poniedziałek, 19 października 2015

19.10.2015 - Kawa z atomowym filtrem

1986 rok przyniósł nowy album Kraftwerk - Electric Cafe. Jest to pierwsza płyta po Computer World z 1981 roku. W międzyczasie zespół wydał tylko 1 singla - Tour De France (1983). Electric Cafe było mniej więcej gotowe już w 1983 roku (z tego roku pochodzą demówki, które jakoś wyciekły). Niestety, nowa płyta nie była powiązana z trasą koncertową. Jedną z przyczyn były problemy w zespole - koniec epoki Ralf - Florian - Wolfgang - Karl. Dopiero w 1991 roku zespół wyruszył w trasę (tylko Europa), promując album-składankę The Mix, na której znalazł się jeden utwór z Electric Cafe. Nie licząc The Mix, Electric Cafe jest przedostatnim albumem studyjnym Kraftwerk. Obecnie dyskografię zespołu zamyka Tour De France Soundtracks z 2003 roku oraz Minimum Maximum, pierwszy album koncertowy Kraftwerk (2005).





Zespół przygotował 6 nowych utworów, w tym jeden ze swoich najdziwniejszych - Sex Object. Niby seks to normalna sprawa ale czy ktoś spodziewałby się takiej tematyki właśnie od nich? Drugą ciekawostką jest The Telephone Call, które jest jedyną piosenką Kraftwerk nie śpiewaną przez Ralfa (w niej, w obu wersjach językowych, śpiewa Karl).

Cały album znajduje się na Youtube, także po niemiecku. Recenzja będzie dotyczyć wersji angielskiej, która muzycznie niczym się nie różni od niemieckiej.

1. Boing Boom Tschak. Kraftwerk bawi się bitem i bitboxem. Boing bum czak pyng. Ok. 0:37 pojawia się chwytliwa melodyjka. Mało melodii, sporo perkusji i bitboxu.

2. Techno Pop. Płynne przejście z poprzedniego utworu. Znowu silny nacisk na rytm. Pojawia się fraza-dewiza Kraftwerk: Music Non Stop, Techno Pop. Ok. 0:42 pojawiają się syntetyzowane smyczki. Elektroniczny jazz w wykonaniu Ralfa i spółki? Muzyka jest bardzo rytmiczna z ciekawą melodią. Sporo się dzieje w tym utworze - ewolucja rytmu i bitu. Pojawia się także fragment mówiony po hiszpańsku (dość ładnie brzmi on w ustach Ralfa). Można nie poczuć iż ta kompozycja trwa prawie 8 minut. Czuć ewolucję brzmienia jaka się dokonała przez te 5 lat.

3. Music Non Stop. Bardzo dynamiczny i rytmiczny utwór. Czuć swoisty flow tego utworu. Kraftwerk eksperymentuje z hiphopem? Brakuje melodii ale są za to zabawy z perkusją. A może inaczej - linia melodyczna tego utworu jest naprawdę specyficzna. Zespół obsesyjnie powtarza frazę Music Non Stop. Bardzo skąpa melodia została nadrobiona bogatym rytmem. Pojawiają się nawet solówki, bardziej dopracowane na wspomnianym The Mix. Bardzo mocna część tej płyty ale czuć iż brakuje jej nieco mocy, którą mają nowsze aranżacje tego utworu. 

W zasadzie cała strona pierwsza (pierwsze 3 utwory) tworzą jedną, spójną całość.

4. The Telephone Call. Podnosimy słuchawkę, wykręcamy numer i... abonent niedostępny! Do tego słówka o tęsknocie za kimś, za jego / jej głosem i chwytliwa, przyjemna melodia. Oto krótki opis tego utworu. Znowu mamy brzmienia smyczkopodobne. No i całkiem niezły głos Karla (obecnie nie jest taki super). Bardziej synthpopowa strona Electric Cafe.

5. Sex Object. Dość dziwny początek ale ma ciekawe brzmienie. Ralf śpiewa, że nie chce być czyimś obiektem seksualnym i prosi o uczucie i respekt. Temat ciężki ale podany ze smakiem i w stylu zespołu. Niestety nie wiadomo o kogo może chodzić (Die Dominas? Zespół ten zatytułował jeden utwór Herr Ralfi Und Herr Karl - Pan Ralf i Pan Karl. Ciekawostka: Manuel Göttsching też się udzielał na tej płycie. Panowie z Kraftwerk przygotowali oprawę graficzną tej płyty). Ciekawe brzmienie utworu. Znowu zespół skupia się na rytmie, ograniczając melodię do minimum (za to nadali jej trochę orkiestrowego brzmienia).

6. Electric Cafe. Płytę wieńczy utwór tytułowy. Dziwne, elektroniczne brzmienie kojarzące się z jakąś cieczą, płynem. Podobne brzmienia się pojawiają co i rusz w tym utworze. Skromna ale przyjemna melodia. Tekst jest po francusku i przypomina bardziej wypowiadane frazy aniżeli wokal z prawdziwego zdarzenia. Na tle całości, raczej jest to dość nijaki utwór.

Cóż, Kraftwerk stracił moc. Reaktory w elektrowni ucierpiały. Electric Cafe nie jest wybitną płytą. Nie jest także zupełną tandetą. Zespół po raz kolejny zmienił swoje brzmienie. Tym razem wzmocnieniu uległa warstwa rytmiczna. Moim zdaniem, The Mix jest lepszą płytą niż ten album. EC to szczyt niżu w karierze Kraftwerk jak na razie. A także jest to jedyny album zespołu którego nie mam na płycie w chociażby jednej wersji językowej (nie mam także Minimum Maximum oraz pierwszych trzech, krautrockowych płyt Kraftwerk - ale to dlatego, że póki co, nie zostały wznowione oficjalnie na CD). To świadczy o niższej randze tego albumu. 3, Panowie, 3. Nie postaraliście się.

wtorek, 13 października 2015

13.10.2015 - Niebo i Piekło

Pierwotnie miałem napisać recenzję albumu "Heaven And Hell" (Vangelis, 1975) ale Słoneczko Agnieszka (drugie Słoneczko, nie Agnieszka z IPSu ;) ) wybrała Apokalipsę Zwierząt (ten sam autor, 1973). Dalej nie odczuwam ochoty na granie więc postanowiłem napisać kolejną recenzję.

"Heaven And Hell" jest jednym z kilku albumów Vangelisa, które kupiłem. Dawno tej pozycji nie słuchałem i z wielką przyjemnością powrócę do niej w tej recenzji.


W zasadzie nie wiem co o tym albumie na wstępie napisać. Składa się z dwóch utworów (a w zasadzie to z dwóch i pół, gdyż ta połówka to oddzielnie wyróżniona sekcja z utworu pierwszego). Dwie długie suity. Każda z nich ma nieco ponad 20 minut.

Cały album jest dostępny na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=_ss8RrowGjE .

