poniedziałek, 25 lipca 2016

25.07.2016 - Słoneczna rowerowa podróż dookoła Francji

Prolog

Recenzja ta jest spóźnionym prezentem urodzinowym dla Słoneczka Agnieszki. Spóźnionym bo nie miałem ani weny do pisania, ani ochoty. Wszystko najlepszego kochane Słoneczko ! ;)

Tour De Recenzja etap 1 ;)

Dzisiejszy tekst będzie prawdopodobnie ostatnim tekstem na blogu w ogóle albo jednym z ostatnich. Z muzyki elektronicznej obecnie w zasadzie słucham tylko Kraftwerk. Nie jestem tym samym Słonecznikiem co kiedyś. Zresztą teraz prawie w ogóle nie słucham muzyki.

Jak się możecie domyślić, albumem przedstawionym w tym tekście będzie Tour De France (Soundtracks) z 2003 roku. Jest to jeden z dwóch niezrecenzowanych przeze mnie albumów Kraftwerk na moim blogu.

Okładka oryginalnego wydania albumu (2003)

Okładka wydania Katalogowego (2009) ze zmienionym tytułem - Tour De France


Album ten ukazał się 4 sierpnia 2003 roku. Recenzja ta jest więc nieco przedwczesnym prezentem z okazji 13-tych urodzin tej płyty. Należy (nieco złośliwie?) zaznaczyć iż jest to wciąż najnowsza płyta studyjna zespołu. W Katalogu album ten nosi nr 8.

Płyta ta jest w zasadzie kontynuacją idei towarzyszącej zespołowi od ok. 1978 roku. Wówczas to zespół przesiadł się na rowery a kolarstwo stało się ich ulubioną dyscypliną sportu. Swoją pasję do pedałowania przekuli w dźwięk - oryginalny singiel ukazał się w 1983 roku. Warto wspomnieć iż w przeciwieństwie do jego współczesnego kontynuatora, wersja singlowa ukazała się także po niemiecku (choć ta jest trudniejsza do zdobycia - na szczęście jest na youtube, tak jak mniej znany remix z 1984).

Zespół w 2003 roku powrócił do kolarstwa muzycznego w wielkim stylu. Zamiast wznowić singla, wydali album i wznowili singla. Tour De France Soundtracks ukazał się dokładnie na 100-lecie tego prestiżowego wyścigu kolarskiego (1903 - 2003). W związku z tym, zespół nie zapomniał o swojej dawnej singlowej kompozycji i dołączył na albumie jej nową aranżację.

Sam oryginalny Tour De France na koncertach pojawił się dopiero w 1990 roku (Włochy) i 1991 (The Mix Tour). Trasa koncertowa 2004, która także objęła i nasz kraj, była poświęcona omawianemu dzisiaj albumowi w związku z czym poza gorącymi nowościami zespół zagrał także wybór klasyków i tradycyjnie od 1990-1991 zakończył każdy koncert grając Music Non Stop.

Dzisiaj, z okazji koncertów-retrospektyw, zespół wykonuje cały album Tour De France Soundtracks na 8 koncercie w danym cyklu.

Kraftwerk jest takim zespołem, który mimo pewnej stałości (np. brak nowego materiału od 2003 roku) jednak zawsze idzie do przodu. Zmiany sprzętowe, nowe aranżacje, nowe wizualizacje. Sale zawsze wypełnione. Technologia inspiruje muzyków, muzycy składają jej hołd dźwiękowy.

W tym roku zmechanizowany peleton Panów Robotów zajedzie do Sopotu na małe Régéneration (z francuskiego: odpoczynek, odnowę, regenerację) i zapewne posiłek z dużą ilością Vitamin (znowu posłużyłem się tytułem kolejnego utworu z albumu Tour De France Soundtracks). 28 lipca Opera Leśna w Sopocie stanie się miejscem spotkania techniki, człowieka i syntetyki (dźwiękowej). Aż chciałoby się zacytować fragment z innego utworu zespołu (Expo 2000): Mensch, Natur, Technik. Człowiek. Natura. Technika.

Tour De Recenzja etap 2 ;)

Etap drugi - recenzja właściwa. Cały album jest dostępny na youtube tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=2YXDd_NKhac (+ ponad drugie tyle, co czas trwania płyty, w postaci bonusów ! ).

Płyta składa się z 12 utworów o łącznym czasie trwania 55 minut.

1. Prologue

Bardzo delikatny, ambientowy wstęp do całości. Zaledwie 30 sekund. Bez słów, sama muzyka.

2. Tour De France Etape 1

Od początku jest to kompozycja dynamiczna i rozpędzająca się. Czuć basy i to, jak utwór się "buduje". Po ok. 30 sekundach rytm osiąga dojrzałą postać. Tekst jest śpiewany w języku francuskim ale nie ma tu nic o miłości. Głos wokalisty jest bardzo zmechanizowany i nie brzmi ludzko. Taka specyfika Kraftwerk. Słychać zsamplowane odgłosy pracy roweru, czuć dynamikę i płynność. Pedałujemy naprzód w dźwięk. Zanurzamy się w morzu basowym. W drugiej minucie następuje przejście w stronę elektronicznych figli. Delikatne, fikuśne klawisze i bit. Gdzieś przed czwartą minutą wracamy do początkowego rytmu, tak na sam koniec.

3. Tour De France Etape 2

Powtórka z Prologue i wariacja na temat wstępu do pierwszego etapu. Czuć więcej powietrza. Więcej ruchu. Nasz muzyczny welocyped gna coraz szybciej. Ten etap zdaje się brzmieć podobnie do poprzedniego ale jest bardziej dynamiczny i płynny. Także wokal brzmi bardziej ludzko, znaczniej bardziej miękki i bardziej gładki. Muzyczny tunel aerodynamiczny. Rytm był mocniejszy w poprzedniej kompozycji ale tu wszystko brzmi szybciej, bardziej napowietrznione. W czwartej minucie pojawia się motyw, który pojawi się w innej postaci później. Bardzo mocny fragment z łagodnym bitem. Końcówka jest utrzymana w tej samej stylistyce co cały utwór.

4. Tour De France Etape 3

Jeszcze raz płynność w muzycznym ruchu. Znowu charakterystyczne sample. Mocny i głęboki bit. Coś jakby połączenie etapu 1 i 2. Rytm dodaje energii i zachęca do ruchu zaś melodia delikatnie ubarwia wszystko. Wokal jest podobny jak w Etape 1 ale nieco łagodniejszy. Nawet klawiszowe figle nawiązują do Etape 1. Etap 3 jest silnie zabarwiony klawiszowo na końcu. Niesamowite, delikatne, łagodne i przepiękne brzmienie. Końcówka płynnie przechodzi w następny utwór.

5. Chrono

Kontynuacja poprzedniego utworu. W zasadzie dodano do niej bit i różne efekty. Po 30 sekundach przechodzi w samodzielny utwór. Muzyczno-magiczny peleton dźwięków. Duży nacisk na sekwencer i  rytm. Trzecia sekcja tego utworu wyraźnie nawiązuje do Etapów. Pojawia się też wokal. Ten fragment można określić jako Tour De France Etape 4.

6. Vitamin

Podstawą zdrowia jest nie tylko aktywność fizyczna ale też i dobrze zbilansowana dieta, bogata w stosowne składniki odżywcze. A że muzykę konsumuje się uchem (wielka niespodzianka) to dostaliśmy na płycie porcję Vitamin. Dość solidna bo aż 8 minutowa porcja.

Rytm przypomina brzdąkanie w garnek. Dość dziwna, wesoła, lekko zwariowana (pozytywnie oczywiście). Czuć jak tabletka z suplementem diety rozpuszcza się przed oczami słuchacza (rozpuszczająca się tabletka pojawia się na ekranie podczas koncertu jak grają ten utwór). Skoczna melodia i rytm pełen dziwnych smaczków. Nieco taneczne i budzące uśmiech. Witaminki dla każdej dziewczynki (i Słoneczka). ;) Szalone jak Music Non Stop. A tytułowe witaminy są w tytule piosenki i oczywiście w treści (pojawia się biotyna czyli witamina B7 zwana także witaminą H).

Porcja zdrówka specjalnie dla Słoneczka Agnieszki ;)

7. Aero Dynamik

Mocne basy i potężna dawka rytmu. Bardzo dynamiczny utwór o "lśniąco"-brzmiącej melodii (dźwięk może się błyszczeć, ja to widzę i słyszę - a com widział - opisuję niczym wieszcz). Piosenka śpiewana po francusku choć dałoby się ją łatwo przełożyć na polski (np. jedna ze zwrotek po polsku by brzmiała: pozycja - taktyka - aerodynamika). Bardzo wciągający utwór. Sporo się w nim dzieje a i fani basu oraz bitu znajdą tu coś dla siebie.

8. Titanium

Wychodzi z poprzedniego utworu i stanowi niejako jego kontynuację. Nowy tekst, nowa melodia, nowy rytm. Jeden ze słabszych momentów na płycie. Nawet ciężko jest mi go opisać. Na końcu się robi ciekawiej bo powraca do klimatów z poprzedniej kompozycji.

9. Elektro Kardiogramm

Bicie serca, oddech. Można poczuć prawdziwą jedność z Ralfem Hutterem, wokalistą i klawiszowcem zespołu. Delikatna, przyjemna ale krótka melodia pojawia się od czasu do czasu. Dominuje bicie serca (w charakterze basu) i rytm. Jedyna piosenka śpiewana po angielsku na tej płycie (inne są po francusku). Pojawia się także brzmienie stylistycznie zbliżone do organów (tak mi się kojarzy) - np. gdzieś na początku trzeciej minuty.

10. La Forme

Najdłuższa kompozycja na tej płycie. 8 minut 40 sekund. Utwór nabiera głębi z każdą sekundą. Jest jedną z najlepszych kompozycji zespołu w ogóle. Główny rytm stanowi pętla, w którą jesteśmy wciągani od samego początku. Melodia jest niezwykle charakterystyczna, skromna i jednocześnie piękna. Tekst - znowu po francusku, na dodatek śpiewany "głosem robota". Melodia tego utworu jest niesamowita. Nawet nie czuć jak ten czas leci jak się słucha. Nowocześnie i przyjemnie.

11. Regeneration

Ciąg dalszy La Forme. Kontynuacja delikatnej, klawiszowej melodii wieńczącej poprzedni utwór. Doszedł nowy tekst. Nie jest tak rewelacyjne jak poprzednie ale także miłe w odsłuchu.

