sobota, 12 września 2015

11-12.09.2015 - SBB szuka, burzy i buduje w Getyndze

SBB był i jest jednym z bardziej znanych zagranicą polskich zespołów. Spotkałem się z określeniem iż to są "Pink Floyd aus Polen" (polscy Pink Floyd). W 1977 roku zespół miał sporo ciekawego materiału - niesamowicie ciepło przyjęty przeze mnie "Ze Słowem Biegnę Do Ciebie" a także zapewne przymierzał się do nagrania kolejnej płyty ("Follow My Dream", 1978).

W 1977 roku zespół odwiedził Niemcy z trasą koncertową. W ramach bogatej serii nagrań koncertowych zespołu znalazły się aż 2 koncerty z niej. Przedmiotem dzisiejszej recenzji jest koncert w Getyndze (22.10.1977). Na płycie "22.10.1977, Göttingen, Alte Ziegelei" (2004) zamieszczony został prawie kompletny koncert - ucięto tylko 2 bisy (wznowienie z 2005 roku posiada pierwszy z tych uciętych bisów).

Wydanie 2005, MetalMindProductions. Na zdjęciu od lewej do prawej: Józef Skrzek, Antymos Apostolis, Jerzy Piotrowski  







Wydanie z 2005 roku ma okropnie dobraną czcionkę przez co wkładka i tracklista jest zupełnie nieczytelna. Aż oczy bolą od tego widoku... Lecz pora na najważniejsze: muzykę!

Fragmenty z Youtube:
Fragment z całego koncertu (Wolność Z Nami + Światłowód + W Kołysce Dłoni Twych (Pretty Face) - 3 całe utwory.

1. Ze Słowem Biegnę Do Ciebie. Zaczyna się podobnie jak na płycie ale perkusja wchodzi wcześniej. Zespół zamiast grać dalej, przedłuża część perkusyjną a Skrzek gra kosmiczne dźwięk. Brzmi to jak improwizacja wokół początku wspomnianego utworu. W 2:34 zespół wchodzi z linią znaną z utworu (w tym gitara). W zasadzie zaprezentowana tutaj wersja tego utworu to rozszerzona i ciekawa wariacja na temat wstępu. Ciekawy finisz.

2. Toczy Się Koło Historii. Płynne przejście, jak u TD. Ciekawe brzmienie syntezatorów (nieco "szklane", podniosłe, jakby soundtrack do jakiejś ceremonii). Nagle wchodzi perkusja i gitara oraz głos Skrzeka. Podniosły klimat uległ "urockowieniu". W drugiej minucie zmienia się nastrój na bardziej tajemniczy. Pod koniec drugiej minuty Józef zaczyna śpiewać. Ok. 4:30 wracamy do klimatów z początku (tych "urockowionych"). Ciekawy utwór (później Skrzek wydał go w wersji dłuższej na swoim solowym albumie). Mocno solo gitarowe na końcu.

3. Wolność Z Nami. Fragment klasyka z 1975. Kolejne płynne przejście. Początek utworu zdominowany przez pędzącą perkusję Jerzego i kosmicznie skrzeczącego Skrzeka. Eksplozja chaosu. Muzyczny wybuch supernowej. Jazzgot. Szał Józefa. Naprawdę, niesamowite dźwięki są grane przez niego w tym utworze. Nie brzmi to mi za bardzo na ten utwór z Nowych Horyzontów. Może to sprawa aranżu lub innej, bogatszej instrumentacji. Dźwięki szybsze od światła. W 3 minucie pojawia się coś znajomego (ze wspomnianej wcześniej płyty). W 4 minucie Skrzek znowu gra ciekawe dźwięki - niczym migotanie gwiazd.

4. Światłowód. Pierwszy utwór na tym koncercie, który zostanie nagrany na "Follow My Dream" (1978) i umieszczony tam pod tytułem "Wake Up". Otwierają go bajeczne, rozciągnięte dźwięki. W 0:54 wchodzi coś w rodzaju sekwencji (SBB chyba nie używali sekwencera). Perkusja jest rytmiczna i brzmi jak automat. Brzmienie utworu jest bardziej surowe. W 2 minucie wchodzi "szarpana" gitara a po niej - utwór nabiera charakterystycznego brzmienia i rytmu. Wesoła pobudka. Mocny, rockowy finisz.

5. W Kołysce Dłoni Twych (Pretty Face). Demówka nowej wersji utworu znanego z płyty "Pamięć" (1976) ale już z nowym, angielskim tekstem (niezwiązanym z oryginałem). Nastrój jest smutny. Brzmi jak dron (muzyka jest repetytywna, niemalże jednostajna; rozciągnięte dźwięki) ze śpiewem. Ok. 1:55 pojawiają się ciekawe dźwięki. Bas wydaje się być znajomy. Ok. 2:50 wchodzą dźwięki znajome z "Pamięci". Ok. 4:00 zaczyna się część nazwana "Growin'" (taki tytuł ma na "Follow My Dream". Dźwięki są bardziej kolorowe niż na "Pamięci" ale wciąż rozpoznawalne. Bardzo intensywna i rytmiczna muzyka. Muzycy musieli przeżyć prawdziwy Odlot (wystarczy posłuchać Skrzeka). :) Ok. 5:55 - niezapomniana część z oryginału, tu jednak z naciskiem na klawisze. 6:30 - jeszcze szybciej niż zwykle. Teraz SBB pędzą jak po Autobahnie. :) Do tego niezła gitara. Cząstka przedłużona i stanowi tło dla popisu gitarowego Antymosa. Ok. 9:20 utwór zwalnia w stylu płytowym. Tworzone jest przejście.

6. Follow My Dream. Instrumentalna wersja przyszłego utworu z "Follow My Dream". Bardzo rytmiczna perkusja na tle Skrzekowego basowania i "kosmosowania". Skrzek "wydaje z siebie" czasem bardzo dziwne dźwięki. Znacznie wzbogacają i urozmaicają to wykonanie (np. te ok. 1:18). Pojawiają się też brzmienia które były grane w Wolności z Nami (z tego koncertu). Perkusja jest niemal niezmienna. Jerzy Piotrowski świetnie się sprawdza w roli automatu. :) W 3 minucie popisywać się zaczyna Antymos Apostolis. Perkusja brzmi jeszcze rytmiczniej. Świetne solo gitarowe. W 4 minucie Jerzy przyśpiesza. Także gitara staje się intensywniejsza. Ok. 6:30 dochodzi do zmiany ale dalej dominuje duet Antymos - Piotrowski. Później jednak pałeczkę znowu przejmuje Józef ze swoim solo. Kolejna kosmiczna solówka w stylu SBB. Pojawia się też gitara basowa (Skrzek) albo to mocno basowe dźwięki syntezatora. Tajemnicza i zarazem ciekawa końcówka.

7. Follow Our Music. 3 minuty basowego solo od Józefa. Startuje ok. 0:15. Bardzo ciekawy element występu zespołu. Stanowi miłe urozmaicenie. W tle - perkusja Jerzego.

8. Odejście. Sama końcówka utworu z "SBB" (1978). Brzmi surowo ale da się rozpoznać. Wówczas to był utwór o którym nie można nawet powiedzieć iż był w stanie embrionalnym. Intensywna i szybka gitara. Tu się muzyka ścisza. Koniec strony na taśmie czy coś?

9. Drum Solo. 6 minut i 21 sekund Jerzego Piotrowskiego. Ciekawe i zróżnicowane solo.

10. Freedom With Us. Kolejny utwór z przyszłości. Smutne intro, z "wiaterkiem". Pojawia się harmonijka ustna. Pojawia się tekst (jak na płycie "Follow My Dream"). W 3 minucie wchodzi perkusja. Ten utwór brzmi zauważalnie odmiennie niż w oryginale. Ciekawe demo.

11. Wołanie O Brzęk Szkła. Finał pierwszego utworu ze wspomnianej płyty SBB (tej z 1978). Finał zaczyna się od marszowej perkusji połączonej z harmonijką. W 2giej minucie utwór bardzo mocno przyśpiesza. Bardzo szalone syntezatory. Utwór jest pozytywnie zakręcony. W 3 minucie pojawia się gitara. Niesamowita końcówka.

12. Coda. Podejmuje motyw z poprzedniego utworu. Przeradza się w kolejne solo Skrzeka z akompaniamentem Jerzego. Perkusja zanika ok. 1:35. Po pewnym czasie popisy stają się trochę nużące. Właściwie zmuszam się do słuchania tego utworu. Słaby finisz koncertu ale przynajmniej sympatycznie się kończy (znowu "migotanie gwiazdek").

13. I Want Somebody. Jedyny bis na płycie. Drugi nie został zarejestrowany. Sympatyczna piosenka. Tekst jest po angielsku. Trochę w stylu mniej znanych albumów SBB ("Jerzyk" czy tzw. "Amiga Album").

Bardzo interesujący album. Fanów zespołu zapewne przyciągają zaprezentowane wczesne wersje utworów z "Follow My Dream" (1978). Zespół zagrał bardzo intensywny koncert, prawie nie zmniejszając szalonego tempa. Nie ma też wielu słabych punktów (w zasadzie tylko utwór 12 - Coda, będąca finiszem głównej części występu). 

Jak to zwykle z tego typu wydawnictwami - jest to pozycja raczej dla fanów zespołu. Archiwalia są zawsze cenione przez starych wyjadaczy. Nowicjuszom poleciłbym coś bardziej klasycznego.

Trudno jest mi ocenić tą płytę dlatego wstrzymuję się od oceny.

środa, 9 września 2015

09.09.2015 - Nastrój na SBB ? SBB w nastroju?

W dzisiejszej recenzji chciałbym przedstawić Wam pierwszy album studyjny SBB po reaktywacji zespołu (lata 90te). Przez około 8 lat (ok. 1993-1994 do 2002) zespół w zasadzie tylko koncertował. W końcu, po dwóch dekadach z hakiem od wydania ostatniego albumu (Memento Z Banalnym Tryptykiem ukazało się w 1981, w następnym roku po rozpadzie zespołu - nota bene: ostatni koncert starego SBB (Marburg 1980 bodajże) ukazał się na płytach CD ale jest niesamowicie trudny do dostania), zespół w częściowo odnowionym składzie wydał Nastroje (2002).

SBB w 2002 roku tworzyło trzech muzyków: Józef Skrzek (syntezatory, gitara basowa, śpiew), Apostolis Anthimos (gitara elektryczna ale także i perkusja), Paul Wertico (perkusja). Dopiero kilka lat temu zespół powrócił do oryginalnego składu.



Na płycie znajduje się 11 utworów. Wznowienie z 2006 roku dodaje jeszcze jeden utwór (inny mix) oraz teledysk do niego. Najdłuższych z nich ma 9,5 minuty.  Na albumie dominują piosenki, które są przygotowane w naszym rodzimym języku. W recenzji pominąłem bonusowy utwór.

1. Muzyka, Która Jest W Nas, Jest Ponad Nami. Łagodny, delikatny, nieco wakacyjnie nastrojony utwór z wesoło plumkającą gitarą. Po raz pierwszy mamy okazję usłyszeć Apostolisa przemawiającego po grecku (bodajże cytat z Arystotelesa).

2. Za Nami Wieki Wojowników (Pamięci Silesian Blues Band). Mocne uderzenie na start (perkusja i bas). Wyraźnie słychać, że to inne SBB, bardziej skierowane w kierunku rockowych piosenek. Niemniej, nie brakuje tu klawiszowych atrakcji od Skrzeka. Bardzo ciekawy tekst. Dość przyjemnie się tego słucha (po ściszeniu iPoda gdyż bas jest mocny! :P ). Mocny akcent jak na razie.

3. W Ogrodzie Snu. Nastrój tym razem jest bardziej liryczny ale nie brakuje tu bardziej rockowych dźwięków. Klimaty jednak są zauważalnie (a raczej "zausłyszalnie" :) ) odmienne od tych z poprzedniego utworu. Tu SBB grają bardzo rockowo lecz dość umiarkowanie. Basu muzycy nie żałowali, zwłaszcza pod koniec.

4. Pieśń Stojącego W Bramie. Znowu muzycy muzykują na lirycznych nutach, tym razem jeszcze delikatniej i czulej je muskają. Muzyka jest super, naprawdę dobry, nastrojowy aranż. Nie przepadam natomiast za tekstem. Mimo wszystko warto wysłuchać w całości - chociażby dla samej Muzyki!

