niedziela, 12 maja 2013

12.05.2013 - Składanki Tangerine Dream - wybór najważniejszych - cz. 2

   Część druga, wbrew zapowiedziom, to krótkie podsumowanie - przedstawienie najważniejszych składanek TD wraz z okresami które prezentują. Wszystko wg moich wczorajszych ustaleń. Jest to tylko spis. Opis był wczoraj.

The Pink Years - 1970 - 1973
1987 - The Collection

The Virgin Years - 1974 - 1984
1985 - Dream Sequence
1980 - '70 - '80 - tylko lata 1974-1980 (albumy "Phaedra" - "Tangram"), zawiera fragment z albumu "Cyclone" (1978) oraz kilka fragmentów utworów sprzed 1974. Jedyna składanka gdzie pojawiają się fragmenty z "Cyclone".

The Blue Years - 1984 - 1988
1989 - The Best Of Tangerine Dream - uwzględnia też album "Livemiles", zawiera 2 utwory z The Pink Years

The Melrose Years - 1988 - 1990
1992 - The Private Music Of Tangerine Dream - przede wszystkim album "Melrose" (1990), zawiera 2 nieopublikowane wcześniej nagranie (odnosi się stricte do tego okresu)
1998 - Atlantic Bridges - uwzględnia lata 1988 - 1997
1998 - Atlantic Walls - jw.
2000 - Tang-go - uwzględnia lata 1988 - 1999
2009 - Ballads - box set uwzględnia lata 1987 - 2009

The Seattle Years - 1991 - 1995
Wspomniane wyżej: Atlantic Bridges, Atlantic Walls, Tang-Go, Ballads

The TDI Years - 1996 - 2005
Wspomniane wyżej: Atlantic Bridges, Atlantic Walls, Tang-Go, Ballads
+ następujące
2007 - The Soft Dream Decade
2007 - Cyberjam Collection - za fragmenty z albumu "Goblins Club" (1996)
2007 - The Dante Song Collection  - 2 na 3 albumy z Trylogii Dantego wyszły podczas tej ery ("Inferno" z 2002, "Purgatorio" z 2004)
2007 - The Dante Arias Collection - jw.

Thee Eastgate Years - 2005 - obecnie
Wspomniane The Dante Song Collection, The Dante Arias Collection (na obu są też fragmenty z "Paradiso" z 2006) oraz Ballads (lata 2005-2009)
Seria "Booster" (na razie jest 5 części):
polecam zwłaszcza od części II
2007 - Booster - głównie zbiór nagrań z limitowanych wydawnictw z 2007, niestety pomija "Madcap's Flaming Duty" (studyjny album z 2007)
2008 - Booster II - niestety pomija "Tangram 2008"
2009 - Booster III
2011 - Booster IV
2012 - Booster V - uwzględnia wszystkie wydawnictwa na 2012 poza cupdisc "Machu Picchu" (jedyny nowy materiał nieobjęty Boosterem V).

sobota, 11 maja 2013

11.05.2013 - Składanki Tangerine Dream - wybór najważniejszych - cz. 1

        Edgar (+ koledzy rzecz jasna) to niezwykle płodny człowiek. Jak pokazała historia TD, także niezwykle rodzinny (grał razem z synem Jeromem). :) W toku Mandarynkowego La Vie Electronique trochę się tych płyt nazbierało. Co jakiś czas wydawane są różnorakie składanki. Nowicjusz dokonując przeglądu (nawet bardzo pobieżnego) dyskografii Tangerine Dream zapewne nie będzie w stanie sam wybrać czegoś dobrego na pierwszy rzut ucha. Stąd też można zawęzić pole poszukiwań do samych tylko składanek. W obfitości tego typu wydawnictw można przebierać dość długo i każdy znajdzie coś dla siebie - zarówno tangerynkowy weteran, za jakiego się uważam, jak i zupełny "świeżak". No może niezupełny bo skoro chce "obczaić" czym jest Tangerine Dream to musi już coś wiedzieć. Może się zachęcił po lekturze mojego cyklu KME (cyklu niedokończonego zresztą) ? :)
         Post ten ma na celu dokonanie przeglądu mandarynkowych kompilacji i wybranie tych, które są przydatne z punktu widzenia nowicjusza. Rzecz jasna, takie monstra pięciopłytowe jak "Tangents" czy "The Dream Roots Collection" muszą zostać przeze mnie pominięte. Są to wydawnictwa przeznaczone raczej dla mandarynkowych weteranów. Wracając do tematu, przegląd ten będzie miał porządek chronologiczny.
         Zaczynając od rzeczy ogólnych, należy wspomnieć iż na "składankach" jest w znakomitej większości muzyka studyjna Tangerine Dream. Bardzo rzadko pojawia się coś z dosyć bogatej "soundtrackografii" zespołu. Sam zespół też rzadko gra swoje filmowe numery (niestety). Są tylko dwie składanki poświęcone muzyce filmowej TD ("Dream Music" z 1993 i "Dream Music 2" z 1995), niestety o dość limitowanej perspektywie czasowej. Jako wydawnictwa, mają raczej wartość kolekcjonerską. Pozostaje takiemu "świeżakowi" na własną rękę zgłębiać muzykę filmową Tangerine Dream. W tym miejscu wypadałoby podać choć kilka płyt wartych uwagi: "Sorcerer" (1977, pierwszy oficjalnie wydany soundtrack), "Thief" (1981), "Firestarter", "Flashpoint" (oba z 1984). Oczywiście jest tego więcej (ok. 30-35) ale sam nie pamiętam większości tych płyt. Rzadko ich słucham.
          Jak zapewne wszystkim wiadomo (nawet po lekturze notki na Wikipedii - zwłaszcza angielskiej), historia Tangerine Dream dzieli się na kilka okresów, o odmiennych line-upach i stylistyce prezentowanej przez zespół. Bez wdawania się w szczegóły można określić styl prezentowany przez TD jako krautrock (początki działalności do 1973), "elektronika właściwa" (w tym szczególnie szkoła berlińska - 1974-1975), pewna forma rocka progresywnego (lata 1976-1979), różne formy synthpopu instrumentalnego (od 1980). Nie jestem muzykologiem i niniejsze stwierdzenia nie mają charakteru arbitralnego, zwłaszcza to ostatnie.
          Swój przegląd składanek chciałbym zacząć od "The Collection" z 1987 roku. Jest to składanka będąca 70 minutowym "streszczeniem" 5 płyt wydanych w latach 1970-1973 (+ jedna nagrana w 1973 a zremiksowana w 1984-1986 i w 1986 wydana - "Green Desert"). Egzemplarz wydania CD tejże pozycji dość niedawno udało mi się zakupić i opisać (vide mój poprzedni post). Niestety, ze względów pojemnościowych, wersja CD nie posiada dwóch bardzo ciekawych utworów: "Fly And Collsion Of Comas Sola" (z albumu "Alpha Centauri", 1971) i "Journey Through A Burning Brain" (z "Electronic Meditation", 1970, debiut Tangerine Dream). Wspomniany okres jest bardzo burzliwy muzycznie - muzycy poszukują swojego miejsca, stylistyki. Poza tą składanką i jej zawartością oraz wspomnianymi wyżej utworami polecić chciałbym: "Sunrise In The Third System" ("Alpha Centauri", 1971), "Ultima Thule Part One" (bywa dołączany jako bonus do niektórych wydań "Alpha Centauri, jest to strona A singla "Ultima Thule" z 1971), "Atem" ("Atem", 1973). Wszystkie wspomniane płyty z tego okresu posiadam, dwie z nich nawet były moimi pierwszymi zakupionymi płytami TD.
          Następny okres w dziejach zespołu to Lata Virginowskie - 1974 - 1984. Nazwa wywodzi się od Virgin, wytwórni na jakiej zespół publikował swoje nagrania w tej dekadzie. Wówczas zespół wydał kolejną porcję swoich najlepszych (według wielu) płyt np. "Phaedra" (1974), "Ricochet" (1975), "Stratosfear" (1976), "Tangram" (1980), "Logos Live" (1982). Z płyt z tego dziesięciolecia posiadam wszystkie poza "Exit" (1981). Podczas tego okresu, utwory uległy zrytmizowaniu i powoli zaczęły być krótsze. Składanką podsumowującą ten okres (w bardzo dobry sposób moim zdaniem) jest "Dream Sequence" wydane przez Virgin w 1985 roku. Na tej 2 CD składance znalazły się utwory z każdego albumu (poza "Cyclone" z 1978, który jest najsłabszym spośród wydanych przez Virgin). Do wad tej składanki należy zaliczyć bardzo krótkie wycinki z albumu "Rubycon" (niecałe 4 minuty na 17 z "Rubycon Part One") i "Phaedra" (tylko półtorej minuty wzięte z początku utworu na również 17 minut całości tytułowego kawałka). Warto odnotować pojawienie się w całości "Ricochet Part Two" ("Ricochet", 1975) i "Tangram Part One" ("Tangram", 1980).