12. Tour De France

Klasyk z 1983 roku w nowej odsłonie. Całość brzmi znacznie łagodniej i delikatniej. Nie odbiega od brzmienia klasyka poza tym odświeżeniem. Świetny finał płyty.

Tour De Recenzja etap 3 ;)

Połączenie kraftwerkowskiego brzmienia z zamiłowaniem do jazdy na rowerze odniosło pozytywny skutek. Tour De France (Soundtracks) to udana płyta. W zasadzie tylko Titanium i Regeneration są jej słabymi punktami. Choć na tą płytę fani czekali od 1991 roku (The Mix) to dostali oni produkt, który jest nowoczesny i spełnia współczesne standardy. Jest to jedyna płyta zespołu, gdzie dominującym językiem jest francuski. Nie każdemu może się to podobać. Zespół skręcił na nowy etap w swojej historii i w praktyce tkwi na nim do dziś. Choć teraz rower, który jest symbolem tego etapu, jest już trójwymiarowy, to jednak wciąż jest to tylko rower.

Chrono - czyli takie fikuśne post-scriptum

Tytuł ten wybrałem ze względu na to, że pierwsze kilka utworów tworzy niejako jedną, spójną całość. Tak też były wykonywane na koncertach (choć w nieco okrojonej postaci).

Zdaję sobie sprawę, że etap 3 niniejszej recenzji czyli podsumowanie jest naprawdę kiepskiej jakości. :( Nic lepszego nie jestem w stanie napisać.

środa, 15 czerwca 2016

15.06.2016 - Nadchodzi nowe...

Po raz kolejny doświadczam nudy w pracy. To bardzo dobra rzecz wbrew pozorom - ostatecznie dzięki nudzie (porannej) powstała np. ostatnia recenzja (Tangerine Dream - Rockoon, 1992). Teraz niewiele jest w stanie mnie oderwać od słodkiego lenistwa ze słuchawkami w uszach, w związku z czym powstaje niniejsza recenzja. Być może będę musiał ją skończyć w domu ale i tak bywało, gdy pisałem teksty podczas zajęć na studiach magisterskich.

Przedmiotem dzisiejszej recenzji będzie coś zupełnie nowego na moim blogu. Ostatnio często słucham Clan Of Xymox, który to zespół poleciła mi znajoma z zagranicy. Od kilku dni zapoznaję się z ich dyskografią. Jak na razie - nie jest źle. Muzyka tego holenderskiego zespołu krąży między synthpopem z elementami rocka (1szy album) a jakimiś bardziej współczesnymi brzmieniami (4ta płyta zespołu). Całość jest dość zróżnicowana i jak dla mnie - stanowi miłą odmianę, choć średnio przepadam za piosenkami. Cóż, chyba się to zaczyna zmieniać. ;)

Postanowiłem zrecenzować debiutancki album zespołu, zatytułowany po prostu "Clan of Xymox" (1985). Zdobył on moje zainteresowanie na tyle mocno, że słucham go niemalże codziennie - jak nie w całości to w wyborze.

Płytę tą zespół nagrał w składzie uważanym za najlepszy: Pieter Nooten, Ronny Moorings (jedyny członek z oryginalnego składu, który rozpadł się po czwartej płycie zespołu). 



Muzycznie, zespół łączy elektroniczne, synthpopowe brzmienie z domieszką czegoś nowocześniejszego, udziwnionego rocka (tak... dla mnie wszystko z gitarą to rock :D ) i czegoś mrocznego. Całość jest bardzo rytmiczna i nawet taneczna zaś wszystkie piosenki są śpiewane po angielsku. Jeśli mnie kojarzycie to zapewne wiecie, że czasem lubię posłuchać Depeche Mode. Przy pierwszym odsłuchu właśnie do DM porównywałem tą muzykę - szczególnie do mrocznej "Black Celebration" z 1986. Na płycie jest zamieszczonych 8 piosenek zaś większość z nich trwa ok 5 minut.

1. A Day

Zniekształcone smyczki i industrialne efekty. Czuć "niegrzeczną" elektronikę (a może to są gitarowe efekty?). Następnie zespół włącza energetyczny bit i bas a potem charakterystyczny motyw na gitarze, wspierany i uzupełniany przez znane z początku brzmienie smyczkopodobne. Ok. 1:58 zespół gra nieco w stylu DM. Zmiana rytmu. Cały czas utwór sprawia wrażenie szorstkiego i drapieżnego. Pojawia się wokal, dość głęboki męski głos. Ok. 3:30 - jakiś przerywnik, po którym zespół przechodzi do powtórzenia specyficznego motywu granego na gitarze elektrycznej (można go pomylić z syntezatorem). Później, przy powtórzeniu zwrotki, całość uzupełniona jest przez eteryczne chórki (elektroniczne). Szybki, mocny utwór na dobry początek. W zasadzie nie zwalnia aż do samego końca.


Utwór rozpoczyna się od "brudnych" chórków i perkusji. Melodia zdaje się brzmieć jak typowy synthpop, coś w stylu wczesnego OMD. Znacznie łagodniejsza piosenka od poprzedniego. Smutny tekst, choć trochę głos wokalisty nie bardzo pasuje. W tle słychać gitarę elektryczną. Przyjemna nutka, pozbawiona eksperymentalnego brzmienia.


Początek jako żywo mi się kojarzy z wariacją na temat "Lie To Me" Depechów (z albumu "Some Great Reward", 1984). Po chwili pojawia się wspaniały, romatyczny motyw klawiszowy. Jedna z moich ulubionych piosenek. Jeszcze raz tekst jest smutny. Przy refrenie całość przyśpiesza i staje się bardziej energetyczna oraz dynamiczna. Słychać i czuć basy. Wszystko wciąż jest stosunkowo łagodne przy mocnym początku tej płyty. Pod koniec słychać eksperymentalne brzmienie gitary. Utwór się kończy tym romantycznym motywem ale muzycy nałożyli na niego mroczne, złowieszcze chórki.


Kolejny energetyczny utwór, z wyraźną linią gitary basowej i z mrocznym brzmieniem. Melodia i rytm jest uzupełniana przez smyczki, jakby zespołowi asystowała orkiestra smyczkowa. Ok. 1:45 słychać gitarową część. Ok. 2:40 muzyka znacznie przyśpiesza, choć brzmi cały czas podobnie.


7.40. Najdłuższy utwór na tej płycie. Bardzo tajemniczy początek. Dużo ponurych dźwięków i smyczków. Muzycy tworzą nastrój grozy i niepokoju. Po chwili robi się coraz dziwniej - dochodzą zniekształcone głosy z Piekła rodem. Atmosfera niepokoju i strachu się zagęszcza. Tajemnicze klawisze brzmiące znikąd. Ok. 2:20 muzyka staje się rytmiczna a nawet nieco agresywna. Cały czas jej towarzyszy eteryczność (groza). Skojarzenia z brzmieniem pierwszego utworu są uprawnione. Intensywny, "technoidalny" rytm połączony z tajemniczością chórkowego tła. Przed 5 minutą utwór zyskuje pazur, staje się bardziej agresywny. Wówczas wchodzi tajemniczy, nieco zawodzący wokal. Nieco dziwny utwór ale mnie się podoba. Dość ciekawy. Na końcu sporo udziwnień, jakieś zniekształcone głosy bądź sample, "zawodzenie duchów". A za oknem "dubstep" - remontują coś przy sądzie, gdzie pracuję... ;)

6. Equal Ways

Kolejna piosenka, tym razem słuchana już w domu. Po raz kolejny mamy mroczne i tajemnicze barwy dźwięku. Towarzyszą im smyczki. Na tym tle słychać wokal. Po chwili pojawia się sekwencerowopodobny bas i perkusja. Słychać także elektroniczne pomruki. Całość ma dość smutny ton. Pod koniec nagle słychać hałasy elektroniki i utwór przyśpiesza, staje się weselszy oraz żywszy. Dość interesująca kompozycja.

7. 7th Time

Piosenka śpiewana przez kobietę. Mocna i dość agresywna w brzmieniu. Właśnie jej jest najbliżej do rocka. Głos wokalistki brzmi bardzo eterycznie, jakby to duch śpiewał. Wyraźny, jakby wzmocniony bas. Klawisze pełnią rolę uzupełniającą i rzadko się wybijają na pierwszy plan. Piosenka ta wyróżnia się na płycie właśnie swoją mocą.

8. No Human Can Drown

Na koniec płyty - bardzo krótka piosenka (niecałe 3,5 minuty). Łagodny, rozmarzony, delikatny synthpop ale czuć bas. Piękne klawisze. Wokal podobnie rozmarzony i łagodny, na tyle na ile głos tego wokalisty może brzmieć w ten sposób. W drugiej części piosenka staje się bardziej agresywna i twardsza brzmieniowo by powrócić do swoich typowych klimatów. Taki pozytywny akcencik na końcu, zwłaszcza gitarowe zakończenie utworu.

Wspaniała, ciekawa brzmieniowo płyta. Przyjemnie mi się tego słucha. Średnio mi się podoba głos wokalisty ale zawsze mógł śpiewać po holendersku (czyli "pijany Niemiecki"). Choć dominują tu mroczniejsze brzmienia, jest kilka bardziej optymistycznych, jaśniejszych utworów (No Words, No Human Can Drown). Zespół w ciekawy i interesujący sposób połączył i zmieszał synthpopową stylistykę z mroczniejszymi, gotyckimi klimatami. Warto posłuchać, chociażby z ciekawości. Moim zdaniem, jest na czym zawiesić ucho na tej płycie.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

13.06.2016 - Grupa Rockoona

Pomyślałem, że w pracy spiszę swoje wrażenia związane z porannym odsłuchem wybranego dzisiaj albumu "Rockoon" (1992) autorstwa Tangerine Dream. Jest to album nad którym zespół spędził nieco ponad rok na nagrywaniu go. Dwa lata wcześniej z zespołu odszedł Paul Haslinger, który grał w TD od 1986 (Underwater Sunlight) roku. W 1992 podczas sesji nagraniowych uczestniczyła przede wszystkim rodzina Froeseów (Edgara oraz jego jedyny syn, Jerome), wspomagani przez innych muzyków sesyjnych.


