poniedziałek, 3 listopada 2014

03.11.2014 - Mandarynkowe oblicze Sfinksa

Niedługo będzie zima. Zresztą już temperatury spadają. Z tej "okazji" dzisiaj zamierzam poddać pod moje (bez)krytyczne ucho płytę "Hyperborea" Tangerine Dream z 1983.

Tytuł tej recenzji jest nieprzypadkowy. Odwołuje się bowiem do jednego z utworów zamieszczonych na tym albumie. Zgromadzono na nim 4 utwory - dwa "średnie" (ok. 10 min), jeden krótki (do 5 minut) i jeden "długi" (ok. 20). Właśnie ten ostatni jest (a właściwie to został wcześniej) określony przeze mnie jako "oblicze Sfinksa" w tekście Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy . Na tej płycie jest zamieszczone oryginalne wykonanie tego utworu.

Warto też przypomnieć / wspomnieć (w zależności czy czytaliście podlinkowany wcześniej tekst) iż zespół w 2008 roku nagrał ten album od nowa. Wydanie to nosi tytuł "Hyperborea 2008" i było limitowane do 2000 egzemplarzy (tak jak "Tangram 2008"). Obecnie oba albumy najłatwiej jest dostać w postaci wznowień (tych z przewagą kolory mandarynkowego pomarańczowego). W przyszłości być może pojawi się recenzja tej nowonagranej wersji. Ten tekst dotyczy oryginału z 1983 roku.

Okładka oryginału zapowiada iż muzycy przeniosą nas w odległą, chłodną krainę. Tytułowa "Hyperborea" to odległa, legendarna kraina z greckiej mitologii. Było to coś w stylu raju na ziemi, Nieba. Na okładce jest też kod kreskowy i 2001. Nie jest mi wiadome co to może oznaczać.



Tradycyjnie już, dołączam film z YT zawierający muzykę z tej płyty. W tym przypadku jest to cała płyta. Miłego słuchania i czytania!



Pierwszy utwór, "No Man's Land", zaczyna się tajemniczymi pomrukami. Po niecałej minucie wchodzi z lekka indyjski motyw na sitarze (sample?) i samplowana zapewne perkusja. Pojawiają się też sitarowe (sitaropodobne?) krótkie "przerywniki" powracające dość często. W 1:50 mamy coś niczym sitar brzmiący jak gitara (a może odwrotnie?). Dużo tu dziwnych dźwięków. Utwór jest dość wesoły i żywy, jakby skomponowany na nowej generacji syntezatorach i samplerach ku czci Dionizosa. Dźwięki "okołogitarowe" mieszają się z syntezatorowym plumkaniem i samplowaną perkusją. Jest tu nieco miejsca na tajemnicę - np. sample "okołogłosowe" (koniec 4 minuty - coś w stylu "michnikum" powtórzonego kilka razy). Troszkę nietypowy utwór w porównaniu z poprzednimi dokonaniami TD. Utwór ten w zasadzie niewiele się zmienia. 7 minuta - "muzyczka szczęśliwości". Dość ciekawe efekty i brzmienia zostały zastosowane. Końcówka utworu jest przemyślana i zaplanowana.

Tytułowy utwór zaczyna się bardzo tajemniczo. Szybko wchodzi automat perkusyjny. Zwiedzamy tajemniczą Krainę Lodowego Wichru. Przyjemny rytm jest wzmocniony przez elektroniczny wiatr wiejący z syntezatorów. Muzyka toczy się powoli. Cały czas słychać automat perkusyjny. Jest sporo syntezowanych chórków. Pojawiają się też czasem dziwne dźwięki (sample?). Przemierzamy wraz zespołem przez zamarznięte obszary Hyperborei, umieszczonej za północnym wiatrem. Lodowaty wicher owiewa nas. Kończy się właśnie część 1sza utworu (ok 4 minuty). Krótka, zawieszona przerwa i powiew (a raczej "podźwięk") wiatru. Muzyka się zmieniła. Jest trochę bardziej rytmiczna. Dotarliśmy do jakby bardziej szczęśliwych obszarów tej niezbadanej krainy. Pojawiają się też dźwięki przypominające gitarę. Chyba jednak kroczymy dalej przez Zmarzlinę. W 6,5 minuty jest sporo perkusji. Strasznie dudni (automat lub sample). Przemierzamy Lodową Krainę, lodowe pustkowie, gdzie tylko wicher hula. Utwór kończy się jakby w niedokończony, niedookreślony sposób. Może to tylko wycinek z pamiętnika wędrowców?

Zarówno pierwszy jak i drugi utwór są mniej więcej jednakowej długości - 9 minut. Są jednak zupełnie odmienne. "Hyperborea" jest tajemnicza i może z początku lekko ponura zaś "No Man's Land" - wesoły i żywy muzyczny opis życia Hyperborejczyków. "Hyperborea" natomiast opisuje fragment z wędrówki do tej Ziemi Niczyjej.

Trzeci utwór, "Cinnamon Road" jest bardzo krótki ale żywy i wesoły. Może jest to muzyka do jakiegoś tańca szczęśliwości Hyperborejczyków? Utwór szybki i rytmiczny. Zawiera krótkie solo (?) na gitarze (?). Jeden z najżywszych i najszybszych utworów Tangerine Dream w okresie wczesnych lat 80.

Czas na ostatnią część płyty - "Sphinx Lightning" ! Zaczyna się od tajemniczych, pojedynczych, "uwietrzonych" uderzeń w klawisze. Do nich dołączają kolejne dźwięki. Wszystko utrzymane w klimacie tajemnicy, niemalże mistycznej. Zbliżamy się przed oblicze Sfinksa, Boga Hyperborejczyków. Wchodzi perkusja (automat pewnie znowu). Dzwony biją a my oddajemy cześć Sfinksowi. Cały czas te pojedyncze dźwięki się powtarzają. W 3 minucie zaczyna się coś zmieniać. Wchodzi dość szybki sekwencer i sample perkusyjne. Przed 4 minutą Sfinks coś jęczy. Może nie może znieść muzyki TD, którą muzycy składają Mu w ofierze? :) W tle mamy dość ciekawe "grzmoty" i inne dźwięki.  Przed 6 minutą mamy znowu nieco tajemniczego mistycyzmu. Czyżby TD odsłaniali nam sekrety Sfinksa? W 6 minucie Sfinks nas oświeca (co muzycy opisali odpowiednimi dźwiękami). Sekwencer i perkusja nie przestają grać. Sfinksowy rytuał cały czas trwa. Mamy trochę muzycznych ozdobników. Pod koniec 8 minuty zaczyna się robić groźnie. Sfinks pomrukuje. Coś się dzieje. Na szczęście Sfinks się rozpromienia ("fleciki" w 10 minucie). Chyba jednak przyjmuje ofiarę. Poprawia Mu się humor. Mimo elementu wesołości muzyka wciąż brzmi lekko groźnie. Znowu zawiało grozą. Ciche pomruki. Sfinks domaga się ofiary muzycznej. Nastaje kolejna wesoła i radosna muzyczna sekwencja. Kojarzyć się może lekko z "No Man's Land" na pierwszy rzut ucha. Po krótkiej chwili wchodzi perkusja i element tajemniczy. Czyżby coś zakłócało spokój Hyperborejczyków? Czy może to muzycy zastanawiają się nad tym wszystkim co ich do tej pory spotkało? Wesoły rytm, niczym solo perkusyjne, coś zakłóca. Sfinks wydaje jakieś dziwne odgłosy ze swego żołądka?  Wesoła muzyka wciąż jest kontynuowana. Muzycy próbują ulżyć Sfinksowi. Robi się coraz intensywniej. Zostało jeszcze 1,5 minuty do końca. Hyperboreanie tańczą z radości a Sfinksa najwyraźniej coś boli. Może to, że jest tylko wyrytą twarzą w kamieniu i nie może potańczyć? A teraz czas na smutek bo trzeba to wszystko posprzątać. 19 minuta przynosi nam końcówkę utworu. Wszystko się wycisza. Koniec Sfinksowej imprezy. Koniec płyty.

"Hyperborea" jest ostatnim albumem studyjnym TD wydanym w ramach okresu Virginowskiego. Dość ciekawa i ładna ale nie jest aż tak zimowa jak obiecywałem na początku. Najbardziej zimową częścią jest, w zasadzie jedyną, tytułowy utwór. Brzmienia na płycie są raczej dość wesołe i żywe (szczególnie 1szy, 3ci i całkiem spora część 4tego utworu). Słychać wyraźnie iż album ten jest z innej generacji i powstał na nowszym sprzęcie - dużo tu sampli, automatycznej perkusji. Mimo wszystko jednak, dało się jakieś "wizje" ukuć do tego wszystkiego.

Dość ciężko jest ocenić tą płytę. Najbardziej lubię z niej tytułowy utwór oraz "Sphinx Lightning". Sam zresztą posiadam zarówno pierwsze wydanie CD oryginału jak i nowe nagranie z 2008 (też pierwsze wydanie, to limitowane). Nie jest to album wybitny ale po prostu dobry, może w porywach bardzo dobry. Myślę, że ocena 4, może 4+ byłaby najwłaściwszą oceną. Zespół ma w swoim dorobku (dotychczasowym rzecz jasna) lepsze albumy i ciekawsze (np. "Logos Live"), które są zdecydowanie bardziej godne najwyższych not.

PS. Wiem, że przemieszałem mitologię grecką z egipską. :) Zabieg ten jest celowy. Nie wynika z mojej ignorancji czy niewiedzy. Starałem się wprowadzić spójne elementy opowiadania do tego tekstu. Mam nadzieję, że było ciekawie. :)


wtorek, 28 października 2014

28.10.2014 - I słowo ciałem się stało - "Ze słowem biegnę do ciebie" SBB

W dzisiejszym "odcinku" opiszę płytę do której dość długo się zabierałem. Planowałem coś o niej napisać. Ta płyta wpadła mi w ucho od pierwszego przesłuchania. Dość wysoko ją sobie cenię. Strasznie się ucieszyłem gdy kupiłem boxa z tym albumem (sparowanym z "Nastroje" z 2001). Album ten nosi tytuł "Ze słowem biegnę do ciebie" i został wydany w 1977 roku. Jest to już druga płyta polskiego SBB którą mam przyjemność opisać na moim blogu. Recenzja dzisiejsza jest wyjątkowa z jeszcze jednego powodu: otóż płytę do dzisiejszego "odcinka" wybrała (z dość skromnej aczkolwiek ciekawej) z listy moja przyjaciółka Weronika. :) Mam nadzieję, że w Łodzi będziesz świecić tak samo mocno jak w Warszawie, mimo swoich problemów. :) Innymi słowy - do Ciebie właśnie dzisiaj biegnę ze słowem. ;) Recenzję tą dedykuję właśnie Jej. :)

"Ze słowem biegnę do ciebie" jest to 5 album zespołu. Jest to jedna z najlepszych płyt zespołu. Dwie, długie (20 minut) suity. Dużo ciekawych motywów dźwiękowych oraz najlepszy, nieśmiertelny, skład zespołu - Józef Skrzek (instrumenty klawiszowe, gitara basowa, śpiew), Antymos Apostolis (gitara), Jerzy Piotrowski (perkusja). Utwór 1szy, tytułowy, posiada także tekst napisany przez J. Mateja. Wydanie z 2006 roku (które posiadam) zostało wzbogacone o wyjątkową, wydłużoną do 30 minut, wersję utworu Odejście (wersja z któregoś z koncertów z 1976 roku, studyjna wersja ukazała się na wspomnianym wcześniej "Wołaniu o brzęk szkła" jako strona B tejże płyty). Dodatkowym walorem jest kosmiczna okładka:

"Ze słowem biegnę do ciebie" (1978) - okładka  



Warto wspomnieć iż odsłuch dzisiejszej recenzji nastąpi z oryginalnej płyty (ale odtwarzacz ustawiony jest na mono) a nie plików FLAC lub ogg mono. Jest to kolejna forma podkreślenia wyjątkowości i wywyższenia tej recenzji nad inne (dla Weroniki :)). Niestety, jest to druga już recenzja (po niedawnym "Exit") która odbywa się poprzez słuchawki inne niż Superluxy. Moje wierne, o nieskazitelnie pięknym dźwięku słuchawki zmarły śmiercią naturalną. Żyły mniej więcej 2 lata. Cześć ich przetwornikom. [*]