         Pomiędzy tymi okresami należy umieścić, jako uzupełnienie, składankę (box set) " '70-'80 " wydany w 1980 roku. Jest to zestaw 4 winyli, zawierający także niepublikowane kawałki (po 1 od każdego członka zespołu). Na tych czarnych krążkach znalazło się m.in więcej fragmentów z albumu "Encore" (1977), cały utwór "Phaedra" ("Phaedra", 1974), fragment z "Rubycon Part Two" ("Rubycon", 1975, dość obszerny bo aż 10 minutowy), kilka kawałków z soundtracka "Sorcerer" (1977). Niestety, box ten nie doczekał się wydania CD. Obejmuje tylko lata 1971-1980, z czego okres przed 1974 bardzo wybiórczo. Z wyżej wspomnianych powodów polecam jednak go jako lekturę na mandaryński rozszerzony. ;)
        1984-1988 to kolejny etap w historii zespołu - Lata Niebieskie (The Blue Years). Tu zespół wydał kilka równie ważnych i lubianych albumów np. "Poland" (1984) czy "Le Parc" (1985). W 1983 TD po raz pierwszy zagrali u nas (czego dokumentem w założeniu miał być album "Poland" ale wyszło inaczej). Okres ten podsumowuje składanka "The Best of Tangerine Dream" z 1989 roku. W 72 minuty (wersja CD, wydanie 2xLP zawiera także spojrzenie w przeszłość czyli na Lata Różowe) przedstawia wybrane kawałki z płyt z opisywanego w tym akapicie okresu. Na co warto zwrócić uwagę? Na wszystkie utwory wybrane na tą kompilację. :) Zostały wybrane naprawdę dość reprezentacyjne kawałki.
       Nowy okres w dziejach zespołu zaczął się w 1988 i trwał do 1990 - The Melrose Years. Tu mamy ciekawą zmianę brzmieniową - dochodzi saksofon a także w składzie zespołu - od 1991 do 2006 razem z Edgarem gra jego syn, Jerome. Przez 15 lat młody Froese miał wpływ na brzmienie zespołu i je zdecydowanie odmłodził, przystosował do współczesnych wymogów. Jako esencję tego okresu, zbiór 3 płyt w jednej, kompaktowej pigułce polecam "The Private Music Of Tangerine Dream" (1992). Mamy tutaj wybór utworów z 3 wydanych płyt w tym okresie (z czego większość pochodzi z albumu "Melrose", 1990) oraz dwa, nigdzie indziej niepublikowane nagrania. Są to kąski, "Rare Bird"-y dla kolekcjonerów. Wadą tej składanki jest to iż na niej jest za dużo "Melrose" i np. brakuje lubianego przeze mnie utworu "Optical Race". :)
      Wydawnictwa o charakterze kompilacyjnym nie zawsze muszą iść zgodnie z periodyzacją przyjętą przez fanów TD. Przykład? "Atlantic Walls" i "Atlantic Bridges", które obejmują lata 1988-1997. Pokrywa się to The Melrose Years (1988-1990), The Seattle Years (1991 - 1995) i częściowo z The TDI Years (tylko lata 1996 - 1997). Co ciekawe, składanki te pomijają album "Goblins Club" z 1996. W świetle tego, co napisałem wypada stwierdzić iż lepsze byłyby te 2 składanki aniżeli wspomniane poprzednio "The Private Music Of Tangerine Dream". Niemniej, warto ją polecić ze względu na dwa nieopublikowane wcześniej nagrania i jeden utwór z soundtracku ("Miracle Mile", 1989). Jednak nowicjuszy zachęcam do zapoznania się z obydwiema "atlantyckimi" składankami. Jeszcze jedną składanką o jeszcze szerszym przekroju, jest "Tang-go" z 2000. Na dwóch płytach zespół wybrał utwory z lat 1988 - 1999. Część rzeczy na pewno się powtarza ale warto na nią zwrócić uwagę gdyż prezentuje też albumy wydane od 1997 do 1999. Znowu "Goblins Club" (1996) został pominięty. Jedyną składanką, gdzie w ogóle coś się pojawia z tego albumu jest "Cyberjam Collection" (2007). Warto wspomnieć iż kompozycja "At Darwin's Motel" jest w wersji zremiksowanej. Utwory nagrane i wydane po roku 2000 ciężko znaleźć na składankach stąd myślę iż warto wskazać na "The Soft Dream Decade" - za fragmenty muzyki z filmu ("Destination Berlin", 1989), fragmenty z nowych nagrań ("The Melrose Years", 2002) i inne.
      Tangerine Dream też parali się okolicami muzyki poważnej. Mam tu na myśli cykl trzech albumów - Trylogię Dantego - "Inferno" (2002), "Purgatorio" (2004), "Paradiso" (2006). W sumie jest to 5 płyt CD. Zespół wydał dwie jednopłytowe składanki "The Dante Song Collection" i "The Dante Arias Collection", obie z 2007. Tak jak w przypadku "składankowego spamu" z 2007 i te zostały wydane na CD w 2009 roku. Rok 2007 odnosi się do ich premiery jako wydawnictwa download-only w sklepiku TD.
      Niestety, ciężko o jakąkolwiek składankę z materiałem po 2000 roku. Właściwie pozostaje na własną rękę zgłębiać ten ogrom twórczości zespołu. Nieco lepiej jest o przekrój muzyczny działalności zespołu po 2007 roku. W 2007 roku wydany został "Booster". Jest to pierwsza część (obecnie seria liczy 5 albumów) serii 2 CD składanek. Łączą one wybór aktualnych, najnowszych dokonań zespołu (przeważnie nagranych w roku wydania kolejnej części serii) oraz nowe nagrania starszych kawałkó(w i zupełnie nowe, nieopublikowane (także z roku wydania kolejnej części serii). Polecam każdą z nich. Wychodzą pod koniec roku, jako jego podsumowanie. W ten sposób na 10 CD mamy wybór (a nawet coś więcej bo i każdy znajdzie tu coś dla siebie - zarówno nowicjusz jak i weteran) i przekrój przez lata 2007-2011. Przez ostatnie 2 lata Tangerine Dream wydawali prawie wyłącznie same albumy koncertowe. W 2012 roku bowiem wydany został cupdisc "Machu Picchu" i to jest ostatnia publikacja TD zawierająca nowe nagrania studyjne. Świadomie pomijam tu niedawno wydany "Cruise To Destiny" (2013) będący zapisem prób przed (odwołanym) koncertem.
     Jak z tego wynika, materiał z lat 2000-2006 jest nieopracowany w formie składanek.Sam też nie jestem na świeżo ze wszystkimi albumami z tego okresu by przytoczyć chociaż po 1 wyjątkowo dobrym utworze. Każdemu się może zdarzyć biorąc pod uwagę obszerność dyskografii TD. :) Zamiast utworów podam więc poszczególne albumy: "The Seven Letters From Tibet" (2000), "Jeanne D'Arc" (2005), "Kyoto" (2005), "Phaedra 2005" (2005), "Blue Dawn" (2006), "Madcap's Flaming Duty" (2007, wymieniam bo nie pojawia się na składankach). Można też wspomnieć o "Tangram 2008", z którego na składankach również nic nie ma.
      Okres ten jest jednak uwzględniony w box secie "Ballads" (2009). W kartonowym pudełku mamy 4 CD. Muzyka na nich zawarta pochodzi z lat 1987 - 2009. Właśnie ze względu na bardzo szeroką perspektywę czasową (aż 22 lata !) i potężny przekrój przez dyskografię warto go polecić. Niemniej jednak wciąż pomija "Madcap's Flaming Duty" czy "Phaedra 2005". Pomija także "Blue Dawn" i "Jeanne D'Arc". Wspomniałem o "The Soft Dream Decade" z 2007 roku i jeszcze raz warto tę składankę przywołać. Zawiera ona bowiem jeden utwór z "Blue Dawn". Z mojego punktu widzenia można odpuścić prezentację albumów "Tangram 2008" i "Phaedra 2005" ("Hyperborea 2008" jest zademonstrowana w postaci jednego czy dwóch utworów na bodajże "Booster II", 2008) gdyż są to tylko nowonagrane wersje klasycznych albumów zespołu. Pozostają więc nam już tylko "Madcap's Flaming Duty" i "Jeanne D'Arc". Najwyraźniej te dwa albumy pozostają do samodzielnej "degustacji" przez nowicjuszy.
     Tekst ten ma na celu zapoznanie czytelnika z twórczością Tangerine Dream poprzez szereg kompilacji. W dyskografii zespołu jest ich bardzo dużo. Tak dużo iż nie mam wszystkiego na komputerze. :) Ze względu na objętość, artykuł ten muszę podzielić na dwie części. W kolejnej będzie już tylko prezentacja wybranych składanek, bez dywagacji jakie napisałem w tej części. Po zapoznaniu się ze wszystkimi wymienionymi wydawnictwami, Czytelnik nabędzie wiedzę o tym jak brzmi Tangerine Dream na większości albumów. Mam nadzieję iż dość dobrze ująłem tą tematykę i mój wywód spełnia kryteria wywodu naukowego. :) Liczę iż mój tekst sprawi iż przynajmniej jedna osoba odkryje i nawróci się na Tangerynizm. :) Czcijcie Mandarynki! ;)