Rockoon, 1992, Miramar - okładka wydania amerykańskiego

Choć album osiągnął pewien sukces, zwłaszcza w USA, gdzie został wsparty trasą koncertową (z której to wydane zostały dwa albumy: 220 Volt Live z 1993 roku oraz Arizona Live '92 z 2004 roku, który prezentuje cały koncert ze wspomnianej amerykańskiej trasy). Sukces albumu można wyrazić i potwierdzić poprzez jego notowania na różnorakich listach przebojów - akurat Rockoon znalazł się w Top 10 rankingu Billboard dla muzyki New Age i Top 20 dla Jazzu. Został ponadto nominowany do prestiżowej nagrody Grammy w kategorii "Najlepszy album New Age w 1992 roku". Warto wspomnieć iż nie jest to jedyna płyta Tangerine Dream, która została nominowana. Zespół jednak nigdy nie otrzymał nagrody. Przy okazji, wspomniany 220 Volt Live (1993) także został nominowany (w kategorii najlepszy instrumentalny rock w 1994 roku - za znajdujący się na tej płycie cover Purple Haze autorstwa Hendrixa, który TD grali na bis w 1992 roku i później).

A skąd się wziął tytuł tej recenzji? Nie jest żadnym fantazyjnym wymysłem mojej chorej (?) wyobraźni a jedynie stosowną parafrazą tytułu starożytnej rzeźby "Grupa Laokoona". Na pomysł ten wpadłem w pracy. Skojarzyło mi się to z tytułem omawianego w tej recenzji albumu.

Z Wikipedii - Grupa Laokoona
Album trwa prawie godzinę. 11 utworów o raczej krótkich czasach trwania (ok. 5 minut), choć są 2 wyjątki (7,5 - 8,5 minut). Całościowo rzecz ujmując, nagrania te nie powalają. Czuć wyraźny spadek jakości muzycznej. Muzyka nie inspiruje i nie czaruje. Ot, zwykłe "słuchadło". Gdyby nie było napisane, że to jest album Tangerine Dream, wielu ludzi mogłoby nawet tego nie odczuć. Całość jest rytmiczna i melodyjna choć raczej bezbarwna i po dłuższym czasie się nudzi. A najnudniejszy jest tytułowy utwór. Zupełnie nieciekawy. W zasadzie poza kilkoma utworami nie ma na co zwrócić tu uwagi.

Te wybrane kompozycje to: "Big City Dwarves", "Red Roaster", "Touchwood" (choć wolę zremixowaną wersję z płyty The Dream Mixes z 1995 roku), "Lifted Veil" (szczególnie początek) i "Penguin Reference". Do listy tej, można dodać jeszcze "bonusowy" utwór, obecny na każdym głównym wydaniu tej płyty, - "Girls On Broadway". W sumie 6 na 11 utworów. Około połowy płyty. Reszta to najwyżej średniej jakości wypełniacze.

Podczas słuchania "Rockoon" (1992) nie odczuwałem żadnych specjalnych emocji. Album ten nie dostarczył mi także żadnych wyjątkowych wrażeń przy odsłuchu. Jest raczej nijaki. Jako 11-sto utworowa całość, nie wyróżnia się na tle innych płyt zespołu.

Co do koncertów, to poza 1992 rokiem (USA) i 1997 (Europa, w tym Polska), zespół w ogóle nie wracał na koncertach do tych nagrań. Trudno się temu dziwić - w swojej przebogatej i kolosalnej dyskografii spokojnie znalazłoby się wiele lepszych albumów, nawet z lat 90-tych (np. Mars Polaris z 1999 czy wspomniany wcześniej The Dream Mixes z 1995).

Ocena tego albumu jest łatwa. Zespół w zasadzie zmarnował czas i energię na nagrywanie tej płyty. Amerykańscy fani zespołu pewnie mają o niej lepsze zdanie niż ja - zwłaszcza iż zespół po kilku latach powrócił do USA (poprzednie koncerty w USA odbyły się w 1988 roku i promowały album Optical Race, wydany także w 1988 roku. Notabene, warto wspomnieć o wydanym w 2003 roku albumie Rockface prezentującym prawie kompletny koncert z trasy z 1988 roku: CD 1 i CD 2 ). Jak to często bywało, koncerty do 1992 roku włącznie, były bogato przeplatane nowym, niepublikowanym materiałem. Ten z 1992 roku ukazał się na "220 Volt Live" (1993), który może stanowić, wraz z wspomnianym wcześniej "Arizona Live '92" (2004), ciekawe uzupełnienie omawianego "Rockoon" (1992).

Niestety, sam "Rockoon" rozczarowuje. Całościowo rzecz ujmując, to co najwyżej mocno średnia płyta. Bardzo rzadko jej słucham. Choć są na niej zawarte także i porządne (wśród tej raczej bezpłciowej i nudnej jak flaki z olejem masie) kompozycje to same one nie wystarczą do wyciągnięcia bardziej pozytywnych wniosków i ocen. "Rockoon" bowiem można streścić bardzo krótko: nuda.

Sam album ocenilbym na max 2+, może 3- (dzięki tym porządniejszym kompozycjom). Zespół osiadł na mieliźnie. To jeden z jego najsłabszych punktów w dyskografii. Nic dziwnego, że po 1997 roku nigdy nie wrócili już do tej płyty podczas swoich licznych koncertów. Nie przypominam sobie innego albumu, poza nowym nagraniem Optical Race (2003) z podobnie niską oceną. Nawet niższą bo tam oceniłem tą próbę odświeżenia dość udanego, moim zdaniem, albumu z 1988 roku na 1+. Powinienem jeszcze raz do niej sięgnąć i zweryfikować swoje poglądy - może "Rockoon" jest słabszy? W każdym razie nawet bez zbędnych porównań album ten po prostu rozczarowuje.

niedziela, 12 czerwca 2016

12.06.2016 - Mandarynki w sosie fantasy

Co jakiś czas słucham czegoś z TD. Ostatnio nawet częściej sięgam po TD niż po SBB. Ostatnio, w sobotę (11.06.2016) włączyłem sobie muzykę Tangerine Dream skomponowaną do filmu Legend (1986). Film został wyreżyserowany przez Riddleya Scotta, znanego m.in z serii Alien (Obcy) czy z Łowcy Androidów (Blade Runner, z soundtrackiem zrobionym przez Vangelisa) lub z nowszych - The Martian (Marsjanin), który z przyjemnością obejrzałem z rodziną na kinie domowym. Pomyślałem sobie wtedy by napisać kiedyś recenzję tej płyty zwłaszcza, że muzykę filmową w wykonaniu TD raczej pomijałem. Dzisiaj nastało to "kiedyś".

Może mnie wzięło po seansie Warcrafta w kinie i postanowiłem posłuchać czegoś w klimatach fantasy? A chyba tylko to miałem. :)

CD, 1995

"Legend" jest filmem fantastyczno-przygodowym. Jak zwykle - walka dobra ze złem. W dwóch wersjach: europejskiej, z muzyką Jerrego Goldsmitha, i amerykańskiej - z muzyka nagraną przez Tangerine Dream. Zespół ten, choć potrafił barwnie i ciekawie grać, nigdy nie słynął z bajkowych brzmień. Czy wbrew swojej legendzie, jego baśniowy soundtrack będzie udany?

Na youtube w całości jest tylko nieoficjalne wydanie muzyki filmowej, zawierające także inne utwory wykorzystane w filmie. Będę więc linkować poszczególne utwory.


Łagodne, bajkowe dźwięki zapraszają do wysłuchania całości. Wchodzimy do elektronicznej krainy czarów. Po krótkiej chwili muzyka staje się bardziej tajemnicza i mistyczna. Nabiera czarnych rumieńców (oczywiście w pastelowych barwach). Czuć ten rodzący się mrok w baśniowym wydaniu. Ostatnia minuta przykuwa uwagę słuchacza - coś dzieje, jakaś akcja na ekranie.


Cottage Cheese to serek wiejski po angielsku. Czyli.. wiocha. ;) Muzyka przedstawia sielską, wiejską idyllę. Raj chłopa. Pola szumiące, chleb zbożem pachnący. Wokół las wraz z nieodzownymi leśnymi duszkami, driadami, polanami goszczącymi jednorożce oraz elfy (niekoniecznie te nocne, z uniwersum Warcraft). Słychać także płynący i szemrzący strumyk. Kraina dobrobytu, pełnia szczęścia oraz oczywiście mlekiem i miodem płynąca. Wyraźnie słychać, że nad naszym rajem zbierają się ciemne, mroczne chmury.


Utwór otwierają dźwięki znane z innego utworu zespołu (Yellowstone Park (Rocky Mountains) z albumu Le Parc z 1985 roku) ale melodia przybiera inny, bardziej bajkowy kształt. Nabiera wróżkowych barw. Nawet słychać jak całość lśni, uzupełniona wspaniale połyskującą gitarą. Świetna kompozycja. Niestety, także jednorożec został dotknięty spaczeniem i staje się mroczniejszy (podobnie jak Orkowie ale to zupełnie inna historia). Kolejna porcja mrocznego dynamizmu. Taniec złych chochlików? 


Powtórka końcowego motywu z poprzedniego utworu ale wzbogacona o nowe dźwięki. Gobliny i ich zamiłowanie do maszynerii. Sterowce. Bomby. Kaboom. Za dużo Warcrafta i wspomnień u mnie. ;) W każdym razie dźwięki te jako żywo przypominają baśniowe machinarium apokalipsy. Groźne i niebezpieczne, negatywnie usposobione do wszystkich jednorożców, elfów i innych słodkości (w tym zapewne też Słoneczników i Słoneczek). Maszynowy wymiar mroku muzycznego.


Od samego początku czuć tajemnicę i baśniowy klimat. Wróżki coś robią. Słychać dużo dzwoneczków. Po chwili utwór ten brzmi jak jakiś mistyczny, bajkowy taniec wróżek. Wróże męskie czują się dyskryminowane. Na końcu - obligatoryjna szczypta mroku.


Piosenka skomponowana przez TD a zaśpiewana przez Jona Andersona (z zespołu Yes). Brzmi jak wariacja utworu 3 z tej płyty (Unicorn Theme). Łagodny, baśniowy, delikatny klimat. Także i tu pojawia się gitara. Wspaniałe klawisze. Nie przeszkadza mi wokal. W połowie utwór staje się jeszcze bardziej bajkowy i rozmarzony a następnie przechodzi w miły dla ucha fortepianowy pokaz łagodności, z odrobiną orkiestracji. Podobają mi się te orkiestralne dodatki. Zespół nie współpracował z orkiestrą przy tym. Więcej elektroniki pojawia się po 4 minucie - w nieco mrocznym i tajemniczym brzmieniu, niejako w opozycji wobec reszty tej piosenki. W tle słychać kolejna odsłonę rajskiego motywu, wzbogacone o fletopodobne akcenty. U wrót niebios chciałbym usłyszeć to brzmienie. Jest po prostu boskie. Strasznie mi się podoba.