Tytułowy utwór rozpoczyna się dość kosmicznie. Jesteśmy wystrzeliwani w kosmos i lądujemy. Powtarza się to kilka razy. W międzyczasie wchodzi perkusja Piotrowskiego. W 50 sekundzie wchodzą jedne z najpiękniejszych dźwięków! Skrzek jest wirtuozem syntezatorów. Mówię to z pełną powagą i świadomością. Brzmienie jest ciekawe i obfite w wydarzenia dźwiękowe. Rytm jaki się ukształtował jest wciągający. Czasem wydaje się, że jest dwóch klawiszowców a nie tylko sam jeden, mistrzowski Skrzek. Ok. 2:40 - dźwięki narastają i nadchodzi czas bardziej rockowej partii. Syntezatory schodzą nieco na dalszy plan. Pałeczkę przejmuje Apostolis. 4 minuta - zwieńczenie rockowego intra. Zaczyna się robić kosmicznie. Gitara zanika, tak jak i perkusja. Wchodzimy w Kosmos. Skrzek pokazuje nam "tysiące planet, czerwonych, niebieskich" (cytat z tekstu utworu). Przed 6 minutą zaczyna się wokal. Jest głęboko ale delikatny. Brzmi niczym głos kogoś władającego tą nieskończoną, wszechodległą przestrzenią. Słychać też basy - chyba z gitary basowej. W 7 minucie mamy powrót gitary Antymosa i kolejną zwrotkę wiersza Mateja. Nie jestem pewien czy te basy są z syntezatora czy z gitary. Skrzek śpiewa i gra jednocześnie. 8,5 minuta - znowu mamy kolejną minimalistyczną cząstkę. Brzmi podobnie do części kosmicznej - także Skrzek śpiewa przy (pozornej) ciszy. Chwytam uchem każdy, nawet najdelikatniejszy Dźwięk i Słowo. Weronika - "Wciąż się uśmiechaj, na skalpel za wcześnie" (cytat z tekstu). Zapamiętaj to sobie i świeć mocno swoim uśmiechem. :) 11 minuta - naprawdę, przydałaby się orkiestra. Może nie byłoby tak minimalistycznie. 11.50 - znany już Wam cytat pada ("I każde słowo niech będzie kuliste [...]"), którego użyłem przy recenzji "Logos" Tangerine Dream. 12.45 - wciąż mamy swoisty rockowy minimalizm. 13.15 - zaczyna się "popisówa". Muzycy pokazują swój talent. Trio talentów. 1+1+1 = SBB. Muzyka jest intrygująca i ciekawa. Mimo ograniczeń (chcieli aby ten album był zrealizowany wraz z orkiestrą) nie poddali się i zrobili majstersztyk. 15 minuta - kolejna zmiana. Tym razem jest bardzo rytmicznie. Taki wesoły element w tej tajemniczej i nieco mrocznej muzyce. Kiedy Skrzek skończył śpiewać, utwór stał się bardziej progresywny i rytmiczniejszy. Ok. 16.30 mamy znowu kolejną tajemniczą, niczym Spodek Tajemnic, część. Odlatujemy nim w Skrzekokosmos moogowy. Minimalizm dźwiękowy otacza moje ucho. Oto powrót jego głosu. Znowu pokazuje nam swoje "tysiące planet, czerwonych, niebieskich". Zachwyca się nad pięknej tej naszej, jedynej - Ziemi. Ten utwór jest peanem pochwalnym dla Matki Ziemi i nas, ludzi - wszystko nazwiemy na tysiąc różnych sposobów (bogactwo lingwistyczne ludzkości). Właśnie zakończyła się część pierwsza - na sposób elektronicznie kosmiczny. Tylko Skrzek i jego sprzęt. Dźwięki niczym miganie tysięcy gwiazd. A jedną z nich jesteś Ty, Weroniko. ;) Uśmiechnij się! :)



Drugi utwór nosi tytuł "Przed premierą". Jest to kompozycja czysto instrumentalna. Rozpoczyna się mrocznie i tajemniczo - głębokie pomruki syntezatorów. Po chwili wchodzą klawisze. Bardzo epicki początek do którego dołącza się coraz głośniejsza perkusja Piotrowskiego. Zapowiada się bardzo fajnie. Pierwsza minuta jest niesamowita. Dalej jest równie ciekawie i fajnie. W 1.40 wchodzi nowy motyw - muzycy bawią się swoją muzyką. Muzyka przypomina muzykę z "SBB" (tzw. Amiga Album) z 1978. Troszkę więcej agresji doszło w 3 minucie. Dominują syntezatory wzmocnione perkusją. SBB ukazuje swoim improwizacyjne oblicze. Utwór jest bardzo żywy i niesamowicie zmienny. Jeden motyw nie ostaje się długo. 4 minuta przynosi kolejną szybką i rytmiczną część. Właściwie co kilka sekund coś się zmienia! Bogactwo dźwięków i ich różnorodność przypomina różnorodność języków Ziemian. W "Przed premierą" wyraźnie słychać, że to Skrzek jest liderem zespołu. Gitara jest gdzieś na drugim a może na siódmym planie ( :)). Pierwsze skrzypce gra Józef i jego elektroniczne dźwiękowe machiny. W 7,5 minucie mamy rytmiczną część z wyraźną gitarą Apostolisa. Teraz syntezatory grają "drugie skrzypce", zeszły bardziej na tło. Skrzek odzyskuje dominację i władzę niczym samiec alfa w 9 minucie. Cały czas muzyka jest żywa i rytmiczna. Bogata w wydarzenia i zmiany. Przed 10 minutą i w niej samej mamy kolejną porcję kosmicznego minimalizmu. W 12,5 minuty jest jedna z moich ulubionych części tego utworu. Bogaty bas oraz ciekawe dźwięki. Skrzek chyba jednocześnie gra na gitarze basowej i na klawiszach albo te basy to również robota syntezatora. W 14 minucie jesteśmy wciągani w kosmiczną dziurę (przy akompaniamencie perkusji). W 15 minucie mamy podniosłą, nieco uroczystą sekcję. Oto idzie bohater - Józef Skrzek. Lider zespołu. Władca SBB. ;) Sekcja ta przeciąga się do 17 minuty. 17.30 - znowu lecimy przez jakąś czarną dziurę czy coś. Wędrujemy po kosmosie. 18 minuta. Kosmoturbulencje! Tracimy prędkość! Mayday! Mayday! Pyk. Koniec z nami. Następuje powrót do początku. Końcówka tego utworu brzmi jakby ciąg dalszy początkowej sekcji, znanej Wam z pierwszej minuty tego utworu. Brzmi to tak jakby zespół "doimprowizował" przestrzeń między tymi dwoma częściami. Wraz z ostatnim dźwiękiem "Przed premierą" kończy się też ten album.

"Ze słowem biegnę do ciebie" to niesamowita, wciągająca płyta. Nie jest za długa (38 minut z kawałkiem) lecz utwory są na tyle długie iż zespół jest w stanie pokazać swoją wirtuozerię i talent. Jedna z najlepszych w dyskografii SBB lecz pomijana na koncertach. Zespół rzadko kiedy grał "Ze słowem biegnę do ciebie". Jeden z występów zawierających ten utwór na żywo został zarejestrowany na kasecie video i ukazał się na DVD (wielokrotnie, najnowsze wydanie - "Live in 1979" z 2006 - koncert z Warszawy, Jazz Jamboree '79). Mamy tu kosmiczną wersją rocka progresywnego. Czystą klasykę od zespołu. Muzyka jest zdominowana przez syntezatory Skrzeka. Nic dziwnego, w końcu jest on wpisany jako jedyny kompozytor obu utworów. Zespół rockowy zagrał coś, co było pomyślane na orkiestrę. Ciężko jest opisać tą muzykę, jej piękno. Nie będę się dłużej rozwodził nad tym - w zasadzie wszystko, co nagrał skład Skrzek - Apostolis - Piotrowski jest świetne i godne polecenia. ;) 

"Ze słowem biegnę do ciebie" jest jednym z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów SBB. Bardzo często do niego wracałem na początku mojej znajomości z tym niesamowitym zespołem. Mój 5* werdykt jest więc nieco nieobiektywny. Ale kto powiedział iż recenzje muszą być obiektywne? Najlepszą recenzją jest Wasze ucho więc sami posłuchajcie Muzyki.

sobota, 25 października 2014

"Exit" czyli Mandarynkowe Wyjście czy może raczej Wejście? - 24/25.10.2014

Dzisiaj (a w sumie raczej jutro gdyż 99% tego tekstu powstało 25.10) przedmiotem recenzji jest album Tangerine Dream "Exit" z 1981 roku. Era Virginowska zbliża się ku końcowi. Zespół coraz bardziej idzie w instrumenty cyfrowe (ale jeszcze nie wirtualne - te dopiero, z tego co wiem, pojawią się na albumie "Optical Race" z 1988, "grane" na komputerze Atari ST). W trakcie tej ery przemianie uległy koncerty grane przez zespół - od improwizowanych orgii dźwięków do stałej listy utworów granych mniej więcej podobnie przez całą trasę (ze sporą ilością nowych utworów). Erę "Live! Improvised!" (tytuł jednego z wielu bootlegów zawierających nagrania ze słynnego koncertu TD z katedry Notre Dame z grudnia 1974 roku) wieńczą dwa koncerty, bodajże z 31.01.1980. Są to ostatnie improwizowane występy zespołu, stanowiące przy okazji mandarynkowy debiut Johannesa Schmoellinga (niezapomniane fortepianowe solo na Quichotte Part One!). Część z tego pojawiła się na albumie "Tangram" i na koncertowym "Quichotte" (zwanym także "Pergamon"). Od 1980 roku, na dłuższy czas bo aż do 1983 roku, zadomowił się jeden z utworów z dzisiejszej płyty - "Choronzon". Grany był na bis, bardzo długi zresztą. Znane są wykonania trwające aż 12-13 minut (studyjna wersja trwa 4 minuty) !

Album "Exit", poza swoistym wejściem i Wyjściem ma także polityczną odsłonę i interpretację. Jest to wezwanie do zakończenia Zimnej Wojny i zbrojeń nuklearnych. Lider zespołu, Edgar Froese, posunął się nawet do zaaranżowania darmowych egzemplarzy albumu dla Rosjan, od ludzi mających pewną władzę i miejsce w politycznej strukturze aż po zwykłych, szarych obywateli. Odbył się nawet koncert na rzecz rozbrojenia (29.08.1981, na kilka dni przed premierą "Exit"). Nie jest to zresztą pierwszy polityczny incydent zespołu w tych czasach. Ale nie jest to tematyką niniejszego tekstu.

Płytę tworzy 6 utworów. W oczy rzucają się ich czasy trwania - najdłuższy ma 9 minut. Cały album zaś trwa 36,5 minuty. Brzmienie jest także inne - nawet pod koniec lat 70. nikt nie spodziewałby się usłyszeć tak pozytywnego utworu jak "Choronzon". Od tej pory, z rzadkimi przerwami (np. "Poland" z 1984 - 4x 20 minut czy "Live Miles" z 1988 - 2x 30 minut), utwory TD stają się zdecydowanie krótsze. Sam zespół także zaczął zyskiwać większe rzesze fanów dzięki nowemu środkowi przekazu - soundtrackom do filmów (jeden z najbardziej znanych - "Thief" z 1981).

Okładka albumu tylko w wersji amerykańskiej (1989) nawiązuje do tytułowego "Wyjścia". Wersja Virginowska z 1995 ma paskudną, niezwiązaną z albumem okładkę. Najwyżej przypomina widok zza krat na Księżyc i niebo. Jakoś średnio mi to pasuje do klimatu tej płyty. Przy okazji, jest to jeden z najtrudniej dostępnych albumów Virginowskich TD.