czwartek, 9 maja 2013

09.05.2013 - Kwietniowo-majowe Łowy - płytowe podsumowanie miesiąca ;)

      Ostatni miesiąc (kwiecień) był bardzo burzliwy. Przyniósł on nie tylko postęp w pisaniu pracy (która wciąż jest "in progress"). Przede wszystkim, niestety wbrew obietnicy danej sobie i rodzicom, przyniósł on spory rozwój w mojej kolekcji. W tym okresie postanowiłem zaszaleć i kupiłem płyty Vangelisa, którego dyskografię wciąż poznaję (na razie zatrzymałem się na "Invisible Connections" z 1985, "The Mask" z tego samego roku wciąż przede mną).
      Miesiąc formalnie już minął - większość zakupów miała miejsce w kwietniu. Pełne 30 dni od ostatniego jednakże nie upłynęły więc pochwalę się też najnowszymi zdobyczami. Mam nadzieję iż nie będę przynudzać. :) Mam potrzebę chwalenia się. ;_;
      Aby sprawiedliwości stało się zadość, zacznę chronologicznie. 8 płyt. Tyle samo, ile Jarre nagrał utworów na płycie Chronologie. Elektroniczny oktet (no, u mnie to nie do końca elektroniczny ale czytajcie dalej :P). Aby nie zapychać posta obrazkami, będę podawał linki do Discogs. Uważam to za rzetelne źródło informacji muzycznej (które także współtworzę).
      Zacznę od płyty najpierwszej na liście moich łupów. Jest to Vangelisowe "Reprise 1990-1999", które kupiłem za 15 zł. Cena atrakcyjna i to za składankę. Płyta nie była w złym stanie. Aby dopełnić opisu i mojego sprawozdawczego obowiązku, dopowiem iż jest to promo. Tak, kupiłem promo za 15 zł. A teraz w tym sklepie mają zwykłe wydanie za 20 zł. :)  Prawdopodobnie jest to kolejna historia która będę zanudzał ludzi.
      Następne dwie pozycje, zdobyte tego samego dnia, to "Kill 'Em All" Metalliki i "Reign In Blood" Slayera. Oba to kamienie milowe thrash metalu. Na obu pojawiają się kawałki kultowe, grane niemalże na każdym koncercie np. Whiplash czy Angel of Death. Na dodatek, moje wydanie Reign in Blood to wydanie deluxe, poszerzone o 2 utwory (5,5 minuty muzyki). Są to  remix "Criminally Insane" i studyjna wersja "Aggresive Perfector" (do tej pory znalem tylko koncertową wersję zamieszczoną na "Live Undead" z 1984).
     Niecałe dwa tygodnie temu byłem też na Warszawskiej Giełdzie Płytowej. Zamiast na gwałt czytać lektury do mojej pracy, szlajałem się po Hybrydach w poszukiwaniu złotego runa fajnych płyt. Czy mi się udało? Oceńcie sami. :) Jak wszystko w życiu, każda rzecz i wydarzenie ma swoje + jak i - (niektórzy badacze tej problematyki wyróżniają takie twory jak plusy dodatnie i plusy ujemne, por. Lech Wałęsa :)). Stąd też dość mieszane są moje uczucia.
     Udało mi się kupić za 45 zł deluxe wydanie nowego albumu Depeche Mode ("Delta Machine", 2013). Odsyłam Czytelników do recenzji . Niestety, okazało się, że to pirat. Przepłaciłem za ruską podróbkę. Ale nie wyrzuciłem. Trudno się mówi. :) Oto i ona - Delta Machine . Szejm. ;_;
     "Plusem dodatnim" natomiast jest inna zakupiona tego dnia płyta - "Decade Of Aggression" Slayera, wyd. 2006. Jest to dwupłytowy album koncertowy zarejestrowany podczas kilku koncertów promujących niezwykle udany album "Seasons In The Abyss" (1990). Tutaj mamy prawie cały album wykonany na żywo (ale utwory pochodzą z różnych koncertów z 1990-1991) poza utworem Temptation (wyróżniającym się ze względu na wyraźny współudział Kerry'ego Kinga na wokalu, razem z Tomem Arayą). Nie wolno też zapomnieć o klasykach Slayera - Hell Awaits, The Antichrist, Black Magic, Angel Of Death, Captor of Sin, South of Heaven. Jest to niezwykle udane wydawnictwo. Pewnego rodzaju "the best of". Szkoda, że niedługo po zakupie dowiedziałem się o śmierci gitarzysty Slayera - Jeffa Hannemana. [*]
    Nieco ponad tydzień temu znowu zaszalałem. Przedmiotem (i materialnym punktem odniesienia dla kolejnej historii) mojego szaleństwa jest "Chariots Of Fire". Pewnego dnia postanowiłem jeszcze raz posłuchać tegoż albumu. W międzyczasie łaziłem po sklepach z płytami i zauważyłem ją za 20 zł. Właśnie to sprawiło iż włączyłem, niejako instynktownie, ten album na moim iPodzie. Jako iż słuchałem w lepszych (niż autobusowe) warunkach to moje zdanie na temat muzyki zawartej na tym krążku się poprawiłem. Podczas odsłuchu siedziałem także w BUWnie i szukałem książek. Jak postanowiłem "świętować" ? Ano poprzez kupno niniejszej płyty! :D W ten sposób mam dwie płyty Vangelisa w kolekcji. Jak polubię całą dyskografię (a przynajmniej przesłucham) to w Discogs utworzę folder "Vangelis". Na razie jego płyty są nieprzypisane do żadnego folderu (poza oczywiście ogólnym).
      Teraz czas na majowe trio grande. :) Czyli moje wtorkowe (07.05.2013) zakupy. :) Jest się czym chwalić gdyż wtorkowa trójca płytowa została kupiona za 50 zł. Każdej poświęcę osobny akapit. Mam nadzieję iż będą równie interesujące jak moje poprzednie wywody. :)
      Każdy chyba wie jaki jest ulubiony sport Kraftwerków. A jak nie to odsyłam do... "Tour De France 2003" (singiel CD). Tak, Ralf i spółka uwielbiają jeździć na rowerze. Swego czasu Ralf nawet brał udział w TdF. :) Historia ta zaczyna się w 1983 i wydaniem singla. W 2003 r. wyszedł album "Tour De France Soundtracks" i jednym z singli był właśnie rzeczony TDF 2003. Muzycznie jest super - nowy materiał, w końcu. Gorzej ze stanem płyty. :( EAC wyrzucił mi dziwnego loga a i długo się męczył z korekcją błędów (w jednym momencie były 3 czerwone paski!). Odsłuch OGG wczorajszy nie przyniósł żadnych słyszalnych zakłóceń itp.
     Fanom TD nie trzeba przypominać o wręcz nieprzebranej obfitości składanek. Jedną z nich jest "The Collection". Nie miałem większych problemów przy zgrywaniu tej płyty. Zawiera ona głównie posiadane przeze mnie już kawałki z The Pink Years i "White Clouds" z albumu "Green Desert" (1986, remixy z 1984-1986, pierwotnie nagrane w 1973). Próbowałem dopasować swoje wydanie do tego co jest już na Discogs ale musiałem utworzyć nowy wpis. Przynajmniej punkty sobie nabiłem. :D Jeszcze tej płytki nie zdążyłem przesłuchać.
     Trzecią z zakupionych w "trójpaku" płyt jest... "Phaedra". Jest to późniejsze wznowienie wyd. z 1985. Niestety niewiadomo z którego roku. Jest tp też płyta w najlepszym stanie spośród zakupionych przedwczoraj. EAC tylko raz użył korekcji błędów (jeden pasek, gdzieś na samym końcu). Jest to jednocześnie moja trzecia Phaedra w kolekcji. :D Mam późniejsze wznowienie wyd. z 1995 (Virgin Definitive Edtion) i winyla z 1974. Słuchałem dzisiaj tej "nowej" Fedry, świeżo zgranej. Brzmi super, krystalicznie czystko i subtelnie. Nawet znośnie się słuchało tytułowej kompozycji na poziomie -25 dB w autobusie. Nieprzypadkowo o Phaedrze napisałem na końcu. 3+3. Kupiłem 3 płyty i mam 3cią wersję Phaedry u siebie. :)
     To już koniec moich opowieści o nowościach na półce (a raczej półkach). Kolekcja rozrosła się do 186 pozycji a praca licencjacka do 26 stron. Mam nadzieję iż niniejszy tekst był ciekawy oraz nie przynudzał. Następne płyty - po obronie! Tym razem obiecuję. :) Mam nadzieję, że uda mi się obronić jeszcze w czerwcu.

czwartek, 25 kwietnia 2013

25.04.2013 - Seans Spiralistyczny

         Album od razu wciąga nas w wir wydarzeń. Zaczyna sie utworem tytułowym, który otwiera "spiralizująca się" sekwencja. W stereo zapewne wędruje ona między kanałami. Podobnie jest zapewne z sekwencją w "Bayreuth Return" Klausa Schulze (album "Timewind" z 1975) Ja niestety słyszę tylko w mono, ze względu na swoją wadę słuchu.
        Po chwili następują bardzo stłumione chórki i coś jakby uderzenia dzwonów. Sekwencerowy wąż wciąż pełźnie. Wchodzimy w coraz to bardziej orkiestralny klimat. Vangelis w ten sposób dodaje pewnego patosu, powagi. Oczywiście jest to orkiestra elektroniczna - złożona z samych syntezatorów.
 Po nieco ponad 2,5 minuty wchodzi "właściwy" rytm. Wąż umiera. Zaczyna się kolejna sekcja, nie mniej dynamiczna, rytmiczna i epicka. Wchodzi perkusja. Vangelis wygrywa motywy o poziomie epickości równym poziomi S(tratosfear). Jest w nich mniej orkiestracji ale styl gry Greka można takowym nazwać. Sekwencer z roli pierwszoplanowej został przesunięty na tło i tworzy "poboczny" rytm. W ogóle utwór "Spiral" ma w sobie coś stratosferycznego, może sposób konstrukcji? Zamiast gitary pana F. mamy tutaj sekwencerowy wstęp. Później po uszach dostajemy zelektronizowanym, skumulowanym ładunkiem piękna.
"Spiral" kończy się w sposób niezapowiedziany, nagły. Nie ma żadnego łagodnego zakończenia, jest ono bardzo krótkie i nagłe. W przeciwieństwie do swojego mandarynkowego "kolegi", gdzie pod koniec Edgar jeszcze chwyta za gitarę i plumka na niej motyw, zbliżony zresztą do początkowego.
          "Ballad" zaczyna się w sposób delikatny, bajkowy. Elektronicznym marzeniom dźwiękowym, podmuchom wiatru towarzyszą słodko brzmiące plumkania. Po chwili dostajemy "budzikiem" po uszach. Słychać także cichą perkusję (?). Znowu się robi sennie. Vangelis nam coś "śpiewa". Zamiast uderzeń klawiszy słyszymy jego głos. O to chodzi, to jest zamysł kompozytorski ("głos" jako instrument - spokojnie mógłby te partie zagrać na CS-80 czy na czym tam lubi :)). Nie on jeden zresztą - Jarre eksperymentował z ludzkim głosem na albumie "Zoolook" (1984).
         Słodkość znowu się kończy, klawiszami brzmiącymi dość podniośle ale po chwili wraca. Słodki motyw został wzbogacony delikatną perkusją i efektami. Czasem się może zdawać i nowe partie są ważniejsze niż właśnie te słodkości z Grecji. Do "przerywnika" dołączył głos kompozytora.
 W 6 minucie słyszymy sam głos nucący delikatną, ciekawą melodię. Po chwili dochodzą do głosu elektroniczne ozdobniki. Całość brzmi jak mieszanina harmonijki (mnie się to tak kojarzy), głosu ludzkiego i dodatkowych efektów elektronicznych. W tym składzie powoli dobiegamy do końca utworu. Zakończenie Ballady jest subtelne, delikatne i podlega stopniowemu, wyraźnemu wyciszeniu. Nie ma w nim żadnego głosu czy "harmonijki".
         "Dervish D", tak jak tytułowy "Spiral", od samego początku jest szybki i rytmiczny. Jest on zakręcony. Po chwili sekwencer i klawisze wzbogacają "wirujące" efekty. Tak, jakby tenże derwisz obracał się wokół własnej osi. Mamy też tutaj perkusję i brzmienia "harmonijkowe". One zresztą są częste na tym albumie. Pojawiają się również "sample" - np. pogwizdywanie. Po jakimś czasie utwór wraca do "stanu początkowego" ale wzbogaconego o chórki i perkusję. Mamy znowu "refren". Całość jest rytmiczna i dynamiczna oraz ciekawie brzmiąca. Vangelis bowiem umie stworzyć ciekawe i ładne melodie, nie znając przy tym nut. Po raz kolejny mamy krótkie i zaskakujące zakończenie.
        "To The Unknown Man" zaczyna się od kilkukrotnie powtarzanego, jednostajnego motywu, który przewija się przez cały czas. Wzbogacony zostaje o kolejną słodką partię klawiszy. Po krótkim czasie, następuje pewna zmiana w brzmieniu tej partii. Dołożone także zostają elektroniczne efekty. Wygląda to tak, jakbyśmy wchodzili po schodach (a zmiany brzmieniowe w utworze to kolejne piętra) z nadzieją iż dotrzemy do jakiegoś Nieznanego Człowieka. Podczas pisania tych słów nastąpiła kolejna zmiana brzmienia ale tylko ten jednostajny motyw z początku się ostał. Właśnie wbiły marszowe bębenki. Motyw zniknął. Wróciła za to słodka partia z początku. Całość jest wzbogacona "elektro-trąbką". Jest coraz więcej klawiszy ale Vangelis wciąż nadaje tempo marszowe. Kłóci się to z pewną powolnością, lenistwem prezentowanym przez brzmienie klawiszy. Słodkie i delikatne plumkanie i wojskowe, harde bębny. Bębny przechodzą w perkusję jak do jakiegoś szybkiego numerka. Klawisze przestały być słodkie. Utwór przypomina teraz bardziej kompozycję niż "zbiór leniwych dźwięków".
         "3+3" zaczyna się sekwencerem i przyjemnym motywem, który ulega przekształceniom.Sam sekwencer zaś znowu robi za tło. Po chwili utwór dynamizuje perkusja. Pojawia się więcej elektronicznych efektów. Tradycyjnie, wszystko naraz, zgodnie z techniką jakiej używa Vangelis przy nagrywaniu swoich dzieł. W pewnym momencie motyw klawiszowy zyskuje podniosłe, epickie wręcz brzmienie. W 3 minucie zmienia się cały utwór. Zmieniła się sekwencja i weszły brzmienia "harmonijkowe", ubogacone automatyczną perkusją. Mamy w 4 minucie "harmonijkowe" solo, szybkie i krótkie. Utwór po nim brzmi jak dialog "harmonijki", "orkiestry" i sekwencera. Do końca zostało jeszcze 3 i pół minuty. 6,5 minuty - powrót do początku. Oczywiście, zmiany brzmieniowe są słyszalne gołym uchem ale schemat brzmieniowy jest podobny. :) Tu mamy trochę jak ze "Stratosfear" Tangerine Dream (o czym pisałem już przy omawianiu utworu "Spiral" więc nie chciałbym się znowu powtarzać). Po prostu odlot do Krainy Greckich Słodkości. :) Jest jeszcze bardziej "słit" niż na początku. Rozedrgane brzmienia towarzyszą nam do końca, tak jak "dzwonki". Końcówka ulega stopniowemu wyciszeniu, jest delikatna. Wraz z końcem tego utworu kończy się również album. Wypadałoby więc skrobnąć parę zdań o samej płycie i żegnać się z Czytelnikami. :)