Kolejny raz zespół korzysta z mrocznych, sugestywnych brzmień, kreując poczucie tajemnicy i pewnego stopnia niepokoju u słuchacza. Mroczne fantasy. Utwór ten brzmi bardzo repetytywnie i spokojnie mógłby być skrócony o jakąś połowę. Może w filmie jest wykorzystany tylko fragment.


Z ciemności wyłania się mistyczna, tańcząca grupa. Melodia jest wesoła oraz wzbogacona o elektroniczne chórki. Ta kompozycja z kolei brzmi nieco zabawnie aczkolwiek wciąż jest przyjemna.


Dźwiękowe ucieleśnienie mroku. Bagna gdzieś na Azeroth, zamieszkane - a raczej okupowane - przez Orków. Przepraszam, znowu mi odbiło - takie miałem skojarzenia, powstałe na bazie dźwięków. :) Piękny instrumentalny pean dla Najmroczniejszego. Tajemnica, groza, strach, przerażenie - tymi słowami można opisać nastrój tego utworu. Nie mogło tu zabraknąć udźwiękowienia ciemności, której wręcz nadużywam przy opisie tej płyty. Końcówkę mogliby sobie darować. Jest zbędna. I trudna do opisania.


Na koniec - dwa utwory w jednym. W tym kolejna odsłona Motywu Jednorożca. Miodzio. Tym razem mamy więcej elementów baśniowo-bajkowych w brzmieniu. "Kuchnia" jest bardzo dynamicznym utworem, z wyróżniającą się sekwencją. Warto się w niego wsłuchać i odkryć szczegóły. Szkoda, że nigdy nie zagrali tego na żywo. Może budzić skojarzenia z "Elvish Sequencer" Klausa Schulza (bonus do jego płyty En=Trance, bodajże z 1988). Słychać tu także nieco gitary. Dynamiczna, pełna życia kompozycja wzbogacona nutką mroku na końcu.

Stąd zespół przechodzi w krótką odsłonę Unicorn Theme, która trwa zaledwie 1,5 minuty. Brzmi w zasadzie identycznie jak początek pełnej wersji ale wydaje się być bogatszy w brzmieniu. Ten sam fragment wyraźnie wybrzmiewa w Loved By The Sun. Delikatne, smyczkowe zakończenie (oczywiście są to elektroniczne smyczki).

"Legend" jest albumem który został stworzony z zupełnie innym zamysłem. Jest to ilustracja do gotowego już materiału. Odczucia powstałe w związku z filmem bądź scenariuszem do niego zostały przelane na dźwięki. Klimat obrazu więc rzutuje na klimat muzyki.

Uważam iż Tangerine Dream w składzie Froese-Franke-Schmoelling znakomicie sobie poradzili ze zilustrowaniem swoją muzyką filmu. Wyraźnie wybrzmiewa tu mrok (np. Darkness czy Blue Room), choć nie brakuje także bajecznych (w różnym tego słowa znaczeniu) motywów typu Unicorn Theme czy Cottage. Docenić należy także świetnie zaaranżowaną piosenkę (Loved By The Sun), przygotowaną na podstawie Unicorn Theme.

Ciekawa pozycja w kinematograficznej części dyskografii zespołu. Na pewno się wyróżnia. Jest tu mnóstwo pięknych i miłych dla ucha motywów. Najbardziej znanym fragmentem z tej płyty jest Unicorn Theme i jego pochodna - Loved By The Sun, m.in dzięki okazjonalnym wykonaniom Unicorn Theme podczas koncertów zespołu (pojawiał się już w 1986 roku).

Zdecydowanie polecam. Najlepiej razem z filmem (którego jeszcze nie widziałem). Choć może płyta, jako fizyczny nośnik, jest raczej dla tych bardziej zaawansowanych fanów, to kilka miłych dla ucha melodii spodobać się może każdemu.

wtorek, 24 maja 2016

24.05.2016 - Wschód Księżyca - ponowny rzut uchem

Dzisiaj rano w drodze do pracy włączyłem sobie coś, czego rzadko słucham - "Moondawn" (1976) Klausa Schulze. W zasadzie odsłuch był bezproblemowy, mimo niewyspania (tylko 5 godzin snu). Pomyślałem, że może napiszę na blogu co nieco - w końcu od ostatniej recenzji minęły całe wieki... 2 dni .;) Jest to ponowna recenzja tego albumu, tym razem sporządzona jakiś czas po odsłuchu. Zapraszam do zapoznania się z pierwszą recenzją tej płyty tutaj: Słoneczny Wschód Księżyca . Dla Słoneczek - lektura obowiązkowa oczywiście. ;)

Okładka recenzowanej płyty.

Na początek - nutka historii. Choć dla Schulza "Moondawn" to początek międzynarodowej, elektronicznej sławy to nie jest to jego debiutancki album. Muzyk ten zaczął nagrywać własne albumu od bodajże 1972 roku (Irrlicht - jego debiut). Jego pierwszą sławną płytą był "Timewind" (1975). To właśnie wtedy młody wówczas artysta rozpoczął swoje pierwsze solowe koncerty. W zasadzie o nim można powiedzieć, że jest multiinstrumentalistą, choć przede wszystkim jest klawiszowcem. Z tego co wiem, to w swojej młodości grał na gitarze a później zaczął grać na perkusji w różnych zespołach (w tym w Tangerine Dream, gdzie bębnił na ich debiutanckim albumie, Electronic Meditation z 1970). Mimo iż wszystkie ważniejsze zespoły w jakich się Klaus Schulze udzielał były dość znane w Niemczech (np. Ash Ra Tempel, już po Tangerine Dream) to jednak dopiero własne, solowe nagrania przyniosły muzykowi prawdziwą sławę.

"Moondawn" tworzą dwa utwory: "Floating" i "Mindphaser".Każdy z nich jest niezwykle rozbudowany i długi - odpowiednio 27 i 25 minut. Brzmią pozornie monotonicznie i jednostajnie ale wbrew pozorom, jak ktoś się uważnie wsłucha to wyczuje, że coś się jednak dzieje w tej muzyce. A długość u Schulza to w pewnym sensie "znak rozpoznawczy" - bardzo często jego utwory są długie i rozbudowane.

"Floating"

Utwór ten otwiera arabski głos. O ile dobrze pamiętam, jest to modlitwa "Ojcze nasz" w jakimś dialekcie języka arabskiego. Bardzo kontrowersyjne, jeśli spojrzymy na to z dzisiejszej perspektywy kryzysu uchodźczego. Następnie utwór powoli i delikatnie maluje przed nami scenkę krajobrazową: ciemna noc, jasnoświecący Księżyc, którego światło odbija się w małym jeziorku w lesie, stworzonym z wody spadającej z wodospadu. Ktoś się modli... i po ok. 8-10 minutach modlitwy i medytacji zostaje porwany przez UFO. Wówczas muzyka zaczyna nabierać rumieńców i życia. Włącza się sekwencer a modlący się pielgrzym odlatuje albo z kosmitami, albo w modlitewno-medytacyjnym transie. Jego dusza unosi się ponad wszystkim. Muzyka jest bardzo dynamiczna i żywa zaś samo brzmienie sekwencera co jakiś ewoluuje. Dużo tu efektów. Pojawia się także perkusja (Grosskopf, Schulze jest zbyt zajęty klawiszami). Pewne brzmienia mogą być nawet uznane za elektroniczną parodię gitary ! W pewnym momencie, mniej więcej gdzieś w środku tej kompozycji, pojawia się piękne, szklane - a może kryształowe - solo klawiszowe. Muzyka jest barwna i naprawdę szybka. Mamy nawet symulację turbulencji. Od momentu jak się utwór rozkręci - to jest uaktywnienia się sekwencera - można zapomnieć o upływie czasu aż do końca tego kawałka. Jedna z najlepszych kompozycji Schulza z lat 70.

"Mindphaser"

Dla mnie jest to bardzo trudny do słuchania utwór. 25 minut - a w zasadzie jego pierwsze 5-10 minut - przedłuża się do godziny. Jest to także przeszkoda i odpowiedź na pytanie dlaczego rzadko słucham "Moondawn". Ten utwór z kolei jest jeszcze bardziej łagodny i delikatny niż jego poprzednik Wymaga niesamowitej uwagi i koncentracji od słuchacza by później głośno i mocno wybuchnąć w swój charakterystyczny, nieco psychodeliczny sposób. Oczywiście o ile się nie zasnęło podczas bardzo długiego wprowadzenia. Po nim następuje krótka część przejściowa a następnie głośna i szalona, dzika oraz muzycznie wyuzdana ostatnia sekcja. W niej jest dużo "gitary" i organopodobnych brzmień. Jest mnóstwo efektów specjalnych a także dużo perkusji. Koniec jest dość nagły. Gdyby nie ostatnia część tego utworu, całość możnaby zaklasyfikować jako ambient.

"Moondawn" jest przede wszystkim znanym albumem właśnie ze swojego pierwszego utworu - dynamicznego i sekwencerowo-kultowego "Floating". To właśnie ten utwór jest pierwszym wcieleniem "berlińskiego" stylu Klausa Schulze. Niestety, drugi utwór zdaje się być tylko z konieczności dorzuconym dodatkiem by wypełnić płytę. Jest sporo słabszy i bardzo męczący w odsłuchu (dla mnie). Piękny (zwłaszcza to ambientowe intro) ale i jednocześnie zbyt dziki dla mnie do ujarzmienia (trudności w odsłuchu, sekcja 3 to właściwie udźwiękowienie słowa "dzikość"). Zdecydowanie nie jest to muzyka dla każdego. Rozbudowane, ok. 25 minutowe kompozycje są zbyt trudne w odsłuchu dla przeciętnego słuchacza. Ale przecież muzyki elektronicznej, zwłaszcza w tym, Schulzowym wydaniu, słuchają tylko jednostki nieliczne i wybitne. ;) Takie jak ja - przyszły doktor. ;)

niedziela, 22 maja 2016

22.05.2016 - Hofors 1975 czyli SBB premierowo ponownie na moim blogu

Dzisiaj będzie wyjątkowa recenzja ! Z wielu powodów. Po pierwsze - płyta, którą dzisiaj chcę Wam przedstawić to absolutna premiera ! Ukazała się zaledwie kilka dni temu, w zeszły piątek (20.05.2016). Można było ją zamówić ok. tydzień wcześniej w sklepie internetowym wytwórni. Po drugie - na płycie zawarto nieopublikowany do tej pory materiał. Po trzecie - SBB "nieumoogowione" (czyli z Józefem Skrzekiem w dość skromnej oprawie klawiszowej) zawsze miło posłuchać. A po czwarte i ostatnie - prawdopodobnie (na 99,9%) ta recenzja jest / będzie pierwszą recenzją tego albumu ! 4 powyższe powody przemawiają za tym abyście zostali ze mną i czytali dalej. ;)

Nie podałem jeszcze tytułu płyty ale może niektórzy z Was już coś kojarzą. SBB niedawno wydali nowy album. Nazywa się on "Hofors 1975" i prezentuje zupełnie nowe, nieznane nagranie z koncertu w szwedzkim Hofors (maj, 1975 rok, dokładna data nieznana). Z tej samej płyty zespół wydał już sporo wcześniej inne nagranie (Karlstadt) ale taśma z Hofors została dopiero niedawno odkryta.

