poniedziałek, 13 kwietnia 2015

13.04.2015 - Powrót Klausa marnotrawnego

Recenzja ta jest efektem nudy na zajęciach. :) Akurat siedziałem w sposób w który umożliwiał wpisanie się na listę i zajęcie się swoimi sprawami. Zamiast słuchania profesora - pisałem recenzję. Odsłuch był w autobusie. Poprawki do rękopisu recenzji (nieznaczne!) nastąpiły w KFC przy b-smarcie a potem w domu przy przepisywaniu. :P

W 1996 roku Klaus Schulze wydaje swój 23 studyjny album solowy. Od 1989/1990 artysta eksperymentuje z samplingiem i większą ilością brzmień perkusyjnych (dobrze to słychać na albumach Miditerranean Pads (1990) i Beyond Recall (1991)). Sample to przede wszystkim głosy ludzi i odgłosy zwierząt (gdzieś się przewijał słoń o ile dobrze pamiętam). Zmiany te zaowocowały także zmianą stylu muzycznego - mniej sekwencera, więcej bitu i perkusji. Ale po kilku latach Klaus postanowił znów zrobić zwrot, tym razem w stronę sekwencerów. Zaczął się on od albumu In Blue (1995) lecz najwyraźniej to widać na albumie, który jest przedmiotem dzisiejszej recenzji - Are You Sequenced ? (1996).


Tytuł tej płyty zapewne jest grą słów i odnosi się do Hendrixowskiego Are You Experienced?, debiutanckiego albumu jego zespołu, wydanego w 1967 roku. Warto zauważyć, że to z tego albumu pochodzi utwór Purple Haze scoverowany przez Tangerine Dream podczas ich trasy koncertowej w USA w 1992 roku. Gra słów Schulza (Schulzego?) natomiast świetnie opisuje to, co Słuchacz (i Czytelnik niniejszej recenzji) może znaleźć na tym albumie.

Co zostało zaprezentowane przez Klausa na tym albumie? Jedna, nieustannie (aczkolwiek etapowo) ewoluującą suitę opartą o sekwencer. Pierwszy utwór, Welcome To The Moog Brothers, jest delikatną i skromną  prezentacją motywu, który w różnych formach i wariacjach przewija się w zasadzie w każdym utworze (chyba tylko utwór 8, Moldanya, jest pozbawiony rozszalałych sekwencerów). Każdy kolejny utwór prezentuje podobny motyw, wprowadzony na samym początku, ale wzbogacony o nowe elementy - np. utwór czwarty (No Frets - No Bass) wprowadza basy.

Z każdym kolejnym utworem główny motyw nabiera coraz większej mocy. Jej kumulacja następuje w utworze 6 (tytułowym) oraz jego kontynuacji (Moogie Baby Goes Solo), która wydłuża tą wersje sekwencji i wprowadza Klausa solującego na Minimoogu. Końcówka tego utworu płynnie przechodzi w kolejny, będący ochłodzeniem i chwilą przerwy (zwłaszcza dla nieustannie pracujących sekwencerów :)).

Po przerwie (na szczęście bez reklam ;)), następuje stopniowy powrót suity do poprzednich klimatów. Znowu wraca szybki, wesoły, dyskotekowy rytm napędzany przez dzikie i szybkie sekwencery. Melodia jest bazowana na delikatnych, kryształowo-fletujących klawiszach. Stan sekwencerowej orgii trwa aż do końca płyty. Następuje powrót ale, moim zdaniem, trochę słabszy niż kulminacyjny moment tej płyty (utwory 6-7).

Are You Sequenced? to świetna płyta. Klaus pokazuje, po raz wtóry trzeba dodać, swoje mistrzostwo w posługiwaniu się sekwencerem. 11 utworów, z czego 10 jest w zasadzie ewolucją i wariacją na temat motywu "rzuconego" przez muzyka na samym początku albumu. W zasadzie jedynym nudniejszym momentem jest utwór 8 (Moldanya), gdzie dominują skrzypcopodobne dźwięki i nie ma sekwencerów. Klaus wraca do sekwencerów i jednocześnie robi to w nowszym stylu - czuć powiew świeżego powietrza, czuć inspirację dokonaniami nowej sceny (techno i trance). Dopływ innowacji jest jednak na tyle kontrolowany, że Are You Sequenced? nie jest mainstreamową, dyskotekową papką. Jest przystępniejszy dla Słuchacza niż np. Moondawn (1976) ale to wciąż jest Schulze ale z wyraźnie puszczonym oczkiem w kierunku młodszej publiki. Jeden z ojców gatunku próbuje grać bardziej "po nowemu". Z całkiem niezłym skutkiem, trzeba dodać.

Podsumowując, Are You Sequenced? to wyjątkowo dobry i oparty na ciekawym pomyśle album. Jest tu trochę bardziej dyskotekowych rytmów ale to nie jest typ muzyki który mógłby zawojować parkiety. To nie byłoby w stylu Klausa. :) Album ten zasługuje na 5, nawet mimo jednego, słabszego, bezsekwencerowego momentu. Prawdziwy powrót Klausa marnotrawnego.

Próbki z YT:
Cały album - CD 1 + CD 2 (od wydania 1996 - remiksy fragmentów z tej płyty wykonane przez innych muzyków) + CD 2 (od wydania 2005 czy 2006, utwór z 1993). Moich Czytelników, zwłaszcza Słoneczka, obowiązuje tylko CD 1 (pierwsze 80 minut). :P

12.04.2014 - Mandarynkowe lekarstwo na atak depresji

Dzisiejsza recenzja jest umotywowana całodniowym smutkiem. Jest próbą zaleczenia kolejnego ataku depresji. Tej recenzji miało nie być. Miała się nie "narodzić". Miłej lektury.

W 2011 roku Tangerine Dream byli niezwykle płodni. Wydali aż 8 płyt - 3 studyjne, 2 mniejsze albumy (określane przez zespół jako cupdisc - ok. 30-40 minut muzyki) i 2 koncertowe oraz 1 składankę (Booster IV). Wszystkie 3 albumy studyjne ("zwykłe") zostały nagrane i wydane w ramach jednej serii: Eastgate's Sonic Poems. Warto zaznaczyć iż następny, niestety ostatni, album z tej serii ukazał się w 2013 roku. Planowany był (o ile dobrze pamiętam) kolejny - ale los pokrzyżował mandarynkowe plany Edgara.