 "Spiral" jest jednym z tych albumów Vangelisa, które na zawsze wpisały się w kanon muzyki elektronicznej. Użycie sekwencerów może przywieść skojarzenia z tzw. szkołą berlińską ale moim zdaniem album ten, jego brzmienie zdecydowanie dystansuje się od brzmienia proponowanego wówczas przez niemieckich muzyków (por. "Encore" Tangerine Dream czy "Body Love vol. 1" Klausa Schulze - oba albumy, tak jak "Spiral, są z 1977 roku). Płyta ta została wydana w 1977 i z miejsca zaskarbiła sobie miłość słuchaczy. Nie ma na niej jednolitego stylu ale to także widać w dyskografii tego El Greco. "Spiral" wydaje się być odpoczynkiem, relaksem między zdecydowanie trudniejszym w odbiorze "Albedo 0.39" (1976) a "Beaubourg" (1978) który przypomina drony Schulzowe z albumów "Irrlicht" i "Cyborg". "Spiral" ma zdecydowanie łagodniejszy klimat niż wspomniane albumy. Ponadto cechuje się pewną bajkowością i łagodnością mimo dość sporej ilości użytych efektów przez Vangelisa. W 40 minut stworzył on album-legendę, niejedyną zresztą w jego dyskografii. Ciężko ją poznać gdyż każdy album to zupełnie inna stylistyka ale "Spiral" zdecydowanie się wyróżnia. Jest to jego najbardziej sekwencerowy album. Mógłby, moim skromnym zdaniem, służyć jako wprowadzenie do tzw. szkoły berlińskiej muzyki elektronicznej. Bardzo łagodne wprowadzenie swoją drogą. Album zasługuje na 5/5. Jest po prostu świetny. Warto go znać jak i mieć w swojej kolekcji oryginał.
Elektronika najwyższej klasy, nieprzeciętna i warta poznania. Zdecydowanie odmienna od tego co proponowała czołówka muzyków uprawiających ten gatunek.

Bonusy ;)


Oto cała płyta, umieszczona w jednym filmie. Okładki nie wrzucam bo jest widoczna. Piękny "wężyk" swoją drogą. Zaprojektował okładkę sam Vangelis.

Od autora:

 Trochę ciężko pisze mi się recenzje, gdzie nie można sobie "pomarzyć" - tak, jak ostatnio, przy recenzji "Mirage" Klausa Schulze. Jakoś zdecydowanie łatwiej mi to szło. Mam poczucie iż bez moich wizji,"opowiadań muzycznych" całość ma charakter "publicystyczny", bardziej typowy dla recenzji. A ja, jak mogę to staram się łączyć elementy opowiadaniowe z recenzjowymi. Miks gatunków i styli. Sporo w mojej twórczości jest więcej elementów opowiadaniowych bo czasem, jak się da, dorabiam opowiadania do strumienia dźwięku, który aktualnie mam w uszach. Widoczne to było np. zarówno przy "Mirage" jak i (jeszcze mocniej moim zdaniem) przy "Phaedra", gdzie zrobiłem typowe opowiadanie. Zapis moich ćpuńskich, berlińskich wizji (nic nie biorę, nic nie piję, nic nie palę :)).

Parę razy wspomniałem o albumie Tangerine Dream z 1976 - "Stratosfear". Miałem przyjemność napisać jego recenzję. Była to druga w mojej karierze. Zainteresowanych odsyłam do posta z 03.08.2012. Recenzja "Stratosfear"

Pierwotny tytuł posta brzmiał: "Spirala Vangelisowa jako forma antykoncepcji dousznej ;_;" ale postanowiłem go zmienić na jakiś lepszy, bardziej dowcipny. ;) Mam nadzieję, że się udało. :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

01.04.2013 - Elektrozimowe rozważania Mistrza S.