Okładka płyty. Wyd. GAD Records, 2016

Aby zaostrzyć Was apetyt, posłużę się małą naklejką naklejoną na folijkę od płyty. Jest to zupełnie nieznany i niepublikowany wcześniej, improwizowany materiał. Co prawda jest tego tylko 40 minut ale... 40 minut nagrane z wykorzystaniem organów Hammonda, fortepianu i Davolisinta ! Oraz oczywiście gitary (Antymos Apostolis) i perkusji (Jerzy Piotrowski).

Jak pewnie pamiętacie moje recenzje debiutu SBB bądź "Nowy horyzont", lubię to nietypowe, dziwne brzmienie Davolisinta. Nieco Davolisinta zapewnie znalazło się i na koncercie we Wrocławiu (Live Jazz Nad Odrą 1975). Czy nowe nagranie z Hofors będzie w stanie dorównać tym płytom? Które oblicze SBB będzie bliższe - "rozrockowane" SBB 1 czy bardziej wyważone (ale też rockowe) "Nowy horyzont" ? Zaraz się o tym przekonacie. Płytka została właśnie przeze mnie przegrana na mojego iPoda.

Próbek muzycznych na Youtube nie ma. A szkoda gdyż zespół po prostu... odleciał ! ;) To jest, totalnie improwizował. Pełen odlot, mnóstwo muzycznych wizji. ;) A moja słoneczna Babe z "I Need You, Babe" przeczyta tą recenzję po napisaniu. ;)

Płyta składa się z dwóch utworów. Łącznie trwają ok. 41 minut. W sam raz dla winyla, na którym nieco później ukaże się ten album. Tytuły obu kompozycji zapowiadają iż może to być dwuczęściowa suita - jeden utwór ale rozbity na dwie części.

1. Works in Iron I

Jakieś próby (?) a może poszukiwanie jakiegoś "dźwięku startowego". Nic się nie dzieje. Pozornie oczywiście. Słychać perkusję. Jerzy zarzuca bit. Słychać dziki i groźny pomruk sprzętu. A nawet basy. Syntezatory skrzęczą ponuro na tle nieco-hiphopowego bitu. Potem do głosu dochodzi gitara. Jest dość cicha i nie wyróźnia się. Szalony syntezator w tle basuje. Luz blues. Józef coś śpiewa ale dość nieudolnie, może próbuje wymyślić coś na żywo. Słowa układają się w coś znajomego (na koncercie w Getyndze coś podobnego jest). Coraz fajniejsze te klawisze. Muzycznie się poprawia. Dominują organy / Davolisint. Gitara raczej średnio jest słyszalna, choć słychać jak drapie. 4.30 - piękne klawisze. Czuć ten improwizacyjny luz. Pojawia się nawet brzmienie podobne do sekwencera. Albo lekko nawiązujące. Józef bawi się palcami. Ostra, wesoła "palcówka". Bardzo barwne dźwięki przy tak ubogim instrumentarium. Duży nacisk na klawisze. Silna dominacja Józefa, choć muzycy grają razem a nie osobno. To czuć. Antymos dodaje całości takiego skrzeczącego, nieoszlifowanego brzmienia. 6-7 minuta - nie trzeba Minimooga do niesamowitych solówek. Cudowne, szalone, zwariowane klawisze. 8:27 - zmiana rytmu. Skrzek schodzi niżej i niżej... za to wznosi się Antymos ze swoją gitarą, która podkreśla i uzupełnia szaleństwa Józka. Początek 9 minuty - miód na moje uszy. Niesamowite brzmienie. Wesołe basy i drapieżna gitara. W 10 minucie to samo. Improwizacja toczy się dalej. Ten fragment może kojarzyć się bardziej z "Nowym horyzontem" niż z kultową jedynką. Nagle SBB zwalnia... kończą? Przerwa? Nie.. zmiana rytmu na wolniejszy. Kosmiczne organy na tle dość spokojnej perkusji. No i wokal Józefa. Gitara od czasu do czasu pobrzękuje. Nie łka. To nie ten kawałek ("While My Guitar Gentle Weeps" Beatlesów). ;) Nie można się nudzić słuchając tego nagrania. Coraz więcej gitary, jest ona odważniejsza. 14 minuta - jeszcze łagodniej a po chwili zespół wybucha, choć nie z pełnią swojej mocy. 15:30 - zespół kończy z organami i.. zapodaje krautrockowe z lekka brzmienie. Kraftwerk 1 ? Może znali. :) Teraz to jest moc. Szaleństwo w Szwecji. Ogniste popisy klawiszowe i drapieżne dźwięki gitarowe. Polska orgia dźwięków. Zespół gra bardzo odważnie i bardzo wyuzdanie (np. klawisze ok. 17:55). Bardzo dużo radości. Wesoła prog-melodia. Wyraźnie słyszalna gitara za to klawisze nieco wycofane. Zespół na pełnych obrotach. W 19 minucie Skrzek na prowadzeniu. Goni go nieustannie Jerzy. Pościg trwa w najlepsze. Muzyka nowa i świeża. Dzika i ognista. W 20 minucie muzycy zmieniają rytm i melodię. Zwalniają. Zbliża się meta. Antymos teraz ma okazję - a gdzie dwóch się bije tam (ponoć) trzeci korzysta. Słychać, jak korzysta ze swojej okazji i gra na gitarze.

2. Works in Iron II

Ciąg dalszy. Kolejna zmiana. Organy zanikają. Słychać tylko perkusję i coś mrocznego, groźnego i cichego. Groźny bas i tajemnicze organy kontrastują z łagodnością gitary. Pretty Face ? Skrzek w każdym razie śpiewa ten utwór. Rockowy wokal i "organiczna" czerń, delikatnie rozjaśniana łagodną gitarą Antymosa. Cudowne brzmienie, zwłaszcza ta gitara. Wspaniały odcień dźwięku. Skromne lecz wciąż zachwycająco piękne oblicze dźwiękowe zespołu. W 5 minucie gitara staje się odważniejsza. Zaczyna kozaczyć. ;) 6 minuta - zespół powtarza ten sam motyw już któryś raz. Dość ładny. 7 minuta - ostre zakończenie sekcji. Piotrowski już przebiera pałeczkami. Solo perkusyjne? Słychać cichy, dziwny bas. Wyłaniają się lśniące, połyskujące organy lecz tylko na sekundkę. Pojedynek między gitarą a perkusją? A może to klawisze vs perkusja? Szybki rytm perkusyjny i szaleństwo Józefa. Kto się pierwszy zmęczy? ;) Podobne klimaty już słyszałem bodajże na Live Jazz Nad Odrą. Może zespołowi się po prostu coś przypomniało? Teraz jest mroczniej (ach te organy i Davolisint !). Nagle SBB wybucha jak bomba ! Mocne, rockowe, szybkie uderzenie. Głośna, szalona gitara i wijący się syntezator (Davolisint). Niezła współpraca. 1+1+1 = 5. Tak. Serio. Posłuchajcie to dojdziecie do tych samych wniosków, że SBB załamują elementarną matematykę. ;) Robi się coraz bardziej dziko. "Dziczyzna" na żywo. W 11 minucie ten motyw brzmi tak super jak motyw z Kraftwerkowskiego "Ruckzuck" ale jest jeszcze bardziej wyuzdany i szalony.  Zespół nieustannie zmienia i modyfikuje swoje brzmienie. Improwizują i nie pozwalają się nudzić.  Początek 13 minuty - Skrzekowe 8 bitów ! Bardzo piękne i zwariowane brzmienie. Ognista i pełna energii muzyka. W tym "hałasie" słychać także gitarę, dopełniającą całość o prawdziwie "skrzekoczące" brzmienie. Ok. 14.40 zespół szykuje się do zmiany. Nastaje chaos a po nim - spowolnienie. Złowieszczo-groźne organy i szalona gitara. Znowu jakieś zmiany. W 16 minucie Skrzek zabawia się sprzętem. Krótko aczkolwiek sympatycznie. Zespół nie przestaje szaleć. Nawet gdy grają stosunkowo łagodnie to potrafią grać naprawdę dziko i specyficznie dla siebie. Ostra gitara. Zbliża się koniec całości. Finisz zdaje się należeć do gitarzysty, który się popisuje na tle perkusji i "basujących" organów. 18:44 - jeszcze wolniej i wolniej... oraz oczywiście coraz ciszej. Organy się ściszają. Słychać fortepian (a może to organy?). Perkusja powoli także staje się coraz bardziej skąpa. Kropkę nad i stawia Józef, albo we spółkę z Antymosem.

Szalona i ciekawa improwizacja. Bardzo dużo się działo przez te 40 minut. Zespół nie przerwał nawet na sekundę. Moim zdaniem, najwięcej do powiedzenia (i najwięcej zagrał) Józef Skrzek, jako lider zespołu. Momenty delikatne i łagodne jak i dzikie oraz ostre. Choć nie aż tak delikatne jak np. "Erotyk" z SBB 1. Nie mniej, zespół zdawał się przeplatać dzikość i łagodność ze sobą wzajemnie. 

Ciężko jest opisać tą muzykę ale jak widzicie, dałem radę. Jest ona pełna barw i ekspresji ale czuć iż Józef ma dość ubogie instrumentarium. Dał jednak radę zmajstrować trochę ciekawych brzmień.

Warto się z tym materiałem zapoznać ale, moim zdaniem, jest on raczej dla największych fanów zespołu. Nie jest to zła płyta ale tym mniej obeznanym raczej wskazałbym ją jako ciekawostkę i jako jakiś przykład koncertowy klasycznego, starego, "nieumoogowionego SBB podałbym "Live Jazz Nad Odrą".