Wybrany przeze mnie album nosi tytuł Finnegans Wake i jest trzecim albumem ze wspomnianego w poprzednim akapicie cyklu. Ta seria albumów to muzyczne refleksje na temat różnych książek, które przeczytali Edgar Froese i Thorsten Queaschning (2gi klawiszowiec w TD, od 2005 roku). Nie są to soundtracki ale raczej myśli przelane na muzykę. Tym razem muzyków zainspirowała książka Finneganów tren (1939, w języku polskim dopiero w 2012).





Płyta ta jest najkrótszym albumem w serii - zaledwie 59 minut muzyki. 8 utworów w tym jeden remix ale nie będę teraz spoilerował. Całość jest dostępna online na Youtube pod tym adresem.

Jak zapewne pamiętacie, poprzedni post (z okazji 10.000 wyświetleń) zawierał wskazówkę iż jest to jeden z albumów TD, którego recenzja jest w planach. Plan ten więc się ziścił. Wciąż jednak nie mam go na półce.

The Sensational Fall Of The Master Builder. Utwór rozpoczyna się bardzo tajemniczo i powoli, stopniowo budując melodię, rytm i napięcie. Nic dziwnego, że zespół wykorzystał go w 2012 roku jako opener na koncertach. Melodia nabiera wyrazu ok. 1 minuty. Słychać sekwencer. W tle słychać tajemnicze, ciche chórki. Melodyczne klawisze wchodzą ok. 1.20-1.30. Utwór pędzi niczym kula śnieżna. Klawisze są bardzo oszczędne ale niezwykle piękne w brzmieniu. Ok. 2:50 wchodzi bit. Po chwili utwór znowu przyśpiesza. Naczelni Architekt spada mocą grawitacji. Jego upadek jest nieunikniony a tempo lotu - rośnie. Utwór co jakiś czas przyśpiesza. Niesamowita kompozycja od Edgara. Jedna z najlepszych w nowym dziesięcioleciu. Sekwencery nie przestają gnać. Dopiero pod sam koniec wszystko zwalnia i dąży do wyciszenia.

Finnegans Excessive Wake. 1sza kompozycja od Thorstena. Wchodzimy w sam środek ale bardzo stopniowo. Przyjemny, głęboki rytm. Bardzo fajna. Da się wyczuć pewne podobieństwa. Lubię te klawisze ok. 1.10 czy coś później. Utwór także przyśpiesza ale nie tak szybko jak poprzedni. Utwór znacznie spokojniejszy niż poprzedni. Ok. 4 minuty są fajne sample wokalne. Pod koniec tej minuty fajne dźwięki są - chyba najbliżej im do smyczków ale ja nie bardzo się znam. ;) Ok. 5:30 wchodzi gitara. Teraz utwór jest w apogeum swojej szybkości.

Resurrection By The Spirit. Remix Ricochet, Part Two. Od razu wchodzimy w przygotowującą się do swego wejścia sekwencji. Startuje ona ok. 0:45. Jest gdzieś z tyłu, w tle. Dominują nowe dźwięki. Utwór jest dość delikatny i skromny. Ok. 1:40 następuje "awaria" sekwencera i po kilku sekundach utwór wraca na swoje muzyczne tory. Ok. 3:00 utwór przyśpiesza trochę. Nic nie przebije oryginalnego wykonania z 1975. Niezbyt ciekawy remix. Da się tego słuchać ale jak na razie jest to najsłabszy utwór na tej płycie. 5,5 minutowa powtórka z klasyka w słabym stylu niestety.

Mother Of All Sources. Kolejny wkład TQ. Zaczynamy od przyjemnej sekwencji i jej "nadbudowy". Po jakimś czasie wchodzi rytm. Zapowiada się słabo i nieciekawie. Ok. 1:05 sekwencja się "psuje" a utwór zaczyna się od nowa. Teraz jest znacznie lepiej i ciekawiej. Delikatna, skromna, tajemnicza melodia wzbogacona skrzypcami elektrycznymi (Hoshiko Yamane). Nie jest źle. Jest lepiej niż na początku tego utworu. Jest delikatny rytm. Muzyka podlega pewnej skromnej ewolucji. Czuć iż pod koniec 7 minuty skrzypce powoli milkną. Rytm zanika, pozostają tylko one. Delikatna elektronika otula dźwięki skrzypiec. Utwór kończy się dziwnymi basopodobnymi dźwiękami, jakby coś upadło.

The Warring Forces Of The Twins. Singielek z tej płyty od Edgara. :) Krótki (4,5 minuty), bardzo szybki i rytmiczny utwór. Niezwykle wesoła kompozycja, zwłaszcza w porównaniu z poprzednią.

Three Quarks For Muster Mark. Kolejna wesoła nutka, tym razem od TQ. B-side dla poprzedniego singielka? ;) Wesoła i dość spokojna melodia. Ok. 3:40 pojawia się kolejne solo gitarowe (?). Dość przeciętny utwór.

Everling's Mythical Letter. Tajemniczy początek. Skromna melodia wyłania się z mroku. Ok. 1:00 wchodzi gitara, główny składnik tego utworu (jak na razie), bardzo w stylu Edgara. Po chwili wchodzi sekwencer budujący rytm. Gitara nie przestaje grać. Przyjemna w odsłuchu kompozycja, chociaż trochę smutna i zamyślona. Pojawia się nieco więcej melodii i rytmu od ok. 3-3.30. Właśnie wyobrażam sobie Edgara w swoim kapeluszu, siedzącego i grającego partię gitarową. Znowu mi smutno bo EF zmarł. :( Ok. 5:30 mamy ciche, skromne, ledwo słyszalne powtórzenie melodii (bez gitary). Chyba to jest motyw gitarowy ale w wersji klawiszowej. Gdzieś w 6 minucie utwór wraca do swojego brzmienia ale bez gitary. Fajna, delikatna kompozycja. Przyjemnie się tego słucha. Nie trzeba się zmuszać jak w poprzednim przypadku. Śliczne, eterycznie brzmiące zakończenie.