5. Knowing Where You Belong. Utwór z wokalem Paula Wertico. Jedyna kompozycja śpiewana po angielsku na tej płycie. Kolejny raz muzycy są w lirycznym, poetyckim nastroju. Muzyka ma w sobie coś romantycznego, coś co sprawia iż w sercu robi się cieplej. Dodatkowo całość upiększa wspaniały, męski, ciepły, głęboki głos Paula. Zamiast syntezatorów mamy tu fortepian. Nie umniejsza to jednak temu utworowi - jest po prostu doskonały! Wszystko jest perfekcyjnie zagrane i zgrane.

6. Pisze To Życie Scenariusze. Instrumentalna kompozycja o bardziej radosnym i wesołym, może nawet figlarnym brzmieniu. Wesoły akcent, domieszka uśmiechu. Póki co, jest to najbardziej obdarzony elektroniką utwór na tej płycie. Wspaniałe solo od Skrzeka w środku.

7. ... Or Whatever. Dziwny utwór. 5 minutowe solo Paula Wertico. Dla fanów perkusji. Ja wstrzymuję się z oceną.

8. Całkiem Spokojne Zmęczenie. Mocny utwór, z ciekawą linią klawiszową. Do tego prosty, życiowy tekst. Dobra nutka ale zdecydowanie są ciekawsze i lepsze na tej płycie. Rockowy power w czystym wydaniu.

9. W Oceanie Się Zanurza Liverpool. A może ktoś... to może ty? (małe nawiązanie do tekstu utworu :) ) ma ochotę na rocka! :) Jeszcze jeden rockowy numerek ale w jeszcze odmiennym stylu.  Z malutkim nawiązaniem do Beatlesów (słynna Żółta Łódź). ;)

10. Star Of Hope (Pamięci Ryśka Riedla). Utwór otwiera marszowa perkusja i harmonijka. Jeszcze inny nastrój ale wzięty z palety tych bardziej łagodnych. Refren jest bardziej rockowy i śpiewany po angielsku. Całość tworzy dość dziwną mieszankę. W drugiej minucie są piękne klawisze od Skrzeka. Zdecydowanie się wyróżnia ale na pewno nie jest jednym z najlepszych.

11. Don't Look Back. Grande finale albumu. Mocna, głęboka, dudniąca perkusja połączona z dość liryczną stroną gitarowego dźwięku (a może to syntezator + gitara?). Całość tworzy bardzo ciekawą, nastrojową suitę. Miejscami pojawia się trochę romantyczności ale to nie jest to samo co Knowing Where You Belong. Później utwór staje się bardziej rockowy. W 5 minucie powracamy do klimatów z początku utworu, po szalonej, gitarowej eskapadzie SBB. Na końcu - tajemnicze, dziwne zakończenie. Spodziewałbym się tego raczej po Pink Floyd niż po SBB. Całość jest dość przyjemna w odsłuchu ale nie powiedziałbym iż najlepsze zostało na koniec bądź na deser. Miło iż na tej piosenkowej płycie znalazło się miejsce na kilka kompozycji instrumentalnych.

"Nastroje" są długo wyczekiwanym powrotem SBB. To bardzo dobra płyta chociaż zespół zmienił format swojej muzyki. To jest bardzo wyraźne - stawiają na rockowe piosenki. Dość dobrze im to wychodzi, moim zdaniem. Fanom starego brzmienia SBB może brakować dużej ilości porządnych instrumentali. Ja osobiście lubię zarówno stare jak i nowe SBB.

"Nastroje" jest płytą o zróżnicowanych nastrojach i kompozycjach. W zasadzie wszystkie są świetne lub zwracają na siebie uwagę. To solidny album. Fani zespołu, którzy nie mają go w swojej kolekcji, mogą go nabyć w zestawie ze wspaniałym "Ze Słowem Biegnę Do Ciebie" (wznowienie z 2006 roku). Ja tak uczyniłem. Oba albumy są bardzo dobre, zwłaszcza tytułowy utwór "Ze słowem...".


niedziela, 30 sierpnia 2015

29-30.08.2015 - The Island of the Fay czyli... TD na książkowo (po części)

I znowu nastąpiła przerwa na blogu. Straciłem zainteresowanie wszystkim - graniem, muzyką, życiem. Nic nie sprawiało mi przyjemności. Teraz, kiedy poczułem się odrobinę lepiej, postanowiłem spróbować jeszcze raz napisać coś na blogu.

Dzisiaj chciałbym przedstawić Wam jeden z najnowszych albumów Tangerine Dream (z 2011 roku, więc niby nie aż tak całkiem stary) - The Island of the Fay. Jest to pierwsza płyta z cyklu "Eastgate's Sonic Poems Series" (na którą składają się 4 pełnowymiarowe albumy + 1 cupdisk). Na moim blogu już miałem okazję recenzować płyty z tej serii: Finnegans Wake (również 2011) i Josephine The Mouse Singer (cupdisk, 2014).

Okładka wydania 2011, Eastgate.


Dzisiejsza recenzja dedykowana jest Słoneczku Agnieszce. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! :*

Eastgate's Sonic Poems Series to zbiór albumów zainspirowanych przez różne książki. Edgar Froese wraz ze swoim zespołem umieszczał na nich muzykę będącą w pewnym sensie soundtrackiem do tych książek. Jednymi z nich były "Tren Finneganów" Joyce'a i "Zamek" Kafki. Jest to formuła nietypowa i niezwykle ciekawa.

Na "The Island of the Fay" udzielają się obaj główni kompozytorzy w Tangerine Dream - E. Froese oraz T. Quaeschning. Rzecz jasna, przeważają liczebnie kompozycje lidera zespołu (5 sztuk na 8 utworów).

Płytę tą zespół szczególnie promował podczas swojego jednorazowego koncertu w Manchesterze (28.05.2011), gdzie w ramach ponadtrzygodzinnego występu zaprezentowano m.in 5 utworów z tego krążka. Koncert ten ukazał się pierwotnie jako download ale później zespół wydał go też jako 3-CD set. Oba wydawnictwa noszą wspólny tytuł: The Gate Of Saturn: Live At The Lowry Manchester 2011. Downloadowa wersja była jednym z trzech albumów udostępnionych do pobrania za darmo dla fanów, którzy byli na koncertach w ramach Phaedra Farewell Tour 2014.

Pozostałe dwa to: The Angel of the West Window (2011, drugi album z Eastgate's Sonic Poems Series) oraz Summer in Nagasaki (2007, drugi album z cyklu Five Atomic Seasons, nieskromnie podlinkowałem swoją recenzję). Oba posiadałem wówczas w postaci oryginalnego CD więc wybrałem koncertowy download.

Cały album The Island of the Fay jest dostępny na Youtube pod tym adresem (wystarczy kliknąć na link).

1. Marmontel Riding On A Clef. Od samego początku jesteśmy wciągnięci w agresywną i szybką sekwencję. Pierwsze skojarzenia? Phaedra 2005 ale w znacznie lepszym stylu. Mocny sekwencer połączony z intrygującym i ciekawym brzmieniem klawiszy. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych utworów z The Eastgate Years. Niesamowicie wciąga i ma spory potencjał na bycie hitem od TD. Czuć pewną podniosłość i napięcie a jednocześnie słucha się tego dość lekko i przyjemnie. Jako DJ Paci zatwierdziłbym ten kawałek na mojej imprezce. :)

2. Breath Kissing Matter's Mouth. Pierwszy utwór od TQ. Mroczny, tajemniczy i kuszący zarazem. Tłusty bas uzupełnia nastrój. Nagle wchodzi jedna z najbardziej tajemniczych klawiszowych fraz. Uwodzi i zachęca do dalszego słuchania mimo jej ciągłej repetycji. Nagle ok. 1:40 pojawia się sekwencer niczym języczek w tytułowym pocałunku. :) Pozorna jednostajność tego utworu daje się nieco we znaki. Ale skoro chwila wiecznego szczęścia ma trwać wieczność to i taka też powinna być muzyka? :) Na szczęście sekwencer się "pogrubia" w 4 minucie. Utwór brzmi bardziej rozrywkowo. Podoba mi się ta "eteryczność" od ok. 5.25 i dalej. Utwór się rozwija i staje się coraz piękniejszy i atrakcyjniejszy, jakby chciał wynagrodzić słuchaczowi tę jednostajność z początku. Pojawia się nawet brzmienie, które można pomylić z jakaś syntezatorową repliką skrzypiec (a może to rzeczywiście są skrzypce? Hoshiko się pojawia na tej płycie więc jest to możliwe). Przyjemna i piękna kompozycja.

3. Beauty of Magic Antagonism. Delikatny i eteryczny, tajemniczy początek. Wraz z upływem czasu staje się coraz słodszy i ciekawszy, coraz bardziej uwodzicielski. W końcu staje się rytmiczny i przyodziany w perkusję. Wyczuwalny sekwencer. Wbrew tej mocnej perkusji jest to dość łagodna i wesoła nutka. Jest w niej coś uwodzącego, sprawiającego uśmiech na mojej twarzy. Końcówka jest fajna. Zrealizowana w nieco podobnym stylu co intro.

4. Fay Bewitching The Moon. Najdłuższy utwór na tej płycie (11 minut) i zarazem jeden z najdłuższych z The Eastgate Years. Bardzo delikatny i mroczny lecz łagodny. Odznacza się zauważalnie odmienną stylistyką od do tej pory zrecenzowanych utworów ale także ma w sobie coś, co wciąga słuchacza. To powiew muzyki poważnej ale zagranej w sposób elektroniczny. W 3 minucie ten stary duch oddaje miejsce nowemu - wchodzi teraz wciągający i intensywny sekwencer połączony z perkusyjnymi elementami oraz elektrycznymi skrzypcami (Hoshiko Yamane). Skrzypce się pojawiają ok. 4:30. Nietypowy ale miły dodatek. Znacznie upiększa i ubogaca tą kompozycję, czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową. Chyba jest to najbardziej wyróżniający się utwór na całej płycie, nie tylko długością. Wspaniałe smyczki połączone z intensywnym i wciągającym sekwencerem. Udany mariaż tradycji z nowoczesnością. Ok. 7:22 pojawia się niesamowicie piękny motyw klawiszowy, na dźwięk którego nawet moje mroczne serce i dusza się uśmiecha. Kolejny udany kawałek. Do tego ta tajemnicza końcówka, idealna na zwieńczenie setu na koncercie! Tak było na wspomnianym koncercie w Manchesterze - ostatnim utworem zagranym w ramach głównej części koncertu, przed bisami, była kompletna wersja Fay Bewitching The Moon.

5. Cycle of Eternity. Dla odmiany tym razem kompozycja Thorstena. Jeszcze raz muzycy uderzają w ciemną stronę klawiszy. Tym razem jednak idziemy prosto na mroczą dyskotekę. Coś jak Black Celebration od Depeszów. Przyjemny, rytmiczny mrok. W Cycle of Eternity dochodzi sekwencer oraz skrzypce a także co nieco od Lindy Spa (?). W każdym razie nie jest to typowa łupanka na disco. Zachęca do tańca i do ruchu ale ma to coś w sobie, co go wyróżnia. Kolejny utwór, którzy poleciłbym jako DJ Paci. ;) Ten utwór aż się prosi o jakiś remix i tańczące Słoneczka. ;) Jest niesamowicie rytmiczny i energiczny (choć niesie w sobie lekką nutę smutku). Ok. 5:30 wesoła część się kończy i nadchodzi kac. :) Bit i sekwencer znika, pozostaje tylko smutek - "cóżżem odwalił na tym zacnym melanżu"?! :)

6. Death in the Shadow. Utwór z rozkręcającym się początkiem. Z każdą sekundą nabiera on energii. Po chwili wchodzi perkusja (lekko zalatuje intrem do Warsaw In The Sun, szczególnie nowszych interpretacji). Pojawia się też sekwencer. Melodia się snuje tajemniczo, dominuje szybki rytm. Death in the Shadow to jeden z tych utworów, które naprawdę motywują do wysiłku i ruchu. Można nabrać ochoty na wyścig z tym sekwencerem! :) Melodia jest skromna. W 3 minucie staje się bardziej wyrazista. Sekwencer nieustannie pompuje. Ok. 3:48 mamy niesamowite przejście nawiązujące do początku tej kompozycji. Po ok. minucie utwór wraca do swojego poprzedniego brzmienia. Nawet pod koniec jest dość intensywna. Bardzo energetyczna nutka z eterycznym zakończeniem. Cudowne jest to brzmienie pod koniec (ok. 8 minuty i dalej), jakby zachęcało do zrobienia sobie przerwy.