(Okładka wyd. USA, 1989)

 (Okładka wyd. Virginowskiego, 1995)


Po dość obfitym w informacje wstępie, czas na właściwą część niniejszego tekstu. Niestety nie ma dobrego filmu na YT z całością albumu, więc będę załączał do każdego akapitu "jego" utwór.

Pierwszy utwór na "Exit" to "Kiew Mission" czyli Misja Kijowska. Utwór rozpoczyna się od uderzeń w perkusję, coś na kształt gongów a potem syntezatorowych "szeptów". Wchodzi perkusyjny rytm i "drgania". Jeszcze w 1szej minucie pojawia się sekwencerowy rytm, ubogacony oczywiście przez klawisze. Całość brzmi dość epicko, niczym muzyka dla jakiegoś superbohatera. W utwór wpleciony jest także rosyjski tekst (za Voices In The Net: jest on o pokoju i komunikacji). Warto wspomnieć iż ten utwór w wersji wokalnej pojawił się tylko na wspomnianym wcześniej koncercie na rzecz rozbrojenia. Po fragmencie wokalnym, zmianie uległa partia klawiszowa. Sekwencer powraca pod koniec 3 minuty. W 4,5 minucie mamy przejście do kolejnej sekcji utworu. Podobnie brzmią niektóre fragmenty "Poland", tak zimowo i tajemniczo. Druga sekcja "Kiew Mission" ma konstrukcję podobną do poprzedniej - także jest wspierana przez sekwencer (?) a główną rolę grają klawisze i melodie wygrywane przez muzyków. W niej nie pojawia się żaden głos (poza "głosopodobnymi" dźwiękami z syntezatorów). W pewnym momencie, w 8 minucie rozpoczyna się trzecia część - tajemnicze pomruki, zarówno "wokalne" jak i syntezatorów. "Wycie" trwa zaledwie krótką chwilę i na koniec powraca motyw z drugiej sekcji. Wybaczcie braki i pewną ubogość tego tekstu - w takich utworach jakoś nie ma (wiele) miejsca na moje wizje. :)


(Kiew Mission, wersja studyjna, 1981)

Drugi utwór nosi tytuł "Pilots Of Purple Twilight" (Piloci Fioletowego Zmierzchu). Jest to dość rytmiczna, chociaż monotonna kompozycja. Sekwencer brzmi niczym silnik pojazdu tytułowych Pilotów. Całość sprawia charakter zapisu dźwiękowego pracy ich maszynerii. Dopiero później robi się trochę ciekawiej. Z drugiej strony, tło, to, co jest "pod spodem", "z tyłu" w tym utworze jest nieco hipnotyzujące. W późniejszej części mamy także dźwiękowy opis ich manewrów. Warto wspomnieć iż zespół grywał ten utwór w ramach koncertów w USA w 1986.


(Pilots Of Purple Twilight, wersja studyjna, 1981)


Trzeci kawałek - Choronzon! Otwiera go bardzo rytmiczna perkusja. Jest to krótki ale żywy kawałek. Grany od 1980 roku, na płycie uległ przede wszystkim skróceniu (wspomniałem iż potrafili go "bisować" przez 12-13 minut? :)). Trochę (?) zbyt wesoły w tym zbiorze kompozycji studyjnych. Jest to najweselszy i najrytmiczniejszy oraz najżywszy utwór na płycie "Exit". Wersje koncertowe brzmiały dość podobnie do tej studyjnej (1980-1981 - na bis, 1982-1983 - w ramach 1szej części koncertu). Końcówka brzmi jakby utwór się "posypał", "rozwalił". Jeden z klasyków zespołu, tak jak np. Logos (Velvet Part) (o którym wspomniałem w tym tekście ).


(Choronzon, wersja studyjna, 1981)

Czwarty utwór to utwór tytułowy - "Exit". Rozpoczyna się od hipnotyzującej sekwencji dźwięków (w tym czegoś w rodzaju "trzaskających drzwi"). W 53 sekundzie wchodzą klawisze. Utwór stylistycznie (zwłaszcza partia klawiszowa) kojarzyć się może z "Kiew Mission", pierwszym utworze na tej płycie. W 2:15 mamy bardzo ciekawą partię. Szybka, rytmiczna a tło wciąż jest identyczne. Czyżby zespół uwięził się we własnym utworze? Wejść weszli ale potem nie mogli wyjść? Czy wszechmocne TD stać tylko na dogrywanie "efektów specjalnych" do jednostajnego tła? Wbrew pozorom to nie jest zły kawałek. Trochę się w nim dzieje. Utwór bardzo rzadko grany na koncertach, z takich głośniejszych wykonań - koncerty w 1997 i 2010 (koncert w Lizbonie, jedyny na jakim grali ten utwór).


(Exit, wersja studyjna, 1981)

Kolejny utwór to "Network 23". Tajemniczy, dziwny początek prowadzi nas do utworu bardziej w stylu Choronzon. Oba te utwory zostały sparowane razem na 7" singlu. Zdecydowanie mają potencjał. "Network 23" sprawia wrażenie żywszego i bardziej zmiennego niż "Choronzon". Zawiera sporo ciekawych efektów dźwiękowych. Troche takie Mandarynkowe disco. Można się do tego poruszać ale zalecana jest Elektroniczna Medytacja (Łapiecie? To jest polskie tłumaczenie tytułu ich debiutanckiego albumu) Nigdy nie był grany na koncertach (a szkoda).



(Network 23, wersja studyjna, 1981)

Czas na ostatni utwór - "Remote Viewing". Zaczyna się bardzo tajemniczo i groźnie. Brzmi jakby jakaś elektroniczna muzyka z horroru. Z każdym dźwiękiem oczekujemy potwór z piekła rodem. Groza i napięcie rośnie. Strach się bać. W drugiej minucie chyba Coś zaczyna się wykształcać z tego utworu. W 2,5 minucie mamy wejście sekwencera i "gwizdanych" klawiszy. Mimo pewnej dozy pozytywności, utwór wciąż zachowuje swoją tajemniczą twarz. Utwór poddaje się powolnej ewolucji. Z koszmaru z Ulicy Mandarynkowej utwór przerodził się w miłe dla ucha plumkanie. Elektroniczne Brzydkie Kaczątko? Jest to kolejny utwór z niby-zakończeniem. Jest ono w pewnym sensie urwane. Utwór "wyszedł" a my zastanawiamy się czy to naprawdę koniec? A może nasza płyta jest uszkodzona? :) Dalsze rozważania nad tą kwestią pozostawiam czytelnikom. :)


(Remote Viewing, wersja studyjna, 1981)

Nie jest to zły album. Jest on zauważalnie odmienny od swojego poprzednika, "Tangram". Pokazuje on nową stylistykę zespołu i kierunek zmian. Nie oznacza to oczywiście iż Tangerine Dream nie będą komponować dłuższych utworów (np. "Mojave Plan" z "White Eagle", 1982). Więcej rytmu, automatów perkusyjnych i sekwencerów. Pewnego rodzaju podsumowaniem tej ery w historii brzmienia TD jest koncertowy album "Poland" (chociaż wydany w 1984 w ramach tzw. The Blue Years ale muzyka, formalnie rzecz biorąc, jest jeszcze Virginowska). Jest to album wyjątkowy gdyż wskazuje na zmiany w muzyce zespołu. Przynosi kilka perełek do wielkiej składnicy "fajnych kawałków" TD (chociaż tak na dobrą sprawę, chyba tylko "Choronzon" się ostał w niej na dobre - reszta to "fajne ale w odsłuchu całej płyty a pojedynczo raczej tylko na koncertach"). Nie jest to wybitny album i zespół nawet w tym okresie nagrał lepsze (np. wspomniany przeze mnie "Logos" z 1982) to nie można powiedzieć o nim, że jest zły. Na miano przeciętnego również nie zasługuje. Po prostu dobry. Co wyszło z Wyjścia? 4* i nic więcej.

Recenzja ta byłaby niekompletna bez udzielenia odpowiedzi na pytanie postawione w jej tytule. Wbrew tytułowi, jest to raczej wejście. Wejście w nowe brzmienie - bardziej zrytmizowane i w formie strawniejszej dla człowieka (nie każdy lubi wielkie 20-30 minutowe monstra ;)). A dlaczego "Exit" a nie Entrance? Po pierwsze - wiedzieli, że nazwę "zaklepie" Klaus Schulze ("En=Trance", 1988) ;) Po drugie - powody polityczne. "Wyjście" z ery zimnej wojny, z ery nuklearnego niepokoju, atomowej niepewności jutra.

W ten sposób przekazałem wszystko, co chciałem przekazać w niniejszym tekście. Zatem żegnam się z Wami moi Czytelnicy i zostawiam Was w niepewności co do mojego kolejnego tekstu. Nigdy niewiadomo czy będę chciał coś jeszcze napisać. :)

PS. Zastosowałem nowe formatowanie tekstu - wyjustowana całość, bez wcięć jako "wejście" akapitu i linijka odstępu między akapitami. Mam nadzieję, że teraz jest czytelniej i w ogóle lepiej. :)

PS2: Przy pisaniu tekstu korzystałem z nieocenionego źródła wiedzy o TD jakim jest VITN (Voices In The Net) .

PS3: Edytowałem tego posta - dodałem filmik z Remote Viewing. Zapomniałem tego zrobić w trakcie pisania. Przepraszam.


piątek, 10 października 2014

10.10.2014 - Historia pewnej miłości muzyką pisana...

      Witajcie po dłuższej przerwie. Dawno nic nie pisałem - z przyczyn różnych. W międzyczasie przeprosiłem się z Schulzem (jeszcze nie do końca ale jesteśmy na dobrej drodze :P). Kolekcja jak i mój brzuch się powiększają tylko ten blog marnieje. Dość niedawno sobie znowu o nim przypomniałem. W dzisiejszym tekście postaram się Wam przybliżyć album który skłonił mnie do napisania czegoś tutaj. Jest to jedna z tych lepszych płyt mojego pierwszego Mistrza - Jeana Michela Jarre'a.
     Tytuł niniejszego tekstu sugeruje iż znowu do czynienia mieć będziecie ze swoistym miksem recenzji i opowiadania. Nie raz stosowałem ten zabieg literacki w swoich tekstach. Ciekaw jestem Waszych opinii.
     Pozwólcie iż od razu przejdę do samego meritum. Nie bardzo wiem co napisać o tym albumie. Niech przemówi muzyka! Oto cały album. Nie jest przesadnie długi - tylko 35 minut. Album nosi tytuł Rendez-Vous i został wydany w 1986 roku.