Co oczywiście nie oznacza iż "Hofors 1975" to zła płyta. Nagranie odznacza się przynajmniej przyzwoitą jakością dźwięku. Ja przesłuchałem bez żadnego zgrzytania i narzekań. Album ten jest warty uwagi (w końcu jest to materiał nieznany i świeżo "wyciągnięty na powierzchnie" ale chyba bardziej do gustu mi przypadł wspomniany "Live Jazz Nad Odrą", także z tej samej epoki (epoki Davolisinta łupanego? ;) ).

Krótko - czy polecam? Zależy dla kogo. "Na pierwszy ogień", dla kogoś nie znającego SBB - raczej nie. Jako uzupełnienie kolekcji - jak najbardziej.

Edit: To jest jednak druga recenzja w necie.. pierwszej nie przytoczę by nie robić komuś fejma...

piątek, 20 maja 2016

20.05.2016 - Kawa z atomowym filtrem.. made in Japan :P

Wbrew tytułowi recenzji, nie będzie o kawie. Ja kawy nie piję. Będzie o muzyce - jak zwykle. Tym razem wybór padł na mój prezent urodzinowy - japońskie wydanie katalogowego Electric Cafe. Tak, Kraftwerk po raz kolejny. Na dodatek "parzony z tej samej torebki" bo to druga recenzja tej samej płyty. Pierwszy raz o tej płycie było tutaj: Kawa z atomowym filtrem .

Okładka posiadanego przeze mnie japońskiego wydania Electric Cafe (2014)
Tym razem do recenzji idzie wersja Katalogowa (2009). Różni się ona nieco od normalnej. Po pierwsze - przywrócono roboczy tytuł tej płyty (Techno Pop). Po drugie - skrócono utwór The Telephone Call (zamieszczono zremixowaną wersję singlową z 1987) i dodano utwór House Phone (z singla The Telephone Call, 1987). A to co, widzicie po prawej stronie to bodajże tzw. pasek obi (obi strip). Dodatkowy kawałek papieru, który zawiera informacje po japońsku (np. cena w jenach japońskich, tytuł płyty po japońsku, tytuły utworów).

Warto wspomnieć iż poza tradycyjną już wersją angielską i niemiecką, wyszła też hiszpańska wersja tego albumu. Niestety, utwory te nigdy nie wyszły oficjalnie na CD.

Kolejna ciekawostka - za stronę inżynieryjną Electric Cafe odpowiadał m.in Henning Schmitz, który od 1991 stał się jednym z członków zespołu.


Film zawiera cały album Techno Pop (wersja angielska, mastering 2009) + mnóstwo bonusów z epoki, w tym hiszpańskie wersje utworów.

1. Boing Boom Tschak

Pierwszy utwór na płycie. Klasyk. Zawsze grany na koncertach na bis (od 1991). W uszy rzuca się głośny mastering. -38 dB a ja komfortowo słucham w warunkach domowych. Nieźle. "Techniczna" perkusja. Duży nacisk na rytm. Melodia - mało i skromnie ale świetnie brzmi. Za to jest bitbox. Boing bum czak, muzik non stop. Utwór przede wszystkim na onomatopeje i perkusję.

2. Techno Pop

Druga część bisu (tak, teraz grają też Techno Pop ! :3 ). Wstęp perkusyjny, przerywany słowami Music non stop - Techno Pop. Następnie wchodzą skrzypce i wokal. Ciekawe połączenie. Całość brzmi interesująco i łagodnie. Zespół czasem dodaje bardziej rytmiczne i "techniczne" wstawki. W 2giej minucie zespół zaczął odważniej bawić się rytmem. Językiem także - Ralf zaśpiewał zwrotkę po hiszpańsku (która się później się powtarza). Utwór zachęca do tańca i ma przyjemne, urozmaicone brzmienie. Basy nie niszczą żeber ale nieco ich jest. Melodii jest więcej niż w poprzednim utworze choć także rytm jest mocniejszy. Mimo swojej powtarzalności, motyw klawiszowy jest cały czas przyjemny w odbiorze.

3. Musique Non Stop

Ostatnia część bisu. Utwór otwierają chórki i dziwna melodia. Następnie wchodzi rytm i bit. Jest dyskotekowo. Zespół zaszalał. Brakuje jeszcze skreczy z winyla. DJ zabawia publiczność i skanduje "Music Non Stop". W tle jakieś dziwne dźwięki się pojawiają czasem. Odważny aranż, silna dominacja rytmu. Kontynuacja trendu wyznaczonego na Computer World ale już w czysto dyskotekowej formie. Przekaz: Music Non Stop. Pojawia się zarys solówek. Na wersji z The Mix to jest bardziej wyróżnione. Dyskoteka w wydaniu Kraftwerkowym. Zresztą (za Publikation) zespół wczesne wersje Electric Cafe bodajże testował w dyskotekach. Pod koniec pojawiają się głębokie chórki ale rytm nie przestaje basować. Utwór niestety urywa się nagle. Brzmi jakby był nie dokończony. Dobrze, że później to dopracowali.

4. The Telephone Call

Nigdy nie słuchałem wersji z singla. Jest krótsza o ok. połowę. Brzmi mocniej i głośniej. Skrócone intro (bez tych charakterystycznych efektów i sampli). Więcej rytmu. Więcej klawiszy. Łagodny głos Karla. Bardziej dyskotekowa wersja. Sample są w środku. Lubię ten "gruby" rytm i "pogrubioną" melodię. Słuchałem na yt wersję z koncertu - teraz wiem, że zespół bazował się na tym remiksie. Piękne, choć mniej tu szaleństw technicznych (sampling). "Skrzypce" są, słychać je np. na końcu.

5. House Phone

Mocny, nieco odmienny od poprzedniego, rytm i znajoma z poprzedniego utworu melodia klawiszowa. Pojawiają się nowe efekty dźwiękowe. Zespół na żywo miksuje elementy tego utworu z instrumentalną wersją The Telephone Call. Pojawia się też np. melodia z uciętej z oryginału części tego utworu. Bit mocny niczym Numbers grane w 1991 ! ;) Instrumentalny utwór mocno inspirowany The Telephone Call. Ciekawa próba połączenia klimatów z pierwszych trzech utworów z łagodniejszą, mniej eksperymentalną częścią tej płyty.

6. Sex Object

Kraftwerk i sex !! :O Yes? Yes ! Super utwór. Łagodne skrzypce, głębokie basy. Elektroniczna parodia jazzu czy ukłon ? Świetny wokal Ralfa. Ulubiona piosenka Słoneczka Wikusi. :* Ciekawy aranż. Można pomyśleć iż Kraftwerk chociaż częściowo porzucił elektronikę (co oczywiście nie nastąpiło). Chwytliwa melodia, zaskakujący tekst. Chyba nigdy wcześniej nie czułem tej mocy, ten utwór nigdy nie brzmiał aż tak cudownie. Zespół także i tutaj bawi się głosem - sample (np. yes, no, por que ? ). Jest nawet w pewnym momencie coś w rodzaju solówki na gitarze, po której Ralf wręcz wybucha "Sex object". Wymawia to w niesamowicie uwodzicielski sposób. Pod koniec tego utworu orkiestralne brzmienie jest jeszcze bardziej wyraźne. Pod sam koniec pojawia się nawet krótkie solo skrzypiec. Wiele ciekawych i interesujących brzmień.

7. Electric Cafe

Ostatni utwór. Jeszcze bardziej płynny i ciekły w swoim brzmieniu na wstępie niż zwykle. Głębokie chórki. Śpiewany po francusku. Przy pozostałych utworach prezentuje się co najwyżej średnio. Nieco zabawna kompozycja ale dość przeciętna. Pięknie brzmi francuski w ustach Ralfa w tej piosence. Ciekłe brzmienie powraca co jakiś czas - i to jest najlepsza część, jeśli chodzi o tą piosenkę. Serio. No i jeszcze dość fikuśne, figlarne ale krótkie zakończenie, które w fajny sposób zamyka także i tą płytę.

Electric Cafe / Techno Pop to niedoceniana płyta. Często uznawana za najgorszą. Wbrew pozorom ona nie jest słaba. Fakt, brakuje jej rewolucyjnych wizji na temat przyszłości naszej cywilizacji  ale za to zespół skupił się na pogłębieniu i rozwinięciu tego brzmienia, jakie muzycy wykreowali na poprzedniej swojej płycie (Computer World, 1981). Tu mamy więcej dyskoteki i więcej eksperymentów dźwiękowych. Zespół nawet delikatnie sięga do tradycyjnego instrumentarium i dokłada "cyfrową rekonstrukcję" tego brzmienia (Sex Object). Dość odważne ale ciekawe zagranie.

Płyta ta nie jest wcale aż tak chłodna, jakby chciał tego zespół. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się skąd się wziął pomysł na Sex Object. Już sama tematyka tej piosenki jest zdecydowanie zbyt pikantna jak na Kraftwerk. Za to zrealizowana z prawdziwym smakiem i niezwykle ciekawie. Dotyka sfery seksu ale nie jest prostą piosenką o "ruchaniu".

Warto zwrócić uwagę na tą płytę. To naprawdę wartościowy album. Wciąż taneczny w swoim brzmieniu ale bardziej eksperymentalny, nawet w swojej synthpopowej części (utwory 4-7). Szkoda, że zespół zamilkł i świeży materiał wypuścił dopiero w 1991 (remixowy The Mix) a następnie w 2003 roku (Tour de France Soundtracks).

niedziela, 15 maja 2016

15.05.2016 - Der Robot obejmuje Słoneczka ;)

Z nudów postanowiłem napisać kolejną recenzję. Tym razem wybór padł na Kraftwerkowego singla Die Roboter (1991). Posiadam w swoich licznych zbiorach (obecnie 235 pozycji) m.in niemieckie wydanie CD tegoż singla. Recenzja, zgodnie z tytułem, dedykowana jest wszystkim kochanym Słoneczkom. ;)

Okładka singla. Robo-Florian gotowy do objęcia chętnego Słoneczka ;)

Singiel ten, tak jak i drugi z 1991 - Radioactivity, promował najnowszą płytę zespołu - The Mix. Koncerty z 1991 odnosiły się także do singla - zespół na scenę wypuszczał roboty i grał zarówno wersję oryginalną (choć skróconą) i jeden z singlowych remiksów.

Okładka albumu The Mix - tym razem Robo-Ralf tańczy z którymś ze Słoneczek ;)

Sam album The Mix to kompilacja nowych nagrań-remixów od Kraftwerk. Elementy tego brzmienia można znaleźć nawet we współczesnych aranżacjach tych kompozycji. Przy okazji, możecie się tutaj zapoznać z moją recenzją tegoż albumu.