Hermaphrodite. Melodia rozpoczyna się bardzo tajemniczo i powoli. Stopniowo pojawiają się nowe dźwięki. Po ok. 40 sekundach pojawia się cichy sekwencer, brzmiący jak zapętlony fortepian. Zamiast perkusji itp - jakieś kliknięcia. Utwór się rozkręca. Staje się coraz bardziej rytmiczny i szybszy. Pojawia się delikatna perkusja. Sekwencer staje się mocniejszy i brzmi jak należy. Fajne klawisze się przewijają. Ok. 2:45 wchodzi mocniejszy bit i gitara. Na koncercie w 2014 roku to był jeden z 3 utworów gdzie EF grał na gitarze. Dość szybka partia, mocniejsza od tej w poprzednim utworze. W połowie, ok. 4 minuty, mamy małą przerwę. Po ok. minucie utwór wraca i sekwencer wydaje się brzmieć jeszcze szybciej. Nie ma gitary ale za to są śliczne, delikatne klawisze. Gitara, choć cicho, powraca w 6:00. Sekwencer napędza rytm ale jest schowany w tle. W 7 minucie utwór zaczyna się kończyć. Rytm, zwłaszcza sekwencer, wycisza się i w końcu zanika. Piękny utwór.

Bardzo lubię tą płytę. Nie zwracałem zbytnio uwagi na jej słabsze momenty aż do teraz. W zasadzie jest to mój pierwszy krytyczny odsłuch tego albumu (poza pierwszym w ogóle zapewne, gdzie stwierdziłem, że go lubię). Na 8 utworów tylko 2 są znacznie słabsze od reszty: Resurrection By The Spirit i Three Quarks For Muster Mark. Nie jest to zły wynik. Tangerine Dream był niesamowicie produktywnym zespołem. Znalazło się na tej płycie też kilka perełek: The Sensational Fall Of The Master Builder i Hermaphrodite. Na tej płycie można znaleźć przyjemne rytmy jak i też bardziej "zamyślone" kompozycje (część utworu Mother Of All Sources). Nie jest to zła płyta. W sumie, jej największym problemem jest dość słaby (na tle całego albumu) remix Ricochet Part Two ( Resurrection By The Spirit). 4+ byłoby oceną sprawiedliwą i uczciwą moim zdaniem. Nie jest to zła płyta ale gdyby zamiast Three Quarks For Muster Mark pojawiło się coś lepszego to może by i te 5- było.



sobota, 11 kwietnia 2015

11.04.2015 - Specjalny post z okazji 10 tysięcy wyświetleń! :)

Wczoraj stuknęło na blogu 10 tysięcy wyświetleń! Za kilka miesięcy blog będzie mieć już 4 lata. Recenzja dzisiaj się pojawi ale z zupełnie innej okazji - skończyłem drugi rozdział pracy magisterskiej. :)

Z tej nad wyraz wysokiej liczby wyświetleń zaprezentuję kilka statystyk i listę płyt do zrecenzowania (bardzo roboczą!) i płyt, które chciałbym mieć.

Statystyki:

Liczba wyświetleń: 10.117
Liczba postów: 110 (ten będzie 111)
W tym recenzji: 88 (tyle postów ma etykietę "recenzje")
Komentarzy: 85
Najwyższa liczba wyświetleń: 1sze miejsce: 488 - Recenzja singla Depeche Mode - Heaven, 2gie: 426 wyświetleń - Fap Folder (post napisany dla beki, jeszcze z czasów jak jarałem się metalem), 3cie miejsce: 296 - Eseik o składankach Tangerine Dream (nieaktualny obecnie)
Rekord w pisaniu recenzji - ilość w ciągu jednego dnia - 4 (wszystkie recenzje z 10.04.2015 - 1, 2, 3, 4)
Ilość nieopublikowanych recenzji: 11 (wszystkie są moimi tłumaczeniami uprzednio napisanych recenzji TD i mojego debiutu - drugiego solowego albumu Edgara Froese)
Największy odstęp między dwoma recenzjami: jakieś 3 miesiące - między recenzją Dream Mixes 4 (styczeń 2014) a Pamięć (maj 2014).
Główna, najczęstsza motywacja do pisania recenzji: to byłaby chyba nuda. ;) Mimo tylu recenzji TD (około 50) - oświadczam, że nie byłem sponsorowany przez Eastgate (ich własną wytwórnię płytową). ;) A ostatnio - nuda i Słoneczka. ;)


Lista płyt do zrecenzowania (nie ma tu żadnej kolejności):

  • Tyranny of Beauty - Tangerine Dream, 1995
  • Mars Polaris - Tangerine Dream, 1999 ale chyba nie ma sensu bo zrobiłem Rocking Mars a to prawie to samo
  • Views From A Red Train - Tangerine Dream - 2008 - też lubię (zrecenzowane!)
  • Dream Mixes 2 (1997) i 3 (2001) - by skończyć cały cykl :) 1, 4 i 5 zostały już zrecenzowane
  • The Island Of The Fay i Finnegans Wake - Tangerine Dream, oba z 2011 - bo je lubię
  • Inferno - Tangerine Dream, 2001 - moja ulubiona część z Trylogii Dantego
  • Encore - Tangerine Dream, 1977 oraz Thief - też TD, 1981 - tych dwóch mi brakuje do zrecenzowania całej dyskografii TD z okresu Virgin Years
  • Zeit - TD, 1972 - tego mi brakuje do kompletu recenzji z Pink Years
Przynajmniej tyle mi do głowy przyszło. :) Nie wiem, co zrobię z blogiem jak zrealizuję te plany - może zamknę? A może poszukam nowej muzyki i o niej będę pisał? :)

Lista płyt które chciałbym mieć jest większa niż ta poprzednia lista. Nie mam też tyle pieniędzy by wszystkie dostać. :) Ale może się kiedyś uda...