     Płyta składa się z 6 utworów, nazwanych po prostu kolejnymi spotkaniami. Tak samo jak w przypadku jego majstersztyku, Oxygene, mamy dość "anonimowe" utwory "luźno" i "roboczo" zatytułowane, np. First Rendez-Vous. Wyjątkiem jest ostatnia część, szósta, nosząca podtytuł Ron's Piece. Jest to dedykacja dla Rona McNaira który zginął w wypadku Challengera (razem z resztą załogi). Miał zagrać saksofonową partię będąc w kosmosie. Niestety, katastrofa ta pokrzyżowała plany Jarre'owi i na albumie tą część gra kto inny (nie w kosmosie).
    Pierwsze spotkanie rozpoczyna się od tajemniczego zauroczenia piękną Kobietą. Może chodzi o "kobietę" z okładki płyty, czyli Matkę Ziemię? Tajemnicze syntezatory ustępują miejsca delikatnym dźwiękom "fortepianosyntezatora" by po chwili akompaniować mu w swój "pomruczysty" sposób (niczym nucenie melodii przez nas, ludzi). Wciąż jednak ten utwór ma tajemniczy aczkolwiek może nieco romantyczny klimat. Rozkwita nowa miłość, serca biją szybciej, myśli kochanków są skierowane ku sobie nawzajem.
   Druga odsłona sztuki zwanej Miłością rozpoczyna się od orkiestry. Syntezatory po raz kolejny udowadniają, że potrafią brzmieć nie tylko jak syntezator. :) Miłość się pogłębia. Dochodzą nowe dźwięki. Okres pełny emocji, szczęścia i namiętności. Wbrew pozorom sporo się dzieje, nie tylko w sercach kochanków ale także w utworze. Niesamowite dźwięki pieszczą moje ucho. Drugie Rendez-Vous składa się z 4 części a to właśnie była pierwsza z nich.
   Druga-i-2/4-część zaczyna się dramatycznie. Czyżby nasz bohater próbował uprowadzić swój obiekt westchnień? A może teraz Jarre daje nam wgląd na Miłość od strony Kobiety? Dźwiękowy opis Jej uczuć? Stylistycznie mamy więcej tego samego, nawet po chwili wracamy do motywu z pierwszej części Second Rendez-Vous (a przynajmniej brzmi to znajomo). Pojawia się przejście do trzeciej części, niczym twarde lądowanie.
  Akt drugi, scena trzecia. Pojawia się pewna rutyna a może Miłość się ustabilizowała? Wciąż wszystko jest delikatne niczym Ona. Wrażliwe i piękne. Kruche i ulotne lecz nieskazitelnie piękne. Brzmi zupełnie inaczej od dwóch poprzednich scen. Po krótkiej chwili mamy przejście do sceny czwartej.
   Znowu wróciły mroczne pomruki z pierwszej sceny. Klimat także bardziej znajomy. Bardzo dynamiczna i gorąca muzyka. Chyba pojawia się chór. Nasi kochankowie mocno przeżywają każdą wspólna chwilę... minutę... sekundę. Pojawia się nawet perkusja (pod koniec). Przemoc domowa? ;) Uderzenia perkusji mają symbolizować bicie ;) ? Chyba nie. Może raczej bicie serca? :)
    Trzecie Rendez-Vous. Akt trzeci - rozłąka i tęsknota. Kochankowie zostali rozdzieleni podczas upojnej nocy. Może to bicie perkusji to bójka? Rodzina Jej jest skłócona z rodziną Jego? Niczym Montekowie (?) i Kapuleci (?) z "Romeo i Julii". On dostał karę. Serce tęskni. Pustka i przygnębienie wypełniają Jego umysł. Każda chwila bez niej boli niczym nóż wbity w pierś. Sekundy bez niej zamieniają się w minuty. Te zaś w godziny. A one - w dni...
  Akt czwarty. Miłość odżywa na nowo. Dwa serca i ciała ponownie się jednoczą. Piękno Miłości Jarre próbuje opisać pięknem muzyki (instrumentalnej). Czwarte Spotkanie jest jednym z jego najbardziej znanych utworów. Bardzo rytmiczny i żywy. Jest bardzo optymistyczny i wesoły. W końcu miłość to jedno z tych dobrych i pozytywnych uczuć. Na końcu głęboki oddech. Wszystko co dobre, szybko się kończy dlatego też Czwarta Randka trwa tylko 4 minuty.
   Akt piąty jest również podzielony na części jak akt 2. Pierwsza z nich przedstawia dzień "po". Po długiej, upojnej i gorącej nocy, tak bardzo wyczekiwanej przez Oboje nadszedł czas na dzień. Wciąż zakochani i spragnieni siebie, wspominają przed-szlabanowe randki i spotkania. Oczywiście wzajemnie patrząc sobie w oczy i trzymając się za ręce.
   Scena druga aktu piątego. Jeszcze więcej wspomnień. Dość krótki kawałek. Służy za przejście do sceny trzeciej. Brzmi jak zremiksowane fragmenty chyba Rendez-vous 4.
  Scena trzecia. Wielka niewiadoma. Jest to zremiksowana wersja któregoś kawałka z Music For Supermarkets. Po prostu coś się dzieje. Ciężko powiedzieć co gdyż ta część tego albumu to czysta abstrakcja. Jest to kolejna żywa i dynamiczna partia na tej płycie. Najgorsze jednak dopiero przed nami - Last Rendez-vous - koniec naszej opowieści ale czy koniec Miłości?
    Akt szósty - Last Rendez-Vous. Jest to utwór smutny. Jak już wspomniałem, poświęcony jest ofiarom katastrofy Challengera z 1986. Jednocześnie też wyraża ból i utratę kogoś bliskiego - Jego lub Jej. Uczucie to potęgowane jest przez smutną, żałobną partię saksofonu. A może, tak jak w "Romeo i Julii" umarli Oboje? Wraz z nimi, umarła też Miłość. Mowę pogrzebową przygotował sam Jean Michel Jarre. W środku tego utworu dochodzi do pewnego poruszenia. Całość wzbogacona została o basowe dźwięki syntezatora. Utwór wygasza się dość szybko - ostatnie tchnienia saksofonu i dwa uderzenia serca. Dwa, bo Ich było Dwoje. El-Romeo i El-Julia. Elektroniczna historia pewnej Miłości.
    Wspomniałem iż na okładce jest Matka Ziemia. Wcześniej widzieliśmy kawałek jej czaszki (Oxygene) - ostrzeżenie dla ludzkości i apel byśmy dbali o naszą Jedyną. Tym razem mamy Kobietę, Gaię.


Czas skierować swoje serce ku bardziej przyziemnym sprawom. Moim zdaniem, Rendez-Vous, to jedna z najlepszych płyt Jarre'a. Ma swój unikatowy styl i łączy przebojowość oraz rytm (np. Fourth Rendez-Vous, które doczekało się singla) z bardziej nastrojowymi partiami (First Rendez-Vous czy Last Rendez-Vous). Jest to jedna z ostatnich naprawdę porządnych płyt od Jean Michel Jarre'a. Prezentuje sobą bardzo wysoki poziom. Niestety, następna (Revolutions, 1988) jest zauważalnie słabsza w moich oczach (i uchu). Randka, bo tak brzmiałby pewnie polski tytuł tego albumu, zasługuje na 5. Jest to absolutny klasyk. Szkoda tylko faceta bo strasznie się stoczył jako muzyk.
Zdecydowanie warto sięgnąć po tą płytę, jak i inne tego artysty (sprzed 1986). Fanom wypada mieć ten album w swoich "półczano-kompaktowych" albo "półczano-winylowych" zbiorach. Mam nadzieję iż niektórym Czytelnikom, nieznającym tej muzyki, recenzja ta "wtłoczy" ją do serca. :)

sobota, 23 sierpnia 2014

23.08.2014 - Trancefer myśli na wirtualną kartkę papieru

Wstęp

Po kolejnej przerwie, zmotywowany przez swoją przyjaciółkę (również blogerkę – www.recenzjeami.blogspot.com) postanowiłem znowu coś napisać. Tym razem pomyślałem iż spróbuję przeprosić się z panem Schulze i opiszę jeden z jego albumów. Nie wiem za bardzo czemu wybrałem akurat Trancefer. Może jego „krótkość” w porównaniu z innymi albumami? Albo fakt iż niedawno dość często go słuchałem ? W każdym razie motyw jest mniej ważny. Zapraszam do opisu moich odczuć. Jakie myśli „przeTranceferowałem” do edytora tekstu? Kto przeczyta, ten się dowie.

Część właściwa – tak zwane (przez polonistów :P) rozwinięcie

Zanim przejdę do opisu moich wrażeń dźwiękowych, zaprezentuję okładkę recenzowanego albumu, jego tracklistę … i nic więcej. Nie chcę spoilerować. Muzyka jest najważniejsza.

Recenzowany album nosi nazwę Trancefer. Wydany został w 1981 i stanowi kontynuację trendów zastanych przez słuchaczy na poprzedniej płycie muzyka – Dig It. Cyfrowe instrumenty (ale nie wirtualne, to nie te czasy jeszcze) i bardziej rytmiczna muzyka. Inne podejście. Nowy styl, nowe otwarcie. Nowa karta w historii.

Na Trancefer przetransferowane zostały dwa, prawie 20 minutowe utwory: A Few Minutes After Trancefer i Silent Running. A okładka wygląda tak:



Pierwszy utwór zaczyna się od „wrzasków” syntezatora, niczym ugładzony debiut artysty (Irrlicht). Po upiornym seansie z okładkowym widmem, do akcji wchodzi sekwencer. Oczywiście niezadowolony duch okazuje swoje niezadowolenie „wrzeszcząc” co chwilę. Do niego dołącza się jego „pykający przyjaciel” a do całości dialogu Schulze tworzy cichą muzyczną oprawę. W drugiej minucie nasz „pykający przyjaciel” czasem zaczyna się „jąkać” oraz do rozmowy włącza się Pan Skrzypce (czy tam Pani Wiolonczela). W trzeciej minucie robi się niezły ambaras bo i perkusja weszła do sekcji rytmicznej. Moje uszy (ucho?) biją jej brawa. Mamy w 4-tej minucie wciągający i uzależniający rytm perkusyjny na elektro-klasycyzującym tle dźwiękowym. Pod koniec tej minuty mamy popis umiejętności Pana Skrzypce (Skrzypca? ;)). Od tej chwili zdecydowanie głośniej on zaczął wypowiadać swoje racje. Spokojna rozmowa chyba przeradza się w kłótnie. W 6 minucie słychać ożywioną i głośną awanturę. Wchodzi też rytm perkusyjny który wbił mi się w czaszkę od jakiegoś czasu. Sekwencja jest cały czas niezmienna, płynie swoim tempem, uzupełniana przez perkusję. Pan Skrzypce coś opowiada i gestykuluje mocno i namiętnie. Słychać także jakieś reakcje tłumu wsłuchanego w tą dźwiękową opowieść. W połowie utworu, w 9 minucie jest bardzo ostro i żywo. Kłótnia jest żywa i ostra. Dochodzi do użycia siły. Szaleństwo. Rytm perkusyjny dba o to bym szybko go nie zapomniał. Ciągle się coś dzieje. Muzyka jest bardzo żywa, chociaż komponowana z użyciem przecież tak bardzo martwych przedmiotów. Życie stworzone z martwej natury, stworzonej przez człowieka. Argumentację w 11 minucie ma Muzyczna Zjawa Z Okładki Płyty. W 12 minucie odpowiada jej Pan Skrzypce. Ognista wymiana zdań dźwiękowych. 13 minuta. Nagle się zrobił tajemniczy nastrój. Ponura cisza w świecie dźwięków, zobrazowana także dźwiękiem. Cisza udźwiękowiona. Brzmi to absurdalnie ale doskonale oddaje moje odczucia. Pan Skrzypce jest smutny. Zjawa wyje. Chyba ktoś Pana Skrzypca pobił. Zjawa lamentuje. Muzyka wciąż wesoło i niezmiennie gra – to tylko maszyny – sekwencer i automat perkusyjny. One nie mają uczuć. Muzyczne roboty grają tak, jak zostały zaprogramowane. Nie zrobią odstępstwa, ani na jotę, od Programu jaki wgrał im Wielki Programator Dźwięków. W 16 minucie do tej dziwnej muzycznej opowieści włącza się ktoś jeszcze, kto poucza wszystkich tu zebranych. W 17 minucie Pan Skrzypce jeszcze żyje a przynajmniej udawanie żywego mu dość dobrze wychodzi. Utwór zbliża się ku końcowi. Program Muzyczny również. Opowieść (i kłótniorozmowa) lecą dalej a Schulze niestety przerywa jej nagrywanie. Zapis tejże się urywa. Pozostawieni jesteśmy w swoistego rodzaju niepewności. Zastaliśmy oto koniec. Lecz czy na pewno jest to koniec? Czy wszystkie strony zostały wysłuchane? Czy każdy wyargumentował swoje racje? Jedno jest pewne. To koniec. Nie ma już nic. Ostatni Dźwięk wybrzmiał. A ja siedzę jak głupi w słuchawkach i oczekuję na więcej.

Ten utwór ma w sobie to coś. Hipnotyzuje i wciąga. Uzależnia od siebie. Jest zdecydowanie łatwiejszy w odbiorze niż albumy z lat 70. Ciężko mi napisać coś więcej gdyż pisanie typowych recenzji raczej dość średnio mi wychodzi.