7. Moment of Floating into the Light. Utwór rozpoczyna się niezwykle łagodnie. Wyczuwalny sekwencer. Przyjemna i niezwykle kompozycja. Kolejna z tych wciągających na tej płycie. Utwór się rozwija ale wciąż jest delikatny. Pojawiają się chórki a nawet perkusja i gitara (ok. 2:25). Jedna z łagodniejszych nutek na tej płycie. Można się wciągnąć i zatracić w samym tylko brzmieniu sekwencera! Utwór ma co pokazać - np. malownicze klawisze ok. 5:33. Troszkę chmurkowo-pastelowe brzmienie. Nie wiem czemu tak napisałem. :) Mam dziwne skojarzenia. Wracając do tematu, ten utwór to gratka dla fanów sekwencerów. Kolejny + na tej płycie.

8. Darkness Veiling The Moon. Od samego początku mamy do czynienia z tajemniczym brzmieniem oraz rytmiczną perkusją. Intrygujące brzmienie klawiszy. Perkusja brzmi jakby jej dźwięki były czymś zasłonięte. W każdym razie nie brzmi "czysto" (jak np. klawisze w ok. 1:48). Utwór sprawia wrażenie lekko zamyślonego. W ok. 3 minucie wpuszczony został Słoneczny Promień Radości. Pojawiają się nawet smyczkowe akcenty od Hoshiko. Piękne i delikatne, skromne. Jakość zdecydowanie przeważa nad ilością. Ukryta Ciemność obnaża Księżyc. Tylko dla moich oczu. Radość. Coraz więcej radości. Mrok zanika. Pojawia się mandarynkowy uśmiech. Miłe zwieńczenie wspaniałej płyty. Końcówka mroczna ale świetnie się sprawdza jako finisz albumu.

The Island of the Fay jest jednym z najlepszych albumów nagranych przez Tangerine Dream - nie tylko w okresie The Eastgate Years ale w ogóle, w całej ich ponadczterdziestoletniej karierze! Na tym albumie nie ma żadnego słabego utworu. Fani sekwencerów znajdą tu mnóstwo przysmaków. Nie zabrakło też trochę bardziej współczesnego, dyskotekowego brzmienia chociaż to nie jest album z serii Dream Mixes.

Ciężko jest mi nawet wyróżnić jeden konkretny utwór. Ta płyta jest po prostu rewelacyjna! Szczególnie popularny jednak stał się pierwszy utwór - Marmontel Riding On A Clef, który dość często był grywany przez zespół na koncertach (lata 2011 - 2014, bez 2013). Jest on w pewnym sensie ucieleśnieniem tej płyty, jej esencją.

Jakbym ocenił The Island of the Fay? Nie mniej niż 5. Żałuję, że jeszcze nie kupiłem tej płyty. Jest to jedna z moich ulubionych płyt Tangerine Dream. Warto ku niej zwrócić ucho. Nawet bez znajomości z Edgarem Allanem Poe (to on odpowiada za dzieło, które jest wymienione w tytule tego krążka). ;)

środa, 15 lipca 2015

14-15.07.2015 - Bezkresne mroki mandarynkowej czasoprzestrzeni

Przez dłuższy czas zaniedbałem bloga. Najpierw sprawy związane z zakończeniem studiów (obrona) a potem potencjalnego doktoratu - przygotowywanie konspektu, rozmowa kwalifikacyjna. Nawet sobie płytę kupiłem ale leży i się kurzy... Na nic nie mam ochoty, nudzę się i gram. Powoli zdycham. Muzyki też nie słucham.

Dzisiaj włączyłem sobie jeden z utworów Schulza (L'Affaire Tournesol - Przypadek Słonecznika) gdyż dowiedziałem się, że francuskie słowo tournesol oznacza słonecznik (czyli mnie :D). Pomyślałem, że może z nudów napiszę recenzję - a nie tylko siedzieć i grać...

Nawet nie bardzo mam pomysł za co się wziąć tym razem. Na pewno nie za żadne trollowanie itp. Ja nie troll (a byłem trollem - ale w World of Warcraft :D Szkoda, że bez topora bądź włóczni (różne odmiany) tylko z łukiem jak jakiś elficki frajer :D). 

Dzisiejszym albumem będzie Zeit (Tangerine Dream, 1972). Jedna z tych płyt, które mam a których chyba nie słuchałem całe wieki. Zresztą albumy TD z okresu The Pink Years są jednymi z najrzadziej słuchanymi przeze mnie. Pewnie gdzieś na dole są też główne płyty z późniejszego, Virginowskiego okresu. "Phaedra" to dopiero dość niedawno została przeze mnie przesłuchana (nie wersja 2005, którą wcześniej recenzowałem).

Zeit to trzeci album zespołu. Tym razem zespół jest pewny: idziemy w elektronikę. Edgar w wywiadzie powiedział (1980), że zrobili coś kompletnie eksperymentalnego. Dorzucili nawet wiolonczele. W instrumentarium zespołu znalazł się np. mellotron a Chrisowi Franke znudziła się perkusja (na Atem [1973] znajdujemy ostatnie perkusyjne brzmienia od Chrisa - na prawdziwej perkusji). 

Poza wiolonczelistami, gościnnie pojawił się Florian Fricke (Popol Vuh) - jeden z pierwszych posiadaczy tzw. Big Mooga w Niemczech (TD nie mieli tyle kasy na to wtedy). Wspierał on Tangerine Dream swoim big Moogiem. To było urządzenie w stylu tego:



Zeit jest też pierwszym "wielkim" albumem TD. Muzycy nagrali tylko 4 utwory ale całość trwa ok. 75 minut. W związku z tym wydano to na 2 płytach winylowych.

Już okładka sugeruje nam z czym tu mamy do czynienia.

Zespół zaczął odchodzić od rockowego brzmienia (chociaż zahaczali czasem o rocka) i zaczęli coraz bardziej skupiać się na elektronice. Traktowali to bardzo poważnie, nie tylko jako wstawki i urozmaicenia dla tradycyjnego rockowego brzmienia. Jeszcze w tym samym roku (1972) zespół dał pierwszy koncert wykorzystując tylko elektronikę (istnieje nagranie z niego, Tangerine Tree 52: Część 1 i Część 2 ). Wspomniany koncert został także wydany oficjalnie - jako bonusowy CD do reedycji albumu Zeit z 2011 roku.

Recenzja dotyczy tylko podstawowej wersji utworu - na podstawie remasteru z 2002 roku (choć posiadana przeze mnie płyta jest późniejszym "dodrukiem").

1szy utwór: Birth Of Liquid Plejades.

Utwór otwierają dziwne dźwięki. To zapewne wiolonczele, współgrające z tajemniczymi, kosmicznymi dźwiękami dodawanymi przez zespół i Floriana Fricke. Na początku wszystko jest dość ciche lecz po ok. minucie te klasyczne wtręty stają się głośniejsze. Ponadto mam poczucie iż nie od razu wszyscy czterej muzycy grają na swoich wiolonczelach. Nie ma zbyt wiele elektroniki, choć czasem coś się pojawia (np. 2:45 - te basopodobne pomruki to raczej syntezator). W 4 minucie mamy więcej elektroniki ale wciąż nie jest to dominujące brzmienie. Bezkształt nieśmiało próbuje przyjąć jakiś kształt. Dopiero w piątej minucie wiolonczela staje się raczej dodatkiem niż daniem głównym. 

Trudno opisać to bezbrzmieniowe, elektroniczne brzmienie. Nie ma tu melodii, rytm także jest nieistniejący. W 7 minucie wchodzi coś bardziej "normalnego" - organy. Po chwili pojawia się mellotron. Oto Afrodyta wynurza się z Kosmosu. Jej Piękno rozświetla mroki niezmierzonej, bezkresnej Czasoprzestrzeni. Bezkształt przybiera w końcu postać pięknej kobiety. Coraz piękniejszej i coraz bliższej ideałowi z każdą sekundą. Rodzą się One, rodzi się Piękno. Wielkie Oko zwraca się ku Nim i w zamyśleniu kontempluje oraz bezdźwiękowo adoruje najdoskonalsze Piękno. Teraz właśnie utwór nieco przypomina brzmienia znane z Alpha Centauri, poprzedniego albumu zespołu (1971). Więcej Kosmosu i dronów, więcej cichej i naprawdę elektronicznej medytacji. Afrodyta staje się Słońcem. Powoli i dostojnie kroczy w kierunku Słonecznego Tronu by go zająć oraz z tej dogodnej pozycji rozświetlać i upiększać nasz Układ Słoneczny. Muzycy przygotowali wspaniały soundtrack dla Niej. W niemym zapatrzeniu i w stanie elektronicznej medytacji adorują Jej Doskonałość i Urodę. Nieustanny, promienny Uśmiech rozjaśnia coraz większy obszar. Wszystkie cząsteczki i atomy chcą się Jej przyjrzeć i służyć. Nagle, z oddali słychać organy. Cały Kosmos stoi w miejscu. Czas na koronację. Najpiękniejsza zbliża się do Słonecznego Tronu. Kosmos cicho pomrukuje i pojękuje z zachwytu. Muzycy starają się oddać mistycyzm i tajemniczość tej sceny. Cały Wszechświat oczekuje na Jej skinienie. Słychać jak się formuje, rozszerza i układa. Atomy zbierają się w cząsteczki - a te chcą tworzyć i budować zgodnie z Jej wolą i życzeniem. Jej Korona świeci się niczym Słońce. Bezkresne mroki mandarynkowej czasoprzestrzeni zostały rozświetlone. Na samym końcu utworu słychać tylko Jej Światło. Kosmos w milczeniu kształtuje się dla Niej.

2gi utwór: Nebulous Dawn.

Mglisty świt. Rzeczywiście, tytuł pasuje do teg utworu. Ponure, tajemnicze brzmienia syntezatora i "refleksy dźwiekowo-świetlne", rozświetlające mgłę. Mgły zdaje się przybywać. Jest coraz więcej grozy. Noc jest ciężka, długa i nad wyraz mroczna. Każdy dźwięk zdaje się straszyć, nawet dźwięk "światła księżyca". Coś się dzieje, jakieś świsty, szumy. A może to Słońce się powoli budzi z nocnego snu ? Ok. 7:40 coś bardzo głośno hałasuje. Jakiś silnik? Maszyna? Może to jest coś, co generuje światło słoneczne? Nic nie przychodzi mi do głowy. Ciemna pustka. Chyba nawet gwiazd nie ma na niebie. 10:50 - coś się wzbija w powietrze i leci nad wodą. A może nurkuje i wynurza się co chwilę zaczerpnąć powietrza?  Pod koniec 13 minuty tajemnicza maszyna groźnie pomrukuje. Dalej nie umiem nic wymyślić. Muzyka do obserwacji Kosmosu ? Do medytacji? A może do leżenia naćpanym? :)

To wszystko jest strasznie ciężkie do opisania. Niby przywodzi jakieś obrazy, coś się w głowie pojawia ale z drugiej strony to jest tak ulotne, tak nierzeczywiste, że słowa nie potrafią oddać i opisać tych rojeń. Dopiero później takie długie błądzenie między dźwiękami i kreowanie długich oraz pobudzających wyobraźnię słuchacza pasaży stanie się ciekawsze. Tutaj są to tylko pionierskie, pierwsze kroki.

3ci utwór: Origin Of Supernatural Probabilities.