1. Heaven And Hell, Part I

Utwór rozpoczyna się od tajemniczych i majestatycznych klawiszy do których po kilkunastu sekundach dołącza chór. Nagle utwór startuje. Zaczyna się bardzo szybka i agresywna część. Mocne basy i szybka perkusja. Dziwny chór i szalona melodia, która rzuca się w uszy. Bardzo zwariowany początek. Niektóre brzmienia zdają się mieć swoje korzenie w orkiestrze. Nagle, ok. 2:40, rytm znika i wracamy do początku a następnie do tegoż samego rytmu. Czuć zmiany i modyfikacje. Ok. 4:40 zaczyna się kolejna sekcja. Jeszcze raz mamy majestatyczne i ciekawe klawiszowe brzmienia z odrobiną dynamiki. Pod koniec 5 minuty zmienia się charakter muzyki, dochodzą delikatne orkiestralizacje (?) i chór. Muzyka nieustannie ewoluuje i się zmienia - np. niebiański motyw ok. 6:46. Dość dziwny chór. Ok. 8:10 mamy krótkie ale wspaniałe solo i chór. Tą muzykę jest mi niezmiernie trudno opisać. Ok. 8:40 mamy jeszcze raz niesamowity fortepian. Część tą uzupełniają syntezatory i chór oraz perkusja. Ok. 10:40 następuje klasycznie brzmiąca sekcja. Sam, czysty fortepian. Później dołączają do niego chóry. 12:40 - kolejny majestatyczny i wspaniały syntezator. Po nim muzyka staje się znacznie łagodniejsza i delikatniejsza - Vangelis porusza słuchacza niesamowitą grą na fortepianie i syntezatorowymi dodatkami. W 14 minucie fortepian jest okraszony bardzo strasznymi dźwiękami. Z tego powoli wyłania się kolejny motyw. Ok 15:15 pojawiają się klasycyzujące brzmienia na tle tego motywu. Całość brzmi jak połączenie orkiestry z elektroniką. Ok. 16:55 muzyka całkowicie znika a kilka sekund później, z ciszy, wyłania się kolejna część utworu - So Long Ago, So Clear. Jest to pierwsze nagranie Vangelisa razem z Jonem Andersonem (Yes). Jego "kobiecy", miękki wokal wydaje się współgrać z delikatnością i łagodnością tej muzyki. Tu także jest nieco klasycyzującego klimatu (np. 20:00 i dalej). Koniec części pierwszej przynosi piękne dźwięki, rodem z muzyki poważnej. Bardzo dziwna muzyka. Z jednej skrajności (dynamiczny i szybki motyw od ok. 2:40) przechodzi w drugą (brzmienia klasycyzujące). Całość jest ciekawie zaaranżowana i miło się tego słucha.

2. Heaven And Hell, Part II

Tym razem jesteśmy w samym środku jakiejś maszynerii. Coś złowieszczo stuka, puka. Muzyka brzmi bardzo niepokojąco i eksperymentalnie. Tak jak w poprzednim utworze, po dość cichej i spokojnej sekcji nagle wybucha bardzo rytmiczna i melodyczna. Ok. 4:22 do tego rytmu dołącza się melodia grana na trąbce (?). Po przerwie, "trąbka" powraca ok. 5:09. Dość szybko znowu zostaje przerwana. Ok. 6:45 zaczyna się kolejna sekcja. Otwiera ją cichy, niepokojący chór i syntezatorowe grzmoty, pomruki. Muzyka staje się znowu coraz dziwniejsza. Jakaś tajemnicza maszyneria generuje coraz bardziej zwariowane dźwięki. Ok. 9:20 pojawia się sympatyczna melodia na tle dziwnych dźwięków. Całość brzmi nieco przypadkowo i chaotycznie. W 10:00 chór z początku tej sekcji powraca. Nałożono na nie niebiańskie chóry. W pewnym momencie chór znika i zamiast niego pojawia się łagodna muzyka oraz piękny, kobiecy wokal. Muzyka się rozwija i brzmi cały czas dziwnie. Czyżbyśmy przeszli do Nieba? Chór się ścisza i słychać bijący dzwon... Trochę niepokojące. Ok. 15:30 zaczyna się kolejna część. Triumfalna parada w Niebiosach. Mocne bębny i anielskie trąby obwieszczają Dzień Sądu. Całość brzmi naprawdę wspaniale i majestatycznie. Partia ta przechodzi płynnie w łagodny, delikatny, niebiański pasaż z elektronicznymi quasi-chórkami. Bardzo delikatne i skromne a zarazem piękne zakończenie. Z Piekła przeszliśmy do Nieba....

"Heaven And Hell" jest albumem zróżnicowanym i dość dziwnym. Z jednej strony mamy nutę rocka progresywnego a z drugiej - szczyptę muzyki poważnej. Całość jest przyprawiona sporą ociupinką dziwaczności. Ta muzyka jest bardzo żywa. Dużo się tu dzieje. Obie suity zauważalnie różnią się od siebie. Pierwsza stawia bardziej na rytm, druga jest spokojniejsza.

Nawet przyjemnie mi się tego słuchało. Nie odbieram tej muzyki jako nudnej ani specjalnie dłużącej się i rozlazłej, rozciągniętej na siłę. Vangelis zaprezentował coś nietypowego. Ale "Heaven And Hell" odstaje od moich gustów, którym bliższe jest np. "Spiral" (1977) autorstwa tego samego muzyka. Stąd też "Heaven And Hell" oceniam jedynie na 4. Można posłuchać raz na jakiś czas i jest to ciekawe, nietypowe. Ponadto nie przepadam za dziwnym, "kobiecym" głosem Andersona. Po prostu mi się nie podoba - w przeciwieństwie do właśnie zrecenzowanej płyty.

13.10.2015 - Apokalipsa zwierząt wg Vangelisa

Postanowiłem bliżej się przyjrzeć twórczości Vangelisa. Parę płyt już kiedyś wcześniej przesłuchałem (w tym jeden z jego najbardziej znanych albumów - Spiral z 1977, który w 2013 roku zrecenzowałem). Nawet kilka kupiłem ale nigdy nie słuchałem jego muzyki jakoś częściej, podobnie jak z jeszcze większą dyskografią Klausa Schulze.

Vangelis jest raczej znany jako autor muzyki filmowej chociaż niektóre jego płyty także były / są dość popularne. Jest artystą łączącym muzykę poważną, elektroniczną a także rock progresywny.

Album, któremu poświęcona jest ta recenzja nosi tytuł: "L'Apocalypse Des Animaux" i wyszedł w 1973 roku. Jest to soundtrack do serii filmów dokumentalnych (przyrodniczych zapewne) wyemitowanych przez francuską telewizję w 1970 roku. Muzyka ta jest jednym z najwcześniejszych solowych dzieł Vangelisa.



35-cio minutowa płyta składa się z 7-miu utworów. Wszystkie mają francuskie tytuły. Czas trwania jest zróżnicowany ale dominują utwory ok. 5 - 10-minutowe. Całość jest dostępna na youtube: https://www.youtube.com/watch?v=IcosNfFsHQk .

1. Apocalypse des animaux – Générique. Bardzo krótki a zarazem melodyjny i łagodny utwór. Jest w nim nieco mroku. Przewija się w nim delikatny rytm, który powtarza się niemalże cały czas.

2. La Petite Fille de la mer. Początek jest bardzo łagodny choć smutny. Dominuje tu delikatny, skromne klawiszowe brzmienie, bardziej zbliżone do fortepianu niż do syntezatora. Nie oznacza iż nie ma tu czegoś więcej. Tło jest bardzo ciche i dodaje głębi całości. Niektóre dźwięki, same pojedyncze dźwięki są naprawdę wspaniałe - brzmią jak promień słońca odbijający się od morza, jak migocząca gwiazdka na niebie. Utwór brzmi pozornie monotonnie i identycznie (np. porównajcie początkowe brzmienie motywu i jego wersję z 5-tej minuty).

