minute Warning. Znowu chwytliwy rytm i sporo basów. Ponura wizja ludzkości po apokalipsie - "Nie ma płci, nie ma konsekwencji, nie ma współczucia / Nadajesz się tylko do zjedzenia" (tłumaczenie fragmentu piosenki). Miła w odsłuchu i dość taneczna piosenka.

Shame. Wstyd. Płynnie przechodzi z poprzedniego, poniekąd go kontynuując. Jeszcze raz mamy kontrast wesołej melodyjki (zwłaszcza "flecikowe solo" grane po refrenie) i smutnego tekstu. Oczami wyobraźni możemy wyobrazić sobie ludzkość walczącą między sobą oraz biedne i głodne afrykańskie dzieci. Między innymi o wstydzie za to, co przedstawiłem wyżej traktuje ta piosenka.

The Landscape Is Changing. Skocznie, wesoło. Brakuje jeszcze tylko "ludowo". Tym razem to nie małe dzieci płaczą ale Matka Natura, cierpiąca przez nas, ludzi. Zespół wzywa do dbania o przyrodę. Całość podana, oczywiście, w formie bardzo przyjemnej, rytmicznej i tanecznej.

Told You So. Przedostatni utwór na tej płycie. Chyba wiecie już czego się spodziewać - niesamowitego, wciągającego rytmu, dynamiki i fajnych basów. Jedna z moich ulubionych piosenek na tej płycie i zarazem chyba jedna z najbardziej rytmicznych. Ciężko jest mi napisać coś zupełnie nowego o tej piosence.

And Then... . I wtedy... PiSiory przejęły władzę. Przepraszam, nastąpił atak hakerski na mojego bloga. Nie mogę cofnąć skutków. Cóż więc mogę jeszcze napisać? Dla odmiany, zespół dał na koniec płyty łagodniejszy kawałek (chociaż tekst jest ekstremalny - coś o rewolucji i ufaniu we własne serce).

Tak samo jak i na poprzednich albumach Depeche Mode tak i na "Construction Time Again" króluje rytm. Nie jest on jednak cukierkowaty ale parę troszkę słodszych brzmień pojawia się tu i ówdzie. Wbrew temu co pisałem na początku, nie ma tu zbyt wielu sampli. To nie Schulze wczesnych lat 90-tych, który w zasadzie wciskał je wszędzie. Tu są raczej starannie dobranym, ciekawym a nawet zaskakującym dodatkiem. Do tego wszystko przyprawione dojrzalszymi, poważniejszymi tekstami, kontrastującymi z dyskotekowością całej tej płyty.

Nie mniej jednak, "Construction Time Again" oraz "Some Great Reward" to moje ulubione albumy Depeche Mode - a przynajmniej dwa najczęściej słuchane. Wam także mogą przypaść do gustu, jeżeli lubicie muzykę dość lekką, luźną, przyjemną i raczej imprezowo zabarwioną. Ja wolę instrumentalno-mandarynkową serię Dream Mixes gdyż nie przepadam za piosenkami i preferuję instrumentalne kompozycje. ;)

 

środa, 18 marca 2015

17-18.03.2015 - Atak depresji...

Miałem iść spać ale "drobny incydent" sprawił, że nie mogę zasnąć. Otóż zacząłem myśleć nad swoim życiem, o samobójstwie, o tym, co bym powiedział "na odchodne" paru osobom, które lubię. Wtedy się popłakałem. Po chwili rozmowy i odpoczynku postanowiłem iż napiszę recenzję na blogu. Długo trwał wybór płyty - przecież opisałem większość posiadanych przeze mnie płyt TD ! A na niektóre nie mam ochoty bo są za długie (a może i warte recenzji...). Wybór tym razem padł na... "Some Great Reward" (1984) Depeche Mode. Wystarczyło dłuższe spojrzenie i przeglądnięcie tekstów piosenek w książeczce (zacząłem cicho śpiewać "Somebody") i uznałem, że to by było to! Jakoś mnie na uczucia wzięło.

Jak pewnie wiecie, mam parę "odskoczni" od Tangerine Dream. Przecież znam na pamięć wszystkie albumy (no prawie... są takie, których słuchałem raz czy dwa w ciągu tych kilku mandarynkowych lat... serio!). Czasem warto, wbrew tytułowi bloga ("TANGERYNKOWA strona życia"), zwrócić uwagę Czytelników na inną muzykę, żeby nie wyszło, że jestem monotonny. ;) Chociaż tak, jestem...
Ta recenzja to 20-sta napisana w 2015 roku i jednocześnie 5 (w tym roku) niezwiązana z TD.