Pierwszy utwór w którym pojawia się gitara (?) albo są to organy lub współbrzmienie organ i gitary. Tajemnicze, ponure, nawet grobowe granie jest wzbogacane o kosmiczne odgłosy. Tradycyjny rock odchodzi w niebyt? Gitara staje się wyraźniejsza. Wciąż brzmi ponuro lecz na swój sposób delikatnie. W 3 minucie znika i zespół przechodzi w bardziej elektroniczne brzmienie. Po raz wtóry na tym albumie eksplorujemy niezbadane zakanarki Wszechświata. Ok. 4:30 coś dziwnego pulsuje. Może to są te tytułowe ponadnaturalne prawdopodobieństwa? Te pulsacje zdają się być czymś w rodzaju protosekwencera. Kolejny raz mamy do czynienia z bezkształtem i ciemnymi, ponurymi dźwiękami. Przesuwamy się do przodu, bardzo powoli.  Te pulsacje są naprawdę powolne. W 8 minucie coś się zaczyna dziać? Nadchodzi apokalipsa? Nieuchronnie poruszamy się w jakimś kierunku. Stopniowo przemierzamy nieograniczoną i nieogarnioną mroczną przestrzeń. Cały czas nic się nie dzieje. Przemierzamy jakaś krainę pełną świstów i buczeń. Jakaś nawiedzona część Kosmosu.  Ok. 15 minuty opuszczamy to miejsce i wchodzimy w część zamieszkaną przez duchy.  Nic nie buczy. Żadnych pulsacji. Pełna bezkresność i nieograniczoność Kosmosu. Końcówka jest bardzo eteryczna i "bezdźwiękowa". 18:55 - powracamy do brzmienia znanego z początku tego utworu.

Kolejna kompozycja o której ciężko coś napisać. Zespół odkrywa potencjał drzemiący w tych urządzeniach i próbuje je ujarzmić. Dla przeciętnego słuchacza nie ma tutaj zupełnie niczego. Nawet ja, fan TD, nie przepadam za tymi brzmieniami.

4ty utwór: Zeit.

Kolejny raz mamy do czynienia z bardzo ponurym i mrocznym brzmieniem. Basopodobnym pomrukom towarzyszą inne dźwięki. W drugiej minucie do całości dochodzi manipulacja kocim mruczeniem czy miałczeniem. Bezkresna ciemność. Wielkie nic i zarazem coś. Co jakiś czas coś zaświszczy czy przeleci. Kolejna wariacja na temat klimatów z poprzedniego albumu.

Zakończenie:

Dominuje tu dźwięk. Nie ma żadnej melodii ani rytmu. Przeważają barwy mroczne i tajemnicze. Prawie w ogóle nie ma tu niczego jasnego. Wydaje mi się iż można o tym utworze powiedzieć iż jest "gładki". Nie sprawia wrażenie "chropowatego" jak np. pierwszy utwór na Irrlicht (1972), solowym debiucie Klausa Schulze, gdzie dominują uszkodzone organy i zniekształcona do granic możliwości orkiestra (ale za to prawdziwa a nie mellotron). Oba albumy strasznie się dłużą przy odsłuchu. Zeit zdaje się brzmieć identycznie od początku do końca.

Strasznie nudziłem się przy odsłuchu tej płyty. Alpha Centauri chyba lepiej działała na wyobraźnię. Widać tu wspólną myśl ale chyba poprzedni album jest lepszy moim zdaniem. Do obu rzadko wracam, niezmiernie rzadko.

Komu bym polecił te pozycje? Fanom dark ambientu. I chyba tylko im, zwłaszcza chcącym poznać początki tego gatunku.

Ocena ode mnie ? 2. Parę fajniejszych momentów może i było. Nie jest to kompletna tragedia, ma swój urok. Ale tego wszystkiego jest za dużo. 4x18 minut. O ok. 20 minut więcej niż Irrlicht Schulza (i mniej więcej tyle samo co jego następca - Cyborg (1973)). Zdecydowanie nie jest to muzyka dla każdego. Mroki nie tylko TD ale i mroki całego gatunku (chociaż nie jest to już prehistoria ;)). Pozycja dla naprawdę odważnych (albo naćpanych?).

sobota, 27 czerwca 2015

26.06.2015 - Obiecana retzka Taylorełe :P [troll retzka]

Obiecałem kumplowi specjalną reckę jak obronię magistra. No i dzisiaj obietnicy staje się zadość. Recka naprawdę specjalna bo tym razem to On wybrał p(ł)ytę. Dzisiaj w obroty biorę najnowszą płytę Taylor Swift (nowa miłość kumpla xD) - 1989. Wydana w 2014 roku wbrew tytułowi. Recenzja będzie przeprowadzona na edycji deluxe.

Recenzja nie będzie typowa - dużo xD, :D i beki.





Okładka jak okładka. Przynajmniej czytelnie napisane. xD A i ładne usta ma ta bejbe. ;) Focia: made by Taylorełe. xD

Na płycie jest 19 utworów (omatkobosko! za dużo!) o łącznym czasie trwania 68 minut. Niestety z wokalem. Deluxe ma aż 6 dodatkowych utworów względem zwykłej wersji (13 utworów, ok. 50 minut).

Katorgę czas zacząć. Zakładam swój ulubiony strój sadomaso i biorę tego dildo-kaktusa. Siadam na nim. xD Mam nadzieję, ze chociaż ta muzyka nie będzie tak boleć. xD

No to jedziem!

Nie załączam nutek. Na Youtube nie ma całego albumu (gówno jest). Sami szukajcie. Ja mam wyjebane. xD  Chyba przez te prawo autorskie nic nie ma. Żadnych próbek.



Od początku pierwszego utworu (Welcome To New York) witają mnie delikatne, syntezatorowe dźwięki i przyjemny bit. Lekki dyskotekowy feeling (englisz biczys! :D). Podobny klimat jest w drugim utworze (Blank Spaces) ale Taylor lepiej śpiewa, w bardziej kolorowy i słodszy sposób. Chyba to piosenka o miłości. Ale ja nie zwracam uwagi na tekst. Może to puste miejsce w jej sercu jest przeznaczone dla Ritlere? xD

O, pierwsza gitarka na pycie - Style. Teraz jest naprawdę rytmicznie i ciekawie. Można pokołysać się do rytmu i bitu. Stajlowo i prawilnie. 

Rytmicznie jest też w kolejnym kawałku o bardzo dziwnym intrze (Out Of The Woods) ale tym razem nudzę się. Nie robi to na mnie wrażenia.

Wracamy na nużącą i męczącą dyskotekę z piosenkami o miłości - All You Had To Do Was Stay. Gdzieś na imprezie może bym i posłuchał ale robię to z miłości do kumpla. xD Stej gej. Meh.

Shake It Off. Nawet mnie poruszyło (odrobinę). Żartuję. ;) Popowa nuda. Może do radia się nada. Kumpla rusza (tak jak focie Taylorełe).

I Wish You Would - jeszcze raz gitarka na intrze (?). Lepsze od poprzedniego kawałka. To mnie ruszyło. Trochę bardziej niż nic. xD

Bad Blood. Kumpel mówi, że dobre. Jeszcze nie włączyłem. Boję się boję się boję się boję się. Biciasty bit. Mnie nie oczarował(a). Orientacji nie zmieniłem. xD Na końcu - (Sieg) Heil ! xD BTW, remix z teledysku jest ciekawy, odmienny. Za dużo czarnego madafaka, za mało pienkna Taylorełe. xD

Wildest Dreams. Wciągający bit. Trochę senny i rozmarzony kawałek. Głos Taylor jest spoko. Jedna z naprawdę świetnych pioseneg na tej p(ł)ycie. Serio. Tym razę muwie powarznie. Serjo. Siriusly.

How You Get The Girl - 10ta piosenka. Gitara i a-a-a-a ! :D Można potańczyć do tego. Spoko nutka na imprezę.

This Love - 100000000000000000001 piosenga o miłości. Meh. Tym razem ślub czy co? W każdym razie przynudza mocniej niż zwykle. Nudzę się. Umieram z nudów.

I Know Places - ja też znam miejsca. Piosenka na fortepian i "e-e-em" xD. Fortepian i bit. Moim ulubionym miejscem jest KFC. xD W późniejszej części ta piosenka robi się fajniejsza. Biorę chomiki (coś pada w tekście podobnego - tejk out the hamsters xD) i spadam stąd. Fajny kawałek o chomikach (?). "E-e-em!" - najlepsza zwrotka!

Clean - zaraz.. to znajome... tytuł przynajmniej.. Clean.. the cleanest I've been... a nie, to nie to. Tamto to Depeche Mode. Ale to od TS jest spoko. Mnie się podoba od pierwszych sekund. Hit płyty! Świetny bas. Melodia spoko. Paci się spedala? ;___;

Wonderland - także fajne. A nie. Jednak nie. Meh.

You Are In Love - ech... rzygam miłością. Rzecz, która mi się nigdy nie przytrafi.... kolejny minus tej płyty....

New Romantics - ostatni utwór. Pozostałe 3 to Taylor Swift opowiadająca o nagrywaniu płyty. Nudy.  Najbardziej dyskotekowy kawałek na płycie. Dla mnie i tak nudy. xD Nie poderwie mnie. 

Nie jest to moja muzyka. Może nie miałbym nic przeciwko niej na jakiejś imprezce. Parę piosenek w sumie mi się spodobało. New Romantics, Clean, I Know Places - te trzy mi się spodobały. Reszta jest najwyżej meh. Gówno a nie płyta. 0/6. Ale i tak Cię loffciam qmplu :* <3

PS. Sorki za objechanie Taylorky. Masz fapfotkę xD






sobota, 20 czerwca 2015

20.06.2015 - Encore

W dzisiejszej recenzji chciałbym przedstawić Wam album Tangerine Dream pod tytułem "Encore". Jednocześnie jest to ostatni album jaki mi został do zrecenzowania z tzw. The Virgin Years. "Encore" jest albumem wyjątkowym - dokumentuje koncertowe dokonania TD z 1977 roku (dwie trasy koncertowe w USA) i jest ostatnim albumem zespołu nagranym w składzie: Edgar Froese, Chris Franke i Peter Baumann. Właśnie ten ostatni opuścił zespół i postanowił zająć się sobą.




"Encore" jest albumem koncertowym z wyjątkowej trasy. Zespół zaczął eksperymentować z częściowo ustaloną setlistą utworów. Wszystko jednak było wciąż oparte na swobodnej, elektronicznej improwizacji okraszonej okazyjnie gitarą od nieżyjącego obecnie lidera zespołu.

Każdy koncert w USA w 1977 Tangerine Dream otwierali grając utwór pod tytułem "Cherokee Lane". Szkielet był mniej więcej stały ale pojawiało się sporo improwizacji i zmienności. Znane nagrania w ramach Tangerine Tree / Leaves z tras(y) 1977 pokazują iż zespół potrafił dość mocno skrócić ten utwór. Oficjalna wersja ma 16 minut zaś najdłuższe znane wykonanie nieco przekracza 21 minut. Najkrótsze - prawie 11 minut.

Drugim, stałym elementem była kompozycja "Monolight". Podobnie jak w poprzednim przypadku, na żywo zespół improwizował wokół pewnej gotowej i przygotowanej wcześniej "bazy". Oficjalna wersja zbliża się do 20 minut zaś wariacje wahały się między 15,5 minuty a niecałymi 24 minutami.

Oba te utwory wypełniały, po stronie każdy, pierwszą płytę winylową. "Encore" pierwotnie wyszedł jako 2 LP. Wydania CD, włącznie z pierwszym, były zawsze na 1 CD (bez ucięć, jak w przypadku "Poland" z 1984). Na drugiej płycie zamieszczono improwizację z koncertu pod tytułem "Coldwater Canyon" oraz studyjne "coś" czyli "Desert Dream".

Cały album jest dostępny na Youtube.