3. Le Singe Bleu. Kolejny raz smutny fortepian. Ciekawe efekty dźwiękowe - np, drganie dźwięku. Pojawiają się też brzmienia podobne do trąbki lub pokrewnego instrumentu - także w żałobnej tonacji. Wydawać się może iż do poprzedniego utworu dodano tylko tą trąbkę gdyż brzmienie fortepianu jest zbliżone (ale dźwięki i nuty są inne). W 4 minucie utwór zmienia swoje brzmienie lecz wciąż jest smutny. W 5 minucie fortepian brzmi jak krople wody wpadające do rzeki. Utwór jest cichy i łagodny ale chwyta za serce.

4. La Mort Du Loup. Zupełnie inne brzmienie, chociaż także smutne lecz nie tak jak poprzednie dwa utwory. Ostatnie pożegnanie wilka, który umarł o zachodzie słońca. Pojawia się (akustyczna?) gitara ale pełni szczątkową rolę i raczej tylko zręcznie dopełnia całość. Sądzę po muzyce iż wilk ten umarł godnie. ;)

5. L'Ours Musicien. Niedźwiedź-muzykant. Najkrótszy utwór na tej płycie. Dość wesoły utwór. Co jakiś czas przewija się motyw z początku utworu. Miły, delikatny, łagodny przerywnik.

6. Création Du Monde. Najdłuższy utwór na tej płycie - 10 minut. Zaczyna się bardzo mrocznie i ponuro. Ciemna noc. Na niemalże idealnie czarnym niebie pojawił się złoty punkt. Zaczyna on promieniować światłem. Stopniowo się powiększa. Oto narodziny księżyca. Kolejna łagodna kompozycja. Ten utwór brzmi niemalże identycznie cały czas ale okazyjnie urozmaica go światło księżyca. W 5 minucie światło księżyca malowniczo wpada do pobliskiego jeziora. Stopniowo utwór staje się intensywniejszy i głośniejszy. Nie każdemu się spodoba ta kompozycja. Ja chyba go nie czuję. Zbyt rozlazły, taki nijaki, za długi.

7. La Mer recommencée. Malownicza, spokojna, łagodna kompozycja. Po raz kolejny mamy morze, księżyc i noc. Styl utworu jest bardzo podobny do poprzedniego ale ten utwór brzmi lepiej moim zdaniem. Można usłyszeć migotanie księżyca. W 3 minucie morze wzbiera. Jest tu nieco dramaturgii. Pod koniec utworu zaczyna się robić jaśniej, księżyc zachodzi a na jego miejsce szykuje się słońce.

Płyta ta dzieli się w zasadzie na trzy części: różnego rodzaju żałobne, smutne motywy (utwory 2 i 3 oraz 4), ambientowe, malownicze "scenki rodzajowe", krajobrazy muzyczne (utwory 6 i 7) oraz różne, nie pasujące do dwóch wspomnianych grup (utwory 1 i 5). Utwór 4 może być rozpatrywany jako coś pomiędzy grupą pierwszą i drugą.

Na "L'Apocalypse Des Animaux" przeważają raczej smutne brzmienia. Całość jest raczej interesująca, szczególnie utwory 2 i 3. Płyta bardzo łatwo pozwala złapać swój nastrój i może wpłynąć na odczucia słuchacza. Płyta raczej spodoba się fanom muzyki spokojnej i ambientu. Jak dla mnie - raczej 3+, może 4-. Średnio mi się podobała całość ale są utwory na które szczególnie zwróciłem uwagę - 2 i 3. Myślę iż te dwa (oraz ewentualnie jeszcze utwór 4) to najlepsze fragmenty z tego albumu.

poniedziałek, 12 października 2015

12.10.2015 - Paci pisze opowiadanie!

Dzisiaj po raz kolejny nic mi się nie chciało. Oglądałem całą noc (aż do 7.30 nad ranem) filmy dokumentalne o początkach ludzkości. Także później, jak wstałem, obejrzałem ze 2. Zacząłem pisać opowiadanie. Na razie powstała tylko część pierwsza - tymczasowo zatytułowana: "Prolog: Narodziny nowego świata".  Mam poczucie iż piszę znacznie lepsze recenzje niż opowiadania.

Uwaga: w opowiadaniu przemieszane są elementy science fiction i fantasy. 

A oto i ono. Zapraszam do lektury:

Nikt nie wie jak stary jest nasz świat. Nikt z nas nie pamięta naszych początków. Wszyscy jednak wierzą w swojego Boga. Otóż ludzkość składa się z trzech wielkich gromad, które, używając dzisiejszego języka, można określić rasami, narodami. Każdy z nich był odmienny i oddawał cześć innej Istocie.

            Na samym początku tej historii była jedna Istota. Nawet najtęższe umysły ras ludzkich nie są w stanie Jej zgłębić, określić skąd się wzięła. Naukowcy spekulują jednak iż to ona niejako zrodziła cały Kosmos, Wielką Przestrzeń Ponad Nami. Pierwsza Istota utworzyła wokół siebie mrok, będący prawdopodobnie pochodną jej Oddechu. Tchnienie to było złożone z Eteru oraz maleńkich drobin Krystalu. Wiele wieków Istnienia sprawiło iż na skutek reakcji chemicznych, drobiny te kumulowały się i zaczęły się świecić. Powstało pierwsze Światło a skupiska Krystalu przerodziły się w Gwiazdy.

            Istota żywiła się Światłem i Gwiazdami. Stopniowo rozrastała się i udoskonalała sama przez się i dla Siebie. Powstało Słońce, Ognisty Dysk Kosmosu, będący produktem ubocznym przemiany materii Istoty. Ze względu na skomplikowany charakter naukowych wyjaśnień i spekulacji, jest niezwykle ciężko przełożyć to na język zrozumiały dla rasy ludzkiej, która chwyci za tą książkę.

            Istota także stworzyła pierwszą planetę. Zapewne miał w tym udział płomień pochodzący od Słońca. Planeta ta cechowała się twardym, nieprzyjaznym środowiskiem. Wszędzie były na niej wulkany i rzeki lawy. Istota jednak zaczęła odczuwać pragnienie towarzystwa. Stworzyła na swoje podobieństwo ogniową kulę, którą się bawiła. Stopniowo poszerzała swoją Moc a nieożywiona, płomienna zabawka przestała Ją cieszyć.

            Wtedy Istota uniosła dłoń i chwyciła czerwony od ognia i lawy świat oraz zniszczyła go, wchłaniając jego energię w Siebie. Poczuła, że może stworzyć coś więcej, coś na swoje podobieństwo.

            Wykorzystując pełnię swojej Mocy, Istota wykreowała pustą bryłę. Była ona jasna ale bez jakiegokolwiek życia. Istota wzięła ją w dłoń i obracała nią, co spowodowało, że ta nowa planeta zaczęła się kręcić. Rozpoczął się ruch obrotowy wokół Istoty. W międzyczasie Słońce się poszerzało, konsumując Gwiazdy. Istota pchnęła planetę dalej od Słońca i zjednoczyła się z nią. Od tej pory to ta pusta bryła stała się Siedliskiem Istoty.

            Istota chwytała Gwiazdy i gromadziła je na planecie. Lecz z każdą kolejną wędrówką w celu zdobycia pożywienia, jej Istotowość, jej powłoka quasi-cielesna, ulegała stopniowym uszkodzeniom i degeneracji. Istota słabła a jej wrogiem było jej własne dziecko – Słońce, ognisty produkt przemiany materii.