  • SBB - SBB, 1974 (już posiadam)
  • Nowy Horyzont - SBB, 1975
  • Archiwalne albumy koncertowe SBB
  • Exit - Tangerine Dream, 1981 - brakuje mi do kompletu płyt z The Virgin Years (ze studyjnych mam wszystko aż do 1988 - mam Optical Race ale brakuje mi Live Miles, które jest tworem bardziej studyjnym niż "live")
  • Mars Polaris - TD, 1999 (ale za to mam Rocking Mars)
  • The Island Of The Fay i Finnegans Wake (to mam) - Tangerine Dream, oba z 2011
  • Dream Mixes 3 i 5 (nawet lubię a i brakuje mi do posiadanej kolekcji bym miał całość)
  • Phaedra 2005 (po ostatnim odsłuchu polubiłem ją nawet)
  • Purgatorio - mam Inferno i Paradiso
  • Phaedra Farewell Tour 2014 - TD, 2014 - byłem na koncercie w Warszawie i przydałaby się też i taka pamiątka, DVD także, jeśli wyjdzie (a miało)
  • Co ja będę ukrywał - CAŁĄ dyskografię TD od razu :D
  • Kraftwerk - albumy, których nie mam (TEE po niemiecku, Die Mensch Maschine, Electric Cafe angielski i niemiecki, obie wersje Minimum-Maximum plus KW 2 i R+F na oficjalnym CD od Kraftwerk, jeśli wyjdą w ogóle. KW 1 mam na winylu i mam też ripa)
  • Melrose - TD, 1990 - uwielbiam tytułowy utwór a i brakuje mi tego by mieć wszystkie studyjne z lat 1988-1990
  • W sumie wszystkie soundtracki TD poza Sorcerer (bez wersji 2014 bo nie mam) i Thief
Oczywiście, nie są to wszystkie płyty których nie mam a ledwie tylko te, które chciałbym najbardziej mieć (chociaż np. takie Purgatorio odłożyłbym na znacznie później). Trochę tego wszystkiego jest. Ale czego nie zrobiłoby się z miłości dla swojego ulubionego zespołu (Tangerine Dream na zawsze i wszędzie). :)
Dziękuję za wyświetlenia i za Słoneczną motywację! :) Miło, że w ogóle ktokolwiek moje wypociny czyta. ;) Ten post jest pierwszym nie-recenzyjnym postem od bardzo długiego czasu. :)

Edit 12.05.2015 - zrecenzowałem 1 z recenzji do zrecenzowania z tej listy i zdobyłem dwie płyty z listy płyt do zdobycia.

piątek, 10 kwietnia 2015

10.04.2015 - Mandarynki odświeżają się dla pięknej Justynki

Czwarta recenzja dnia dzisiejszego poświęcona jest najnowszemu ze Słoneczek - Justynie. ;) Pozwoliłem jej wybrać płytę do zrecenzowania. Jej wybór padł na The Dream Mixes (1995) autorstwa Tangerine Dream. Drugą opcją był Views From A Red Train z 2008 roku (także TD). Obie płyty lubię i prędzej czy później zagościłyby na moim blogu w formie recenzji.

Okładka pierwszego wydania, Miramar, 1995. Szkoda, że na niej nie ma Justyny ;)

The Dream Mixes to początek serii albumów, gdzie TD gra w innym stylu, często remixując swoje wcześniejsze utwory. Tangerine Dream powoli się podnosi po dość średniawych albumach z lat 1988-1992 (nie są tragiczne ale zespół robił lepsze rzeczy). TD, w rodzinnym składzie Edgar + Jerome Froese (ojciec i syn), odświeżają kilka swoich dość świeżych numerków (albumy z lat 1992 - 1995: Rockoon, Turn Of The Tides, Tyranny Of Beauty) w iście dyskotekowym stylu. Całość uzupełniona kilkoma nowymi kompozycjami. Co ciekawe, wszystkie utwory na tej płycie są skomponowane przez młodego Froese.

The Dream Mixes odznacza się większą agresywnością, rytmicznością i mięsistością brzmienia. Już od pierwszego utworu, niesamowicie pięknego Little Blond In The Park Of Attractions (The Thai Dub), jesteśmy wciągani w słodki, porywający do tańca rytm. Jest tu sporo basów. Słychać, że to idzie młodość. TD robi album dla młodego pokolenia. Pojawiają się też łagodniejsze momenty (np. intro następnego utworu, Rough Embrace) lecz przechodzą one w bardziej taneczne rytmy. Gorące, mandarynkowe rytmy aż zachęcają by puścić tą płytkę na jakiejś dyskotece. Nawet mroczniejsze momenty nie są wcale aż tak mroczne - i tak przechodzą w fajny rytm i melodię (początek Touchwood (The Forest Mix) ). Brzmienie pozwala na zrelaksowanie się i pełen czilaut. ;) Albo na poranny, mandarynkowy zastrzyk pozytywnej, muzycznej energii! Na tej płycie nie ma ani jednego nudnego momentu. Przesycona rytmem i imprezowym klimatem od początku aż po sam koniec. Gorąca, rytmiczna całość została też wzbogacona o zupełnie nowe utwory, które są również energetyczne i rytmiczne (np. wspomniany Rough Embrace). Ten bit jest zaraźliwy i wciągający! Zmiany dobrze słychać w Little Blond In The Park Of Attractions i Firetongues, jak porówna się wersje oryginalne i remixy z recenzowanej płyty.

W zasadzie nic nowego w podsumowaniu nie da się powiedzieć o tej płycie. Znane utwory TD zyskały imprezowy pazur i rozrywkowe brzmienie. Nowości także się wpisują w te klimaty. Młody odmłodził muzykę o kilka lat. Miła odmiana dla zespołu. Lubię od czasu do czasu włączyć sobie ten album ale nic nie zastąpi oryginałów. Zwłaszcza oryginalnej wersji Little Blond In The Park Of Attractions. Może chociaż Słoneczko, któremu poświęcona jest ta recenzja, przejdzie na mandarynkową stronę mocy? :)

Próbki z YT:

W kolejności jak na płycie. Utwory 2, 5, 7, 9 są zupełnie nowe (nie remixy).
  1. Little Blond In The Parc Of Attractions (Thai Dub)
  2. Rough Embrace
  3. Touchwood (Forest Mix)
  4. Jungle Journey (Reptile Mix)
  5. Virtually Fields
  6. Firetongues (Break Freak Mix)
  7. San Rocco (pierwsze 7 minut)
  8. Catwalk (Dress-up Mix)
  9. Change Of The Gods
  10. Bride In Cold Tears (Motown Monk Mix) 

10.04.2015 - Kolejny najazd Niemców na Polskę - CD 2

Zgodnie z obietnicą daną koleżance jakiś czas temu, ta recenzja jest dedykowana jej. :) Część pierwsza, poświęcona Agnieszce jest tutaj . Teraz czas na płytę drugą. Recenzja poświęcona jest, nie bez powodu, Łódzkiemu Słoneczku czyli Weronice. Tej samej, której napisałem recenzję Ze Słowem Biegnę Do Ciebie (SBB, 1978).

Na płycie drugiej są 3 utwory zatytułowane odpowiednio Łódź, Gdańsk i Dziękuję. Ostatni pozwolę sobie pominąć w recenzji gdyż są to tylko podziękowania dla ekipy od trasy i dla syntezatorów.