Może jakiś wstęp, tak bardziej od siebie? Depeche Mode słucham od dłuższego czasu ale faza minęła i to zdecydowanie. Mniej więcej wtedy, jak kupiłem sobie "Violator" (1990) gdyż tej pozycji mi brakowało do pełnej dyskografii studyjnej (to było przed ukazaniem się "Delta Machine" w 2013 roku, sporo przed). Czasem jednak wracam do słuchania DM, zwłaszcza do swoich ulubionych płyt - właśnie "Some Great Reward" czy "Construction Time Again". Ta pierwsza jest tematem niniejszego artykułu.

Od razu wrzucę cały album (za pośrednictwem Youtube). Okładka mogłaby być lepszej jakości, paskudna jakość i jakaś taka wyblakła.



"Something To Do" otwiera album w sposób agresywny i mocny. Perkusja i melodia uderzają Słuchacza niczym pięść, wzmocniona basowym kastetem. Po chwili dołącza się męski wokal Gahana. Pojawiają się też sample (np. coś w stylu klaksonu samochodowego).

"Lie To Me" - wciągający rytm na start i agresywny, mocny bas. Melodia aż się prosi o zanucenie (ta na starcie). Wokal brzmi jakby przepuszczony przez jakiś efekt. "Okłam mnie szczerze". Brzmi absurdalnie? "Powiedz, że mnie kochasz, powiedz, że jestem jedynym". Wszystkie znajomości na jedną noc takie są.. jedno wielkie kłamstwo ale wypowiedziane na tyle przekonująco, że... nie będę kończył. ;) Także mocny utwór na tej płycie - zarówno od strony instrumentalnej jak i tekstowej.

"People Are People" - tak jak poprzednie piosenki, jest szybka, rytmiczna i agresywna. Tym razem o rasizmie. A raczej przeciwko. Czarny, żółty, biały. Wszystko jedno. To człowiek. Ten utwór to jeden z singli z tej płyty. Odrobinę słabszy niż dwa poprzednie ale to tylko moje zdanie.

"It Doesn't Matter" - romantyczna, delikatna pościelowa. Piosenka o tęsknocie. Mocne basy ale nie jest agresywna i szybka w brzmieniu. Czułe wyznanie. Tym razem od Martina Gore'a. Na następnej płycie zespołu ("Black Celebration", 1986) piosenka doczekała się swoistej kontynuacji. Basy mimo wszystko ranią moje uszy. Mam mocno basowe słuchawki, za basy odpowiada oddzielny przetwornik. Taki cud techniki - dwa przetworniki w słuchawce. ;)

"Stories Of Old" - łagodny i delikatny początek przechodzi w ciekawą, nastrojową piosenkę. Kolejny mocny punkt na płycie. Utwór staje się mocniejszy przy pierwszym refrenie. W sumie to dość łagodna w brzmieniu piosenka.

"Somebody" - punkt na który czekałem! Fortepianowy, skromnie zaaranżowany utwór (w zasadzie). Kolejne czułe wyznanie od Gore'a. Najlepszy tekst na tej płycie. Prosto w moje uczucia. Nie jestem już smutny, muzyka i ta recenzja poprawiły mi humor. Zsamplowano pod koniec bicie serca. Również singlowy utwór.

"Master And Servant" - bardzo dobry, super mocny (ktoś coś zauważył ? :>) punkt programu. Bardzo agresywna piosenka. Kolejny singiel z tej płyty. O czym jest? Niegrzeczne zabawy w łóżku - BDSM a konkretniej - dominacja. Któreś ze Słoneczek mnie weźmie na smycz, pobawi się ze mną w panią i sługę ;) ? Let's play master and servant / Come on master and servant !!

"If You Want" - tajemniczy, dziwny początek. Perkusja i basy walą niczym sąsiedzki remont. W pewnym momencie utwór przyśpiesza ale nie jest wybitnie agresywny (choć może podrapać ;) ). Oczywiście, można potańczyć. Nie jest źle ani tragicznie, co najmniej średnio.

"Blasphemous Rumours" - znowu tajemniczy początek. Brzmienie perkusji jest znajome i kojarzy się z tym albumem. ;) Fajny efekt jest przy wersie o podcięciu żył. ;) Utwór smutny, spokojny poza refrenami ale potem staje się nieco mocniejszy. Smutny finał fajnej płyty. Mimo tekstu, muzyka wcale nie jest aż tak smutna. Co z tego, że ktoś umiera, zawsze jest czas na party i czilałt! ;) Soł ajronic, tak ironicznie. Końcóweczka końcówki: "dodatkowy" utwór. Mała perełka.

"Some Great Reward" to ciekawa płyta. Brzmieniowo, znowu jest mrocznie. Utwory są agresywne i szybkie. Album-pięść. Jest też trochę miejsca na coś łagodniejszego. Lubię tą płytę, jest to jedna z moich ulubionych płyt Depeche Mode. Taka na 5-teczkę, jak wszystkie moje Słoneczka. :D Mam nadzieję, że podczas odsłuchu basowa Moc była z Wami! ;)