            W pewnym momencie, niedającym się określić w Czasie, Istota uległa kompletnej degeneracji. Osłabła i nie była w stanie ruszyć się poza tą dziwną, nijaką i pustą krainę, którą sama niegdyś wytworzyła. Konsumując energię z Gwiazd, Istota zaczęła zazieleniać swoje nowe Siedlisko. Wkrótce Gaia, bo takie imię nadaliśmy tej planecie, stała się cała zielona. Słońce, zamiast szkodzić i niszczyć, wspiera i pomaga rodzić się Życiu. Istota jednak wciąż cierpi przez nie. Rozpadła się na dwie części. Rany słoneczne były tak wielkie, że Istota uległa podzieleniu i rozszczepieniu. Od tej pory losy Gai są kształtowane przez dwie odmienne Istoty – gwieździstą Krystalię i płomienną Solarię.

            Wkrótce ten świat podzielił się na dwie części. Ani Krystalia, ani Solaria nie mogły ze sobą walczyć. Pół planety było majestatyczną, dziką, zieloną puszczą zaś druga połowa to wyniszczona ogniem kraina wulkanów, pyłu, siarki i Śmierci. Te dwie siły wciąż walczą ze sobą – jedna tworząca, druga niszcząca. Wzajemnie sprzeczne lecz niemogące bez siebie istnieć.

            Solaria nie mogła znieść widoku tętniącej życiem i kolorami krainy swej siostry-bliźniaczki, Krystalii. Próbowała kopiować i naśladować dzieło swojej przeciwniczki lecz z marnym efektem. Każda próba kończyła się niepowodzeniem. Wszystko ginęło na spalonej słonecznym ogniem ziemi. Nie dało się ani przenieść życia z jednej strony planety na drugą, ani stworzyć takiego samego.

            Podczas gdy Krystalia rozwijała swój życiodajny talent i pasję, jej zła siostra obmyślała swój nikczemny plan. Udało jej się wykraść parę Gwiazd. Po pewnym czasie i ona nabyła umiejętność Tworzenia. Lecz jej twory były zbliżone do dzieł jej znienawidzonej siostry, co bardzo smuciło Solarię. Zgodnie z wynikami poprzednich eksperymentów, życie szybko wymierało po jej stronie.

            Solaria zauważyła iż po pewnym czasie, niektóre z Gwiazd uległy transformacji. Zmienił się ich kolor – ze świetlistobiałego na gniewnoczerwony. Te Gwiazdy stały się mniejsze i słabsze ale trwały w tak niesprzyjających warunkach. Zmieniła się też ich Luminacja – Świetlistość. Te nowe, przeżarte słonecznym ogniem Gwiazdy świecą słabiej niż ich dobre odpowiedniki znajdujące się w Gwiezdnym Skarbcu Krystalii.

            Solaria dość nieufnie podchodziła do tych nowych Gwiazd. Powoli wyciągnęła ku nim swoją dłoń i wzięła jedną z nich. Spojrzała na nie swoimi czerwonymi, kryształowymi oczami i uśmiechnęła się – po raz pierwszy od bardzo dawna, może nawet pierwszy raz w ogóle. Domyśliła się bowiem, że skoro Gwiazdy dają Moc Krystalii to te dziwne, dość małe i czerwonawe Karłowate Gwiazdy mogą dać jej, Solarii, tą samą Moc ale działającą na jej przesłonecznionym, spalonym Słońcem i poranionym wulkanami.

            To oznaczało iż Solaria mogła stworzyć Życie mogące rywalizować z pięknymi wytworami Krystalii, której połowa wyglądała jak niegdyś nasza Ziemia. Wszędzie zielono. Pojawiają się nawet protozwierzęta. Tymczasem na drugiej połowie także powstawało Życie. Pierwsze, bardzo skromne jego przejawy żywiły się ogniem. Nowe Życie stopniowo ewoluowało. Jednym z jego osiągnięć była umiejętność wykradania energii. Przygraniczne ignofagi[1] nauczyły się pozyskiwać energię poprzez podpalanie okolicznego terenu. Co chwilę Krystalia została zmuszona do podjęcie interwencji zaleczającej skutki działań prymitywnych istot będących stworzeniami Solarii.

            Tak więc narodziła się Gaia i Życie na niej. Aspekt Życia i aspekt Śmierci. Dobro i Zło. Siły te nieustannie walczą ze sobą także i w naszej rzeczywistości, chociaż walka ta toczy się na innym froncie i z wykorzystaniem innej broni.

            Następne wydarzenia były bardzo powolne. Konflikt się eskalował. Krystalia zmuszona była do tworzenia bardziej agresywnych istot, gotowych do obrony jej Sanktuarium. Tak bowiem nazwała swoją pradawną puszczę, w której zamieszkała. Ale ten wyścig żywych zbrojeń dopiero się rozpoczął. Po wielu wiekach zmagań nadeszła pora na użycie nowej, potężniejszej broni: Człowieka. Zaczyna się nowa era w historii Gai. Nowa karta historii. 


[1] Ignofag – istota żywiąca się ogniem, od łac. Ignus – ogień.

-----------------------------

Jestem ciekaw jak się Wam podoba! Jak chcecie, mogę spróbować kontynuować opowiadanie.

niedziela, 11 października 2015

11.10.2015 - Kącik Muzyki Trudnej: Klaus Schulze - Irrlicht

Postanowiłem się zmobilizować i w końcu bliżej zapoznać się z muzyką Schulzego. W końcu facet postanowił powiedzieć "Dziękuję" całemu światu właśnie w Polsce - w 2016 roku zagra w Szczecinie swój ostatni koncert. Tak więc po "Dziękuję Poland" (1983), "Moonlake" (2005, zawiera dwa utwory z koncertu w Poznaniu, 2003), "Dziękuję Bardzo" (2009, Warszawa i Berlin, oba 2008 + koncert w Warszawie wyszedł także na DVD) oraz "Big in Europe vol. 1" (2013, koncert w Warszawie, 17.09.2009) zapowiada się kolejną "polska" płyta w dyskografii artysty. Znam jego muzykę od kilku ładnych lat ale dość wybiórczo i raz za nią przepadam a raz jej nienawidzę. Z okazji planowanego benefisu muzyka warto poznać jego dyskografię.

A skoro mowa tu o dyskografii - warto zacząć od samego początku. Klaus Schulze solowo zaczął nagrywać ok. 1972 roku. W tymże roku wydał swój pierwszy własny album - Irrlicht, wydany na labelu Ohr (tym od różowego ucha, ta sama wytwórnia wydała też cztery pierwsze albumy Tangerine Dream, w którym Schulze w pewnym momencie udzielał się na perkusji).



Co jeszcze o tym albumie można powiedzieć? Schulze w tym okresie nie miał żadnego syntezatora. Z klawiszy dysponował jedynie rozwalonymi organami. Wykorzystał także orkiestrę - nagranie to zostało przerobione i zniekształcone w studiu. Jest to naprawdę trudny do przełknięcia album, stąd taki a nie inny tytuł niniejszej recenzji.


Powyższy film zawiera cały album oraz bonus track dodany na wznowieniu z bodajże 2006 roku.

1szy utwór - 1. Satz: Ebene.