         Dzisiaj się w końcu wziąłem za recenzję albumu „Mirage” z szerokiej i obfitej w piękne struktury dźwiękowe dyskografii Klausa Schulze. Od dawna się przymierzałem do „wzięcia byka za rogi” i skrobnięcia kilku słów o tej płycie. Planowałem zrobić to jeszcze w zimę i – patrząc na pogodę za oknem – chyba mi się to udało. ;) Tradycyjnie już, linki do okładki i muzyki (dzięki ci, Youtube :)) są na końcu. Mam nadzieję jedna osoba, bez której tekst ten by pewnie nigdy nie powstał, wytrzyma do końca. Polecam puścić sobie muzykę i czytać. Miłego czytania (i słuchania) ! :) Tak więc, po krótkim wstępie rozpoczynam swoją sekwencję tekstu. ;)
        Album zaczyna się wyciem syreny. Albo inszego Żywiołaka Lodu. Może to wycie artysty z bólu i rozpaczy spowodowanej utratą brata? Wypada tutaj przypomnieć iż „Mirage” (1977) powstało jako reakcja na stratę starszego (?) brata (dzięki niemu Klaus zajął się muzyką). Po chwili wsysa nas w Krainę Elektronicznej Zimy. Dostajemy po uszach lodowym promieniem i nam zimno. ;_; Słyszymy „phaedryczne” efekty dźwiękowe. Promień lodowy wciąż penetruje uszy słuchacza.
       Jesteśmy na miejscu, w Elektronicznej Krainie Zimy. Tu wszystko jest z lodu (oczywiście poza sprzętem Mistrza ;)). Mistrz robi za przewodnika. Oprowadza nas po tej lodowej pustyni. Nastrój muzyki jest podniosły. Może przedstawia ona wędrówkę duszy jego brata? W każdym razie my chodzimy z „dziadkiem” za rękę po lodzie. Kryształki otaczające nas dźwięczą. Robi się coraz większa „ściana dźwięku”, kumulacja wrażeń dźwiękowych.
       W okolicach 6.30 wchodzą basopodobne oraz szeptopodobne dźwięki. Czyżby lód mówił? Wszystko jest delikatne, ugładzone. W 7 minucie wchodzą chórki, które brzmią jak powiew zimowego wiatru. W ogóle od 7 minuty zaczyna się robić zawieja. Schizofreniczne szepty nie ustają. Może nie tylko nas Schulze wziął na wycieczkę?
       W 10 minucie wchodzi głęboki bas. W 11 zaś doświadczamy elektroniczno-zimowych zawirowań. Małe Schulzowe tornado dźwiękowe? ;) Nie ustaje nam towarzystwo chórków (nie, Schulze nie ma orkiestry – to wszystko są syntezatory).
Za oknem właśnie (10.45) zaczął padać u mnie śnieg. Idealnie dopasowana pogoda do klimatu tej płyty.
        Wracając do tematu niniejszego tekstu, w 13 minucie Schulze zaczął grać jakąś ponurą melodyjkę na klawiszach. W 14 minucie zaś słyszymy opadające płatki śniegu. Jest mroczna, mroźna zimowa noc. Rozświetla ją muzyka Mistrza. Płatki zaczynają szybciej spadać oraz są przyozdobione miłymi efektami dźwiękowymi.
        Od ok. 16:30 zaczyna się jazda po lodzie. Jeździmy na łyżwach po elektronicznie wygenerowanej tafli lodu. Do przodu popycha nas elektroniczny wiaterek. Naszej wesołej jeździe towarzyszy nie mniej wesołe syntezatorowe plumkanie (przepraszam Cię Mistrzu za obrazę!). Zaczynamy sunąć coraz szybciej. Mijamy niesamowicie piękne okoliczności przyrody. Rozkoszujemy się sycącymi (dla oczu, bo dla uszu jest właśnie muzyka) pejzażami. Mrok i mróz nie ustępują ani na chwilę. Jesteśmy bezpieczni – taki jest zamysł Kompozytora. Żaden podmuch wiatru nas nie przewróci, lód pod nami nie pęknie. Najwyżej będziemy cali umorusani w śniegu. Schulze robi ze słuchacza bałwana – tyle śniegu nań sypie.
         Elektroniczny wicher robi się coraz groźniejszy w 21 minucie ale Schulze nie traci pogody ducha i wciąż wesoło plumka. Śniegu się zbiera coraz więcej, aż chciało by się rzec „po uszy”. ;) Nieustannie posuwamy się wprzód, sunąc po Schulzowym lodzie, poddawani pieszczotom śniegowym. „Zima, zima wszędzie”. Lata nie będzie. Przynajmniej do końca trwania niniejszego longplaya Mistrza.
Nasze uszy są pieszczone przez przyjemną melodię, wraz z dźwiękowym opisem opadu płatków śniegu, przez 65-letniego Mistrza Muzyki Elektronicznej – Klausa Schulze w jego własnej, moogowej osobie. ;)
         Śnieg nie sypie w 22 minucie a my wciąż na łyżwach / nartach / sankach. Zimowy klimat jednak nie odpuszcza. Wciąż jest chłodno. Do tego w 23 minucie zaczynamy się trząść z zimna, co nawet to Mistrz udźwiękowił. Płatki śniegu wracają. W 25 minucie znowu wraca wesołość. Suniemy radośnie po Krainie Elektronicznej Zimy. Klimat staje się coraz bardziej ponury ale melodyjka płatków nie przestaje nam radośnie dźwięczeć. Robi się coraz bardziej pochmurno. Wszystko zbliża się ku końcowi.
         Pod koniec 26 minuty zaczyna się burza lodowa. Płatki śniegu przestają padać. A Schulze za pomocą „phaedrycznych” efektów wysysa i zabiera nas z Krainy Elektronicznej Zimy. Rzucamy nań ostatnie spojrzenie i uciekamy. 28 minuta przedstawia naszą ucieczkę. Tak oto kończy się „Aksamitna Podróż”.
         Drugi utwór, „Jezioro Kryształowe”, zaczyna się fugą graną na syntezatorze. Wciąż mamy poczucie, że z elektronicznego nieba spadają płatki śniegu. Tym razem Schulze zabiera nas na przejażdżkę kuligiem. Nie byle jakim bo zamiast konia mamy Big Mooga. :D Po chwili do fugi dołączają się dodatkowe dźwięki, będące niejako jej echem. Całość pięknie ze sobą współgra. Po pewnej chwili, jak się melodia rozwinie, mam wrażenie iż w poprzednim utworze pewne elementy się powtórzyły. Ale tym razem motyw jest szybszy, dynamiczniejszy.
         W 4 minucie wchodzi bas. Nasz kulig ruszył z kopyta. Suniemy z całą parą. Sypiemy elektronicznym śniegiem wokoło. Kryształowa „fuga” ulega przekształceniom jednakże nic nie traci na swojej urodzie. W 6 minucie dane są nam kolejne transformacje. Mamy jeszcze większe poczucie śniegowo-kryształkowego podobieństwa do motywu z „Velvet Voyage”. Co chwilę bas się pogłębia. A my suniemy po Kryształowym Jeziorze.
         Na chwilkę przed końcem 7 minuty pojawia się bardzo piękny motyw. Gładki jak aksamit, taki ambientowy. Delikatny i piękny niczym twarze niektórych moich koleżanek. ;) Uzupełnia on niekończącą się sekwencerową „fugę” i jej kryształkowe ozdobniki. Nieco ochładza ale i upiększa tę dynamiczną kompozycję. W ogóle nie ma tu tej podniosłości, żałoby jak w poprzednim utworze, przynajmniej w tym momencie.
         11 minuta zaczyna się tupotem Moogowych "stóp". Kulig idzie pod górę. Wciąż kroczy po Krainie Elektronicznej Zimy. Suniemy po lodowej pustyni. Podziwiamy kryształki.
         Teraz, w 12 minucie, zamiast ambientowego motywu mamy basy. Kryształowa Fuga nie przestaje grać. Mam poczucie iż to elektroniczny wiatr tak dudni. A my przecinamy go z prędkością światła, rozkoszując się pięknem zimowych krajobrazów. Doświadczamy dwoistości piękna, dwóch wymiarów jednocześnie – uchem chłoniemy dźwięki Mistrza S. a oczami wyobraźni sycimy się wytworami Schulzowymi.
        14 minuta przynosi nam koniec fugi. Drastyczna zmiana nastroju. Powraca melancholia i smutek, jak z pierwszego utworu lecz „ubrana” w inne ale podobne barwy. Delikatnie i cicho przygrywa nam Schulze jakąś smutną i ponurą melodię, jakby syntezatorowe pomruki nie wystarczały. Czarne myśli idealnie kontrastują z bielą Krainy Elektronicznej Zimy. 17:35 - „migotanie gwiazdek”.
        Melodia się zmienia i wije ale wciąż jest ponura. Jest tutaj nieco „phaedrycznych” efektów. Czasem pojawiają się drobne chórki. Razem z Schulzem jesteśmy zamyśleni, niczym postać z okładki albumu „Dune” (swoją drogą – polecam ten album! :)). Myślimy nad tym, gdzie powędrował jego brat. Do Krainy Wiecznych Łowów? Krainy Mlekiem I Miodem płynącej? Czy po prostu do Nieba?
       W każdym razie, dousznie doświadczamy piękna. 22 minuta przynosi nam delikatne poświstywania i basy (zbliżone do tych, o których pisałem na początku).
Snująca się, ponura lecz urokliwa melodia, wydaje się być elektronicznym hymnem albo może trenem na cześć brata muzyka.
       Pod koniec 23 minuty pojawiają się kryształki nadziei! Uwielbiam te kryształowo delikatne plumkanie. Chyba też wchodzi sekwencer. Całość nawiązuje do „fugi” z początku utworu lecz brzmi jakby jej zniekształcona wersja. Wciąż towarzyszy nam cichutkie łkanie elektronicznego wiatru lecz na pierwszym planie jest sekwencer i ozdobniki grane przez Mistrza. Wśród nich jest delikatne posykiwanie i „phaedryczne” efekty. Elementy fugi wracają. Słychać to w 26 minucie.
      Wzbogacone o elektroniczne efekty i coś więcej niż tylko plumkanie, zdają się nabierać życia. Jest nadzieja. W końcu Wielkanoc (czas pisania niniejszej recenzji) to czas radości. „Crystal Lake” zaczyna się i kończy w bardzo optymistyczny sposób. Lecz tak jak w przypadku „Velvet Voyage” końcowi utworu towarzyszą „phaedryczne” efekty. Zimowy klimat nie odpuszcza do ostatniej sekundy. Na dobre opuszczamy Krainę Elektronicznej Zimy.
      Z tym momentem kończy się też i ten album. Koniec płyty nie oznacza końca recenzji. Stąd też jeszcze skrobnę parę słów o tymże wydawnictwie.
Album ten został wydany i nagrany (styczeń) w 1977 roku. Jak już wspomniałem na początku, jest reakcją muzyka na śmierć jego brata. Stąd wynika jest (głównie) ponura i smutna wymowa. Obie zaprezentowane kompozycje miejscami wydają się być dość podobne do siebie.
     Na wydawnictwo to, w wersji „podstawowej”, składają się dwa utwory - „Velvet Voyage” oraz „Crystal Lake”. Oba są w typowo schulzowskim, półgodzinnym formacie czasowym. Są dość swobodne i czuć w nich pewną improwizację oraz dramaturgię. Schulze, zwłaszcza w latach 70., świetnie gra na uczuciach słuchacza. Od 1974 roku („Blackdance”) zaczął kształtować swój właściwy sobie i unikalny styl, wraz z dramaturgią.
     Dodatkowo, w 2005 roku płyta ta została wznowiona (wraz z większością albumów w dyskografii Mistrza Schulze) i wzbogacona o bonusowy utwór. Tutaj jest to kawałek zatytułowany „In Cosa Crede Chi Non Crede?”, pochodzący z 1976 i będący soundtrackiem do czegoś. Brzmi nieco w klimatach mirage'owskich i zapewne to zdecydowało o jego umieszczeniu tutaj. Nawiązuje do klimatu albumu ale odstaje od niego jakością. Zawiera w sobie własną „fugę” (w 11 minucie). Mimo iż brzmi jakby był zgrywany ze starej taśmy lub radia to jest wyśmienitym dodatkiem do „deluxe” wydania albumu „Mirage”. Pasuje do niego stylem i klimatem, jest czymś więcej niż tylko „wypełniaczem” czy „zapychaczem”.
     Podsumowując, „Mirage” to coś więcej niż tylko piękna muzyka. To dowód na to, iż muzyka elektroniczna nie jest wcale chłodna (pomimo zimowego klimatu... zarówno na tym albumie jak i za oknem autora ;)). Syntezatory mogą przekazywać uczucia tak samo dobrze (a może nawet lepiej) jak tradycyjne instrumentarium. A któż się na tym zna lepiej niż sam Bóg i Mistrz muzyki elektronicznej? Każdy inaczej odbiera tą muzykę, nie każdy jest w stanie ją zrozumieć i zgłębić. U każdego słuchacza wywołuje inne odczucia.
     Na „Mirage” Schulze pokazuje swoją delikatniejszą, wrażliwszą stronę jako muzyk, nie szaleje z sekwencerami i solówkami. Tak jak wspomniałem nieco wyżej, „Mirage” to coś więcej niż wspaniałe doznania dźwiękowe. To jest jeden z tych albumów o których w pełni można powiedzieć iż są majstersztykami. To jest cud muzyki. Muzyki, którą kocham.
     Na samym końcu chciałbym podziękować pewnej pięknej koleżance z którą rozmawiałem dzisiaj na FB. Dziękuję Ci za natchnienie do napisania tej recenzji, J. :)
Mam nadzieję, że nie obrazisz się za dedykację. :)

     Teraz "bonusy" ode mnie - okładka albumu i fragmenty z Youtube.





Skromna okładka pasuje do minimalistycznej muzyki zaprezentowanej na tym albumie. Oprawa muzyczna jest zdecydowanie skromniejsza niż np. na "Moondawn" (1976).


Filmik ten zawiera cały album, oba utwory. Trwa niecałą godzinę.

  

Nie wiem co tutaj robi małpa :D Ale filmik zawiera całego bonusa dołączonego do wydania z 2005 roku. Warto i z tym kawałkiem się zapoznać. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Śródsynthomorskie Perkusjonalia

            Rano postanowiłem posłuchać sobie na kompie czegoś z płyty (ale wrażenia opisuję dopiero teraz). Poranną obsługę OGame i przeglądaniu głupot na necie umilał mi Mistrz i jego "Miditerranean Pads". Lubi się pieścić ze słowami. ;) W jego wieku pewnie tylko to mu zostało. :P Chcąc przetłumaczyć nazwę albumu, wymyśliłem tylko "Śródsynthomorskie Perkusjonalia". Brzmi dziwnie ale...
          Doskonale pasuje do tego, co Schulze zaprezentował na tym albumie. Perkusja. Dużo perkusji. A raczej automaty perkusyjne. W tle różne dodatki. Jeden z jego najsłabszych albumów. Ale trzeba oddać Bogu co boskie a Cesarzowi co cesarskie więc muszę się zgodzić z tym co KS (albo raczej KDM) napisał o tym albumie na swojej stronie: "This album shows a new direction".  Klaus odchodzi od sekwencji, poszukuje swojego "Audentity" w bardziej klasycznych formach. W jednym utworze na wspomnianym "Miditerranean Pads" mamy miejscami podniosłe partie., w innym (tytułowy) - fortepian i kobiecy głos (Elfi, jego żona, nie żadne sample. Swoją drogą, ciekawe czy te różne jęki itp co wykorzystywał na późniejszych płytach są jej czy powycinał z filmów dla dorosłych ;)). Styl ten będzie towarzyszyć KS przez pierwszą połowę lat 90 - mniej sekwencerów niż zwykle, więcej "ręcznej roboty" i sporo sampli. Różnych - od "dżungli" (vide początek, pierwsze 7 minut, albumu "The Dome Event") po kobiece jęki i inne instrumenty. O numerze z "gitarowym" Minimoogiem na "Gringo Nero" (album "Beyond Recall") pewnie wiecie. ;) Tu są zaledwie przymiarki, próby zrobienia czegoś nowego, epokę "klausycyzmu" wieńczy moim zdaniem "coverowy" album "Goes Classic" (wznowiony w 2012 roku jako podwójny LP pod tytułem "Midi Klassik"). Klaus zagrał kilka klasyków w swój "klausyczny" sposób oraz dodał coś od siebie. ;)
         Rozpisałem się. A miało być krótko. W sumie to nie za bardzo lubię ten album. Słaby jest. Mało w nim akcji a za dużo perkusji. Taki zbyt monotonny, nawet jak na KS. Zdecydowanie bardziej wolę jego następcę, "Beyond Recall" (kry mi się wydaje nieco jazzujący - tak, mam zerowe pojęcie o jazzie xD). 1/5 - nie przypominam sobie tak słabego albumu u Klausa. A nie znam całej dyskografii i nie pamiętam wszystkiego. Rozumiem intencje Mistrza, chęć zmian i poszukiwań ale nie wyszło tu mu najlepiej. Na szczęście w niedalekiej przyszłości mieliśmy powrót "Klausa marnotrawnego" do sekwencerów...