Łódź jest nową wersją utworu Ludwig II Von Bayern (X, 1978). Rozpoczyna ją piękne intro, stylizowane na barokowe (albo romantyczne) organy. W każdym razie jest piękne jak wszystkie moje Słoneczka. ;) Po ok. minucie Schulze i Bloss przechodzą w bardziej Ludwigowskie nuty. Tajemnicza, mroczna muzyka. Pojawiają się głębokie chórki i sample orkiestry. Cyfrowa reinterpretacja klasycznego utworu od Klausa. A może smyczki są zsyntezowane a nie zsamplowane? Czuć klimat tego utworu ale podany w jaśniejszy i może przystępniejszy dla słuchacza sposób. Orkiestralne partie brzmią dla mnie znajomo ok. 5:40. Po chwili wchodzą klawisze. Ludwig na 100%. ;) Brakuje tego czegoś. Cyfrowy Ludwik to nie to samo chociaż miło, że KS zagrał coś swojego ze starszych numerów. Wtedy te elektroniczne smaczki tak jakoś inaczej smakowały a teraz nie robią wrażenia. Przynajmniej partie klawiszowe są spoko. :) Dostojny ale ucyfryzowany Ludwig. Nie mogło też zabraknąć końcowej sekcji z perkusją.

Gdańsk to krótka (15 minut) improwizacja. Zaczyna się od tajemniczych odgłosów odbijających się echem. Troszkę ponuro jak na początek. Potem się robi podniosły nastrój (dzięki klawiszom). Powoli wchodzi melodia. Muzycy opóźniają jej wejście. Syreny alarmowe wyją. Jakaś maszyneria również. Dotarliśmy do Sedna Sprawy. Nareszcie zaczyna się nieśmiało wynurzać melodia i rytm. Sedno Sprawy jest wesołe i rytmiczne. Po stworzeniu odpowiedniej atmosfery, muzycy bawią się dźwiękiem. Jest słodko. Przymiarki przed Inter*Face? ;) Może z lekka jazzowo - te klawisze i basy ("kontrabasy" ;)). Rytm cały czas jest ten sam ale muzycy nie przestają się bawić melodią. Troszkę szaleństwa w tym jest ale nie osiąga to poziomów z płyty pierwszej. Wesołe, szalone melodie. Miejscami (np. 12 minuta) brzmiące jak jakaś elektroniczna pozytywka czy inna zabawka. Wesoły klimat pryska ok. 12:40. Zmiana nastroju. Wciąż jednak KS i RB nie przestają się bawić dźwiękami. Wesoła, zabawna improwizacyjka. Śliczny finał (ostatnie 50 sekund).

Druga płyta z zestawu prezentuje lżejszą stronę i muzykę. Przypomniany został na niej klasyk z analogowej ery (Ludwig II Von Bayern, "Łódźwig" xD ) i "gratis", improwizacja z trasy. Nie wyróżnia się za bardzo na tle pozostałych utworów z obu płyt. Ale KS jest znany z improwizowania więc nie mogło zabraknąć i tego. Druga płyta jest słabsza od pierwszej, zauważalnie, ale nie oznacza to iż jest tragiczna. Całość jest super.

10.04.2015 - Interface czyli Klaus na słodko

Dzisiaj podczas powrotu z Warszawy słuchałem sobie płyty Inter*Face (1985) Klausa Schulze. Jako, że odsłuch jeszcze jest w miarę świeży, postanowiłem podzielić się kilkoma przemyśleniami ze swoimi Czytelnikami.


Od 1980 roku Klaus zaczyna się zmieniać. Nowe czasy, nowa muzyka. Sprzęt także zaczyna wymieniać na nowy - koniec epoki analogowej. ;) Coraz częściej pojawiają się krótsze formy elektronicznej wypowiedzi muzycznej (w sensie: nie 20+ minutowe epopeje). Oczywiście, nie zapomina o sekwencerach. Wciąż jednak KS jest dość trudny w odbiorze.

I w tym momencie wchodzimy w rok 1985. Poprzednia zrecenzowana przeze mnie płyta - Dziękuję Poland Live '83 (CD 1) - cechowała się zwariowanym, szalonym klimatem w którym sporo było rytmu i sekwencera. Inter*Face jest w pewnym sensie jego przeciwieństwem. Inter*Face jest dla mnie bardzo łagodną w odbiorze płytą. Mało sekwencera, znacznie łagodniejsze i luźniejsze klimaty niż poprzednio. Jest wesoło i słodko ale bez szaleństw. Na tej płycie jest sporo perkusji i rytmu. Trzy z czterech utworów to krótkie kompozycje, nawet nie osiągające 10 minut. Ostatnia, tytułowa Inter*Face jest natomiast aż za wesoła jak na Schulza i dłuży się. Schulze przynudza. Wręcz może nawet mdlić od tej słodyczy. Z drugiej strony, jest to bardzo łagodny i niespecjalnie wymagający od słuchacza album (może poza tytułowym kawałkiem).

W zasadzie napisałem już wszystko, co byłem w stanie powiedzieć o tej płycie. Ale nie można zostawić tekstu bez zakończenia i podsumowania. Inter*Face jest jedną z najlżejszych płyt Klausa Schulze. Lżejszą od Trancefer (1981), który już trochę od słuchacza wymaga uwagi (zwłaszcza w drugim utworze). Zresztą obie te płyty można polecić początkującym - Trancefer jest krótki (ok. 35 minut) a Inter*Face - lekki i łatwy w odbiorze. Myślałem nad oceną tej płyty i uznałem, że lepiej pozostawić bez oceny. Nie chcę odstraszać potencjalnie zainteresowanych Czytelników. W każdym razie chciałbym to jasno i wyraźnie powiedzieć: w dorobku KS znajdziemy znacznie lepsze płyty. Chociażby wspomniane już Trancefer i Dziękuję Poland Live '83.

Próbka z YT:


Cały album w wersji wzbogaconej z 2006 roku. Bonus tracków nie mam i nie słuchałem. Nie są dla Was obowiązujące. :P

10.04.2015 - Kolejny najazd Niemców na Polskę - CD 1

W 1983 roku Tangerine Dream i Klaus Schulze podzielili między sobą Polskę. Niemiecka, elektroniczna inwazja zaczęła się latem tego roku (KS) a skończyła zimą (TD). Z obu ataków niemieccy możnowładcy muzyki elektronicznej przygotowali obfite raporty dźwiękowe. Tangerine Dream i ich Poland - The Warsaw Concert już opisałem (Część 1sza i Część 2ga). Pozostał więc dwupłytowy raport od Klausa Schulze.