Muzyka zaczyna brzmieć jakby fatamorgana. Coś migoce, coś błyska i nagle ujawnia się w pełnej krasie dźwiękowej... niczym paznokieć sunący po szkolnej tablicy. Po pierwszej minucie do głosu dochodzą mroczne, organowe pomruki. Cały czas panuje atmosfera grozy, strachu oraz tajemnicy. W drugiej minucie pojawia się niepokojąca melodia. Jest niepokojąco łagodna. Tło brzmi jakby to były jakieś zakłócenia. Ok. 3:40 pojawia się powrót "kredowego potwora". Muzyka brzmi pozornie identycznie. To jest muzyka rodem z horroru. Ma niepokoić, straszyć słuchacza. Ok. 5:30 melodia staje się cicha zaś organy pojawiają się i znikają, potęgując uczucie strachu i niepokoju. W 7 minucie po kolejny mamy motyw "kredowego potwora". Całość brzmi jak repetycja fragmentu już wcześniej zagranego. Niektóre brzmienia są, moim zdaniem, bliskie brzmieniom Davolisinta używanego przez Józefa Skrzeka na początku działalności SBB. 9:33 - kolejny raz objawia się nam zjawa. Pięknie zmodyfikowane brzmienie instrumentów klasycznych (?). 10:34 - organy "narastają", stają się głośniejsze i bardziej złowieszcze. Sama Śmierć gra na nich. Ok. 11:45 w tle Schulze dodał ponure, groźne i niepokojące wycie. Muzyka powoli ewoluuje ale nie zatraca swojego charakteru. Groza zagląda w ucho każdemu słuchaczowi. Da się wyczuć ewolucję brzmienia mimo jego stałości. Czasem pojawiają się jakieś ciekawe dźwięki w tle. Ok. 18:45 muzyka zmieniła swoje brzmienie: brzmi niczym sekwencer, w ten sam, charakterystyczny sposób. Gwałtownie przyśpiesza. Daleko jednak tym dźwiękom do tego, co fani Tangerine Dream oraz Schulzego rozumieją przez sekwencer. Niemniej jednak, zauważam pewne podobieństwa. W 21 minucie muzyka przypomina orkiestrę z domu szaleńców pod batutą niemniej oszalałego dyrygenta. Pod sam koniec muzyka zdaje się przyśpieszać. Coś albo coś gwiżdże.

2gi utwór - 2. Satz: Gewitter

Nagła burza. Płynne przejście z poprzedniego utworu. Coś brzęczy. Pojawia się tajemniczy wicher. W wariatkowie rozpętała się burza (mózgów?). Słychać delikatne organy, które stają się coraz głośniejsze. Jest to utwór wyraźnie łagodniejszy od poprzedniego ale wciąż straszny. Inne oblicze strachu. Dużo tajemniczych dźwięków i niepojące organy tworzą prawdziwą kakofonię (w pozytywnym tego słowa znaczeniu :P) dającą niesamowitą rozkosz dla mojego ucha. A może ja jestem skrytym masochistą? 3-4 minuta: cisza po nocnej burzy. Wokół pełno zniszczeń. Niebo wciąż zachmurzone i pogrzmiewa groźnie.

3ci utwór - 3. Satz: Exil Sils Maria

Zwykle na tym utworze przestaję słuchać tej płyty. Początek brzmi w klimatach poprzedniego utworu. Jest delikatny, spokojny ale smutny. Groźna burza już minęła. Zaczynają się zbierać upiory. Klimat zaczyna się robić coraz straszniejszy ale nie są to gwałtowne zmiany. Wydaje mi się iż da się wyczuć potępieńcze brzmienie skrzypiec. W 3 minucie muzyka brzmi już groźnie. Ok. 3:30 pojawia się skromna melodia. Delikatna, łagodna i cicha. Ok. 4:25 wkraczamy na scenę horroru. Wchodzimy do krainy potępieńców, gdzie wyją skazane i przeklęte dusze. Muzyka zanika. Jedyne co słychać to świergoty i świsty oraz pomruki umarłych. Uchem przemierzam Czyściec albo inne Piekło. Zanurzam swe ucho w muzycznym Niebycie by je wychłostać dźwiękowym biczem. Amuzyczna muzyka. Ciężko jest to opisać. Ok. 7.40 spadamy gdzieś niżej, na niższy wymiar egzystencji. Brak melodii, brak rytmu, tylko szepty skazanych na wieczne potępienie. W 9 minucie pojawia się orkiestra na chwilę. Moje ucho obumiera. Ten utwór ma oficjalne błogosławieństwo Szatana i leci w piekielnym radiu 24 godziny na dobę. ;) Inaczej być nie może. Kakofonia, która każe się zastanawiać nad tym czy i w ogóle możemy określać się jako osoby zdrowe psychicznie. 12 minuta - rogi piekieł wyją i witają mnie... Składam tą recenzję jako skromną ofiarę o mroczny Panie... Twój pokorny sługa dziękuje za organowe brzmienia, którymi mnie chłoszczesz... Łagodne i delikatne, wręcz anielskie, tony organów kontrastują z piekielnymi rykami. Ok. 14:30 muzyka znowu ulega zmianie. Tym razem organy "pokazują rogi" by je utracić w 15 minucie i rozwinąć czarne skrzydła Anioła Śmierci. Pięknego lecz zabójczego. 16 minuta przynosi kolejną odsłonę muzycznego piekła. Przedsmak sadomasochistycznej orgii z samym Szatanem. Łagodny wymiar Inferna. Tajemnica bólu i śmierci. Jestem na 19:15 - to brzmi jak "gotycka tęcza", w różnych odcieniach czerni. Łagodny ból i mrok. Zasłużony wieczny odpoczynek.

"Irrlicht" to bardzo nietypowa płyta. Po pierwsze - Schulze nie miał wtedy żadnego syntezatora. Po drugie - jej mroczne, tajemnicze, miejscami wręcz grobowe brzmienie bardzo się rzuca w uszy i wyróżnia. Tak jak i inne płyty tego muzyka, jest ona trudna w odbiorze dla przeciętnego słuchacza. Ten ponury album jest naprawdę dobrze i ciekawie zrobiony. Myślę iż niejeden słuchacz przeraziłby się gdyby słuchał tej muzyki idąc ciemną uliczką w nocy.

Dźwiękowo, ta płyta jest wyzuta ze wszelkich przejawów pozytywności. To dark ambient wczesnych lat 70-tych. Strefa mroku i depresji. Pełno tu dziwnych odgłosów. Całość brzmi jakby ta muzyka była ucieleśnieniem samej Śmierci. Jest ponura, grobowa i mroczna.

Wobec "Irrlicht" nie da się przejść obojętnie. Ta muzyka szokuje i nie pozostawia słuchacza obojętnego. Nie każdy także zebrałby się na odwagę by jej posłuchać. Schulze bowiem od samego początku tworzy muzykę niezmiernie trudną i wymagającą w odbiorze.

Trudno mi tą płytę ocenić. Jest to muzyka bardzo trudna, co już nieraz zostało przeze mnie napisane i podkreślone. Najlepszą ocenę jednak wystawią Wasze uszy. Pamiętajcie o tym, że "Irrlicht" to nie jest muzyka dzięki której Klaus Schulze stał się sławny. I raczej ku niej bym kierował tych z Was, którzy nie mieli okazji posłuchać tego artysty.

sobota, 3 października 2015

02-03.10.2015 - SBB & Urbaniak czyli "Skrzekonators" i Urbanator na jednej scenie!