Edit: 


Okładka albumu. Wzięta ze strony KS. Mam CD, pierwsze wydanie. :P


Filmik zawiera 9 minutowy fragment z tej płyty. 

czwartek, 7 lutego 2013

HeheHeaven - "recenzja" nowego singla Depeche Mode - 07.02.2013

       Witam Was w nowym roku! ;) Jako, że dawno nic nie pisałem a pojawiła się okazja (i "Zeit" by napisać) to postanowiłem z niej skorzystać. Miłego czytania i słuchania! ;)
       Otóż wczoraj odebrałem zamówiony w Empiku świeżo wydany singiel Depeche Mode - "Heaven". Nawet w dwóch wersjach. ;) Zrezygnowali chyba z podziału na "zwykłe" single i "limitowane" bo na ostatnim singlu też tego nie ma ("Personal Jesus 2011", promujący składankę "Remixes 81-11"). Wynikać to może z tego iż jest tylko jedna wersja CD tego singla. Tutaj mamy zmiany już na poziomie wytwórni (Columbia wydała, Sony wytłoczył). Mute wciąż jest. Od 1981, debiutanckiego singla DM "Dreaming Of Me". ;)
       Jak pewnie wiecie (a jak nie to Was informuję :P), Depeche Mode w tym roku (w marcu dokładniej) wydaje nowy album, zatytułowany "Delta Machine". "Heaven" jest singlem, który ma go zapowiadać, prezentować nowe brzmienie zespołu. W każdym razie cena jest bardzo kusząca - tylko 12 zł (a jak się odbiera w Empiku to nie płaci się za wysyłkę). Nie mieli na stanie w dziale z płytami, jak na razie jest tylko na zamówienie. Sorry za reklamę ale przy tak tanim zakupie to wysyłka jest bardzo kosztowna. :)
        Do rzeczy. Dzisiaj rano przesłuchałem obu singli na iPodzie. Nie chciało mi się słuchać na kompie z płyt. ;) Recenzja zawiera subiektywne odczucia związane z pierwszym przesłuchaniem. Mimo iż utwór "Heaven" był dostępny na YT, nie sięgnąłem po niego. Czekałem i pościłem aż do dzisiaj kiedy go włączyłem. Nie chciałem "piracić" :P Jakie są moje odczucia? Czytajcie dalej. :)
       "Właściwą" część recenzji zacznę od warstwy (poli)graficznej. "Heaven", zarówno zwykły jak i remixowy, zostały wydane w tekturowej kopertce, tak samo jak wspomniany wyżej "Personal Jesus 2011". Okładka przedstawia skute lodem drzewa. Ponadto zaprezentowane też jest nowe logo zespołu - strasznie brzydkie moim zdaniem. Z "tyłu" singla jest ukazana okładka nadchodzącego albumu - również nieciekawa i nieprzyciągająca uwagi. 2/3 "tyłu" zajmuje zdjęcie zespołu - chłopaki nic się nie zestarzeli. ;) Gahan chyba zapuścił wąsy. ;) Okładki obu singli (niemalże identyczne) wrzuciłem pod treścią posta. Mam nadzieję, że się podobają. :P Mi nie przypadły do gustu ale z porą się wyrobili - jeszcze jest zima. ;) Wczoraj nawet śnieg padał u mnie! ;) Nadruki na płytach też są nieciekawe - czarne ale z różnokolorowym "D" wg nowego logo zespołu (na "zwykłym" - ciemnoniebieskie, na "remixowym" - ciemnoczerwone). No cóż, warstwa graficzna singla jest dość słaba i nijaka. Nic nie odnosi się do samego singla, może raczej do brzmienia, które jest dość chłodne. Singiel też wyszedł na winylu ale nie zbieram winylowych singli bo nie posiadam stosownego odtwarzacza do nich. ;)
        Czas na przynajmniej krótki opis tego co jest najważniejsze - zawartości muzycznej obu płyt. Tak jak wspomniałem wcześniej, nowy utwór DM brzmi dość chłodno.Tytułowy "Heaven" kojarzyć się może z... "Condemnation" z Songs Of Faith And Devotion (1993), który również był wydany jako singiel ("zwykły", nie promujący - ten album był promowany przez singla "I Feel You"). Z tym, że, moim zdaniem, "Condemnation" jest lepszy. "Heaven" jest dość nudny moim zdaniem. Nie rozgrzewa, taki nijaki. Sporo gorszy i ubogi brzmieniowo od poprzedniego albumu - "Sounds Of The Universe". Chociaż taki "Wrong" też jest ubogi brzmieniowo lecz w tym przypadku wyszło mu na dobre - jest to świetny kawałek i liczę, że, jeżeli pojawię się na koncercie Depechów w Warszawie, będę mógł go usłyszeć. "Heaven" jest po prostu "Wrong" moim zdaniem. ;) Nieco lepszy (ale tylko nieco) jest B-Side - "All That's Mine". Znajdzie się on na Deluxe wersji "Delta Machine", która zostanie wzbogacona bogatszą książeczką i czterema dodatkowymi utworami (w tym wspomniany "All That's Mine"). Oceniając podstawową wersję singla muszę stwierdzić iż nowy album może być słaby. Nie ma tego czegoś, tego brzmienia. Jest to krok w tył w porównaniu do tego, co DM zaprezentowali w 2009 na "Sounds Of The Universe". Możliwe iż album będzie dość dobry ale wybór "Heaven" na "promotora" jest zdecydowanie nietrafiony. Nie spodziewam się hitów na miarę klasyków DM pokroju "Master And Servant" czy "Enjoy The Silence" lub "Everything Counts" (notabene, wszystkie wspomniane kawałki bardzo lubię i wyszły jako single). "Heaven" uznaję za chyba najsłabszy singiel DM jaki kiedykolwiek wydali. Spodziewałem się czegoś więcej, bardziej w klimatach poprzedniego albumu, wyprodukowanego również przez Bena Hillera. Ale za to nadrabia ceną - 12 zł za "trailer" nadchodzącego albumu to dość atrakcyjna cena. Żeby też album był wyceniony na tyle... :) Ocena: 2/5. Wielkim plusem jest cena.
       Drugi singiel "Heaven" zawiera podstawową wersję tego utworu oraz cztery remixy. W sumie pięć utworów. Nie będę się powtarzał, warstwa graficzna nie jest drastycznie zmieniona w stosunku do "zwykłego" singla. Cena, na szczęście, też nie. ;) Nie zamierzam również dublować swoich krytycznych słów na temat tytułowego utworu, stąd skupię się na ocenie samych remixów.
      Jak zwykle, jestem rozczarowany. Można do nich potańczyć ale nie są przeznaczone do codziennego odsłuchu, raczej na dyskotekę czy do "ładowania baterii" (raczej tych kraftwerkowych z "The Robots" / "Die Roboter" niż metallikowych z "Battery" :P). Pozwolę sobie krótko skomentować każdy z remixów
      Zdecydowanie najlepszy spośród zamieszczonych jest Owlle Remix. Moim zdaniem jest lepszy od oryginalnej wersji utworu (co się rzadko zdarza) ! Niestety, każdy następny remix jest już słabszy. Drugim w kolejności jest ostatni remix - "Matthew Dear Vs. Audion Vocal Mix". Trzecim znośnym według mnie remixem jest "Steps To Heaven Remix". Najgorszym spośród wybranych przez zespół i dopuszczonych do oficjalnej publikacji (mam nadzieję, że taka była procedura :P) jest "Blawan Remix". Jest gorszy od oryginału. Strasznie dużo basu. W sumie na 4 remixy, dwa są dobre (w tym jeden bardzo dobry). To i tak lepiej niż na "Personal Jesus 2011" gdzie mamy 5 remixów - jeden bardzo dobry, jeden dobry i trzy najwyżej średnie. Myślę iż 3/5 mógłbym postawić remixowemu singlowi "Heaven". Gdyby nie "Owlle Remix", pewnie byłoby 2/5.
      Jeżeli nie jesteście głodni i nie wiecie co zrobić z zawrotną kwotą 25 zł (oraz lubicie DM) - możecie kupić sobie oba te single. Raczej dla fanatyków i dyskografów. Pozostałym powinny wystarczyć MP3 z neta. :P Jak już pisałem, zdecydowanie gorsza forma zespołu niż na "Sounds Of The Universe". Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni więc czekam na "Delta Machine". Nie skreślam tego albumu tylko z powodu słabego singla-"promotora". Jak to mówią angole i amerykańcy - Stay Tuned! :)

Poniżej przedstawiam okładki:


Okładka "zwykłej" wersji singla
Okładka "remixowej" wersji singla
Oba obrazki są w formacie JPG o rozdzielczości 200x200 pikseli.

Źródło: Discogs (zmniejszyłem rozmiar tylko - pierwotnie było 600x600 pikseli).






Próbki audio - źródło: YouTube.
Próbka nr 1 - oficjalny teledysk do "Heaven"



Próbka nr 2 - "Heaven (Owlle Remix)




Próbka nr 3 - "All That's Mine"


Tracklisting obu singli (tak jak jest to zapisane na "tyłach" singli):

Heaven "zwykły":
  1. album version
  2. all that's mine (deluxe album version)
Heaven "zremixowany":
  1. album version
  2. owlle remix
  3. steps to heaven remix
  4. blawan remix
  5. matthew dear vs. audion vocal mix

piątek, 21 grudnia 2012

21.12.2012 - „Podróż przez płonącą Mandarynkę”

Recenzja „Electronic Meditation”

Na podstawie remasteru z 2002 (2002 Castle Music CD)