Recenzja dedykowana jest Agnieszce, bardzo ważnemu Słoneczku. ;) Dziękuję za wszystkie lajki na fejsie i przeczytane recenzje. ;) Jesteś bardzo kochanym Słoneczkiem. :)

Jak widać na okładce albumu, operacja w Polsce była na tyle trudna i skomplikowana, że KS sam nie był w stanie się "wyrobić". Na albumie mamy więc wsparcie w postaci Rainer Blossa, jednego z współpracowników z którymi Schulze nagrywał płyty. Oczywiście, to wciąż jest album Schulza i to on dominuje.

Płyta "Dziękuję Poland Live '83", zgodnie z tytułem została nagrana podczas polskich koncertów duetu muzyków. Klaus wówczas promował w Europie swoją najnowszą płytę, Audentity (również 1983). Koncerty w Polsce były ostatnimi zaplanowanymi w ramach tej trasy koncertowej. W przeciwieństwie do TD, Klaus na płytach umieścił oryginalne nagrania z koncertów z różnych miast. Pomyślał o wielu Słoneczkach - Warszawskim (Agnieszka) i Łódzkim (Weronika). :)

Zgodnie z tytułem tego posta, teraz będzie recenzja płyty 1szej, poświęcona Warszawskiem Słoneczku. Jeżeli będę mieć siły to może pojawić się też i recenzja drugiej płyty, tym razem dla Łódzkiego Słoneczka.

Płyta pierwsza składa się tylko z dwóch utworów, o łącznym czasie trwania ok. 50 minut. Zamieszczone kompozycje pochodzą z koncertu z Katowic (utwór nr 1) i z Warszawy (utwór nr 2).

Katowicką część albumu otwiera rozmarzony, delikatny, upstrzony fortepianopodobnymi wstawkami wstęp. Po krótkim wstępie wchodzi bardziej fortepianowa część. Nabiera ona dynamiki. W tle pojawiają się elektroniczne wstawki - m.in chórki (głównie chórki albo smyczki). W drugiej minucie zaczyna się ostrzejsza jazda. "Fortepian" nie przestaje grać. Z każdą sekundą "szaloność" tego utworu zwiększa się. Dramatyczny "zastój" w trzeciej minucie i znowu mamy skromny fortepian. Mocny akompaniament syntezatorowych smyczków. Nagle pojawia się bit. Teraz melodia brzmi jakby jakiś mix elektroniki i smyczków. Szalona orkiestra gra do "krejzi" bitu, brzmiącego trochę dyskotekowo. W tle - sympatyczna elektronika. Schulze i Bloss zabawiają tłumy "dyskotroniką". Miks elementów "poważnych" i "rozrywkowych". Ta Muzyka jest niesamowicie "krejzi" ! Podoba mi się. Przyjemny, lekki rytm kontrastuje z pewną "powagą" smyczków (przynajmniej ja to tak nazywam - nie znam się na muzyce poważnej). Ok. 10:30 mamy "przerywnik" - wesoły fortepianek na tle tego bitu. Cały czas mamy mocne basy. Klawisze brzmią niezwykle wesoło chociaż nie tak słodko jak prezentowałem to wczoraj . Przed 12 minutą powracamy do poprzedniej melodii. Rytm jest mniej więcej ten sam. 12:45 - wchodzi fajne, trochę dziwne solo. Urozmaicenie muzyki. Niezwykle szalone. Brzmi jakby to był dialog muzyczny dwóch muzyków. Nie da się nie uśmiechać podczas słuchania tego utworu. Co jakiś czas zachodzą interesujące zmiany w melodii - np. ok. 15:35 - "fletujące" klawisze. Co jakiś czas także przewijają się elektrosmyczkowe sekcje (jak np. ok. 17:30). Na ok. 6-7 minut przed końcem muzyka zwalnia stopniowo i mamy iście Ludwigowską sekcję (gdzieś chyba coś podobnego się pojawiało ale na orkiestrę w Ludwig II Von Bayern z X, 1978). Na 5 minut przed końcem mamy kakofonię brzmiącą jak jakiś "fail" orkiestry. Muzyka poważnieje. Może brzmi nieco baletowo teraz? Głębokie basy w akompaniamencie. Ta sekcja mocno kontrastuje z rozrywkowym charakterem głównej "masy", "treści" tego utworu. Na ok. 2,5 minuty przed końcem mamy powtórzenie poważnego baletu ale w nieco szybszej aranżacji, z wyraźnymi klasycznymi wpływami (jeszcze wyraźniejszymi niż za pierwszym razem). Kiedy kończy się balet mamy mroczną i tajemniczą muzyczkę. Muzycy nie pozwalają się utworowi skończyć. Kończą go w nieco dziwny i raczej nieoczekiwany sposób. Ale nie będę Wam spoilerował wszystkiego. :P

Warszawska część albumu wkracza do akcji szybkim sekwencerem i świetnym klawiszowym popisem. Muzycy od razu przechodzą do rzeczy. W końcu to Niemcy. ;) Jeszcze przed pierwszą minutą na liczniku mamy "fortepianowy" popis (krótki). Muzyka jest bardzo dynamiczna i niezwykle żywa. Z chaosu muzycy potrafią przejść do klasycyzującego ładu. Poza krótką, chaotyczną sekcyjką, muzyka brzmi dość spokojnie i niezwykle uporządkowanie. Warszawa powoli nabiera mocy ok. 4 minuty. Triumf sekwencerów! Stają się głośniejsze i mocniejsze ok. 4:30. Pojawiają się smyczkopodobne fragmenty, swoistego rodzaju muzyczne dekoracje. W tle tajemnicze "przeszkadzajki". (ok. 5:30). Jest pewna melodia, dość wyraźna. Przed 7 minutą coś poszło nie tak ale znając Schulza to zapewne jego solówka przy akompaniamencie elektronicznego wichru. Dziwna solówka przekształca się w sympatyczną melodię, słodką na swój Schulzowy sposób. A po chwili znowu rozwrzeszczana i rozkrzyczana. Sekwencer nie przestaje pędzić. 9:23 ! Jeden z moich ulubionych momentów w tym utworze. Kolejna mocna solówka. Bit tak samo intensywny jak w Katowicach. Dużo "przeszkadzajek". Klaus wraz z Rainerem próbują dogonić sekwencer. 11:10 ! Fajna melodyjka. :) Z rozwrzeszczanym, minimoogowym "przeszkadzajkiem". ;) Utwór jest bardzo szalony. Z początkowego spokoju (jako takiego) przechodzimy w samą otchłań szaleństwa. Dzieje się dużo. Utwór potrafi zdemolować uszy. Przed 13 minutą - jakieś elektropopiardywanie. xD Melodyjka z 11 minuty powraca. 14 minuta oznacza kolejną muzyczną zmianę. Obłęd. Można zagubić się w tym gąszczu dźwięków. Perkusyjny bit okłada publiczność niczym ZOMO. :D A do tego potężne "wrzaski" syntezatorów. Ok. 16.30 melodyjka jeszcze raz powraca. Warszawskie szaleństwo. Znajome dźwięki na nowym tle. Szaleństwo wyrażone innymi dźwiękami niż w Katowicach. Dobra dyskoteka. ;) Na ok. 4 minuty przed końcem, muzycy zwalniają.  Klawisze nie przestają "śpiewać". Głośny wrzask i przechodzimy do smutnego końca (ok. 21:30). "Irrlicht"-to podobny klimat a nawet i brzmienie. Muzycy ze smutkiem żegnąją Warszawę. Długie i smutne pożegnanie. Ok. 22:50 mamy ciemny fragment muzyki. Brzmi jakby coś z innej płyty Schulza (1988 - En=Trance). Te skojarzenie mam od dawna jak słyszę tą cząstkę tego utworu. W tenże sposób, Schulze i Bloss wychodzą z tego utworu.