1. Cherokee Lane. Utwór otwiera zapowiedź i mocny, elektroniczny wicher. Oto oni - Władcy Kosmosu - lądują w USA. Po chwili zawieruchy wchodzimy w Kosmos. Mnóstwo efektów dźwiękowych rodem z The Pink Years. Nagle ustają i z maszyny wydobywa się para. Robi się coraz groźniej. Muzycy kreują atmosferę niepokoju. Delikatna melodia okraszona jest wiatrem oraz "dźwiękami kosmosu". Przybysze schodzą na Ziemię. Nagle w 3:45 wchodzi delikatny ale dość szybki sekwencer otoczony elektroniczną, mroczną pianką. Po chwili ona znika i zostaje zastąpiona przez mellotron (?). Łagodna melodia przygrywa do szybkiego sekwencera. Po przygodach w Kosmosie, teraz jesteśmy świadkami klasycznego koncertu Szaraków. Ufoki ze skrzypcami i fletami. Pod koniec 5 minuty wchodzi "flet". Jest on instrumentem pierwszoplanowym teraz. Pod koniec 6 minuty sekwencer nabiera dojrzałego i mocnego brzmienia, tak jak i cała kompozycja. Czuć jego basowość oraz "skrzypce" czy inne smyczki w tle, "pod fletami". 8:12 - wspaniałe solo klawiszowe i jego ciąg dalszy, niczym lustrzane odbicie. Sekwencer o wciągającym i hipnotyzującym brzmieniu. Da się wyczuć kiedy muzycy zmieniają jego ustawienia. 9:30 - zaczyna wchodzić mój ulubiony motyw na "flet". W 10 minucie znika flet a następuje powrót do bardziej elektronicznych brzmień. Ciekawa i przyjemna melodia na sekwencerowym tle. Pod koniec 10 minuty pojawia się znienacka mellotron i skrzypce. Zespół nie przestaje zaskakiwać improwizowanymi i na gorąco granymi pomysłami. Nagle w 12 minucie rzuca motyw z albumu "Sorcerer" (soundtrack, 1977). Na tle sekwencera muzycy nawiązują do utworu "Betrayal (Sorcerer Theme). Nic dziwnego, w końcu ta płyta to jedna z ich ostatnich przed wyruszeniem  w trasę. W 14 minucie pojawia się ciekawy motyw na tle nieco dyskotekowego brzmienia - dyskotekowe solo fletu. Utwór zaczyna się powoli kończyć. Sekwencer jest wygaszany i zanika a zespół powtarza ostatnie dźwięki fletu, które również zanikają. W trakcie tego pojawiają się oklaski. "Flecista" się popisuje i reszta zespołu w sposób mroczny, i ponury wieńczy kompozycję.

2. Monolight. Kompozycja ta rozpoczyna się od niezwykle barwnego i ciekawego fortepianu. "Solo" to musi budzić respekt i uznanie. Nagle, pod koniec 1szej minuty, wprowadzane są elektroniczne efekty, dzięki czemu mamy wrażenie iż fortepian "drga". Pojawia się skromne nawiązanie do fortepianowego intra do Ricochet Part Two (Ricochet, 1975). Także tu pojawia się mellotronowy flet. Nuty grane w 2:00 są jakby mocno znajome. Coraz więcej elektronicznych efektów. Całość brzmi niczym fortepianowy popis w nawiedzonym przez upiory i inne straszydła domu. Fortepianowy koncert "Upiora w operze". W 3:40 pojawia się delikatna perkusja i znika fortepian. Z tajemniczych dźwięków wyłania się barwna, tęczowa, wesoła sekwencja a chwilę po niej - melodia o podobnych barwach. Sporo tu mellotronu. Zespół przewędrował z jednej skrajności w drugą w sposób niezwykle płynny. Ta część utworu Monolight była singlem z płyty "Encore". Mały "hicik" od Tangerine Dream. W 7 minucie sielankę przerywają tajemnicze dźwięki, znajome zresztą z przejścia miedzy częścią pierwszą a drugą. Nagle wyłania się szybka i agresywna sekwencja. Kolejna z tych hipnotyzujących i wciągających. Pojawia się melodia ale najważniejszy jest ten trans, ten stan hipnozy w jaki wpada Słuchacz. Melodia schodzi jakby na drugi plan. Czyżby pojawiała się gitara? Jest to możliwe (np. ok. 9:30). W 10 minucie sekwencerowa linia podlega sporym i ciekawym przekształceniom. W ok. 11:30 jest spora zmiana brzmieniowa. Ciekawe urozmaicenie. Wspaniała melodia grana do bardzo szybkiego sekwencera. Ok. 12:40 zespół rzuca nagle motyw z utworu "Stratosfear" ! Rozpoznawalne brzmienie lub przynajmniej nawiązanie do niego. Ciekawe zróżnicowanie. Interesujące zabawy dźwiękiem. Sekwencer pozostaje w zasadzie niezmienny ale pod koniec 13 minuty są wyczuwalne zmiany w jego brzmieniu. Zespół płynnie wychodzi z tego motywu i przechodzi do czegoś zupełnie innego. Pojawia się automat perkusyjny a brzmienie staje się jeszcze bardziej wciągające i hipnotyzujące. 16:40 - basowe pomruki i powiew elektronicznego "wiatroszumu". Kolejna partia fortepianu, kręty jak spiralne schody. Utwór się kończy ale pojawiają się fortepianowe "przebłyski". Po sekundzie zawahania zespół nawiązuje do końcówki "Invisible Limits" ("Stratosfear", 1976). Mocno romatyczna i piękna wersja finiszu. Fortepian okraszony delikatną elektroniką. Piękne zwieńczenie utworu. Olbrzmia ilość oklasków na koniec.

3. Coldwater Canyon. Delikatny początek utworu - uderzanie w klawisz, powtarzane kilkakrotnie. Nagle do tego dołącza się płynący wartkim strumieniem sekwencer o wyraźnej "basistości". W pewnym momencie pozostaje sam szalejący potok sekwencera i wchodzi Edgar wraz ze swoją gitarą. Muzycy nie próżnują i ubogacają tą partię "stukaniem". Nareszcie, spory i mocarny popis gitarowy od lidera TD. W 2 minucie sekwencer się zmienia. Gitara milknie na chwilę by powrócić w dziwny sposób. W 3 minucie dochodzi dziwna perkusja (automat) albo to zmodyfikowany sekwencer. Główną częścią utworu jest popis Edgara. Cały utwór brzmi chłodno, nawet gitara wydaje się być zrobiona z lodu. W 5 minucie na pierwszym planie jest ON ze swoją 6-strunówką. Nie brakuje też elektroniki. W końcu Tangerine Dream to zespół przede wszystkim elektroniczny. "Wątki" elektroniczne w tym utworze przeplatają się z gitarowymi wstawkami od Froesego (np. 6 minuta). Utwór się robi coraz ciekawszy w 8 minucie. Więcej sekwencera i szalonej gitary oraz pomruków elektronicznie basowych. Wyczuwam tu automaty perkusyjne (Franke? Możliwe. On jest ex-perkusistą). Sporo się dzieje w tym utworze - są zarówno momenty dynamiczne, wypełnione wręcz rockowym powerem jak i spokojniejsze, hipnotyzujące (okolice 11 minuty, gdzie można ulec czarowi sekwencero-perkusji (?)  oraz poryczeć z Bestią). Pod koniec 12 minuty Edgar wraca na pole bitwy ze swoją rockową gitarą. Tak mocne granie powróci dopiero w 1979 (Force Majeure). TD pokazuje czym jest elektroniczny rock. Ciekawa melodia pojawia się w 14 minucie, wspierana i okraszana gitarą. 15 minuta brzmi jak kulminacja utworu - więcej perkusji, wszystko pędzi coraz szybciej, jakby się ślizgało na lodzie. Pod koniec 15 minuty po raz kolejny Edgar gra na gitarze. Pędzimy ku zagładzie (Horns Of Doom? Nie, to nie to :) ). Utwór kończy się w dynamiczny i ciekawy sposób - tak, jakby muzycy stracili nad nim kontrolę i się "odślizgał" w siną dal...

4. Desert Dream. Pustynny piasek się przesypuje. W tle tajemnicze flety i inne instrumenty. Fatamorgana? Pojawia się jakiś duch. Sporo tu eterycznych dźwięków, choć nie są to mocno kosmiczne klimaty. Pomruki pustyni wracają co jakiś czas. Senno-pustynne złudzenie. Delikatny ale niepokojący jednocześnie. W 3 minucie robi się jeszcze straszniej. Coraz więcej niepokojących, elektronicznych pomruków. Pełna abstrakcja. Czas w klepsydrze nieubłaganie upływa. Wędrowanie po pustyni nie jest proste i przyjemne. Co jakiś czas z tego gorąca pada nam na mózg i odczuwamy różne złudzenia. Słychać to w 5 minucie utworu. Sporo mellotronu w tej części. Świetne brzmienie na tle nieubłaganych, ponurych basów. Niesamowite.. póki co, chyba najlepsza część tej kompozycji! Pod koniec 8 minuty znowu mamy abstrakcję. Kolejna fatamorgana się skończyła. Jesteśmy coraz bliżej śmierci z wycieńczenia. Wchodzimy bardziej w "phaedryczne" klimaty. Abstrakcyjne rozważania mistrza Polikarpa o śmierci. Czuć, że zbliżamy się do momentu rozdziału duszy i ciała... 12 minuta... umarliśmy. Nareszcie. Teraz mamy melodię żałobną. Pożegnanie z życiem. Ostatnia przygoda Indiany Jonesa. Późniejsze remiksy i koncertowe wykonania tego utworu bazują na tej  żałobnej, ponurej w swej naturze i wymowie części. 14:30 - elektroniczny, ponury wiatr przesypuje piasek nad nasze zwłoki. Jest coraz dziwniej... coraz kosmiczniej. Kosmici urządzają Indianie Jonesowi pogrzeb? Ostatnia minuta utworu - z Kosmosu wyłania się szybka, pożegnalna sekwencja, przystrojona w automat perkusyjny. Odchodzimy w niepamięć. Nawet pustynia o nas zapomniała. Pod jej piaskami każdy jest anonimowy...

"Encore" jest albumem wyjątkowym. To kulminacja i jednocześnie zwieńczenie TD w okresie swojego szczytu. Nie oznacza to iż potem było zupełnie źle. Świetny finisz bardzo dobrego dla zespołu okresu. Płyta ta pokazuje jak wielostronnym zespołem jest Tangerine Dream i jak zgrabnie potrafią oni wiele odsłon połączyć w jedną całość. Myślę, iż najlepiej to słychać w utworze "Monolight" - ciekawy, klasycyzujący początek a potem elektroniczna podróż w kierunku klasycznie brzmiącego zakończenia. 4 ciekawe i przyjemne w odsłuchu kompozycje aż zachęcają by sięgnąć po coś więcej (w serii Bootmoon ukazał się koncert z Waszyngtonu, 1977 - w zasadzie wznowienie oficjalne nagrania krążącego po sieci, znanego jako Tangerine Tree o numerze bodajże 4). Wraz z "Ricochet" (1975), "Encore" dokumentuje szczytowy okres TD koncertowego. Klasyk od zespołu. Wspaniałe zakończenie pewnego etapu. "Encore" to album godny najwyższej noty - 4 zupełnie nowe kompozycje, długie aczkolwiek nieprzesadzone i niezwykle zróżnicowane.
 
Następny rok przyniósł zawieruchę. Zespół wpadł w oko Cyklonu (moja recenzja albumu "Cyclone" z 1978) i powędrował w stronę progrocka.

wtorek, 9 czerwca 2015

09.06.2015 - Australijski wymiar Mandarynek, które smakują Słoneczku Weronice

Przedmiotem dzisiejszej recenzji jest ostatni album studyjny Tangerine Dream nagrany i wydanyza życia Edgara Froese - Mala Kunia. Został on nagrany i wydany w 2014 roku z okazji koncertów w Australii (recenzja albumu koncertowego). Jest to pierwszy i ostatni zarazem krążek studyjny nagrany w nowym składzie: Edgar Froese, Thorsten Quaeschning i Ulrich Schnauss.

Recenzja jest dedykowana Weronice, która znowu jest Słoneczkiem. :)


Płyta tra ok 52 minut i zawiera wyłącznie nowy materiał. Składa się z 7 utworów. Przeważnie trwają 8-9 minut ale najkrótszy trwa niecałe 6. Filmy z Youtube są podlinkowane w tytułach utworów. Jeżeli nie ma filmu to znaczy, że nie ma go na YT.