Singiel Die Roboter na CD zawiera trzy utwory - skróconą, singlową wersję Die Roboter (pełna jest na The Mix) i dwa oficjalne remiksy. Niecałe 17 minut muzyki. Niewiele można się po singlach spodziewać - zazwyczaj zawierają promowany, tytułowy utwór + jakieś remiksy lub inne, dodatkowe utwory (często niepublikowane na płycie z której pochodzi singiel). No i nie mają długiego czasu grania.

Całość jest na Youtube:



1. Die Roboter (Single Edit)

Zaczyna się od sygnału i słów" Ja tvoi sluga, ja twoi rabotnik" (rosyjski). Następnie wchodzi fajny bit i basy a dopiero po nim melodia. Można się pobujać. Czuć tą Mixową stylistykę. Niezły ładunek energetyczny - w końcu te Roboty działają na baterię ("Wir laden unser Baterie" - ładujemy nasze baterie). Chyba Kraftwerk w 1991 grali właśnie singlową wersję. Krótka, skondensowana wersja nowego aranżu - a raczej Mixu. Prawilny nowy oryginał. ;)

2. Robotnik (Kling Klang Mix)

Długi remix - 8 minut. Ciekawy początek, bazujący na jednym z motywów z Die Roboter oraz z nowymi efektami. Bit także jest inny, łagodniejszy. Czuć iż jest to Die Roboter ale o jeszcze bardziej rozrywkowym brzmieniu. Muzycy sobie pozwolili na nieco więcej (to jest oficjalny remix od Kraftwerk). Oczywiście nie mogło zabraknąć rosyjskiego cytatu. Robotnik zawiera angielski tekst. Klimat remiksu jest podobny co wersji Mixowej - bardziej taneczna i rytmiczna aranżacja. Tu jeszcze lepiej to czuć. Bass i bit są paliwem dla Robotów. Aż chciałoby się tańczyć jak te robociki na wizualizacjach z koncertów. ;) Głównym motorem tego miksu jest bit i bas, klawisze są raczej na drugim planie.


Teledysk z MTV dla niemieckiej wersji singlowej Die Roboter. Ta animacja była wykorzystywana w 1991 na koncertach.

3. Robotronik (Kling Klang Mix)

Drugi, oficjalny remix od zespołu (który podpisał się jako Kling Klang - tak się nazywa ich własne studio gdzie nagrywają - miejsce-legenda, mało kto tam był i nikt nie może powiedzieć czegokolwiek). Tym razem krótszy - 5 minut.

Zabawny początek. Brzmi jak jakaś dyskoteka tranzystorków. Po chwili wchodzi miły dla ucha, rozrywkowy bas. Utwór się rozkręca i znowu się pojawia angielski tekst. Liczyłem, że remiksy także będą po niemiecku. W tym remiksie jest chyba więcej basu niż w pozostałych dwóch odsłonach. Czuć, że punktem odniesienia dla tej wersji była wersja Mixowa. Efekty z początku wracają gdzieś w środku przy bicie. Jakbym robił jakiś melanż to chyba bym to zapuścił. Albo od razu jakieś fanowskie DVD bądź bootleg z 1991 - jeszcze więcej dobrych, dyskotekowych brzmień. Pod koniec bas jest bardzo głęboki i dość mocny. Pewnie puszczony z głośnika łamałby żebra (i niszczył ślimaki w uszach :( ). Kolejna fajna, rozrywkowa interpretacja.

Choć sam singiel stanowi raczej ciekawostkę dla fanów, jest ciekawym uzupełnieniem kolekcji. Dwa dodatkowe, nigdzie indziej (oficjalnie przynajmniej) niedostępne remiksy są interesujące i warte przesłuchania, choć bazują na angielskiej wersji utworu. Fani The Mix powinno się spodobać - reszcie może mniej. 

Czy Roboty mogą, tak jak Manekiny, wyjść na miasto i tańczyć? Oczywiście ! Czego dowodem jest ten singielek. :) Niestety, Manekiny to nie to samo co Roboty. ;) Choć tekst Showroom Dummies (Schaufensterpuppen, Les Mannequins) można odnieść także do tych Robotów.

1 2 3 4
We are standing here
Exposing ourselves
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We're being watched
and we feel our pulse
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We look around
and change our pose
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We start to move
And we break the glass
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We step out
And take a walk through the city
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We go into a club
And there we start to dance
We are showroom dummies
We are showroom dummies
We are showroom dummies 

---

1 2 3 4 [po niemiecku],
Stoimy tu,
Prezentujemy się,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy obserwowani,
I czujemy swój puls,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Rozglądamy się,
I zmieniamy nasze pozy,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Zaczynamy się ruszać,
I tłuczemy szkło,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Wychodzimy,
I spacerujemy przez miasto,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Idziemy do klubu,
A tam zaczynamy tańczyć,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami,
Jesteśmy manekinami. 

14-15.05.2016 - Urodzinowy wybuch Elektrowni...2

Z okazji urodzin chciałbym sobie życzyć wszystkiego najlepszego, najsłoneczniejszego i nie tylko. A zamiast cukierków dla pozostałej części wszechświata - urodzinowa recenzja ! Dzisiaj coś z dalekiej i głębokiej, zapomnianej przeszłości - drugi album Kraftwerk.






Jeśli macie poczucie, że gdzieś to już widzieliście to tak, macie rację. Poprzednia, debiutancka płyta zespołu nie miała tej dwójki a pachołek był czerwono-biały. Jeśli nie widzieliście gdzieś czegoś podobnego - to zapraszam tutaj, do mojej recenzji debiutu Kraftwerk.

Płyta powstała w 1971 roku w zaledwie tydzień - przy tempie pracy Kraftwerk to wręcz rekord świata (od 2003, Tour de France Soundtracks, nie wydali niczego nowego !). Sesja nagraniowa trwała od 26.09.1971 do 01.10.1971 zaś album ukazał się na początku 1972 roku. Uczestniczyli w niej tylko dwaj założyciele Kraftwerk: Ralf Hütter i Florian Schneider-Esleben. Nie wykorzystywali żadnej elektroniki, najwyżej różne efekty.

Wiadomo o kilku koncertach w 1972 roku ale nie ma żadnych nagrań. Ostatni raz zespół grał utwory z tej płyty w 1975 roku (trasa promująca album Autobahn).

Ralf (w długich włosach) i Florian w 1972 roku

Koncert w 1972 roku




Ralf i Florian we własnym studio, 1973




Kraftwerk 2 również nie ukazał się oficjalnie na CD. Choć, tak jak Kraftwerk 1, CD istnieje to jest to nieoficjalne wydanie - pirat. Zespół podobno planuje kiedyś to wydać ale prędzej uwierzę w to, że Ralf idzie na emeryturę i dzieło zespołu kontynuować będą roboty. ;)

1. Kling Klang

17,5 minuty. Zaczyna się czymś w rodzaju wybuchu a potem bije kukułka z zegara (ksylofon). Coś stuka i puka co jakiś czas. Jest tu pewna doza tajemniczości. Po 2 minutach wchodzi gitara basowa i jakaś melodyjka fortepianowa. Zespół cały czas eksperymentuje. Słychać także flet Floriana, choć można go pominąć uchem na początku gdyż jest cichy. Całość tworzy dość wesoły i sympatyczny jak Ruckzuck układ. Flet dodaje dziwaczności całości, jakby samo połączenie "baśki" (gitary basowej) i fortepianu nie było wystarczająco dziwne. Czuć zmienne tempo, fortepian przyśpiesza a bas basuje dość głośno. Stoi w totalnej opozycji do delikatnego i łagodnego fortepianu. Dość mało fletu a za dużo basu (który wyjątkowo mocno wybrzmiewa na moich słuchawkach - Brainwavz Delta z pianką Comply z zestawu, egzemplarz promocyjny). W 9 minucie zespół gra jeszcze szybciej. I jest więcej fletu. Muzyka zaczyna się zmieniać, choć cały czas instrumentarium jest identyczne. Pojawia się jakiś rytm perkusyjny. Jakieś przymiarki przed charakterystycznym rytmem w Autobahn? 

Nagle w 10 minucie zwalniają. Coraz wolniej, woolniej i wooolniej... Kompletne wygaszenie i zmiana. Teraz coś stuka (pamiętacie stukanie z Vom Himmel Hoch ? Podobne ale znacznie mocniejsze) i jest wzbogacone o flet. Cały czas słychać jakiś szum, może organy? Wątpię by to był bas. Pojawia się delikatny fortepian od czasu do czasu. Bardzo dziwna sekcja. Całość brzmi nietypowo i bardzo repetytywnie.

W 14 minucie kolejna sekcja - Ralf i Florian na hawajach ! Wesoła, rytmiczna sekcja z wybijającą się ostrą gitarą elektryczną i efektami (Florian, Ralf gra na basie). Słychać jakąś perkusję (albo automat). Pojawiają się też skrzypce (?). Jednostajny rytm. Pojawia się coś w stylu ludzkiego głosu ale nikt nie śpiewa. Na samym końcu jest sporo gitary.

Dziwny utwór. Złożony z trzech, w zasadzie rozdzielnych i samodzielnych części. Brakuje w nim także jasno zdefiniowanego zakończenia. 

2. Atem

Głęboki wdech. Zabawy efektami. Tak oddychają Die Mensch-Maschinen. Oczywiście radioaktywnym powietrzem. 3 minuty czegoś i niczego jednocześnie.

3. Strom

Dziwna, zniekształcona gitara na wstępie. Florian gra psychodelicznego rocka? Po 40 minutach robi się łagodniej. Muzyka nawiązuje trochę do Klingklang. Jest bardzo delikatnie i łagodna. Coś stuka (a może to gitara?) na tle organów. Później, dodatkowe brzmienia stają się bardziej połyskliwe, lśniące, choć wciąż takie metaliczne w.. dotyku uchem. Ogień i woda w jednym utworze.

4. Spule 4

Znowu gitara, z ksylofonowymi dodatkami. Bardzo ciekawe brzmienie. Florian nawet nieźle na gitarze gra. Ralf dba o dodatki. Słychać jakieś trzaski itp. Gitara znikła. Słychać rozmowę tranzystorów. Słychać jak muzycy się bawią dźwiękiem. Poszukują czegoś. Utwór nie ma za bardzo żadnego zamysłu, jest on tworzony raczej na gorąco. Bardzo łagodna ale dość nudna, poza początkiem, kompozycja. Pod koniec się robi nieco ciekawiej.