Dzisiaj na moim blogu rzecz wyjątkowa - recenzja najnowszej, najświeższej płyty SBB pt. "SBB & Michał Urbaniak". Z przyczyn niezależnych ode mnie, nie skończę recenzji przed północą. Nie mniej jednak, czytacie prawdopodobnie pierwszą w ogóle recenzję tego albumu. Pierwszą w całym światowym, szerokopasmowym Internecie ! Oczywiście płyta została legalnie zakupiona. ;) Do pełni szczęścia brakuje jej tylko autografu. (-ów) ;)

1 marca 2015 roku w Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej wystąpił polski zespół-legenda - SBB ! SBB jako pierwszy polski zespół rockowy pokazał iż Polacy nie gęsi i swojego rocka na poziomie też mają. SBB od samego początku, od samego debiutu był zespołem rangi światowej. Tak jak ABBA była produktem eksportowym Szwecji, tak SBB był hitem eksportowym ówczesnego PRL.

Ale koncert ten to nie jest zwykły koncert starego, dobrego SBB. Do zespołu dołączyła jeszcze jedna osoba - Michał Urbaniak ze swoimi skrzypcami elektrycznymi. Miałem już okazję słyszeć ten instrument. Ci z Was, którzy już czytali mojego bloga, zapewne wiedzą iż jestem (psycho)fanem Tangerine Dream. Oni także używali skrzypiec "zwykłych" (nieśmiertelne Force Majeure z 1979 roku!) oraz skrzypiec elektrycznych (w studiu i na koncertach - niesamowicie miło mi się zrobiło na wspomnienie utworu La Folia zagranego na bis w Warszawie 04.06.2014). Ale to tak na boku...






W ładnym opakowaniu typu digipack znajduje się jedna płyta CD. Zawarto na niej 10 utworów - 75 minut z całego koncertu. Dla zainteresowanych - cały koncert został amatorsko sfilmowany i umieszczony na Youtube tutaj. To, co zostało wybrane na płytę stanowi niesamowitą gratkę dla fanów zespołu: obok klasyków takich jak "Odlot" czy "Memento Z Banalnym Tryptykiem" znalazły się "Wizje" i "Na Pierwszy Ogień" (aż sam jestem ciekaw jak brzmi tak wersja - studyjna z "Nowy horyzont" jest świetna ale czy to wykonanie jej dorówna?). Ponadto znalazł się tutaj nowy utwór - "Dla Janka", skomponowany przez Józefa Skrzeka dla swojego zmarłego niedawno brata, Jana. Zespół nie zapomniał o swoich korzeniach i improwizował przez kilka minut. A reszta? Cóż, podlinkowałem cały koncert więc możecie się przekonać sami!

Zapraszam Was do zapoznania się z dalszą częścią mojej recenzji. Nieczęsto zdarza mi się sporządzać recenzję już przy pierwszym, "dziewiczym" odsłuchu (zwykle są to recenzje robione dla żartów - tak jak ta najnowszego albumu Taylor Swift, zrobiona na prośbę mojego dobrego przyjaciela, który jest jej fanem). Spisuję swoje wrażenia na żywo. Nie słuchałem nawet próbek na Youtube (a jest parę).

Podlinkowałem oficjalne próbki z tego albumu. Agencja Muzyczna Polskiego Radia udostępniła na YT większą próbkę - fragmenty z całego albumu.

1. Zapowiedź - Piotr Metz.

Zapowiedź i ciepłe powitanie zespołu oklaskami.

2. Odlot.

Znajomy riff na otwarcie koncertu ale wykonanie lekko inne, znacznie ciekawsze. Świetna perkusja, chociaż odmienna od oryginalnej. Wszystko jest jakby trochę wolniejsze (a może to tylko wrażenie?). Mocny początek przechodzi w delikatną i liryczną piosenkę. Czasem pojawia się brzmienie basopodobne (?). Mam nadzieję, że dobrze to interpretuję. Nie jestem muzykologiem a mój słuch jest uszkodzony. :) Przed 4 minutą zaczyna się kolejna instrumentalna część wraz ze słyszalnymi basami od Józefa. Jak zwykle, świetnie zagrane, nie przysłaniające popisów kolegów a uzupełniające ich grę. Pod koniec 5 minuty Odlot nabiera drapieżności i dzikości, chociaż i tak jest łagodniejszy od oryginalnej wersji z 1974 (notabene też z Warszawy :) ). W 7 minucie jest solo Józefa na basie. Po prostu wspaniałe! Ok. 9:17 zespół wchodzi z większą mocą - nowa aranżacja sekcji finałowej Odlotu. Sporo tu gitary. Najbliżej oryginału jest w ostatnich 50 sekundach.

Odlot wolniejszy i łagodniejszy od swojego wiekowego już oryginału ale bardzo ciekawie zaaranżowany. Prawdziwy klasyk. Brzmi znajomo ale jednak zauważalnie inaczej.

3. Na Pierwszy Ogień.

Na Drugi Ogień tzn. na drugi utwór zespół wybrał Na Pierwszy Ogień. :) Brzmi odmiennie od oryginału - to zrozumiałe, Józef Skrzek nie używa już Davolisintu (chyba?). Brzmienie inne lecz jednak dość wierne oryginałowi. Utwór brzmi wolniej ale aranż jest bogatszy w szczegóły. Całość zdaje się brzmieć nawet nieco psychodelicznie. SBB w żywiole tzn. w Nastroju (fani na pewno zrozumieli moją gierkę słowną ;) ). Mnóstwo ciekawych brzmień, nieobecnych w oryginale oraz ciekawie zrekonstruowane oryginalne "momenty" - oto najkrótsza recenzja tego utworu. Psychodeliczny finisz. A także debiut Urbaniaka jako gościa SBB.

4. Wizje.

Bardzo rzadki gość setlist koncertów SBB. Nie zaczyna się od ostrego wejścia jak w oryginale lecz od bardziej spokojnego riffu, uzupełnionego przez wspaniały syntezator (Minimoog? :) ) Józefa Skrzeka. A może to nie syntezator tylko skrzypce? "Wizje" to drugi utwór z gościnnie "smyczkującym" Urbaniakiem. W każdym razie jest to poezja dźwiękowa dla mojego ucha (tak, ucha ;) ). Utwór cały czas brzmi łagodnie ale cały czas z nutką psychodelii. Mimo tej (pozornej) łagodności i delikatności, poszerzone SBB drapie słuchaczy muzycznymi pazurami. Ok. 4:41 zaczyna się robić nieco ostrzej i szybciej. Jerzy przyśpiesza na perkusji. Zespół kreuje nowe audiofoniczne Wizje. Narkotyk dla ucha. Piękny ale psychoaktywny. Z każdą chwilą jest coraz dziwniej. Czyżby zespół improwizował? Ok. 7:30 - świetny, dziwaczny bas / syntezator połączony z intensywnym i tanecznym rytmem perkusji. Ok. 8:51 pojawia się motyw znany z oryginalnego wykonania z klasycznego albumu SBB z 1974 roku - w wersji zwolnionej oraz z nieco "organizującym" Józefem. To brzmienie kojarzy mi się z organami. Jest takie spokojne ale jednocześnie dziwne. Podoba mi się ta wersja. SBB mocno zaszaleli.