1. Shadow And Sun. Z mrocznego początku wyłaniają się delikatne i słodkobrzmiące promienie słoneczne. Po kilku dźwiękach włącza się sekwencer. Dość mocne, ciekawe brzmienie ale nie jest szybki. Wyznacza podstawowy rytm utworu. Oczywiście jest delikatnie okraszony innymi dźwiękami. Niewiele się dzieje w utworze. Przyjemna melodia chociaż nieco cicha. Pojawiają się w tym całym mroku promienie Słoneczka Weroniki. Ok. 2:55 sekwencer staje się jeszcze mocniejszy i potężniejszy. Słońce mocniej oświetla tytułowy Cień. Ok. 3:40 wracamy do poprzedniego brzmienia. Melodia uległa zmianom. Ok. 5:00 po raz kolejny mamy "refren" - mocniejszy i bardziej nasłoneczniony sekwencer. Pojawiają się śliczne, słoneczne klawisze (ok. 5:35). Pod koniec jest coraz mniej melodii a także sekwencer powoli zanika. Wracamy do brzmienia z samego początku utworu. Dominuje tu raczej mrok ale trochę Słoneczka także się znajdzie. Przyjemny i całkiem fajny początek płyty.

2. Madagaskunia. Utwór otwiera ciepła i słodka jak Werka sekwencja. Bardzo wakacyjne brzmienie całości. Pojawiają się w melodii brzmienia kojarzące się z TD. Delikatna, senna melodia ubogaca słoneczny sekwencer. Później pojawiają się dodatkowe dźwięki, które urozmaicają całość. Sekwencja wbija się w umysł i nie pozwala o sobie zapomnieć. Na samym końcu znika sekwencer i pozostaje tylko melodia. Kolejna fajna i przyjemna kompozycja. Wciągająca na swój sposób.

3. Madagasmala. Tajemniczy, trochę mroczny ale rytmiczny początek. Bardzo fajny miks mroku i Słoneczka, rytmiczniejszy od Shadow And Sun. Pojawia się znajomy motyw i sekwencja. Niejako miks poprzednich dwóch utworów (serio - sekwencja teraz brzmi jakby wariacja tematu z Madagaskunia). Dość sporo się tu dzieje. Dużo zmian i kolorów. Można się wciągnąć. Sekwencer w pewnym miejscu przyśpieszył i nie brzmi już jak z Madagaskunia. Niesamowity rytm i melodia. Ok. 4.55 utwór przechodzi w wariację tematu z Madagaskunia ale różnice są do wyłapania. Ciekawa końcówka. Świetny utwór. Bardzo ciekawie skonstruowany.

4. Beyond Uluru. Od początku uderza w uszy rytm perkusyjny. Dopiero po sekundzie czy dwóch wchodzi elektronika. Tworzona ona tajemniczy i klimatyczny wstęp. Sporo tu rytmu gorącego jak Słoneczko Weronika i elektronicznego mroku. Utwór staje się coraz bardziej rytmiczny. Kolor dźwięku jest podobny jak w pozostałych utworach. Jest coraz goręcej i rytmiczniej. Gdzieś pod koniec 3 minuty - w 4 minucie zrobiło się ciekawiej dzięki klawiszom. Druga połowa jest moim zdaniem ciekawsza niż pierwsza. Nie jest to zły utwór ale najwyżej nieco ponadprzeciętny ze słabym zakończeniem.

5. Vision Of The Blue Birds. Mroczny i rozmarzony, leniwie się snujący początek. Po pierwszej minucie robi się bardziej rytmicznie. Senne marzenie o niebieskim ptaku. Ok. 1:40 wchodzi sekwencer. Piękny, miły dla ucha utwór. Całkiem sporo się dzieje i nie jest nudny. Utwór cały czas ma w sobie dawkę sennego, rozmarzonego klimatu. Sen na jawie, śnimy choć nie śpimy, podtrzymywani w gotowości przez sekwencer. Końcówka jest bez sekwencera i ma mocniejszy, senny klimat.

6. Snake Men's Dance At Dawn. Tajemniczy taniec zaczyna się bardzo powoli. Dziki lud wężoludzi tańczy w rozmodleniu do mandarynkowych dźwięków. Wspaniała, słoneczna melodia. Niezwykle Słoneczny utwór. Piękna melodia. Najkrótszy (niecałe 6 minut) a zarazem najbardziej nasłoneczniony utwór na tej płycie. Sporo tu sekwencera, tworzącego główny rytm. Końcówka wchodzi dość nagle i jest mroczna. Zupełne przeciwieństwo reszty utworu. Trochę zawodzi.

7. Power Of The Rainbow Serpent. Mocny, nowoczesny rytm. Najbardziej współczesny brzmieniowo utwór na tej płycie. Przyjemna, cicha melodia, lekko smyczkująca w brzmieniu. Sekwencer pojawia się w ok. 2:25. Cały czas jednak utwór jest łagodny. Tęczowy Wąż jest istotą niezwykle łagodną i delikatną. Niestety, utwór ten nie jest tak dobry jak jego początek. Dopiero ok. 6 minuty jest trochę lepiej. Przeciętny finał. Ciekawe zakończenie.

Mala Kunia jest całkiem przyjemną płytą. Nowy skład zespołu, poszerzony o trzeciego klawiszowca (Ulrich Schnauss), dopiero się rozgrzewał. Niestety nie dane im było zaprezentować się w pełnej krasie i w pełnej mocy. Mala Kunia jest niestety niespełnioną zapowiedzią czegoś więcej.

Nie jest to zły album. Trzyma co najmniej średni poziom od początku do końca. Szkoda tylko, że finał zawodzi. Jest on, moim zdaniem, najsłabszą częścią płyty. Najmocniejszą jest początek (pierwsze 3 utwory) i utwór 6 (Snake Men's Dance At Dawn). Na całej płycie pojawiają się Słoneczne akcenty (dzięki Weronice? ;)), które znacznie ją umilają i rozświetlają. Nie jest to może najlepsza płyta z ostatniego okresu ale na pewno nie jest to także najsłabsza pozycja. Przeciętna, dobra płyta, zasługująca na 4. Przyzwoita raz na jakiś czas a i może parę motywów wpada w ucho (np. sekwencer z Madagaskunia).

wtorek, 2 czerwca 2015

02.06.2015 - Madcap's (Late) Flaming Duty

Recenzja ta powstała (w 90%) podczas piątkowego wykładu (międzynarodowa porównawcza polityka społeczna, 29.05.2015) w przerwie między rozmowami z Weroniką (która już nie jest Słoneczkiem) i podrywaniem oraz rozśmieszaniem Marleny.

Recenzja dedykowana jest dwóm pięknym dziewczynom z mojego roku - Magdzie T. i Annie S. Miło by było jakby chociaż jednej z nich spodobał się ten tekst. :)

W tym tekście poddany ocenie zostanie album Tangerine Dream "Madcap's Flaming Duty" (2007). Płyta ta jest kolejną nietypową pozycją w niemalże nieskończonej dyskografii tego zespołu. Wyróżnia się tym iż jest to jedyny w pełni wokalny album zespołu (inne: Purgatorio i Paradiso, część II i III Trylogii Dantego - nie pamiętam czy na nich są części instrumentalne. Na Inferno, części I-szej, jest przynajmniej jedna).

W tytule nie bez powodu posłużyłem się angielskim słowem "late" (spóźniony). Recenzja ta jest trochę "spóźniona" - powstała w zasadzie w zeszły piątek a dopiero dzisiaj (02.06.2015) ukazuje się tutaj, po pewnych poprawkach.

Okładka albumu, wyd. brytyjskie, 2007


Część materiału, który znalazł się na tej płycie, został wydany bądź zaprezentowany nieco wcześniej.  W 2006 roku zespół wystąpił w berlińskim Tempodromie (recenzja DVD). Koncert ten otworzyła wydłużona, instrumentalna wersja pierwszego utworu na Madcap's Flaming Duty - "Astrophel And Stella". Ponadto, z okazji tego wyjątkowego koncertu, zespół wydał singla "40 Years Roadmap To Music" na którym umieścił 2 kompozycje ze wspomnianego albumu w wersjach instrumentalnych (ale pod innymi tytułami).

Ponadto, ukazało się także DVD na którym zespół zarejestrował swoją sesję studyjną. Nagrania odbyły się nieco w konwencji folkowej. Na Youtube we fragmentach jest całość. Tu jest część pierwsza. Zawiera ona intro (fragment "Solution To All Problems") oraz pierwsze 2-3 utwory.

Teksty piosenek są bazowane na rozmaitych wierszach (co ciekawe, znowu pojawia się William Blake - ten sam, który napisał "tekst" do Tyger (link prowadzi do recenzji)). Wiersze te pochodzą z 17 i 18stego wieku ale na potrzeby utworów zostały przeadaptowane (słychać to np. w Astrophel And Stella). Wyjątkiem jest piosenka Lake Of Pontchartrain, która jest bazowana na tradycyjnej melodii i tekście.


Powyższy film przedstawia cały album. Wszystkie 12 utworów (ok. 70 minut).

Muzycznie, na tej płycie dominują raczej delikatne, miejscami nawet rozmarzone klimaty. Najlepiej to słychać w kilku początkowych utworach oraz dwóch ostatnich kompozycjach. Pojawia się też kilka gitarowych akcentów (np. delikatna gitara w The Divorce), choć nie ma ich zbyt wielu. Nie zabrakło też sekwencerów (np. główna melodia w The Divorce, utwór 4, jest tworzona przez sekwencer). Są też i mniej typowe dla TD akcenty: flety, skrzypce (?). Miejscami można odnieść wrażenie iż próbują swoich sił w czymś w rodzaju elektronicznego folku (np. Lake Of Pontchartrain czy harmonijkowe intro do "Astrophel And Stella").

Warto też ocenić wokal. Jest po prostu w porządku. Chris Hausl sprawuje się co najmniej średnio. Najlepiej wypadł, moim zdaniem, w utworach: "Lake Of Pontchartrain", "Solution To All Problems", "Hear The Voice" oraz "The Blessed Damozel". Nie oznacza to iż inne utwory są złe.

Z całego albumu na szczególne wyróżnienie zasługują następujące utwory: "Astrophel And Stella", "The Blessed Damozed", "The Divorce", "A Dream Of Death", "Hear The Voice", "Lake Of Pontchartrain", "One Hour Of Madness" oraz "Solution To All Problems". To jest 3/4 całego albumu. Reszta jest co najmniej dobra i nie rozczarowuje.

Odsłuch tego albumu miał miejsce w autobusie. Recenzja powstała jako odpowiedź na myśli i wrażenie jakie wywarła na mnie ta muzyka po kilku latach niewłączania tej płyty (żałuję tego!). Madcap's Flaming Duty to świetny album. Wyróżnia się i jest bardzo ciekawy. Bardzo dobry album. Zasługuje na co najmniej 4+.

sobota, 16 maja 2015

15-16.05.2015 - Mandarynkowe pożegnanie z Jerome Froese - ostatni wspólny koncert

Planowałem wczoraj obejrzeć jakieś DVD koncertowe Tangerine Dream ale nie zdążyłem. Postanowiłem więc, że dzisiaj spróbuję obejrzeć. Recenzja tak przy okazji. ;)

Tytuł tego DVD w zasadzie mówi wszystko: "Live At The Tempodrome Berlin September 21st 2006". Koncert ten jest wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze, TD powstało we wrześniu 1967 roku. Jest to więc koncert z okazji 39 rocznicy istnienia zespołu! Niewiele zabrakło byśmy celebrowali w 2017 roku 50 rocznicę istnienia. Po drugie, jest to ostatni koncert na którym pojawia się Jerome Froese, syn Edgara. Krótko po koncercie podjął on decyzję o rozstaniu się z zespołem swego Ojca. Zespół dał koncert w składzie: Edgar i Jerome Froese oraz Thorsten Quaeschning (klawisze + perkusja! :) ) , Iris Camaa (perkusja), Linda Spa (flety, saksofon itp + klawisze), Gerard Gradwohl i Bernhard Beibl (gitarzyści). Po trzecie - bardzo ciekawa i zróżnicowana setlista - w tym premierowe wykonanie Astrophel And Stella, który ukazał się na płycie Madcap's Flaming Duty (2007) w wersji wokalnej. Co i jak zaprezentował zespół ? Tego dowiecie się podczas lektury.