Drugi utwór zaczyna się jakby był ciągiem dalszym naszej opowieści. Zjawa cicho i spokojnie wyje. Wręcz przerażająco spokojnie. Czuć w tym niepokój, który jest spotęgowany kolejnymi dźwiękami. Coś się kroi (nie, nie żadna ostra promocja). Przedłużony dźwięk i wejście perkusji / sekwencera. To się kroiło. Zjawa znowu wydaje z siebie dźwięki. Powitajmy Pana Skrzypce! Znowu wrócił do nas. Żywy. Świetnie się trzyma. Tym razem to on przejął stery. To jego dźwięki są najbardziej wciągające. Znowu pokazuje swój talent lecz zjawa nie chce być gorsza. We dwoje tworzą dość udany duet. Zjawa prezentuje swoje możliwości wokalne. W tle coś „brzęczy”. Dodatkowo mamy też perkusję. Całość jest dość spokojna i cicha, bez szaleństw jak w pierwszym utworze. Nerwowa atmosfera zdążyła już opaść. Słychać jak odbudowują zniszczenia po bójce. Muzyczna całość też jest hipnotyzująca ale w odmienny sposób niż w pierwszym utworze. 8 minuta. Chyba roboty idą bardzo dobrze. Lekkie wycie zjawy i delikatna zmiana tempa. Słychać, że wciągnęła ich robota. Wszystkie brzmienia są hipnotycznie jednostajne, oczywiście z dodatkami. To one sprawiają, że utworu nie odbieramy jako długiej porcji dźwiękowej nudy (chociaż zdawać się on może nudniejszy i bardziej dłużący się niż poprzedni). Pozorną jednostajność i stałość przełamują dodatki takie jak słyszalne w 10 minucie skrzypce / wiolonczela. Mimo innego nastroju, mamy tu niezwykłą spójność brzmieniową z poprzednim utworem – ten sam styl, instrumenty itp. ale mniej agresywne brzmienie. Takie jakby bardziej zamyślone, tajemnicze, niepokojące. Wydaje się iż właśnie do tego utworu pasuje zamyślona zjawa z okładki tejże płyty. A może tu nie ma żadnych robót budowlano-remontowych tylko lamenty zjawy? Albo Pana Skrzypce? Słuchając tego utworu wręcz wyczekuje się ze swoistego rodzaju podnieceniem kolejnej zmiany brzmieniowej, która nie nadchodzi pomimo bycia zaanonsowaną przez Tranceferową Zjawę. Brzmi to nieco jak powrót do korzeni – utwory stałe w swojej wymowie, charakterze, brzmieniu przez cały czas trwania Muzycznego Programu. Utwór zbliża się ku końcowi. Niewiele już zostało dźwięków do odtworzenia z Kodu. Zjawa przejmuje dominacje i wieńczy wszystko swoim głosem. Pozostałe dźwięki milkną w tle, łącznie ze Zjawą. I tak oto Transfer dobiegł końca. Transfer (a może raczej Trancefer) moich myśli, związanych z Dźwiękami którymi raczyłem swoje jedyne, kalekie ucho, na wirtualną kartkę papieru. Dźwięki się ucyfryzowały to i metody ich opisu również. ;)

Jakby podsumować tą część tego albumu? Jest ona niebywale spokojna, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki. Ciężej mi było opisać swoje wrażenia bo nie ma tu wiele do opisywania. Nie jest to pustka dźwiękowa. Monotematyczność w najlepszym, elektronicznym wydaniu. Nie ma tu sekwencerów (albo przynajmniej nie są one tak wyraziste i łatwo słyszalne) ani szaleństw dźwiękowych. Nie ma tu burzy w.. muszli słuchawkowej (słuchałem na swoich dużych, prawie dwuletnich już Superluxach). Jest tylko spokój w krainie dźwięków.

Podsumowanie i zakończenie

Oba utwory mają podobny czas trwania (różnica to ok. 30-40 sekund na korzyść drugiego z tej pary). Można przyjąć iż są mniej więcej równe. Tak więc Trancefer jest albumem mniej więcej wyrównanym. Dziką, niepokromioną i agresywną improwizację z pierwszego utworu (A Few Minutes After Trancefer) Schulze zestawił ze spokojną, delikatną ale też nieco niepokojącą częścią (Silent Running). Na tej płycie mamy zestawienie Yin i Yang, ognia z wodą. Schulze wcześniej takie pary tworzył – np. na Moondawn. Co więc wyróżnia Trancefer na tle innych albumów? Na pewno skrzypce / wiolonczela. Chyba bez niej ten album byłby zdecydowanie gorszy, nijaki i utonąłby pomiędzy wieloma innymi perełkami z olbrzymiej i szerokiej dyskografii Klausa Schulze. Można też powiedzieć iż mamy tu utwór z dużym potencjałem na hit – uzależniający i wciągający A Few Minutes After Trancefer. Singiel z niego byłby marny gdyż jest zbyt długi ale sam utwór warto odnotować (pozytywnie) i polecić.

Krótko mówiąc, Trancefer to fajna płyta. Wzbogacona o wiolonczelę / skrzypce, przez co jest odmienna od wielu płyt, na których Schulze mocno eksploatuje sekwencery. Tu wyeksplotowany jest nie tylko sekwencer ale i rytm. Warto posłuchać gdyż nie jest to (za) ciężki i trudny w odbiorze Schulze (ale nie gra też komercyjnie, wciąż jest sobą). Trancefer to też najkrótszy album w dyskografii Klausa – zaledwie 37 minut. Większość starszych płyt Klausa ma tylko o 7 minut krótsze „połówki” czyli 1 utwór. ;) Płytę oceniam pozytywnie.

wtorek, 15 lipca 2014

14/15-07.2014 - "I każde słowo niech będzie kuliste, Słodkie jak plaster lipcowego miodu."

Witajcie po kolejnej przerwie. Obiektem recenzji będzie album Tangerine Dream zatytułowany "Logos Live". Wbrew tytułowi postu, nie zamierzam (dzisiaj) recenzować "Ze słowem biegnę do ciebie" polskiego SBB. Piszę to gdyż słowa z tytułu są fragmentem tekstu tytułowego utworu na tej płycie.
Zanim przejdę do meritum, chciałbym wytłumaczyć Czytelnikom czemu się pojawiło w tytule nawiązanie do SBB i jaki ma ono związek z TD. Chyba każdy kojarzy biblijny opis stworzenia świata. Bóg mówi i ma. Mówi a więc wypowiada Słowo (które jak wiemy Ciałem się stało). Słowo jest określane jako Logos (jest to określenie wzięte z j. greckiego i oznacza nie tylko "słowo" ale też np. "rozum"). W tym artykule znajduje się potwierdzenie moich słów.

Czymże jest więc Mandarynkowy Logos? Jest to album "koncertowy" bazujący na materiale granym podczas europejskiej trasy koncertowej w 1982 roku. Zespół m.in przedstawiał, jako premierę, kompletną suitę Logos. W ramach setlisty została ona rozdzielona na dwie części, które rozdzielone zostały innymi utworami (w tym także premierowymi). Warto wspomnieć iż poza materiałem pochodzącym z najnowszego albumu zespołu ("White Eagle", 1982) i tradycyjnie wydłużoną wersją utworu "Choronzon" ("Exit", 1981) mamy sam premierowy materiał (w tym fragment z płyty "Poland" z roku 1984). Oczywiście, materiał został wyselekcjonowany i obrobiony w studio. Zespół, jak wspomniałem, nigdy nie grał "Logos" w całości. Zawsze w 1982 roku była to niejako dwuczęściowa suita. Dopiero na albumie została ona zmixowana w sposób jednolity (i podzielona na części Part I i Part II ze względu na ograniczenia płyty winylowej). Zespół też do suity dołączył jeden z bisów grany na koncertach w 1982 - "Dominion". Nazwa wywodzi się od "Dominion Theatre" w Londynie (data koncertu: 6.11.1982), skąd wywodzi się "baza" dla tej płyty.

Okładka. Warto i o niej wspomnieć.



Jest to okładka pochodząca od starszych wydań (sprzed 1995) - one miały charakterystyczną białą ramkę (i na niej są umieszczone napisy - Tangerine Dream i Logos Live). Zdjęcie na niej przedstawia zespół w akcji. Od lewej do prawej mamy - pochylonego Edgara Froese, sekwencerowego guru zespołu i nie mniej ważnego Chrisa Franke oraz "grającego na dwa fronty" Johannesa Schmoellinga. Wszyscy Ci panowie tworzyli niezwykle produktywne trio. Szkoda tylko, że krótkotrwałe.

Czas przejść do najważniejszej części każdej recenzji czyli do meritum. A w tym przypadku meritum jest Muzyka. Tradycyjnie swoje wrażenia będę opisywał w trakcie słuchania.

Pod tym adresem znajdziecie całą suitę Logos (45 minut)

Koncert otwiera Logos Intro. Mroczny utwór z pewną ilością "syków" itp. Po chwili dominują chóry i prosty rytm na który po chwili nałożona zostaje perkusja (z automatu). W drugiej minucie mamy krótki, powtarzający się motyw, który wzbogaca dotychczasową treść. Motyw ten jest rozwijany i powtarzany. W 4 minucie pojawia się pewien niepokojący dźwięk. Z niego zespół postanowił zrobić przejście w kierunku następnej części - Logos Cyan. Brzmi bardzo ambientowo i mrocznie. Na koncertach w 1982, pierwszą część suity Logos stanowiły Intro i Cyan. Zespół znowu przechodzi w stronę kolejnej części i buduje atmosferę oraz nastrój pod nią. Trzecia część suity Logos nosi tytuł "Velvet" ("Logos Velvet", "Logos (Velvet Part)"). Część ta (Velvet) często wracała na późniejszych koncertach. Otwiera ją perkusja i "takie-jakby-wycie". W 7 minucie mamy to, za co "Velvet" jest sławne - niesamowicie piękny motyw. Jest to nie tylko wizytówka tej płyty ale i jeden z najlepszych kawałków nagranych przez TD. Później wzbogacony np. o saksfon. W oryginale mamy wspaniałą, elektroniczną jego imitację. Albo fletu. Albo jedno i drugie. W 9 minucie mamy brzmienia bardziej fletopodobne. W 11 minucie zespół kończy ten utwór oraz przeciąga ostatnią nutę (ku uciesze fanów - te oklaski) i przechodzi do "Logos Red", kolejnej wizytówki z tego albumu. Zaczyna się mrocznie i tajemniczo, choć "podźwiękują" dość często "światełka w tunelu". Wstęp jest dość długi i pod koniec może lekko "zajeżdżać" Schulzowym "Irrlicht" (oczywiście w wersji ugładzonej, ucyfryzowanej i w ogóle usłodzonej - przynajmniej mnie się tak kojarzy). Wchodzi perkusja (loop). Co jakiś czas powtarza się tajemniczy dźwięk. Naprawdę, nie wiem jak go określić. Po dwóch-trzech powtórzeniach mamy motyw a potem znowu ten dźwięk. Wyłania się pewien wzorzec struktury dźwiękowej. ;) W 16 minucie mamy kolejny motyw z "Logos Red", taki lekko "trzęsący się", który towarzyszy nam przez pewien czas. Całość dopełniają jakieś nieludzkie odgłosy i dźwięki kojarzące się z gitarą elektryczną. 17.30 - bardzo piękna sekwencja na tle "fletu" / "saksofonu" i perkusji. W 18 minucie dochodzą do tego jakieś basowe pomruki czy stukoty czy coś w tym stylu (NIE w stylu z początku "Force Majeure", chociaż te nie są basowe). W 20 minucie słychać iż "Logos Red" się wygasza. Ustępuje kolejnej części - "Logos Blue". Jest to ostatnia część składowa "Logos Part I" (na winylu, na CD cała suita jest w jednym, 50 minutowym utworze). "Logos Blue" jest logiczną i spójną kontynuacją "Logos Red". Nawet mamy pewne delikatne podobieństwo (znajoma sekwencja w tyle i perkusja). Utwór ma takie brzmienie jakby to był jakiś "finiszer" (ale wesoły, tzw. happy end ;)). Brzmienie "główne" nieco się kojarzyć może z "Logos Velvet" ale w innej tonacji. W każdym razie nie jest takie hmm.. operowe? :) Naprawdę, ciężko mi to opisać. Pod koniec "Blue" staje się rytmiczniejszy - więcej perkusji. Sama końcówka już nie ma perkusji.