Tradycyjnie drapieżny wstęp. Znowu jednak zespół gra nieco wolniej lecz wszystko jest rozpoznawalne. Po raz kolejny pojawia się "wątek psychodeliczny" i Urbaniak na skrzypcach. Właśnie te udziwnienia sprawiają iż to wykonanie Walkin' jest niesamowicie charakterystyczne. Słychać wyraźnie ciekawą współpracę duetu Skrzek - Urbaniak.  Sporo się dzieje.  Zespół, pamiętając o klasykach, kieruje je razem ze swoim gościem na "Nowe horyzonty" brzmieniowe. Jeszcze się ten utwór nie skończył a już chciałbym napisać iż to najlepszy Walkin' jaki do tej pory słyszałem (a nie znam wszystkich "koncertówek" SBB). Piękny finał. A ja potwierdzam swój osąd, wyrażony nieco wcześniej.


Pierwszy raz słyszę ten utwór. Zespół od razu konkretnie zaczyna - bez żadnych długich wstępów. Jeszcze raz słychać Michała Urbaniaka. Kolejny raz SBB odmieniają przez wszystkie przypadki słowo "psychodelia".  Ok. 1:20 pada fajny, sympatyczny, nieco orientalny motyw. Utwór leniwie się sunie do przodu. Po raz kolejny świetnie Józef się dogaduje z panem Michałem. Nie zagłusza go a jedynie delikatnie ubogaca całość swoimi syntezatorami. Ok. 4:50 znowu pojawia się ta melodia. Gdzieś w piątej minucie Józef Skrzek zaczyna solo. Niestety, musiało się skończyć. Nawet nie zausłyszałem (takie połączenie "usłyszeć" i "zauważyć") kiedy. ;) W 8 minucie po raz trzeci SBB wtrąca ten sam motyw, tym razem jako finał kompozycji. Jest to ostatni utwór z Urbaniakiem jako gość specjalny.

7. Dla Janka.

Nowy utwór. Poświęcony niedawno zmarłemu bratu Józefa. Świetny wstęp organowy. Ok. 0:40 dochodzi do tego powolna, snująca się perkusja a kilka sekund później - również łkająca gitara. Kondukt muzyczno-żałobny idzie. Józef śpiewa swoją pożegnalną pieśń. Piękny akcent i hołd. Najłagodniejszy punkt programu jak na razie.

8. Improv.

Zaczyna się od perkusji. Bardzo ciekawe i urozmaicone solo. Ok. 2:20 do perkusji dołącza się Józef. W nagły sposób solo przeradza się w szalony duet. Niesamowita improwizacja. Bardzo mi się podoba. Miejscami może się kojarzyć z mrocznym i amuzycznym (?) brzmieniem Davolisynta z pierwszych płyt SBB.


Z Których Krwi Krew Moja w nowej odsłonie. Odświeżona ale wciąż rozpoznawalna. Świetny aranż. Już od pierwszego dźwięku mój uśmiech się poszerzył. Pamiętny rok 1976 zreinkarnował się w 2015. Wspaniała wersja, choć krótka.

10. Memento Z Banalnym Tryptykiem.

Ostatni utwór na tej płycie. Skrócony o ok. połowę w stosunku do oryginału. Niesamowity syntezatorowy wstęp oparty na bardzo wysokim brzmieniu. W momencie wejścia wokalu (Najlepszy śpiew na tej płycie! Mnóstwo emocji i zaangażowania.), Skrzek łączy zbliżone brzmienie z organami. W 4 minucie pojawia się ciekawe brzmienie, naśladujące kultowego Davolisynta. W 5 minucie zaczyna się motyw z płyty (albo przynajmniej na nim bazowany, pewnie znowu grany wolniej niż w oryginale), przyprawiony szczyptą organów ("Or(e)gano" od Jozefa Skrzeka ;) ). Ciekawa i dość przyjemna interpretacja. Po raz kolejny mocno odstaje od oryginału, co pokazuje luźne podejście zespołu do muzyki i ogólnie pewną swobodę oraz umiejętność modyfikacji swojego brzmienia. Zakończenie jest dość nagłe i gwałtowne. Nieco rozczarowuje. Spodziewałem się lepszego finału, zwłaszcza, że Memento wieńczy tą płytę.

Na moim blogu zrecenzowałem już kilka albumów koncertowych SBB. Na każdym z nich zespół przedstawiał się zupełnie inaczej - nawet grając te same utwory. Wystarczy porównać np. Memento z niniejszego koncertu i z Giżycka z 1998. To wydawnictwo jest wyjątkowe. Śmiało mogę stwierdzić iż jest to jedna z najlepszych znanych mi płyt koncertowych SBB - rywalizować może najwyżej z kultową "jedynką" (posiadam w swoich zbiorach wydanie z 1997, stąd to określenie) czy Jazz Nad Odrą 1975 (z zapadającą w pamięć wczesną wersją utworu Pamięć W Kamień Wrasta).

Wspaniałe aranże, olbrzymi powiew świeżości, powrót niektórych nieco zapomnianych klasyków oraz mistrzowska improwizacja i piękny hołd dla Jana Skrzeka a także psychodeliczny "wkład własny" gościa zespołu - Michała Urbaniaka. Te oto czynniki składają się na wyjątkowość albumu SBB & Urbaniak. Koncert w "Trójce" ale zasługujący na co najmniej 5. Szkoda tylko, że zespół nie umieścił całości (nagranie fanowskie ma prawie 2 godziny). Nie oznacza to iż odradziłbym zakup tego wydawnictwa - wręcz przeciwnie. Zwłaszcza, jeśli ktoś miał szczęście być na tym koncercie (i jeszcze większe szczęście - zdobyć autografy od zespołu. Sam znam to uczucie, chociaż nie w przypadku SBB - obrazek nie działa, trzeba kliknąć w niego i wybrać ten drugi, z autografem - mój własny skan). Powtórzę raz jeszcze - świetna płyta, o charakterystycznym brzmieniu. Zasługuje na najwyższe noty.

PS. Urbanator to jeden z zespołów w których udziela(ł) się Michał Urbaniak. "Skrzekonators" to już mój wymysł. :)

PS2. Czuję się niezwykle dumny i zaszczycony tym, że jako pierwszy w Polsce (i zapewne na świecie) sporządziłem recenzję tej świeżej wciąż płyty.

środa, 30 września 2015

30.09.2015 - Mandarynkowy dodatek - część 1

Jeszcze raz dla Chmurki :*
Pisz szybką tą magisterkę bo Słonecznik uschnie :P :*

W 2007 roku Tangerine Dream zaczęli nową serię składanek - "Booster". Wydawane cyklicznie, mniej więcej co rok (choć nie zawsze), stanowiły przegląd przez ostatnie wydawnictwa zespołu (choć nie zawsze w każdym przypadku). Zawsze jednak Edgar dorzucał do nich jakieś rzadsze utwory lub po prostu zupełne nowości, nieopublikowane nigdzie indziej. Planowane było 10 części ale śmierć lidera zespołu pokrzyżowała te plany i pośmiertnie ukazała się część VII jako ostatnia.

Dzisiejsza recenzja będzie dotyczyła płyty pierwszej z oryginalnego "Booster". Każda część składa się z dwóch płyt.