Pierwsza płyta Dziękuję Poland Live '83 prezentuje bardzo szalony materiał. Niezwykle zróżnicowany i dynamiczny. Muzyka grana na żywo, chociaż za bazę służyły utwory z albumu "Audentity" (też 1983). Niesamowicie pozytywna muzyka. Klaus Schulze i Rainer Bloss potrafią sprytnie i ciekawie włączyć elementy "poważne" do "niepoważnej", rozrywkowej muzyki. Szalona płyta zrecenzowana przez szalonego recenzenta. ;) Zasłużona 5. Materiał od którego nie da się oderwać. Można się wyszaleć, może i nawet potańczyć.

Próbka z YT: cała płyta (obie płyty). Razem 90 minut muzyki. Pierwsze 50 minut to płyta pierwsza, przedmiot tej recenzji. A na okładce wcielenie mnie - słuchawki i porządna stylówka. Nawet okulary się znalazły. :P Może z rentgenem bym sobie popatrzył na Słoneczka. :>



09.04.2015 - Marlena On The Beach :)

Wieloletni fani Tangerine Dream pewnie domyślają się jaka płytka będzie teraz recenzowana. :) Tym razem następca Optical Race (1988) czyli Lily On The Beach (1989). Do kompletu więc będzie brakowało jeszcze Melrose (1990) i 2-óch soundtracków z okresu 1988-1990. :) Recenzja dedykowana Marlenie, jednemu ze Słoneczek (a w zasadzie jednej ale to niegramatycznie brzmi :P) - co widać po tytule tego posta. ;) Tej samej Marlenie, której kazałem otworzyć ucho. :P

Okładka pierwszego wydania - nie umieścili Marlenki na okładce :(


Drugie wydanie. Dodatek do włoskiego czasopisma, jakiś numer z 1997 roku. Posiadam tą wersję. Znowu bez Marlenki :(

Na albumie tym, na razie "nieoficjalnie", jako muzyk gościnny, po raz pierwszy pojawia się syn Edgara Froese, Jerome (gitara w jednym utworze). Co ciekawego jeszcze wprowadził zespół? Saksofon. Pierwszy raz w twórczości zespołu pojawia się saksofon (Hubert Waldner gościnnie a potem na stałe w TD Linda Spa). Płytę tworzy 13 krótkich utworów. Zespół w zasadzie nie promował jej na koncertach, najwyżej tytułowy kawałek się parę razy przewinął na setlistach i może coś jeszcze.

Marlenkowo-Mandarynkową ucztę dźwiękową (bo uczta w normalnym tego słowa rozumieniu dzisiaj już była - kebab, wyjątkowo na grubym cieście ;)) czas zacząć.


Powyższy film przedstawia cały album - nieco ponad 55 minut.

Album otwierają słodkie brzmienia z początku Too Hot For My Chinchilla. Cały utwór jest słodki, mimo mocnej perkusji. Pojawia się gitarowe solo (mam nadzieję, że od Edgara.. dla Marlenki ;)). Mocniejsza wersja tego utworu pojawiła się na Cruise To Destiny (2013). Później w utworze tym pojawia się kolejna, mocniejsza i szybsza partia gitarowa. Utwór, którego brzmienie mocno charakteryzuje tą płytę - słodkość, cukierkowatość wręcz ale miejscami z rockowym pazurkiem. Słodka płyta dla słodkiej (i pięknej) koleżanki. :)

Tytułowy utwór to tęsknota za latem. Muzyczne wspomnienie upalnych dni spędzonych m.in. na podziwianiu pięknych Słoneczek. ;) Bardzo wesoła i słodka nutka. Przyjemne klawisze - brzmiące jak pogwizdywanie. Znowu mocna i wyrazista perkusja. Dużo się dzieje w tym utworze. Pod koniec chyba pojawia się gitara ale dość ciężko ją rozpoznać.

Alaskan Summer. Tym razem Lato na Alasce. Dźwięk promieni Słoneczek rozpoczyna tą kompozycję a także przewija się w niej. Kolejna dość wesoła i sympatyczna kompozycja o słonecznym brzmieniu. Wreszcie wiem jak brzmi Słoneczko! ;)

Desert Drive. Szybki numerek gdzieś podczas przejazdu po pustyni. Chyba najszybszy utworek jak do tej pory. Wesoły i bardzo rytmiczny. Kolejna porcja gitarowych momentów u TD, chociaż skromna. Ok. 1:05 zaczyna się robić bardzo słonecznie. ;) Wesołe, słodkie klawisze.

Mount Shasta. Rasta narasta? Nie na tym blogu. :) TD nie mają nic wspólnego z Bobem Marleyem ani reggae. :P Tym razem muzyczna wspinaczka na tajemniczą Górę Shasta. Jest słonecznie, góra jest porośnięta lasem. Dużo pięknych okoliczności przyrody. A my się wspinamy powoli i leniwie, pieszcząc oczy pięknem natury. Jest słodko, jak zwykle.