5. Wellenlänge

Dziwny początek. Prawie, że bezdźwięk. Niewiele słychać. Trochę basu i gitary elektrycznej bądź czegoś w tym stylu na przemian. Później się robi nieznacznie bardziej dynamicznie. Bardzo łagodne i eksperymentalne brzmienie. Słychać czasem bas, ksylofon. Utwór zdaje się brzmieć podobnie choć tylko tempo się zmienia. Mimo wszystko, można przy tym zasnąć. W 5 minucie dominującym instrumentem jest gitara basowa bądź elektryczna (raczej basowa). Teraz jest nieco ciekawiej. Czuć jak się utwór rozbudowuje i ewoluuje. Pod koniec pojawiają się nowe efekty - przetworzony flet. A na końcu słychać zabawy elektrykiem. Niezła, dość szybka gitara.

6. Harmonika

Piekielne organy i zniekształcona harmonijka. Albo tylko sama harmonijka. W każdym razie jest to dziwne. Nie ma tu gitar ani maszyny rytmicznej. W zasadzie nie ma też rytmu ani melodii. Niby melodia jest ale na pewno nie brzmi ludzko. Kolejna dziwna i udziwniona kompozycja. Na szczęście ostatnia.

Kraftwerk 2 jest bardzo dziwną płytą. Coraz mniej rocka. Coraz więcej łagodności. Nie ma tu żadnego elektronicznego instrumentarium (poza efektami). Zespół wykorzystał rozmaite efekty by nadać tradycyjnym, typowym instrumentom nietypowe, nietradycyjne brzmienie. Efekt jest, niestety, co najwyżej średni. Kraftwerk 2, w przeciwieństwie do udanej jedynki, nie przypadł mi do gustu. To zbiór eksperymentalnych nagrań ale w sumie nic nie znaczący. Wartość ma tylko dla największych fanów i kolekcjonerów (zwłaszcza winyl Philipsa z 1972). Muzycznie zaś są to nudy na pudy. Nawet długi i rozbudowany Klingklang jest niczym specjalnym choć to jedna z lepszych kompozycji na tym albumie. Trochę przykro, że recenzja urodzinowa jest z wynikiem negatywnym.

PS. Przez własne lenistwo skończyłem po północy...

czwartek, 12 maja 2016

12.05.2016 - Stary człowiek w (nie)milczącym ogrodzie grający na złotej harfie

Dzisiaj rano, podczas słuchania muzyki w busie, postanowiłem, że w ramach porannej nudy w pracy napiszę recenzję. Mam na to dość dużo czasu - "prawdziwa" robota zaczyna się tak ok. 10. Dosłownie przed chwilą skończyłem słuchać koncertowego albumu SBB zatytułowanego "Live in Theatre 2005".

Okładka wydania CD z 2009 roku, Metal Mind Productions
Zespół wówczas promował na koncertach nowy album (New Century, 2005), w związku z czym w ramach koncertowej setlisty pojawia się kilka najnowszych utworów. Oczywiście przeplecionych solidną porcją klasyków. Tradycyjnie już, zespół zaprezentował nowe aranże. Warto z tego powodu zwrócić nieco szerszą uwagę na ten album. Przy okazji, warto odnotować iż jest to ostatnie wydawnictwo SBB nagrane z Paulem Wertico jako perkusistą. Zastąpił go Węgier - Gabor Nemeth.

Z oficjalnego, fanowskiego bloga o SBB. W środku któryś z Bushów Paul Wertico (perkusista)

W 2005 roku "Live in Theatre 2005" ukazał się jako DVD + CD. Na CD zamieszczony został bardzo obszerny fragment z koncertu w Katowicach (15.11.2005). DVD, rzecz jasna, zawierało nagranie video całego występu zespołu. Na CD zabrakło 5 utworów - np. New Century (tytułowy z nowej płyty) czy Wolność z nami (chciałbym tego posłuchać - klasyk z 1975 roku w nowej aranżacji, odkryty na nowo). Samo CD doczekało się wznowienia w 2009 roku. Właśnie tej wersji będzie dotyczyć recenzja. Mogę się przyznać iż kupiłem oryginał. :P

"Specyfika" mojej pracy - zablokowany facebook i youtube - uniemożliwiają mi wrzucenie fragmentów video / audio z recenzowanej płyty. Prawdopodobnie i tak by nic nie było. SBB jest dość zapomnianym zespołem. Starsze nagrania pewnie będą ale tych nowych (po 2002) to ze świecą można szukać na youtubie...

1. Stary człowiek w milczącym ogrodzie

Koncert otwiera jeden z moich ulubionych utworów z płyty "New Century". Właśnie od tej piosenki postanowiłem wziąć tytuł dzisiejszej recenzji. W końcu Józef Skrzek (klawisze, wokal, gitara basowa) jest niemłody - co widać na fotkach powyżej (rocznik 1948). :) Koncertowa aranżacja tego utworu niewiele odbiega od studyjnej. Może tylko fortepian nieco inaczej brzmi.

2. Odlot / Carry Me Away

Na "New Century" muzycy umieścili m.in nową wersję Odlotu, którą z racji angielskiego tekstu, zatytułowali Carry Me Away. Jednym z jej charakterystycznych brzmień jest syntezatorowy motyw otwierający tą kompozycję. Tu muzycy poszli bardziej w stronę tradycji - bez żadnych klawiszy ale całość została niezwykle ciekawie zaaranżowana. Bardzo łagodna wersja z nutką porządnego rocka. Wymaga trochę uwagi i skupienia od słuchacza na początku (dużo basu). Największy minus? Józef nie zaśpiewał całego tekstu, mimo iż śpiewał po polsku. :)

3. W kołysce dłoni twych

Wspaniały, ciekawy aranż! Utwór otwiera potężne solo (mam nadzieję, że na Minimoogu :) ), które później płynnie przechodzi w delikatne i łagodne fortepianowe brzmienia. Pod koniec utworu muzycy delikatnie wtrącają brzmienia nawiązujące do utworu "Płonące myśli (Ojcu)", który pojawi(ł) się na następnej studyjnej płycie zespołu - The Rock (2007). Notabene, wartej recenzji gdyż jest jedną z moich ulubionych. Oczywiście płytka jest w kolekcji (edycja zwykła, nie limitowana).

4. Wojownicy Itaki

Kolejna fajna piosenka. Tym razem z aktualnej płyty zespołu. Wykonanie niewiele odbiega od wersji studyjnej, przynajmniej w moim odczuciu. Miło się mi jej słuchało. Piękny fortepian.

5. Całkiem spokojne zmęczenie

Wydawnictwo "Live in Theatre 2005" to bodajże ostatni koncert, wydany oficjalnie, na którym muzycy zagrali tą piosenk z płyty "Nastroje" (2001, podlinkowałem swoją recenzję tego albumu). Na koncertach (wydanych na CD / DVD) piosenka ta pojawiała się od 1998 roku. Tu jest zagrana łagodniej i delikatniej choć też ma rockowy pazur. Najmocniejsza piosenka na tej płycie koncertowej, choć są mocniejsze partie (np druga połowa Odlotu).

6. Memento z banalnym tryptykiem

Nie mogło zabraknąć Mementa. Jak zwykle, zespół przygotował jedynie fragment ale w nowej, zaskakującej odsłonie.  Początek - wspaniałe organy i syntezator. Brzmienie mi się nieco skojarzyło z jakąś aranżacją Żywiec Mountain Melody bo jest nieco kosmiczne. :) Później zaś Skrzek przechodzi w naprawdę niebiańskie brzmienie (+ wokal) a następnie okazję do wyszalenia się ma gitarzysta, Antymos Apostolis. Ciekawy aranż. Zakochałem się tym urokliwym brzmieniu. W ogóle Memento jest super.

7. Golden Harp

Ostatni na tej płycie utwór z "New Century". Nie różni się zbytnio od wersji studyjnej ale brzmi zdecydowanie bardziej barwnie i chyba Józef lepiej zaśpiewał. Z tej piosenki pochodzi druga część tytułu tego tekstu. :)

8. Z których krwi krew moja

Piękne klawisze na wstępie. Nieco kojarzą się z brzmieniem nieba z Mementa. Duży nacisk na fortepian. Gitara się pojawia od czasu do czasu (świetna !). Także brzmienie z początku tego utworu wraca w połowie. Ciekawa, łagodna odsłona klasyka z 1976.

9. Walkin' Around The Stormy Bay

Kolejny kultowy utwór. Niestety, większość czasu pochłania tzw. drum battle między Antymosem Apostolisem a perkusistą zespołu, Paulem Wertico. Samo Walkin' jest bardzo krótkie i jedynie fragmentaryczne. Przynajmniej klawisze fajnie zabrzmiały... Wielkie rozczarowanie. Solówki perkusyjne są dla mnie nudne. Nieważne czyje.

10. Pieśń stojącego w bramie

Utwór z "Nastroje" (2001). Przedostatnia oficjalna aranżacja koncertowa. Bardzo łagodna i miła dla ucha, skoncentrowana wokół fortepianu. Wspaniale zaaranżowana. Nienawidzę tekstu tej piosenki. Ale melodia jest cudowna. Ciekawy wybór jak na jeden z bisów na koncercie.

"Live In Theatre 2005" to naprawdę świetny i ciekawy koncert. Choć CD jest okrojone o 1/3 w stosunku do pierwotnego wydania CD + DVD to mimo wszystko warto polować na tą płytę by móc rozkoszować się wspaniałościami przygotowanymi przez zespół.

Niewiele można zarzucić temu wydawnictwu - w zasadzie tylko nudziłem się przy Walkin' Around The Stormy Bay gdyż nienawidzę solówek perkusyjnych. A ta w zasadzie zdominowała cały utwór. Dobrze, że solo Paula Wertico zostało pominięte na CD ale wielkim minusem jest to, że nie wrzucono (bez względu na przyczynę) "Wolność z nami".

Całość jest raczej w łagodnych tonacjach choć nie brakuje też ostrzejszych "momentów" (np. Całkiem spokojne zmęczenie, ostatnia część Mementa). Świetne uzupełnienie albumu "New Century", choć jego fanom poleciłbym polowanie na wydanie 2005 omawianego przeze mnie albumu koncertowego (CD + DVD). Niemniej, wciąż jest to dobra płyta.

Myślę, że nie można mówić tu o ocenie niższej niż 4+. Piękne aranże oraz świetny wybór utworów (choć niedoskonały).

PS. Recenzja ta jest prawdopodobnie ostatnią sporządzoną na moich aktualnych słuchawkach - Brainwavz Delta. No i oczekujcie recenzji urodzinowej. 14 maja - dzień święty (Święto Słoneczników) trzeba święcić. ;)