     Zaczyna się. Opowieść o pożarze wewnątrz człowieka albo... sami przeczytacie. Spoilerów niet. Mikołaj nie daje takich prezentów. ;)
     Zawodzące skrzypce informują nas iż nie będzie to historia z tzw happy endem. Od początku jest ponuro, ciemno i groźnie. Duchy zawodzą i jęczą. Dokonują, tutaj w mózgu, się naprawdę straszne rytuały. Cannabis zapalone [TD rzucili dragi w 1973 ale w międzyczasie Schroydera Edziu wywalił za ćpanie bo przeholował]. ;)
     No to jedziemy. Wciąż trwa pierwszy utwór tej muzycznej improwizacji - „Genesis”. Miejscami jest kosmicznie – pulsacje i eksplozje gwiazd. Po chwili przenosimy się na Ziemię. Praludzie grają pramuzykę (tylko skąd mają organy? ;)).
Grają ją dla jakiegoś wyższego Bóstwa (Edziowi F. ? Klausowi S. ? Mnie ? xD). Szaman dyktuje tempo. Kosmos pojękuje (a może to był Acodin a nie Cannabis ? ;)).
Do głosu dochodzi gitara Edgara. Słońce zachodzi nad Pra-Ziemią. Praludzie oddają cześć swemu Bogu za kolejny udany dzień.
     Pojawia się niebezpieczeństwo! Jęczące groźnie gitary zapowiadają najazd innego plemienia. Rozpoczyna się „Podróż przez płonący mózg” [„Journey Through A Burning Brain”]. Na razie tylko się przyglądamy pra-wymianie pra-zdań. 1:29 – chmury ciemnieją, będzie deszcz. To zły znak. Bogowie się wkurzyli i pomordowali ludzi. 2:00 – Pink Floydzi grają suitę pogrzebową (a dokładniej David Wright ;p). Ale Ja jestem litościwym Bogiem więc dałem ludzkości szansę – zaczynam od nowa. Pojedynczo zsyłam nowych, lepszych ludzi. Tych słuchających TD. ;) Wciąż panuje nastrój tajemnicy, wszelkie stworzenie truchleje przed Mandarynowym plemieniem. Otoczeni kosmiczną aurą i błogosławieństwem, prowadzą rozmowy i grzebią zmarłych (ok 4:13).
     Doszło do pożaru. Ludzie odkryli ogień a zbudowane przez nich miasto Karczew (xD) się pali. A może to pożar w mojej głowie? W końcu myślenie (nie :>) boli. ;) Od nadmiaru pomysłów na recenzję moja mózgoczaszka zajęła się ogniem. Edgar na swojej gitarze potęguje nastrój i popędza do działania. Perkusja Schulza oznajmia nam iż rzecz dzieje się szybko a akcja postępuje wartko niczym strumień rzeki Rubycon. Niestety, ogień tylko przybiera na sile. Mandarynkowe plemię, za radą Metalliki i Jamesa Hetfielda gaszą ogień ogniem [„Fight Fire With Fire” z albumu Ride The Lightning]. Rezultaty ich „akcji ratowniczej” są opłakane. Mózgi (i ludzie) płoną. Cywilizacja wymiera a wraz z nią – kultura. Dzieło (samo)zniszczenia postępuje w geometrycznym wręcz tempie. Nie pozostało mi nic innego jak wśród hałasu walących się budynków i umierających ludzi stwierdzać zgony. Znowu pogrzeby – 11:22. Chyba nie jestem zbyt dobry w roli Boga. :)

     Wezmę sobie na wstrzymanie. Do moich nozdrzy dociera Zimny Dym [„Cold Smoke”]. Powolne dźwięki unoszą się do mojego Mandarynkowego Pałacu. Co chwilę jednak coś się dzieje. Z ruin wynurzają się Ostatnie Nadzieje Ludzkości – para Edgar i Monika. :) Wśród resztek tego, co archeolodzy mogliby nazwać protocywilizacją, zaczynają znowu grzebanie zmarłych. Bądź co bądź zmarły to też człowiek, ale martwy. :) Próbują także odbudować Karczew. Tempo muzyki od ok. 3:50 wskazuje, że we dwoje dość dobrze sobie radzą. ;) Ciche organy robią za tło. ;) Słychać stukot narzędzi (jak dobrze, że nie badawczych! :>). Jest ciemno, groźnie i ponuro ale prace wciąż wrą. Karczew 2 powstaje. ;) 6:12 – coś się zaczyna dziać niedobrego. Pojawiają się dziwne chrzęsty. Dochodzi do kolejnego napadu. Bestie z Otwocka rodem napadają na naszych bohaterów i niszczą ich dorobek (na szczęście Jeroma nie ma.. jeszcze :P). Wszystko upada. Agresywna perkusja Klausa wskazuje na kolejny bolesny upadek mojego dzieła Światostworzenia. Edgar i Monika próbują stawiać opór, dość zaciekle walczą o to, co swoimi rękoma (i z moją pomocą :>) zbudowali. Lecz za ok. 1 minutę wszystko obróci się w popiół [„Ashes To Ashes”]. Po prostu gruz, smród i ubóstwo pełną gębą. Coś dla polityków społecznych. ;)
     Chwila wytchnienia. A potem lecimy dalej. Marsz Otwoczczan Żądnych Krwi postępuje. Idą w rytm perkusji wojennej Schulza. Triumfalnie defilują przez spalony, zniszczony i „zgruzowany” Karczew. Zgon cywilizacji i kultury karczewskiej został ostatecznie stwierdzony. ;___; Plądrowane są skarbce (niestety, nie ma nich płyt TD ;__; Zabrałem do siebie xD). Ostatnie niedobitki i resztki Karczewian są pożerane przez Żądnych Krwi Otwoczczan Z Otwocka Rodem. Edgar swoją soczystą i brutalną gitarą opisuje ten fascynująco krwawy proces konsumpcji (nekrofagia – pożeranie zwłok).
I nastaje „Resurrection”. Ostatnie rytuały zostają dokonane. Mój mózg spłonął doszczętnie. To dla niego zawodzą te organy. 
     Ale jednak historia, zgodnie ze swoim odwiecznym prawem, zatacza koło. Moje syzyfowe dzieło Światostworzenia zaczyna się od nowa. Jest to ciekawy zabieg, ponieważ „Electronic Meditation” kończy się w dokładnie taki sam sposób jak się zaczęło. Po prostu kopiuj-wklej. ;) Tyle, że w 1970 nie było Windowsów. Nawet komputerów nie mieli. ;) Nastąpił koniec. Nie chce mi się Światostwarzać. Mój spopielony mózg nie nadaje się do czegokolwiek. Rest In Piece, my friend. ;)
     Przepraszam za chaotyczny styl opowiadania. Sama muzyka takaż jest. W końcu to improwizacja, nagrana w październiku 1969 roku. Pomimo tytułu sugerującego użycie syntezatorów, nie ma tutaj nic z tych rzeczy. No dobra, organy i gitara. :D Zawsze tzw. cuś. ;)
     Nie jest to typowy album TD. Możliwe jest iż tego rodzaju muzykę zespół grał od 29.09.1967 (data powstania TD). Jest to Krautrock – z tym iż chyba jednak bardziej rock niż kraut gdyż brakuje tu elektroniki.
Krautrock zaś, skrótowo, jest to niemiecka forma rocka, czerpiąca zarówno z muzyki elektronicznej (tej archaicznej, np. elektroniczne dzieła Stockhausena) jak i z rocka progresywnego i psychodelicznego (np. Pink Floyd – którym TD składali hołd we wczesnych latach swojej twórczości [przed debiutanckim Lpkiem] grając swoją wersję ich „Interstellar Overdrive”).
     TD już na następnym albumie zmienili stylistykę ale nie o tym jest ta recenzja. Ten album ma także wielkie znaczenie historyczne – jest to jedyne znane i potwierdzone nagranie, gdzie razem z Edgarem Froese pojawia się Klaus Schulze [tu jeszcze jako perkusista]. Nie wiadomo wiele o koncertach związanych z tym albumem ale Klaus mówił iż były. Uznany serwis będący zbiorem wszelkich odmian Mandarynek wyhodowanych przez Edgara (Voices In The Net) podaje dwie daty.
     Sporą ciekawostką jest także line-up który nagrał tę płytę. Poza Edgarem i Klausem w sesji nagraniowej brał też udział Conrad Schnitzler (który na „Electronic Meditation” zagrał na skrzypcach... i kasie, tej sklepowej ;)). Ponadto na organach zagrał Jimmy Jackson zaś flecistą był Thomas Keyserling. Obaj byli muzykami sesyjnymi chociaż ich nazwiska nie zostały wymienione w pierwotnym wydaniu tegoż krążka.
     Pozostaje mi powoli kończyć te opowiadaniorecenzję. :) Nadmienię tylko iż posiadam tę płytę w swojej kolekcji, tak jak inne albumy TD z okresu Pink Years. Wszystkie z tej samej serii wydawniczej – remastery Castle Music z 2002 roku. ;)
Mam nadzieję iż miło się czytało część opowiadaniową. :> 
     Tym, co wytrwali do końca życzę wesołych, zdrowych, mandarynkowych (ew. schulzowych xD) świąt. Byleby obfitych w pierogi. :)


  Niestety nie ma całego albumu na YT w jednym filmiku ale wrzucam Wam każdy utwór oddzielnie. Mam nadzieję, że fajnie współbrzmi z moim opowiadaniem. Napisane równo w czas trwania płytki (na iPodzie). :)






Jeszcze raz - wesołych świąt! ;)

:)

sobota, 1 grudnia 2012

01.12.12 - Wczorajsza trauma ;____;

Niestety wczoraj przeżyłem traumę. Szok. Atak serca. Ale najpierw krótka retrospektywa o źródle problemu. Wiedziałem o tym, że mam problemy z iPodem i FLACami (rockbox! \m/) - tak jakby one był uszkodzone. W pewnych miejscach dźwięk się zacina, trzeszczy a potem przerzuca do następnego kawałka. Sporo błędów było na "Les Concerts En Chine" Jarre'a. Właściwie z każdym kawałkiem coś było nie tak.

Wczoraj próbowałem przegrać tę płytę jeszcze raz, aby rozwiązać problem trzasków (to pomaga) i doznałem szoku. Pod koniec, w "Les Chants Magnétiques Part II" EAC wykazywał kupę błędów odczytu i synchronizacji a ostatni utwór, Souvenir De Chine, okazał się zupełnie nie do zgrania. Sprawdziłem stan płyty. Myślałem, iż ma ona tylko jedną, dosłownie jedną nieszczęsną ryskę (zrobioną już pierwszego dnia przez ojca bo chciał posłuchać w samochodzie). Jednak moje przeczucie myliło się. Chciało mi się płakać. Kompakt był Mą kolekcjonersko-"audiofilską" duszę rozdzierała myśl iż będę musiał te wydawnictwo wyrzucić i usunąć z Discogs. Już ogarnęła mnie rozpacz i żałoba. Szykowałem się do stwierdzenia zgonu płyty. ;____;

Przypomniało mi się iż mam jeszcze kopię. FLACki (a jak się potem okazało - ALACzki, ale to praktycznie to samo ;p) wykonane tuż po zakupie tej płyty. Skopiowałem je z DVD nr 8 na kompa. Sprawdziłem jak brzmią - masakra! Chyba lepiej by było jakbym tę płytę z radia zgrywał. ;) Mimo wszystko, przerzuciłem problematyczne utwory na iPoda. Brzmiały ok więc na podstawie ALACzków zrobiłem OGGi (teraz robię OGG a nie MP3 ale i tak wszystko w mono ;)). Trzeba będzie przesłuchać na iPodzie - ALACe nie sprawiały problemów opisanych we wstępie.