Okładka wydania oryginalnego, Eastgate, 2007
Okładka wydania wznowionego, Membran, 2009
Część pierwsza jest złożona głównie z utwór opublikowanych na rozmaitych EP-kach wydanych przez zespół w 2006 i 2007 roku. Właściwie wszystkie z nich są trudne do dostania. Aż 3 z wspomnianych wydawnictw zostały wznowione w całości: "Bells Of Accra" (2007, 1 utwór), "One Night In Space" (2007, oba utwory), "Sleeping Watches Snoring In Silence" (2007, wszystkie 3 utwory - notabene jedyna, którą posiadam także fizycznie ze zbioru umieszczonego na "Booster"). Zespół więc umożliwił części z fanów zapoznanie się z tym materiałem bez konieczności polowania na rzadkie oryginały.

Podlinkowałem utwory. Wystarczy kliknąć w tytuł kompozycji a zostaniecie przeniesieni na odpowiedni film w ramach Youtube.

Na pierwszej płycie jest 8 utworów w tym cały singiel "One Night In Space" (2 utwory) i większa część "Sleeping Watches Snoring In Silence" (2 z 3 utworów).

1. One Night In Space. Wersja oryginalna (2007), nie remix z "View From A Red Train". Utwór zaczyna się łagodnie ale zawiera w sobie sporo energii. Bardzo rytmiczna perkusja. Jest niczym kubek kawy (osobiście nie piję kawy w ogóle :) ). Cała elektronika poza głównym rytmem jest dość subtelna. Nie ma tu gitary, która została dodana we wspomnianym remixie. Nie mniej, jest to porządny utwór na otwarcie płycie. Więcej energii jest w zremixowanej wersji, która jest jednym z najlepszych utworów na "View From A Red Train". Łagodność wymieszana z odrobiną energii z dobrymi basami.

2. Hyper Sphinx. Kolejne mandarynkowe oblicze Sphinxa. Tym razem remix z 2007 roku ("Sleeping Watches Snoring In Silence"). Rozpoczyna się od znajomych dźwięków i "głębokiego wydechu". Wszystko jest nieco odświeżone ale wciąż brzmi znajomo. Perkusja wydaje się brzmieć bardziej żywo. Sekwencer brzmi jeszcze bardziej mięsiście. Dźwięki niby stare ale zagrane na nowo. Aranżacja wierna oryginałowi. Dalej brzmi równie dynamicznie i potężnie ale czyściej. Słucha się tej wersji z niesamowitą radością. Najwięcej świeżości tchnięto w sekcję trzecią, gdzie pojawia się gitara (i stwierdzam to ze 100% pewnością !). Na koncercie w 2014 roku także w tym miejscu Edgar chwycił za gitarę. Remix wieńczy sekcja 4 - brzmiąca bardzo dziwnie, niczym mnóstwo pękających baniek.  Dziwactwo muzycznych automatów. Bardzo fajny remiks. Szkoda tylko, że nie pokusili się o nowe zakończenie.

3. Metaphor Part One. Utwór Thorstena Quaeschninga. Bardzo tajemniczy wstęp. Wyłania się z niego powoli melodia. Jest w tym utworze coś niesamowicie przyjemnego mimo wszystko. Może to te basy? Nieco jazzujący (na moje ignoranckie ucho ;) ) utwór. Brzmi dość dziwnie jak na TD ale bardzo mi się podoba. Jest miękki, przyjazny, miły w odsłuchu. Końcówka przypomina w swoim brzmieniu organy.

4. Metaphor Part Two. Jeszcze raz TQ. Utwór zaczyna się od samplowanego głosu i tajemniczej, basowej melodii. Następnie mamy zapętlony fortepianowy motyw. Następna melodia swoim brzmieniem nieco kojarzy mi się z płytą "Logos Live". Potem mamy bardzo dziwny motyw brzmiący w stylu elektronicznej orkiestry a dalej - do klimatów z początku utworu, włącznie z zapętlonym tematem. Kolejne plumkanie bardzo w stylu Logos. Dość dziwna kompozycja ale nie jest zła. Szkoda, że nie umieścili pozostałych dwóch części (Metaphor składa się z 4 utworów).

5. The Greek Mirror. Łagodne plumkanie na tle którego stopniowo rozwija się melodia. Da się usłyszeć połyskiwanie Słońca w tytułowym greckim zwierciadle. Melodia nieustannie się rozwija, nie stoi w miejscu. Utwór ma w sobie trochę energii i sekwencerowo-basowego mięsa. Podobają mi się smyczkowe brzmienia zastosowane w tej kompozycji. Finał jest wręcz ucztą dla fanów wspomnianych brzmień.

6. Lady Monk. Odświeżona wersja "Zen Garden" z "Le Parc" (1985). Bardzo dużo mocnego rytmu i basów. Aż się prosi o zarapowanie jakiejś nawijki fristajlowej do tego prawilnego bitu. Niektórzy mogą uznać ten utwór za profanację oryginału ale moim zdaniem ma on w sobie coś wyjątkowego (nie tylko duży ładunek pozytywnej energii muzycznej). Spoko kawałek od dobrego ziomka Edgara. ;)

7. I Could Hear It When The Moon Collapsed On Broadway. Drugi utwór z singla "One Night In Space". Dość słodka kompozycja ale ma naprawdę mocne basy. Przyjemny rytm połączony z dość subtelną elektroniczną melodią. Główny motyw przybiera barwy orkiestrowe.  Słucham tego wesołego utworu z uśmiechem na twarzy. Bardzo odprężający i przyjemny utwór. A tak przy okazji - jest to chyba najdłuższy tytuł utworu Tangerine Dream.

8. Logos. Finał płyty. Nowy remix. Tym razem zespół zmodernizował Logos Velvet, trzecią część suity Logos z albumu "Logos Live" (1982). Wszystko uległo odświeżeniu ale zachowano pewne elementy "retro". Ciekawie brzmi główny motyw w tej aranżacji. Znacznie wzbogacano melodię. Bardzo mi się podoba wkład Lindy Spa w tym utworze. Wyraźnie ją słychać, zwłaszcza w drugiej połowie utworu. Nie bardzo mi się podoba brzmienie perkusji ale całościowo nie obniża to zbyt mocno oceny tego utworu. Warto wysłuchać całości, chociażby dla tego, co zostało dodane i co znacznie upiększyło i tak już wspaniałe Logos Velvet. Zgrabnie skomponowane zakończenie jednocześnie zamyka płytę w niesamowitym stylu.

Cała płyta została bardzo dobrze dobrana. Nie ma tu w ogóle słabych utworów, choć niektóre mogą odstawać poziomem od reszty (w sensie negatywnym - np. Metaphor Part Two, który jest moim zdaniem słabszy niż Metaphor Part One). Bardzo interesujący i udany finisz pierwszej płyty. Całość stanowi dość ciekawy i udany przegląd przez główne pozycje z płyt TD z lat 2006-2007. Nie wszystkie albumy wydane w tym okresie zostały przedstawione, nawet pominięto główny album studyjny z tego okresu (Madcap's Flaming Duty). Zespół skupił się na zaprezentowaniu wybranych fragmentów z mniejszych i rzadszych wydawnictw muzycznych.

Całościowo, za pierwszą płytę należy się nie mniej niż 5. To po prostu bardzo dobra składanka, na dodatek uzupełniona o niepublikowane nowości bądź trudniejsze do dostania na CD utwory (na płycie pierwszej jest tylko 1 naprawdę nowy utwór - nowe wersja Logos Velvet). Zdecydowanie warto posłuchać.