Drugą część suity w wersji 12"  ("Logos Part II") rozpoczyna "Logos Black". Jest bardzo mroczna i tajemnicza oraz groźna. Pozwala zwizualizować sobie ciemność (murzyńską ciemność - tytuł zobowiązuje ;)). W pewnym momencie pojawia się jakieś zgrzytanie, skrzypienie czy coś w tym stylu. W napięciu oczekujemy na rozwój sytuacji dźwiękowej. 27 minuta - "sedno" "Logos Black". Wciąż całość ma tajemniczy nastrój lecz na swój sposób hipnotyzuje. Chyba zaczęła się kolejna część - "Green". Gdzieś tak w 30 minucie. Zaczyna się od tajemniczego, powtórzonego dźwięku a potem prostego rytmu. Brzmi to jak muzyczny podkład pod prezentację jakieś tajemniczej, kosmicznej, mandarynkowej machiny dźwiękowej. Albo remix jakiejś melodyjki z zabawki dziecięcej lub jakiejś pozytywki. W 32 minucie nastrój się jednak zmienia. Czyżby coś się psuło? A może to machina ujawnia swoje prawdziwe, złowrogie oblicze? W 35 minucie zabawka się psuje. Zespół pokazuje publiczności nową - "Logos Yellow". Mamy tu mnóstwo rytmu, bardzo zwariowanego zresztą. Takie mandarynkowe disco polo. ;) W sam raz aby rozruszać publiczność. Niech podenszą (od ang. słowa dance - taniec czyli na nasze - potańcują) sobie. ;). "Yellow" to jeden z najrytmiczniejszych elementów całej suity. Typowy synthpop. Bogate brzmienie. Jest nawet jakaś solówka (?), brzmiąca nieco gitarowo (?). W 39 minucie, mamy jeszcze szybszy rytm chociaż kojarzący się z początkiem tej kompozycji ("Logos Yellow" a nie suity "Logos" jako całości). Po krótkiej zabawie dźwiękowej zespół wraca na mniej-więcej znane nam tony i brzmienia. Znowu mamy (cichy) powrót "gitary". Mamy kolejne, "wietrzne" tym razem przejście - w kierunku "Logos Coda". Jest to ostatnia część suity "Logos". Pojawiła się w innej wersji już w 1981 (tak jak "Logos Intro"). Wersja z 1981 jest nieoficjalnie znana pod tytułem "The Price"). "Coda" jest perfekcyjnym zakończeniem całości. Utwór ma podniosłą atmosferę - w końcu "Logos" to wielka płyta! 50 minut, z czego tytułowy utwór ma aż 45. ;) Ponadto jest bardzo lubiana przez fanów. "Logos Coda" kończy się nagle. Nie ma tu jakiegoś wysublimowanego, rozciągniętego zakończenia. Kończy się w taki sposób, w jaki mógłby się kończyć cały koncert (poza bisami). "Logos Coda" rzeczywiście było zwieńczeniem części głównej koncertów europejskich TD w 1982 roku.

Spora część suity "Logos" była wielokrotnie grana na koncertach i remiksowana. Najbardziej znane są oczywiście "Velvet", "Red", "Blue". Warto odnotować odmienną wersję tej suity graną w ramach koncertów w Japonii (1983) i w Grecji (również 1983). W obu przypadkach, nowa wersja stanowi całą drugą część koncertu oraz wykorzystuje fragmenty utworu "Horizon" ("Poland", 1984) na początku i pod koniec.

Przy okazji, skoro wspomniałem o tym iż istniała "demówka" "Logos Intro" i "Logos Coda" to chciałbym je przedstawić.

Logos Intro, w wersji z 1981 - zwróćcie uwagę na to iż jest 2x dłuższa niż oryginał z 1982 oraz na zmiany między oryginałem a tą koncertową "demówką". Dużo się dzieje pod koniec, w 8 minucie.
Logos Coda, w wersji z 1981

Teraz czas na ostatnią część albumu "Logos Live" - utwór "Dominion", ostatni bis na koncertach w 1982 roku.

"Dominion" - 5 minut

Jest to bardzo rytmiczna kompozycja. Zdecydowanie brzmiąca bardziej jak utwory z drugiej połowy suity "Logos". Łagodniejszy od "Yellow" ale nie tak łagodny jak "Coda". Moim zdaniem jest on pomiędzy nimi. Utwór wzbogacają okazjonalne (ale rzadkie) "pogwizdywania". Tak jak spora część muzyki TD, "Dominion" jest repetytywny. Mamy tu dużo powtórzeń. Nie budzi jakichś skojarzeń czy obrazów. Po prostu miły dla ucha kawałek ale rzadko grany na koncertach (głównie w latach 80., później niesamowicie rzadko). Warto odnotować abstrakcyjny finisz utworu.

Czas ocenić całość. Mamy do czynienia z obrobionym w studiu materiałem - idealną wersję "Logos" oraz jeden bis, dodatkowe słowo do ciągu kolorowych nazw (np. Red, Green, Blue). Do tej płyty zespół często wraca w ramach swoich koncertów i różnych składanek itp (wiele remiksów). Jest to świetna płyta. Wydana w najlepszym dla TD czasie - tzw. The Virgin Years (1974 - 1983). Jedna z niewielu płyt zespołu gdzie TD ma bardzo długie utwory (mam tu na myśli suitę "Logos" jako całość, "muzyczne zdanie" ;)). Perfekcyjne połączenie rytmu i nierytmicznych fragmentów (np. "Logos Cyan"). Wszystko jest spójne ze sobą. Szkoda, że zespół nie grał tego materiału w tej postaci. Sama okładka również ma swój urok. Podsumowując - wspaniały album. Kolejny raz trio Froese-Franke-Schmoelling udowadnia iż wciąż potrafią ciekawie grać oraz świetnie sobie radzą w "Digital Times" (z ang. - Czasy Cyfrowe; taki tytuł nieoficjalnie nosi suita grana podczas brytyjskich koncertów w 1981). Nie ma co się rozwodzić nad oceną - 5/5, 6/6, 10/10, 100/100 czy cokolwiek innego preferujecie. Zdecydowany "must have" w kolekcji każdego szanującego się fana TD, zresztą chyba tak jak każda inna płyta zespołu zrealizowana w ramach okresu Virginowskiego (dyskusyjny może być tylko "Cyclone").

Dedykacja dla mojej przyjaciółki Dominiki, znanej blogerki - Jej blog

Zresztą jest to recenzja, którą jej obiecałem. ;)

Tak jak prosiłaś - zgłaszam się ! ;) Umieściłem łososiowy banerek. ;)


sobota, 14 czerwca 2014

13.06.2014 - Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy

Awaria USOSa skłoniła mnie do napisania kolejnej recenzji. Tym razem wybór padł na singla / EPkę Tangerine Dream - "Sleeping Watches Snoring In Silence". Jest to wydawnictwo przeznaczone dla kolekcjonerów i limitowane. Rzekomo bo wciąż można dostać na Generatorze albo w oficjalnym sklepie TD. Płytkę tą (mini-album) wydali z okazji koncertu w Londynie (20.04.2007) promującego wtedy nowy album - "Madcap's Flaming Duty" (bleee bo śpiewany). A tytuł dzisiejszego wpisu pochodzi od tytułu recenzowanej EPki. :)

Mini-płytę tworzą trzy utwory: Hyper Sphinx, Lady Monk i tytułowy Sleeping Watches Snoring In Silence. Pierwsze dwa zostały zagrane na wspomnianym koncercie (wyszedł on na DVD). Trzeci zadebiutował w wersji koncertowej dopiero w tym roku podczas Phaedra Farewell Tour. Jak się zapewne domyślacie, mamy tu do czynienia z jedną nowością i przepysznie odgrzanymi kotletami (schabowe rządzą!). 

Hyper Sphinx jest to skrócona wersja znanego i lubianego przez fanów utworu Sphinx Lighting z albumu Hyperborea (1983). Należy zaznaczyć iż nie jest on tożsamy z remixem zamieszczonym na Hyperborea 2008 (wydanym w 2008, razem z Tangram 2008). W newsletterze jaki wysyła zespół (a i jaki grupa facebooka The Zest zamieszcza i przesyła członkom) jest zamieszczona setlista z koncertów i w drugim secie pojawił się właśnie ten remix - Hyper Sphinx (to było boskie - i ta gitara Edgara na końcu!). Jeżeli znajdę na YT to zamieszczę wraz z oryginałem. 
   Drugi kotlecik to wskrzeszenie utworu Zen Garden z albumu Le Parc (1985). Nie chcę psuć Wam (i sobie) przyjemności więc na razie przemilczę zawartość muzyczną tych dań.
  Od strony graficznej mamy kilka zegarków. Ten sam obraz został nadrukowany na płytę CD. Napisy na kartonowym pudełku nie zasłaniają grafiki. Nie mamy określonego rodzaju wydawnictwa a nie jest to Cupdisc (te wprowadzili w 2007 ale nie w kwietniu). Voices In The Net określa to wydawnictwo jako EPkę (25 minut). W mandarynkowej nowomowie byłby to zapewne Mini-Cupdisk.

Oto okładka:


Czas na najważniejsze - na muzyczną zupę z zegarka (a na drugie - muzyczne kotlety - BTW: ciekawe czy Edgar dobrze gotuje ;)).

Hyper Sphinx.. zaczyna się dobrze znanymi nam pojedynczymi uderzeniami w klawisze połączone z z syntezatorowymi pomrukami. Każdy dźwięk jest znajomy (i lubiany). Po podmuchu el-wiatru w 1.15 wchodzi perkusja (na koncercie w Warszawie Iris chyba pomyliła zespoły bo nawalała jakby w jakimś metalowym grała :D). Z każdą kolejną sekundą utwór się rozwija i komplikuje. W 3 minucie wchodzi upragniony i wyczekiwany sekwencer. Sphinx Lightning pełną parą. :) W 4 minucie mamy jakieś "rozmazane" elektronicznie głosy. Jest bardzo dużo dźwięków, zwłaszcza w tle. W 5 minucie wchodzi fajny motyw, poprzedzony podmuchem. Także perkusja staje się agresywniejsza (a raczej automaty - a na żywo bębnienie Iris). Sfinks nas oświeca a my zamyśleni medytujemy nad przekazem Guru EF. Zmiana nastroju następuje w 8.45. Zapadamy w trans ale nie sekwencerowy. Minutę potem, wchodzi gitara naszego Maestro. Zawsze myślałem, że to syntezator a na żywo Mistrz faktycznie zagrał tą część na gitarze! Moja ekstaza osiągnęła zenitu. Przewijają się dzwoneczki. Robota dla Iris. Kto był, ten widział, że ma całkiem sporo do ogarnięcia babeczka. W 12:30 mamy kolejną zmianę. Tym razem muzyka stała się żywsza i weselsza. Słychać jakieś perkusjonalia w tle (pyk pyk pyk?) a potem wchodzi perkusja "właściwa". Bit żywy i szybki. Niestety Sfinks powoli chowa przed nami swoje dostojne oblicze. Remix nie obejmuje ostatniej sekcji. Troszkę zbyt gwałtownie się kończy. Na koncercie w Londynie (2007) dograli do Hyper Sphinxa zremixowaną wersję końcówki utworu, przez oblicze Sfinksa fanom zostało ukazane w całości.

Próbki z YT - 4 oblicza Sphinxa


(oryginalne z 1983)


(wersja z tej EPki, 2007)


(Hyper Sphinx z koncertu w Kolonii z tego roku w ramach Phaedra Farewell Tour, 2014)


(wersja z Hyperborea 2008)

Lady Monk rozpoczyna się bitem godnym jakiegoś hiphopowego kawałka. Jest żywy i rytmiczny. Od początku pojawią się elementy ze wspomnianego Zen Garden. Stanowią one tło. Nowością tu jest przede wszystkim bit i nowe warstwy rytmu dodane do tego pięknego utworu. Jest to miły dla ucha, szybki i rytmiczny numerek ale nie ma w sobie tego czegoś, co przyciągnęłoby słuchacza na dłużej. Zdecydowanie gorszy kotlecik od Hyper Sphinxa. Tu jest strasznie nudno mimo iż utwór nadawałby się do potańczenia i w ogóle. Najnudniejszy kawałek na tej płycie? Miły dla ucha bo smaczki z lat 80 (Zen Garden!) ale meganudny jest ten bit.