Miałem logi z kopii, którą zrobiłem wczoraj wieczorem i chciałem porównać je z tymi, co zostały zrobione wcześniej. Niestety, nie byłem tak pilny wtedy i nie zapisywałem ich. Więc z porównania nici. ;___; Ale problem i tak został rozwiązany.

Dzisiejszy dzień więc spędzę na przerabianiu swojej kolekcji z FLACów na OGG (rzecz jasna by słuchać na iPodzie ;)). Przy okazji dowiedziałem się, czemu ALAC brzmiały tak koszmarnie na kompie. Nie była to wina słuchawek a VLC Playera. Najwyraźniej jego kodeki sobie nie radzą z tym formatem plików.

Mam nadzieję iż nigdy nie będę musiał przechodzić przez coś takiego. Na razie wystarczą mi studia jako ekstremalne doznania. ;) Chciałbym, żeby moją jedyną traumą było to:


HihiHiroshima! ;) I tym wesołym "akcentę" żegnam się z Wami. ;)

PS. Zalinkowany utwór nosi tytuł "Trauma". ;)
PS2. Mogłem użyć np. "HihiHiroshima" xD Byłoby bardziej na miejscu, zważywszy na tytuł albumu z którego pochodzi podlinkowany kawałek. xD I chyba tak zrobię. ;)
PS2,5. Pierwotnie było "HeheHetfield" :D
PS3. Nie ma PS3. Nie stać mnie. :)

poniedziałek, 26 listopada 2012

26.11.2012 - KME - wstęp - część 1sza

Od dawna zbierałem się by napisać tego posta. Zawierać on będzie listę ważnych płyt z muzyki elektronicznych (tzn. ważnych i mi znanych ;p). Mam świadomość, że nie jest to pełny spis. Na pewno coś pominąłem. Mam nadzieję iż chociaż wybrane przeze mnie albumy nie będą dyskusyjne. Niby mam dużo czasu ale nie wiem o czym pisać na tym blogu. A moje życie osobiste nie jest tak ciekawe by o nim pisać ciągle...

Ale ad rem. Lista ma charakter przypadkowy - miejsce na niej nie oznacza stopnia "ważności". Oczywiście decyzję o wpisaniu danej płyty do tego jakże szacownego "gremium" postaram się odpowiednio umotywować. ;)

Na razie jest to część 1sza. Myślałem iż będzie krócej. W jakieś 1,5h - 2h tylko 3 płyty opisałem ale za to dość obszernie. Mam nadzieję iż miło się będzie czytało moje wywody. :)

1. Jean Michel Jarre - "Oxygene" - 1976

Co by nie powiedzieć o współczesnych dokonaniach tego Pana, popisach gimnastycznych na scenie itp to jednak trzeba oddać Mu to, co należne zgodnie z zasadą "Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie". :)
Nagrał on bowiem kilka ważnych albumów, które do dziś można uznać za ważne elementy "wstępu do muzyki elektronicznej". Mniejsza o to czy samodzielnie je spłodził (sukces ma wielu ojców? :>).

Na potrzeby własne ukułem podział muzyki elektronicznej na "poważną" i "niepoważną" (podział nie ma charakteru akademickiego, to tylko luźne rozważania). Do "poważnej" ME zaliczam m.in Szkołę Berlińską, Szkołę Duesseldorfską, ambient. "Niepoważną" elektronikę zaś tworzą techno, trance, inne gatunki tanecznej i klubowej elektroniki, synthpop. Nie wiem jak uzasadnić ten podział. :) Możliwe iż będę się do niego jeszcze odwoływać.

Dla wielu osób, szczególnie tych nie mających większego pojęcia o muzyce elektronicznej, dokonania i postać JMJ są bardzo ważne. Faktycznie, "Oxygene" czasem bywa uznawane jako jego debiut (co nie jest prawdą). Jest to płyta dalece odmienna od poprzedniej (1973 - Les Granges Brulées - soundtrack). O ile poprzednie wydawnictwa można potraktować jako dzieła protoelektroniczne to "Oxygene" z pewnością jest jego pierwszą w pełni dojrzałą płytą.

Osobiście odbieram tę płytę, jej brzmienie jako coś kosmicznego. Duża ilość partii "ambientowych" (np Oxygene Part I) przeplata się z elementami rytmicznymi (np kultowy Oxygene Part IV). Płyta brzmi eterycznie, subtelnie. Nie ma na niej niepotrzebnych, słabszych elementów. Wszystko stanowi jedną, zgrabną suitę (a raczej dwie - czuć podział na stronę A i B, tak jak na winylu). Osobie znającej poprzednie albumy Jarre'a może wydawać się niemożliwe iż zrobił to sam, taki majstersztyk.

Do tej płyty powrócił kilka lat temu (2007) - "Oxygene Live In Your Living Room". Jest to próba ponownego nagrania tego albumu. W pewnym sensie jest to wersja "deluxe" - uzupełniona o 4 dodatkowe utwory (w tym cudowne Variation III następujące po Oxygene Part V) .

Kiedyś mocno fascynowałem się Jego muzyką. Było to na samym początku liceum. Jeszcze wtedy poznawałem twórczość Kraftwerk. W liceum zacząłem kupować płyty. Pierwszą było.. "Oxygene: New Master Recording" (wyd. wschodnioeuropejskie, te z uboższą książeczką). Potem kupiłem (na któreś urodziny - 16 czy 17, nie pamiętam) wspomniane wyżej DVD (w wersji "deluxe" - tej 3D - była tańsza od zwykłej ;)) i "The Complete Oxygene" (Oxygene, Oxygene 7-13, Re-Oxygene). Potem samo "Oxygene: New Master Recording" oddałem koleżance z klasy która mi się podobała (jako prezent na urodziny :)). Jej reakcja? "Muzyka kosmitów". :D

Wyróżniające się momenty?
- Oxygene Part II - solo
- Oxygene Part III - Theremin
- Oxygene Part IV

Uważam iż każdy, kto chciałby chociaż zetknąć się z muzyką elektroniczną, powinien zacząć właśnie od tej płyty. Nie jest ani specjalnie ciężka jak na pierwszy raz ale jednocześnie ma pewną renomę. Nie można jej pominąć w podobnych zestawieniach.



JMJ - Oxygene - 1976, cały album, ok. 40 minut.

2. Kraftwerk - "Computer World", 1981 i "The Man Machine", 1978

Kraftwerk jest o tyle specyficznym zespołem iż właściwie w zestawieniach typu "Najważniejsze płyty z muzyką elektroniczną" można wrzucić ich całą (lub prawie całą) dyskografię. Po prostu każdy ich album był na tyle wyjątkowy iż zasługuje na wspomnienie. Ja postanowiłem uhonorować Ralfa Huettera i ekipę dwoma miejscami - za dwa naprawdę dobre albumy. Czym one sobie zasłużyły na ten zaszczyt?

"Computer World" w pewnym sensie "uśmiercił" Klasyczną Muzykę Elektroniczną. Stworzył elektronikę do tańczenia. M.in dzięki tej płycie powstało Detroit Techno. Album ten, mimo iż wydany ponad 30 lat temu, wciąż brzmi aktualnie. Wciąż można by było "podensić" w klubie przy jego brzmieniach. ;) Kraftwerk ma talent do tworzenia concept albumów. Ten jest poświęcony technologii i komputerom. Wizja świata, którą przedstawili muzycy na tym wydawnictwie okazała się proroctwem. A należy pamiętać iż komputery domowe wówczas dopiero raczkowały. Muzycy mogli się co najwyżej zetknąć z ZX-81 (wprowadzony na rynek 2 miesiące przed wydaniem albumu) i ZX-80 (bardziej prawdopodobna wg mnie opcja). Kraftwerki zauroczone 8 bitowcami postanowili zająć się futurystycznymi wizjami z ich udziałem. ;)

Cóż udało im się powymyślać? (moje interpretacje)
"Computer World" - Komputerowy Świat, świat oparty w dużej części na komputerach. Bez nich nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Coraz mniej rzeczy można zrobić "analogowo".  Jesteśmy uzależnieni od komputerów. Cytując Kraftwerk (z płyty Radio-Activity, utwór Die Stimme der Energie) "Ich bin dein Diener und Herr zugleich" ("Jestem Twoim sługą i panem jednocześnie"). Dzięki komputerom uprościliśmy sobie życie ale jednocześnie nie umiemy wyjść poza nie, nie umiemy wrócić do "analogowych" czasów.
"Pocket Calculator" - przyjemny kawałek, taki do potańczenia, rytmiczny. Nie pełni funkcji proroczych. :) Jest jednym z hitów z tej płyty. Ciekawostka: na koncertach jest wykonywany w różnych językach, także po polsku. :)
"Numbers" - 1 2 3 4 5 6 7 8 i wszystko jasne. :) Też nie ma jakiegoś proroctwa moim zdaniem. Ot, fajny kawałek.
"Computer World 2" - instrumental, nieco zbliżony do pierwszego, tytułowego kawałka z tej płyty.
"Computer Love" - Kraftwerk przewidział portale randkowe itp a może też i cyberseks. :) Oczywiście między Robotami / Manekinami. :)
"Home Computer" - komputer w każdym domu! Albo i 2! :D
"It's More Fun To Compute" - wszystko się lepiej i łatwiej robi na komputerze, może stąd bierze się ta pułapka o której wspomniałem przy interpretacji "Computer World".

Muzycznie, Kraftwerk wytyczył nowe trendy i kierunki. Praktycznie cały "elektroniczny półświatek" wywrócił do góry nogami. Jest wciąż tutaj kraftwerkowski chłód i minimalizm, także w warstwie tekstowej. Typowe dla Kraftwerk - teksty skupione wokół jednego tematu, krótkie ale treściwe. Prosto, zwięźle i na temat.

1981 - Computer World (caly album)  - ok. 35 minut



Teraz czas na drugi album z wymienionych nominatów - "The Man Machine" (1978).

Tutaj Kraftwerk ukuł swój image i wizję - Człowiek-Maszyna. Nawet na okładce muzycy wydają się być nieobecni. Przypominają nieco manekiny, bezuczuciowe i bezduszne impersonifikacje człowieka. Homo Technologicus. Album ten przyniósł też 1) "hymn", dewizę zespołu - utwór The Man Machine (co ciekawe, grali go na koncertach dopiero od 1993) oraz 2) megahit zespołu, najbardziej rozpoznawalny utwór - "The Model". Czuć tutaj minimalizm w brzmieniu (ale i w tekstach - najdłuższym jest właśnie "The Model").

1978 - The Man Machine (cały album)  - ok. 35 minut.


To na razie na tyle. :)  Może jeszcze 1-2 "lajtowe" płyty dodam i zacznę opisywać bardziej wymagający materiał. Trochę tego jest. Na pewno na 1 części się nie zakończy. :) Obiecuję. ;) Mam nadzieję iż część 1sza nikogo nie zanudziła. Przynajmniej jakoś kreatywnie spędziłem dzisiejszy wieczór. :) (a miałem w końcu zabrać się za czytanie książek do licencjatu...)