Większość koncertu została udostępniona na YT pod tym linkiem: Koncert w Tempodromie




1. Astrophel And Stella. Na początku wychodzi Edgar (już wówczas siwy) i gra na harmonijce ustnej. Po ok. minucie kurtyna opada i odsłania zespół. W tym samym momencie wchodzi elektronika. Utwór powoli wchodzi. Motyw jest wyczuwalny ale nie tak intensywny jak w wersjach późniejszych. Zespół prezentuje wizualizacje na trzech ekranach - na środkowym zachód / wschód słońca a dwa pozostałe pokazują jakieś abstrakcyjne twory. Ok. 3.30 wchodzi rytmiczna sekwencja z tego utworu. W 5-tej minucie nasila się rytm i perkusja. Bernhard szykuje się do wejścia z elektrycznymi skrzypcami. Ok. 7:20 pokazują jak gra na nich. Ok. 8:30 pojawia się motyw z refrenu (chyba). W 9 minucie słychać te skrzypce bardzo wyraźnie (albo to gitara z dziwnymi efektami). Ok. 10.30 wieńczą utwór i szykują się do przejścia w kolejny. Premierowe wykonanie tego utworu.

2. Ça Va - Ça Marche - Ça Ira Encore. Bernie gra na skrzypcach palcami ale chyba tego nie słychać. Słychać natomiast jakieś coś, co robi Iris. Wchodzi mocna perkusja (bongosy Iris). Pojawia się też gitara i to bardzo wyraźna. Na ekranach abstracyjne widoki, troszkę kojarzące się z okładką Rubycon (1975). Jest też i normalna perkusja. Słychać też solo gitarowe. Na końcu słychać też delikatną gitarę. Wersja mocniejsza od studyjnej, z podkreśloną i wzmocnioną linią perkusyjną i gitarową. Ostatnie wykonanie tego utworu na koncercie.

3. Poland. Wchodzi jeszcze w mostku. Fragment z drugiej połowy utworu. Nowa perkusja od Iris (bongosy). Dodano troszkę nowych klawiszy ale mało. Na centralnym ekranie ktoś (EF?) gra na gitarze a po bokach - chmury. Chyba jest gitara ale bardzo cicha. Na ekranie środkowym pojawił się też fragmencik z koncertów z lat 80-tych na chwilkę. Nic nowego. Typowy Poland. W zasadzie prawdziwie słyszalną nowością są bongosy.

4. Going West. Ponowny debiut utworu (grany tylko w 1986 a potem od 2006 do 2009). Mocna perkusja i dodatkowe, wyczuwalne klawisze. Pojawia się melodia grana na saksofonie. Gitara trochę inna niż na Izu, trudniejsza do wychwycenia. Ciekawa wersja.

5. Force Majeure. Ostatni raz na żywo. Ten sam fragment co zawsze - sekwencja, która pojawia się pod koniec. Nie wiem czy jest to sekwencer ale Thorsten wygrywa ten motyw na klawiszach (dla picu?). Czuć odmienne, nowsze brzmienie od oryginału - co jest zupełnie zrozumiałe. Pojawia się delikatna perkusja od Iris. Bernie znowu na skrzypcach. Chyba go słyszę. Perkusja nie jest specjalnie uciążliwa, chociaż lepiej by jej nie było. Poza nią - to jest oryginalny wycinek z Force Majeure. Fajny mostek, trochę orkiestralizacji w nim jest.

6. Scuba Scuba. Utwór z Underwater Sunlight (1986). Ostatni raz zagrany na koncercie (pierwszy - 1986, potem dopiero w 2006 na tym koncercie). Mocna perkusja. Na ekranach woda. Pojawiają się jakieś gitarowe dodatki, nie zawsze łatwe do wychwycenia. To raczej są nowinki w tej aranżacji. Reszta brzmi jakby wzięta z wersji płytowej. Ciekawy mostek.

7. Catwalk. Ostatni raz na żywo (pierwszy - 2005). Thorsten przeszedł na perkusję. Dodano mocną gitarę, wzbogacającą niektóre linie melodyczne. Słychać perkusję Thorstena (i gitarę Berniego). Drugi gitarzysta gra solo na gitarze klasycznej (w miejscu oryginalnego). Jest też flet od Lindy, trudny do złapania uchem. Szkoda, że się skończył. Piękna, bardzo energetyczna wersja.

8. Love On A Real Train (Risky Business). Debiut utworu na koncercie. Jest to inna wersja niż na Izu (która bazuje na re-recordingu z 2008). Czuć źródło. To zapewne na podstawie tej aranżacji robili wersję z 2008. Romantyczny klimat. Linda na flecie czy klarnecie ale ja go nie słyszę. Fajne ekrany. Droga w kosmosie. Na ekranach też przewija się pociąg. W końcu to Miłość W Prawdziwym Pociągu. ;)

9. No Man's Land. Debiut tego utworu. Chyba na bazie remixa z Tangents. Dodano też bongosy. Sitar brzmi inaczej, ciekawiej. Niby gitarzyści coś grają ale ich słabo słychać. Może jeden z nich gra partie, które oryginalnie były na sitarze. Słoneczne ekrany. ;) Czasem da się usłyszeć fajną gitarę (elektryczną). Pojawia się jakieś słodko brzmiące solo. Ciekawa aranżacja.

10. Tangram Part 1. Absolutny debiut i to na 2 lata przed Tangram 2008. Wycinek z samego początku. Pojawia się delikatna gitara. Już któryś raz przewija się na ekranach motyw ciężarówki. Widać jej "rejestrację" - TD 1967. Na ciężarówce jest cyfra 40. Świetne! Coś pomiędzy oryginałem a wersją 2008.

11. Oriental Haze. Drugi utwór z lat 90-tych. Tym razem z 1992. Oriental Haze to b-side do singla Rockoon (Special Edition). Mocna perkusja. Pojawia się gitara (fajny motyw). Nie mogło się obejść bez saksofonu. W pewnym momencie Linda schodzi niżej i dalej gra na saxie. Wrócił też motyw na gitarze elektrycznej. Świetna końcówka, chyba z solo na saksofonie. Unowocześniona brzmieniowo wersja ale nie przesadzona. Fajna gitara została dodana. Świetna wersja utworu.

12. Rainbirds Move. Debiut utworu. Fragment z soundtracka Firestarter (Podpalaczka) z 1984. Czuć tangentyzację więc zapewne oparte na wersji z Tangents (1994). Pojawiają się dźwięki kojarzące mi się z Edgarowym "Pinnacles" (1983). Niestety nie pamiętam czy one były w Rainbirds Move. Fajnie, że zagrali coś bardzo nietypowego. Może być. :) Podczas mostku - ciężarówka pod wodą. :) Mostek zawiera orkiestralizacje.

13. The Journey. Tym razem Sorcerer (Cena Strachu) z 1977. Debiut. Wreszcie coś innego niż Betrayal z tego soundtracka. Iris gra na bongosach ale jej nie słychać. Na brzmienie utworu nałożone są klasycyzujące orkiestralizacje (nie tylko oryginalny mellotron). Zapewne przygotowane na bazie remixa z Tangents.

14. Warsaw In The Sun. Na ekrany wjeżdża ciężarówka a wraz z nią - wtacza się sekwencerowy motyw Warszawy W Słońcu. Mocna i soczysta wersja. Przewija się jakiś dźwięk, który chyba występował w singlowych remixach. Znowu Bernie na skrzypcach. Chyba też jest elektryczna gitara. Nie jestem pewien. Na końcu pojawia się jakaś nowa melodia, której nie kojarzę. Normalna wersja. Nic nadzwyczajnego ale super, że zagrali.

15. The Midnight Trail. Coś z Optical Race (1988). Wzbogacony klasyczną gitarą na wstępie. Aranżacja na bazie tej z The Melrose Years (2002). Słychać (chyba) też i elektryka. Dobrze brzmi ta wersja. Jest nawet solo na gitarze elektrycznej.

16.  Girl On The Stairs. Czyli Maedchen Auf Der Treppe czyli remix White Eagle. ;) Mocna, ciekawa wersja. Chyba też na bazie wersji z Tangents. Ciekawa, delikatna gitara elektryczna wzbogaca tą aranżację. Nie kojarzę innego wykonania tego utworu z gitarą. Są chórki, które mi się kojarzą z wersją z Tangents.

17. Atlas Eyes. Znowu kawałek z Optical Race (1988) ale na bazie wersji z The Melrose Years. Pierwszy raz na żywo od 1988 roku. Muzycy wiernie podążają za nowszą wersją ale brzmi ona nieco łagodniej. W melodii (po intrze, w "zwrotkach") pojawia się gitara elektryczna. Troszkę złagodzona wersja z 2002, z wyraźnymi bongosami i dodaną gitarą. Wow. Odlotowy aranż.

18. Melrose. Wchodzi niemalże od razu po Atlas Eyes. Ostatni raz na żywo.  Również na bazie wersji z 2002. Podobają mi się tu dodatki. Brzmi lepiej niż studyjny remix z 2002 (który nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia - a lubię ten utwór). Linda zeszła bliżej publiczności i gra na saksofonie. Pojawia się też gitara (jak są chórki) ale tego nie jestem pewien na 100%. Świetna wersja.

19. Phaedra of Nottingham. Znajome dźwięki. Na bazie wersji z Phaedra 2005. Na 1 i 3 ekranie są pokazane fragmenty z koncertów (Three Phase / Live in America 1992 ?). Nic nowego nie ma. Dobre wcielenie Phaedry 2005. Gitarzysta dla picu coś robił - nie słyszałem jego grania.

20. Stratosfear 1995. Szybko wchodzi, tuż po Phaedrze. Ciekawy wstęp. Zauważalnie odświeżono Stratosferę. Mocna i ciekawa gitara, takiej nie słyszałem. Na Izu też brzmiała inaczej o ile dobrze pamiętam. Reszta zespołu tworzy raczej tło pod szaleństwo gitary. Pojawia się też saksofon. Thorsten musiał coś sobie z palcem zrobić bo ma plasterek. ;) Przy Force Majeure go nie miał. ;) Wspaniała gitara. W pewnym momencie Bernie dołącza się ze skrzypcami. Na ekranach widać też coś z (prawdopodobnie) 1986 roku (ale mogę się mylić). Cudowne wykonanie. Chyba najmocniejsza Stratosfear jaką kojarzę!

21. Mothers Of Rain. Jeszcze jeden z Optical Race (rok znacie :P). Linda podczas intra gra na klarnecie. Ciekawy dodatek. W melodii pojawia się również klarnet od Lindy. Obaj gitarzyści coś grają ale ja tego nie słyszę. Bardzo malownicza i piękna interpretacja tego utworu. Podoba mi się partia gitary klasycznej. Znacznie lepsza wersja od tej z The Melrose Years. Świetne przejście do następnego utworu.

22. Song Of The Whale, Part One. Absolutny debiut koncertowy tego utworu! Piękny początek, wyłaniający się z mostku. Czuć powiew świeżości w brzmieniu. Znowu Linda na czymś gra (nie na klawiszach). Słychać także gitarę klasyczną. Piękna partia od Lindy. Jest też i gitara elektryczna. Bernie w pewnym momencie także gra na elektryku (odłożył klasyka). Zespół zagrał tylko pierwszą połowę tego utworu (bardzo logiczne posunięcie) w przepięknym stylu.

23. The Blue Bridge. Tym razem kawałek z 220 Volts Live (1993). Piękna, delikatna interpretacja. Oczywiście zawiera saksofon. Muzyka Niebios. Słychać delikatną gitarę. Wspaniały saksofon. Świetne wykonanie.

24. Tharsis Maneuver. Pożegnanie z płytą Mars Polaris (1999). Już nic więcej zespół z niej nigdy nie zagrał. Chyba poza chórkami dodanymi gdzie niegdzie nie ma większych różnic między tą wersją a płytową. Możliwe iż pojawia się też gitara (jeśli już to pewnie jest mocno zniekształcona i można jej nie poznać). W później części utworu jest nieco wyraźniejsza. Poprawna interpretacja. Miło, że zagrali coś z Mars Polaris. :)

25. La Libération. Nowy, świeży utwór - z albumu Jeanne d'Arc (2005). Jeszcze piękniejszy i łagodniejszy od oryginału. Nawet nieco przezroczysty, eteryczny w tym wykonaniu. Pojawiają się skrzypce elektryczne i gitara (widać, że Bernie przerywa by Gerard zagrał). W pewnym momencie wkracza Linda i gra na klarnecie, razem ze skrzypcami oraz gitarą. Jest moment w którym gitara jest wyraźniejsza i bardziej obecna - pod koniec utworu. Utwór ten brzmi niesamowicie pięknie. Gitara i skrzypce są głównymi innowacjami w tej aranżacji. Ostatni utwór głównej części koncertu.