Próbka:


(Fragment tego utwóru - Lady Monk, nie znalazłem lepszego filmu, inne pokazują wersje z koncertu z 2007 i z trasy z 2012).

Tytułowy utwór od razu wciąga nas w swój klimat i magię. Jest mroczno i tajemniczo. Posrebrzane dźwiękiem od czasu do czasu. Powoli rozwija się sekwencer. Melodia "główna" pojawia się okazjonalnie. Utwór nieco przybiera z czasem na dynamice. Czuć kiedy się rozwija. Naprawdę fajny, wciągający kawałek. Podobny absolutnie do niczego bo i jest to zupełnie nowy utwór a nie kotlecik odgrzany przez Edgara. W 2:23 mamy krzyk zbudzonych z wiecznego snu zegarków. Jest coraz więcej rytmu i sekwencerów a krzyki zegarków są tylko drobnym smaczkiem umilającym w odbiorze całość. 4:06 - zegarki mają własne budziki! Melodyjka skomponowana przez Edgara Froese! ;) Limitowana edycja od Eastgate! ;) Tu się zaczyna druga część utworu ale po chwili wraca do brzmień znanych sprzed budzikowej melodyjki. Niewyspane zegarki wciąż krzyczą (czy zegarkom też mogą śnić się koszmary?). I koniec. Kilka uderzeń perkusji wieńczy ten moment wyjęty z życia zegarków. Wieczny sen został przerwany koszmarami. Pewnie im się ta koszmarna Lady Monk przyśniła. ;) Zdecydowanie, najciekawszy utwór na tej płycie!

Próbki:


(cały utwór - zwróćcie uwagę na ilustrację pasującą do okładki! ;))


(z koncertu z Berlina, 2014)

Po zakończeniu tej radosnej czynności jaką jest odsłuch czas na podsumowanie moich wrażeń. Na tej EPce Edgar umieścił 3 utwory - dwa bardzo dobre i jeden przeciętny. Nie chcę źle mówić o Hyper Sphinx bo to naprawdę fajny kawałek ale poza odświeżonym brzmieniem, nagranym na współczesnym sprzęcie to nie ma tu nic nowego. Po prostu porządne nagranie, bez zbędnych dodatków. Mimo wszystko jest to bardzo dobry utwór a i dzięki temu remixowi zaczęli go nieco częściej grać na koncertach (w tym w Warszawie w tym roku!). ;) Drugi utwór to porażka, nie ratują go nawet elementy z lat 80. Do pełnej kompromitacji brakuje to jakieś rapowej nawijki. A Edgar, ze swoimi Eastgate'owymi cenami (70 zł za płytę, 80-90 za 2 CD, 100 za DVD...) zdecydowanie nie reprezentuje biedy (ale jest / był JP - z tyłu na pudełku od DVD z koncertu z Londynu z 2005 roku jest Edek grający na... Rolandzie JP-8000, dresy mogą się schować bo oni są JP tylko na 100% ;)). Ale ja zupełnie nie o tym. Tytułowe Śpiące Zegarki Drzemiące W Ciszy zaś są genialnym utworem! Strasznie miło mi było powrócić do niego. Einfach toll. Podsumowując, EPka zasługuje na ocenę 4. Byłaby 5 - i to zasłużona - ale Lady Monk psuje wszystko. Wstydź się Edek. Ale 4 też dobre - zdane? Zdane! To można oblewać. ;)

PS: Całą EPkę zespół wznowił w ramach składanki Booster (2007, część 1sza). Obecnie jest na przecenie (sporej!) więc warto kupić. ;)

PS2: zupę z zegarka zaczerpnąłem z -> http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Studia

poniedziałek, 9 czerwca 2014

09.06.2014 - Mandarynkowa Józefina

Dzisiejszy tekst jest wynikiem reakcji na koncert mojego ukochanego Tangerine Dream w Warszawie. Na dzisiaj planuję przybliżyć (albo chociaż tylko zachęcić do poszukania na necie / zakupu) najnowszą płytkę TD - EPkę "Josephine The Mouse Singer". Jest to płyta podwójnie szczególna: kupiłem ją na koncercie (jako pamiątka, wydana z okazji tej trasy) oraz... jest podpisana przez Maestro Edgara ! (cud nad Areną! Mam autograf a nie należę do TDOC). Do tego recenzję piszę siedząc w koszulce "trasowej" a obok mnie "oficjalna ulotka reklamowa" zespołu - dołączana do każdego zakupu w "gadżeciarni" na koncercie. Są świadkowie, że mam ten autograf (płytkę i koszulkę wziąłem na uczelnię by przyszpanić :)). Ale nie o tym teraz.

Jak się prezentuje najnowsze dziecko z rodziny "Eastgate's Sonic Poem Series?" Jak typowa EPka (vel cupdisk) od TD. W kartoniku mamy płytkę o czasie trwania ok. 30-40 minut (dawny, przedkompaktowy standard ;)). Okładkę stanowi obraz ale niestety nie znany jest tytuł ani malarz. A może Bianca lub sam Edgar go namalował :) ? W każdym razie jest to najbardziej "pornograficzna" okładka TD ! Nie dość, że piersi (małe ale jednak - i to 2 pary! ;)) to jeszcze goła pupa! ;) Buzie niezgorsze. Słowem - jest na co popatrzeć. Dlategoż zamieszczam okładkę tego mini-albumu.






Znalezione na necie. Nie mój skan (byłem 1szym który dodawał do Discogs). Ze względu na posiadany autograf, nie mogłem użyć swojego egzemplarza do wrzucenia cover arta. Ale co trzeba to męskie oko zobaczy. ;)

Teraz czas na najważniejsze - muzyka ! Na koncercie w Warszawie zespół zaprezentował aż dwa utwory z tej EPki. Tytułowy był grany na każdym koncercie. Okraszony został, poza wizualizacjami, kobiecym tańcem. Tańcem Czarnego Łabędzia.

Taniec Czarnego Łabędzia dla Józefiny (proszę przewinąć tak do 0:50 - jakaś przerwa w koncercie była).

EPka składa się z 5 utworów.
1. The Four White Wooden Horses
2. The Bleeding Angel
3. Center Of Now
4. Josephine The Mouse Singer
5. Arcangelo Corelli's La Folia

Wbrew cupdiskowej tradycji, nie mamy żadnych odświeżeń innych utworów (np. "The Gate Of Saturn" i Logos 2011 - nowa wersja Logos Blue). Wszystko to zupełnie nowe utwory (poza La Folia, które jest współczesną, tangerynkową interpretacją utworu Corelliego).

Miałem niesamowitą przyjemność z pierwszego, dziewiczego odsłuchu tego cupdiska na swoim ipodzie. Mocno wyrównana płyta - każdy utwór mi się podoba. Na potrzeby niniejszej recenzji zamierzam odsłuchać ją jeszcze raz, tak na dobranoc. :)

Płytę otwiera The Four White Wooden Horses. Zaczyna się nieco mrocznie i tajemniczo, troszkę w stylu początków z płyty Finnegans Wake. Po sekundzie czy dwóch wchodzi sekwencer. Czuć, że utwór ma nieco "mięska" w sobie. Całość uzupełnia motyw na klawiszach. Ogólnie bardzo przyjemny, delikatny utwór. Nie ma w sobie chamskiego rytmu, nie jest przekombinowany na siłę. Wzbogacony jest o sample wokalne. Całość jest zgodna brzmieniowo z aktualnym standardem proponowanym przez 70-letniego już lidera zespołu, Edgara Froese. Miłe dla ucha mandarynkowe plumkanie.

Drugi utwór, The Bleeding Angel, obraca się w podobnych klimatach brzmieniowych. Jest pozbawiony sekwencerów. Delikatny bit na tle melancholijnej, nieco ponurej melodii. Soundtrack do płaczu na widok Krwawiącego Anioła. Czuję, nawet w stereo, delikatne chórki. Tak samo jak poprzednio, miłe w odsłuchu. Inna stylistyka od tego, co zespół proponuje na innych albumach z cyklu Sonic Poems. Zdecydowanie więcej tu melancholii, takich rozlazłych, nieco smutkujących brzmień.

Center Of Now. Od razu wchodzimy w akcję. Z Mandarynkowego Snu budzi nas ni to krzyk, ni to jęk. Utwór ten brzmieniowo wydaje się dłużyć, być rozciągnięty na więcej niż 6,5 minuty. Po bardzo długim wstępie mamy powrót sekwencerów. Wówczas utwór zdecydowanie przyśpiesza. Znowu pojawiają się jakieś sample wokalne (ale inne niż poprzednio). Wszystko co do tej pory słyszałem, brzmi jakby dźwięki były nieco zamyślone. Zasłuchane w delikatnym rytmie i krążących w nieskończonym muzycznym wyścigu sekwencerach. Ten utwór od momentu jak się rozwinie brzmi mniej więcej identycznie. Warto pochwalić Edgara za końcówkę.

Tytułowa Józefina!  Delikatne brzmienia połączone z głosem (samplami?) otwierają ten utwór. Głos / sample kojarzą się z tymi co są w drugim utworze. Perkusja jest ale nie dominuje. Nieznacznie perkusja przyśpiesza. Wbrew pozorom, utwór nie brzmi na jedno kopyto. W drugiej minucie wchodzi właściwy rytm, przypominający plumkanie na gitarze. Nie oznacza to iż klimat ze wstępu zniknął - rytm jest przy akompaniamencie (chwilowym) dźwiękowego zamyślenia. Edgar stworzył kolejną perełkę w swojej nad wyraz wyjątkowej i wielkiej Twórczości. Utwór idealny do rozmyślania o kobiecych wdziękach. :) Drastycznie zmienia swój charakter w 4,5 minuty. Staje się bardziej rytmiczny lecz nie traci swego uroku. Patrzymy na zgrabne, powabne ruchy Józefiny-Czarnego Łabędzia. Podziwiamy cud Piękna. Zachwyt nad doskonałością Jej ruchów (i dźwięków Edgara). Niesamowicie przyjemny utwór, lepszy od poprzedniego. Chyba pojawia się Hoshiko na skrzypcach. W każdym razie warto poświęcić te 8,5 minuty na "rzut uchem" w stronę Józefiny. Kiedy utwór zmierza ku końcowi w 7,5 minuty, mamy powolne wyciszenie, Józefina w zasłuchanym i skupionym milczeniu schodzi ze sceny. Utwór ten otwierał drugi set na koncertach z cyklu Phaedra Farewell Tour.

La Folia! Był grany na kilku koncertach, w tym w Warszawie, na bis. Jedna z najlepszych jego części. Najlepsza, moim zdaniem, część z udziałem Hoshiko (skrzypce elektryczne). Od samego początku czujemy majestat i powagę godną muzyki poważnej. Czuć iż dodano elektronicznego co nieco. Nie mniej, bardzo piękna interpretacja. Na koncercie wykonana z niesamowitym wdziękiem. Teraz wyczuwam delikatne, ciche sekwencery. Dominuje kobieca, delikatna Hoshiko. Niczego więcej nie potrzeba. Utwór perfekcyjny. Dodatki elektroniczne nie odstraszają ani nie psują. Czuć, że stopniowo ich przybywa. Elektroniczny bas, subtelny i delikatny jest smaczkiem, przyprawą w tym muzycznym daniu. Miałem to szczęście iż mogłem wysłuchać tego CUDU na żywo. Na koncercie w La Folii było więcej perkusji co moim zdaniem psuło ten utwór. W wersji studyjnej nie mam tego odczucia. Naprawdę, chciałbym załączyć film z YT ale niestety nie ma nic. Ci co byli na koncercie - przedostatni bis, przed "Silver Boots Of Bartlett Green". Dla reszty pozostaje czekać aż EPka pojawi się w Generatorze / na Allegro. Jedynym minusem La Folia jest to iż jest to tylko 7 minut i 40 sekund. Ale za to niesamowicie pięknych. Najpiękniejsze 7 minut 40 sekund. Cudowne zwieńczenie pięknej EPki. Niczym mandarynkowa wisienka na White Eagle'owskim torcie dla Edgara. ;)

Po ostatnich, niezmiernie wdzięcznych dźwiękach La Folia przyszedł czas na podsumowanie. "Josephine The Mouse Singer" to bardzo piękna, wyrównana płytka. Delikatniejsza w brzmieniu od ostatnich dokonań Tangerine Dream ale mająca swój urok i charakter. Mamy na niej 2 dobre utwory, 1 średni / dobry (Center Of Now) i 2 niesamowicie dobre - tytułowy oraz La Folia. Jest to porządna EPka, miła w odsłuchu (a okładka również atrakcyjna ;)). Stanowi fajną pamiątkę z koncertu, zwłaszcza podpisana. :> Myśląc nad oceną, nie mogę wystawić nic poniżej 4+. To świetna płytka, ma "to coś". Na pewno będę do niej nie raz wracał.