Bisy:

26. Loved By The Sun. Fajna, unowocześniona wersja instrumentalna. Słychać bongosy. Inna wersja niż na Izu (2010). Nie ma tu saksofonu ale pojawia się gitara elektryczna na końcu. Fajna wersja chociaż w porównaniu z wersja z albumu Izu jest uboższa.

27. Streethawk. Mocna i wyraźna wersja. Pojawia się gitara elektryczna ale ja słabo ją słyszę, jeżeli jest. Trochę lepiej jest pod koniec. W porównaniu z wersja z Izu - nie ma tu saksofonu. Mocno elektroniczna wersja.

28. Little Blond In The Parc Of Attractions. Kolejny, po Catwalk, utwór z Tyranny Of Beauty (1995). Ostatnie wykonanie tego utworu. Mocny bas. Słychać delikatną gitarę. Jest też i klasyczna. Chyba bazą była tu wersja z Dream Mixes (1995). Obaj gitarzyści w zasadzie przeplatają swoje partie i łączą je. Ciekawie to brzmi. Rewelacyjna wersja. Na ekranach - TD z lat 90-tych. Może z The Video Dream Mixes. Krótka wersja utworu ale bardzo obfita w gitary. Świetne!

29. Mobocaster. Dla odmiany - utwór z Dream Mixes II: Timesquare (1997). Ostatnie koncertowe wykonanie tego utworu. Thorsten znowu na perkusji (razem z Iris). Fajnie brzmi ten utwór. Mocna, wyraźna gitara. Gorące, dyskotekowe, Dream Mixes-owe, rytmy połączone z przyjemną gitarą (elektryczną jak i klasyczną). Świetna aranżacja. Zespół przerywa bisy. Niektórzy z 1szego rzędu dostali piątkę od Edgara!

30. House Of The Rising Sun. Wracają po chwili. Ciekawe brzmienie, chyba tego używali w remiksie z 2007. Iris znowu na bongosach. Thorsten ponownie na perkusji. Mocne gitary. Bardzo mocne nawet. Obaj gitarzyści grają. Solidna wersja. Na środkowym ekranie pokazany jest fragment z koncertu w Londynie z 2005 roku (wydany w 2007 na DVD). Mocarny, ostatni bis. Edgar przedstawiając muzyków, objął Jerome'a i powiedział (po niemiecku): znacie go. ;) Edgar na końcu coś mówi o 60cioleciu. Nie wiem czy swoim czy zespołu.

Bonus: 6 minut z prób zespołu przed koncertem. Jakaś wesoła, rytmiczna melodia z Edgarem na harmonijce. Całość trwa ok. 1 minuty. Potem są już różności związane z koncertem - jakieś luźniejsze ujęcia, przeplatane ujęciami z koncertu. Muzyka: Oriental Haze, wersja z tego koncertu. Sympatyczne, miejscami nawet śmieszne.

Świetna setlista, chociaż mocno zorientowana na lata 80-te i 90-te. Zespół bardzo rzadko grywał materiał z lat 90-tych. Tym bardziej warto to odnotować. Jedna zupełnie nowa kompozycja, która otworzyła ten koncert jest także godna podziwu. Całkiem dużo tu utworów soundtrackowych (6 na 30 - 1/5 całego koncertu to muzyka filmowa zrealizowana przez TD !). Kilka utworów jest też z lat 70-tych (Force Majeure - 1979 i The Journey - 1977). Koncert retrospektywny z tylko dwoma świeżymi utworami - Astrophel And Stella (wówczas nieopublikowany nigdzie) i La Libération (2005).

Muzycznie natomiast jest bardzo dynamicznie i zróżnicowanie. Wszystkie utwory zostały przedstawione w ciekawych wersjach. Nawet pierwsze 4 bisy zostały połączone mostkami w jedną całość. Niektóre utwory miały w sobie potężny gitarowy ładunek (szczególnie Stratosfear 1995 i House Of The Rising Sun). W zasadzie na te 30 utworów tylko Poland brzmiał jakoś tak nijako według mnie. To świetny wynik.

Koncert mi się bardzo podobał. Zespół zaprezentował się z bardzo dobrej strony i niezwykle elegancko. Wreszcie pojawiło się coś z lat 70-tych i 90-tych. Myślę, że z czystym sumieniem mogę postawić 5. 2 godziny 40 minut Mandarynkowego Snu w świetnym, nowoczesnym wydaniu.

piątek, 15 maja 2015

14-15.05.2015 - Urodzinowy special 3/3 + zakończenie

Trzecia płyta The Melrose Years zawiera nowe nagranie albumu Melrose, zrecenzowanego przeze mnie w tym tekście (zbieżność dat przypadkowa :D). Nowa wersja została wzbogacona bonus trackiem: nieopublikowanym (do tej pory) bisem z trasy promującej album Melrose (1990). Zapewne jest to wersja studyjna gdyż wszystkie znane wykonania koncertowe są od niej dłuższe. Utwór ten został wznowiony na składance The Soft Dream Decade (pierwotnie jako download w 2007 a potem wydany na CD w 2009). Po większą ilość informacji mandarynkowo-historycznych zapraszam do pierwszej części tekstu.

Melrose 2002 nie zostało wznowione na CD. Wydanie Membran (2009) zawiera oryginalną wersję albumu. Zespół natomiast wznowił całe The Melrose Years jako download.

Recenzja ta jest ostatnią częścią specjalnej recenzji z okazji moich 24-tych urodzin. Chciałbym zadedykować ją wszystkim Słoneczkom i pięknym koleżankom z Instytutu Polityki Społecznej (a raczej Instytutu Pięknych Słoneczek :* ). Niestety nie zdążyłem napisać tego tekstu 14.05. Zbyt późno się obudziłem ze swojej drzemki. :)

1. Three Bikes In The Sky. Cieplejsza brzmieniowo wersja. Intro brzmi w miarę wiernie. Nie wyczuwam jak na razie żadnych większych dodatków. Brzmienie zrekonstruowane ale nie wzbogacone. Ciekawa i przyjemna interpretacja tego utworu. Oryginał zagrany od nowa, na nowszym sprzęcie. Może zespół uznał iż nie ma sensu dogrywać nowości tutaj bo utwór jest i tak świetny? Brzmi równie pięknie jak oryginał.

2. Yucatan. Tu od początku wyczuwalne są nowe brzmienia. Dodano pewne wzmocnienie do oryginalnego rytmu. Utwór jest wzbogacony ale dzięki temu brzmi lepiej i ciekawiej. Udany remiks. Wpuścili tu trochę dodatkowego Słońca.

3. Rolling Down Cahuenga. Również i tutaj są od początku wyczuwalne nowe brzmienia. Poza dodatkowymi elementami, występującymi już od intra, nie ma tu zbyt wiele nowości. Delikatne dodatki sprawiają mi przyjemność w odsłuchu. Kolejna udana re-aranżacja chociaż pod koniec jest za dużo dodatków. Albo ten utwór zawodzi pod koniec w wersji oryginalnej.

4. Desert Train. Nie przepadam za oryginalną wersją tego utworu. Ta jest jeszcze rytmiczniejsza i weselsza. Czuć to. Ma bogatsze brzmienie perkusji i ciche, delikatne chórki. Nowe brzmienia są wyraźne i łatwe do uchwycenia. Teraz brzmi to lepiej i ciekawiej. Może za sprawą tego iż słucham tych nagrań (w nowej wersji) dopiero któryś raz i to po kilku latach? Brzmi lepiej, ciekawiej. Wciąż jednak jest to zbyt długi utwór.

5. Dolls In The Shadow. Czuć odświeżenie ale klimat zachowany. Bogata warstwa perkusyjna. Nie ma tu zbyt wielu dodatków. Nowa instrumentacja ale raczej wierne i zachowawcze brzmienie. Wzmocnieniu uległa warstwa rytmiczna.

6. Cool At Heart. Nowe brzmienie ale wciąż łagodne i delikatne. Bardzo oszczędne dodatki brzmieniowe. W ok. 2:30 dochodzi więcej brzmień nowych. Formowana jest baza pod Cool At Heart 2011. Pojawia się czasem dziwny dźwięk, brzmiący jakby coś przeskakiwało. Podobno jest celowy (EF tak twierdzi). Nie bardzo tu pasuje. Trochę rujnuje tą melodię. Fajna wersja.

7. Art Of Vision. Stare brzmienie ale nowa perkusja, znacznie bogatsza. Są wyczuwalne dodatki brzmieniowe (chórki). Fajny remiks o dość zachowawczym podejściu. Podoba mi się.

8. Electric Lion. Intro zostało wzbogacone o dodatkowe brzmienia. Jest ono jeszcze słodsze teraz. Dodatki są przemyślanie. Zdecydowanie bardziej przemyślane niż w Optical Race 2002. Gitary brzmią ciekawie. Są bardziej "rozryczane" niż w oryginalnej wersji tego utworu. Gitary wydaja się być czasem w tle a nie na pierwszym planie. Jeszcze bardziej dosłodzona wersja. Słychać to zwłaszcza po części gitarowej.

9. The Back Of Beyond. Prawdopodobnie to jest wersja studyjna. Bonus track dla albumu Melrose w wersji 2002. Piękny wstęp. Łagodne klawisze. Bardzo romantyczny. Jeszcze przed pierwszą minutą wchodzą basy i zmienia się melodia. Rytm się intensyfikuje. Wchodzimy w klimaty bardziej Melrose'owe. Motyw ze wstępu powraca ok. 1:45 ale w odrobinę zmienionej formie. Przyjemne dla ucha rytmy. W 3 minucie wchodzi saksofon. Wyraźny, przyjemny rytm kontrastuje z delikatnym saksofonem. Od tego momentu głównym instrumentem utworu jest saksofon na tle perkusyjnego rytmu. Ok. 5:40 solo saksofonu lekko zawadza o motyw z utworu Melrose. Zmienił też się rytm. Fajne zakończenie. Piękny utwór, który stanowi w zasadzie saksofonowe solo.

10. Melrose. Tytułowy utwór jest na samym końcu. Zauważalnie bogatsza perkusja. Odświeżono brzmienie klawiszy. Oryginalne są lepsze. Niestety, wejście rytmu nie poprawiło sytuacji. Nie ma zbyt wielu dodatków ale nowe brzmienie po prostu mi nie przypadło do gustu. Nowy, bogatszy rytm może być ale utwór poprzez to odświeżone brzmienie stracił sporo. Bardzo wielkie rozczarowanie.

Album Melrose w nowej wersji brzmi przyzwoicie. Nowe nagranie oznacza wzbogacenie warstwy rytmicznej oraz odświeżoną instrumentację. W zasadzie wszystkim utworom wyszło to na dobre, z wyjątkiem tytułowego (niestety). Także bonus track jest świetny. Gdyby nie bardzo słaba wersja tytułowego utworu, postawiłbym 5-. Niestety, muszę obniżyć ocenę do 4+. Słaba wersja Melrose to po prostu poważne uchybienie.

Podsumowując wszystkie trzy recenzje (Optical Race 2002, Lily On The Beach 2002 i niniejszą recenzję Melrose 2002) chciałbym napisać iż w zasadzie The Melrose Years to całkiem udany box. Odświeżono dość zapomniane utwory, które zyskały dzięki temu nieco dodatkowej uwagi. W ogóle lata 90 były (a już chciałem napisać, że są...) mocno niedoreprezentowane na koncertach Tangerine Dream. Dobrze wypadły remiksy zwłaszcza na Lily On The Beach i Melrose. Warto też pochwalić zespół za dorzucenie bonusów. Niestety, Optical Race w nowej wersji to najgorsza płyta jaką słuchałem (i jaką sobie przypominam). Żenująco niski poziom materiału muzycznego. Nie mogę przez to ocenić całości na coś więcej niż 3. Tak więc, wszystkie trzy płyty The Melrose Years oceniam na 3. Może bym postawił 3+ ale niestety, Melrose (utwór) jest paskudnym remiksem. Tymi oto gorzkimi słowy wieńczę długi, urodzinowy specjalny post.