Edit - na prośbę na Forum Studio Nagrań dodaję skan z autografem. :)





Lepsza byłaby zapewne fotka ale nie lubię mojego telefonu :)

poniedziałek, 5 maja 2014

05.05.2014 - "Pamięć w kamień wrasta"


          Wykorzystując chwilę nieco bardziej wolnego czasu (która, znając mnie i moje lenistwo, rozciągnie się do iście Tangerine Dream'owskiego „Zeit”), postanowiłem znowu spróbować swoich sił w pisaniu recenzji Muzyki. Przez duże M bowiem Muzyka jaką chcę zaprezentować moim Czytelnikom (są tacy?) jest najwyższych lotów (tych ponadchmurnych również... „Cloudburst Flight” ! Ci urodzeni pod znakiem Mandarynki wiedzą doskonale o co chodzi a niestangentyzowanych odsyłam do posta z 30.12.2013 pod tytułem „Siła Wyższa”).

         Dzisiejszy tekst poświęcony jest jednej z najlepszych płyt polskiego (podkreślam raz jeszcze – POLSKIEGO – gdyż wszyscy wiedzą iż ja to bardziej Germanofil jestem ;)) zespołu SBB. Cóż mogę powiedzieć jeszcze? Zespół istnieje do dzisiaj (chociaż nie obeszło się, a jakże, bez perturbacji, zawirowań, zmian składu itp.). Warto nadmienić iż współczesna muzyka SBB jest dramatycznie odmienna od tego WIELKIEGO SBB z lat 1974 – 1981 (czyli „złoty” okres, „Virginowski”, jeśli wolno mi użyć tego iście tangerynkowego sformułowania). Nie oznacza to iż jest zupełnie zła. Da się tego, nawet z przyjemnością, posłuchać. Skoro w dorobku zespołu jest płyta „New Century” (2005), to jakie jest „Old Century” SBB? Wycinek odpowiedzi na to pytanie, aczkolwiek bogaty dźwiękowo i radujący serca jak i uszy, zaprezentuję w niniejszym tekście. Dlaczego wycinek? Bowiem „Pamięć” jest tylko jedną z TYCH płyt SBB. Jest tym czym np. „Stratosfear” dla Tangerine Dream.

        Najpierw kilka słów o „składzie płyty”. Na album ten zespół wrzucił trzy utwory, każdy zawierający partie wokalne. Dwie krótsze piosenki – po 10 minut każda („W kołysce dłoni twych (ojcu)” i „Z których krwi krew moja”) stanowią stronę A muzycznego naleśnika w kolorze afroamerykańskim (danie to jest bardziej znane pod nazwą „winyl”). Stronę B w całości zajmuje tytułowa „Pamięć”, monumentalny, 20 minutowy utwór. Muzykę tą stworzyły 3 osobistości: Józef Skrzek (gitara basowa, śpiew, syntezatory, fortepian), Antymos Apostolis (gitara elektryczna) i Jerzy Piotrowski (perkusja). Jest to jednocześnie najlepszy skład SBB, z którego ostał się już tylko Józef (ale chyba teraz gra w duecie z Apostolisem).

         Czas przejść do dania głównego, czyli Muzyki „właściwej”. Zapraszam po odbiór dania - http://www.youtube.com/watch?v=SJALHiD6Gr0 (od razu zaznaczam iż pomijam bonusy). 40 minut pięknej Muzyki.

         Pierwszy utwór („W kołysce dłoni twych (ojcu))” zaczyna się cichymi pobrzękiwaniami perkusji oraz delikatną partią organów lub syntezatora. Muzyka się rozwija ale wciąż ma melancholijny, delikatny, tkliwy nastrój. Jakby dźwięki za kimś tęskniły. Praktycznie nie słychać gitary. Wszystko jest delikatne i kruche niczym dziecko w tytułowej kołysce z dłoni ojcowskich. Czuć iż muzycy z najwyższą starannością i troską dobierali dźwięki i barwy. W 2 minucie wchodzi delikatny i jakby kruchy wokal Skrzeka. Niesamowicie piękny, dominujący nad niemalże stłumionymi do zera dźwiękami Muzyki. Co kilka słów pojawia się partia bardziej basowa (gitara basowa? Syntezator?). W 3:22 Muzyka staje się bardziej dynamiczna za sprawą perkusji (ale nie tylko, rzecz jasna). Syntezatory / organy są ciche ale świetnie kontrastują z tonem i melodią głosu Józefa. 4:40 – Józef wchodzi z instrumentalną częścią graną na syntezatorze. Przepiękne. Po chwili przyłącza się zespół. Na tle perkusji mamy cichą improwizację. Możliwe iż pojawia się gitara. Tu już muzyka jest bardzo dynamiczna i żywa. 6:16 – temat. Dynamiczny. Żywy. Piękny. Na tle całości brzmi wyjątkowo wesoło. W 7 minucie muzyka staje się jeszcze szybsza. Prędkość dźwięku została po raz kolejny przekroczona. Szybki rytm perkusyjny miesza się z „trąbką” bądź / i gitarą elektryczną Antymosa. 8.30 – tu czuć iż utwór zwalnia i kończy się. Organy stopniowo się wyciszają. Utwór się skończył ale Piękno trwa (i wybrzmiewa) dalej.

         Drugi utwór rozpoczyna się równie delikatnie jak pierwszy. Do poszukującego swojego brzmienia syntezatora przyłączają się inni muzycy. Po chwili jednak dominuje gitara. I nagle znowu wchodzi delikatność a wraz z nią – śpiew. W 1:32 mamy coś jakby refren – muzyka staje się rytmiczniejsza i żywsza. Po chwili powraca do czułości i delikatności znanej ze zwrotki (po której następuje kolejny refren). Lecz po drugim refrenie mamy zabawy z dźwiękiem, instrumentalne pieszczenie ucha Słuchaczy talentem i wirtuozerią. Szczególnie to słychać w 3:20. Józef Skrzek jest wybitnym klawiszowcem (o czym się jeszcze nie raz przekonacie, jeśli zdecydujecie się zgłębić Muzykę SBB). W 4 minucie mamy ciekawe zmiany. Słychać nieco basu. Muzycy wariują na temat jednego motywu i co jakiś czas go powtarzają. Wszystko jest zsynchronizowane. 5:25 – znowu mamy dominację Skrzeka. Słychać też gitarę Apostolisa ale zdecydowanie w uszy bardziej rzuca się motyw grany przez Józefa (gitara jest jakby w tle). W 6:55 mamy powrót do zamyślonego, tkliwego nastroju z początku. W 7:38 mamy kolejną partię wokalną. W zasadzie jest to powrót do tych samych struktur dźwiękowych zaprezentowanych Słuchaczowi już na początku, przy okazji pierwszej partii wokalnej Józefa. Mamy podniosłe wyznanie i gitarę akompaniującą mu: „Jestem z miłości”. Po kolejnym refrenie zespół kończy utwór, takie odnoszę wrażenie. I faktycznie, po kilku sekundach muzycy zwalniają i zaczynają grać coraz ciszej. Zakończenie jest tajemnicze ale jednocześnie piękne. Nie będę spoilerował gdyż nie umiałbym tego dobrze zanucić a co dopiero zapisać. ;)

         Po dwóch 10-minutowych „przystawkach” czas na prawdziwy przysmak. Oto bowiem został już tylko 1 utwór na płycie – tytułowa „Pamięć”. Wyjątkowo długa, nieulotna. Czas degustacji (specjalnie nie używam słowa konsumpcji gdyż jest to zbyt dobra, zbyt wysoka, zbyt szlachetna Muzyka by ją li tylko konsumować) został obliczony na całą stronę płyty winylowej. „Pamięć” zaczyna się elektronicznym wiatrem. Na myśl przychodzi mi tutaj Jarre'owski „Oxygene”. Oczywiście, to nie jest to samo. Po minucie do pieśni wiatru przyłączają się organy i inne oxygenowo-podobne dźwięki. Sam Jarre zechciałby pewnie posłuchać. Wszystko jest delikatne, tak jak początki pozostałych dwóch kompozycji z tej płyty. W 2giej minucie do całości wchodzi cichy głos Skrzeka. Muzyka jest wyjątkowo zrównoważona, cicha, delikatna i krucha. Dźwięki ulotne. Niczym poranna rosa skapująca z kwiatu Piękna na elektroniczną łąkę. Mamy tu szumy, delikatne partie organowe (podkreślające cichość i kruchość całości) oraz głos. Muzyka wręcz zachęcająca do medytacji. Zapomniałem o przewijających się, cichych uderzeń w talerze perkusyjne. W 5 minucie zaczyna się „Pamięć właściwa”. Do delikatnej melodii klawiszy przyłącza się gitara. Rock zaczyna się w 6 minucie. Po 15 sekundach mamy niesamowitą partię syntezatorową a potem milczenie organów. Milczenie to, dla kontrastu, połączone jest z głosem Skrzeka (krótka piosenka). Można utonąć w tej Muzyce, zakochany w Niej bezgranicznie. Ożywienie następuje w 8 minucie. 8:40 – kolejna porcja talentu Józefa. Następnie pałeczkę przejmuje Apostolis (na krótko) by dominację dźwiękową znowu miały syntezatory. Niesamowite zawirowania dźwiękowe w 9:40. „Pamięć” dźwiękiem się toczy. Skrzek płynnie przeskakuje między motywami. Po kilkunastu sekundach zawirowania przechodzą w niesamowicie podniosłą partię. Ta z kolei przechodzi też szybko przemija i ulega następnemu motywowi. Ciąg motywów. Niczym na „Logos” Tangerine Dream gdzie z jednego pomysłu rodzi się następny, niczym (nie)skończony cykl dźwięku. Co jakiś czas, nawet jak się motywy przeciągają, ewoluują za sprawą solówek Józefa. Wszystko to sprawia iż mimo swojej długości jest to utwór ciekawy i cieszący ucho. Wydaje mi się iż w zasadzie jest to utwór Skrzeka. W 15 minucie mamy kolejną część, która jest warta zapamiętania. Zespół nie używa sekwencerów (chyba) a jednak mamy tu gitarowe solo Antymosa na tle jakby-sekwencji. Z jednego szaleństwa w drugie. Żonglerka motywami i solówkami. Coda utworu, niczym zwieńczenie, zaczyna gdzieś w 18 minucie. Dość powoli i delikatnie dzikość i progresja SBB hamuje by ulec powrotowi delikatności z początku utworu. Wracamy do znanych nam klimatów z początków poprzednich kompozycji. Koniec, sam koniec, nie jest zbyt majestatyczny. Raczej rozpala nadzieję na coś więcej.

            Ocenę tej płyty zostawiam Słuchaczom. Między innymi dlatego podałem linka do całego albumu. Moim zdaniem jest to bardzo dobra płyta, chociaż może nie najlepsza w dorobku zespołu. Na pewno stanowi mocny punkt w ich dorobku. Dla fanów muzyki elektronicznej jest tu dużo dobrego – Skrzek hojnie został obdarzony smykałką do instrumentów klawiszowych, co wyraźnie słychać. Myślę iż całokształt mógłbym ocenić na 4+, może 5-. 5tkę „pełną” wystawiłbym z przyjemnością ich następnej wielkiej płycie - „Ze Słowem Biegnę Do Ciebie”.