Crystal Curfew. Szybkie i dynamiczne promienie Słońca. Utwór brzmi tak jakbyśmy słuchali go "od środka". Kolejna rytmiczna kompozycja. Zawiera gitarowe "momenty".

Paradise Cove. Dużo gitary. Szybki utwór, który się rozpędza. Nowsza wersja pojawiła się na Cruise To Destiny (2013). Nawet dwie gitary są chyba (rytm i główna). Sympatyczny utwór. Na swój sposób bardzo mocny.

Twenty-Nine Palms. Fortepianowa melodia rozpoczyna ten utwór, podlana syntezatorowymi dodatkami (chyba, że to wciąż fortepian). Potem dochodzi syntezatorowa "kołderka" dla fortepianu. Niezwykle przyjemny utwór. Chwila wytchnienia od elektronicznych brzmień.

Valley Of The Kings. Dlaczego Dolina Królów? Król jest tylko jeden - JA czyli PACI. :) Kolejny cukierkowaty utworek od TD. Dużo wesołego rytmu. Na swój sposób podrywa do tańca.

Radio City. Utwór w którym młody Froese (serio młody, 19 lat miał wtedy) gra na gitarze. Sympatyczna nutka. Sporo basów. Przewijają się słoneczne brzmienia.  Słodki utwór chociaż nie jest tak szybki jak niektóre inne kompozycje. Bardzo dynamiczny. Ok. 2:20 wchodzi gitara. Mocne solo chociaż dźwiękowo jest klimatach innych partii gitarowych na tej płycie. Szczególnie mocny popis dał młody na końcu utworu.

Blue Mango Cafe. Kolejny słodki utwór. Delikatnie wesoły w brzmieniu. Kolejne wspomnienie lata.

Gecko. Szybki numerek dla gekona raz proszę! Wesoły i słodki utworek. Może już wystarczy? Jeszcze Słoneczka mam. ;) Na tle innych słodkości made by TD wyróżnia się głównie taką fajna solówka (np. ok. 1:45 - jej drugie powtórzenie).

Long Island Sunset. Powolny, tajemniczy zachód Słońca w romantycznych okolicznościach przyrody (tzn. na jakiejś plaży, ja + jakieś fajne Słoneczko obok :P). Prawie od samego początku pojawia się saksofon. Delikatny i skromny utwór. Ma coś w sobie. Jest nawet trochę romantyczny. Słodki, romantyczny finał. Finał tęskniący za latem (i Słoneczkami :P).

Lily On The Beach wyróżnia się na tle innych albumów Tangerine Dream swoją słodkością. Słodkie, cukierkowate brzmienia i ten romantyczny akcencik na końcu. Nie jest to płyta typowa dla TD ale ma swój urok. Mnie się osobiście nawet podobała, chociaż troszkę zaczęło mnie mdlić od tej słodyczy (ja jestem słodki, moje Słoneczka są słodkie i jeszcze TD gra słodko :D). Dobra płyta z okresu uznawanego za raczej słabego dla TD.

czwartek, 9 kwietnia 2015

09.04.2015 - X do kwadratu czyli druga płyta

Podczas dzisiejszego spaceru miałem okazję rozkoszować się drugą płytą z albumu X autorstwa Klausa Schulze (1978). X w tytule należy odczytywać jako rzymskie 10. Jest to bowiem 10 solowa płyta muzyka, klawiszowca-samouka. Dlaczego słuchałem dzisiaj drugiej płyty? Pierwsza była już jakiś czas temu. Nie jestem w stanie sporządzać na bieżąco recenzji przy każdym odsłuchu. ;) Ta recenzja jest sporządzona ok. półtorej godziny po finiszu płyty.


Na drugiej płycie zostały zaprezentowane zupełnie odmienne brzmienia niż na pierwszej. Tu mamy typowe dla Schulza długie utwory ale w bardzo nietypowej aranżacji. Pierwszy z nich, Ludwig II Von Bayern, w zasadzie prawie w ogóle nie zawiera elektroniki! Klaus dogrywa głównie elektroniczne akcenty i dodatki. Zasadniczy ciężar brzmienia spadł bowiem na... orkiestrę! Prawdziwą orkiestrę, choć smyczkową. Pojawia się dramaturgia, zmiany nastrojów oraz... perkusja (ostatnie 7 minut). Bardzo ciekawy materiał. Muzyka kla(u)syczna. :) 

Drugi natomiast, noszący tytuł Heinrich Von Kleist, ma inny zupełnie inny charakter. Jest to kompozycja bardziej elektroniczna, chociaż na początku pojawiają się smyczki (nie tak rozbudowane jak w przypadku poprzednika). Pierwotnie kojarzyć się może ze swoistego rodzaju "muzyką pogrzebową" ale później przechodzimy w kierunku muzycznej eksploracji kompletnie wymarłej i wyludnionej, mrocznej krainy. Jest ponuro, groźnie, strasznie. Pod koniec dołącza się perkusja. Bardzo tajemniczy utwór. Klimatycznie może się nieco kojarzyć z pierwszymi płytami Klausa choć w mocno ucywilizowanej wersji. Eksperymenty przed zwiedzeniem Diuny? Klimat mroczniejszy niż wspomniany utwór i nie kojarzy się z pustynią ale pewne podobieństwa da się wyczuć. Nie bierzcie jednak tego na poważne - "Dune" (1979) dawno nie słuchałem ale z tego poprzedniego odsłuchu powstała recenzja. :)

X CD 2 to trochę nietypowa płyta. Klaus odskakuje od sekwencerowej akcji na rzecz mrocznych i tajemniczych pasaży klawiszowych a także - w przypadku pierwszej kompozycji - orkiestrowych. Nietypowość ta sprawia iż utwory te wyróżniają się spośród innych. Nie każdemu mogą się spodobać, zwłaszcza, że Schulze i tak jest bardzo trudny do muzycznego "ogarnięcia". W tym wydaniu - wyjątkowo trudny. X CD 2 to niejako powrót do muzyki w stylu pierwszych dwóch płyt artysty (Irrlicht, 1972 i Cyborg, 1973) ale w wersji "na bogato". Fani muzyki poważnej może uśmiechną się podczas słuchania Ludwiga II zaś inni mogą nabawić się depresji przy ponurym i tajemniczym Heinrichu Von Kleiście. Jeszcze inni - mogą cieszyć się tą muzyką i rozkoszować się potęgą Klausa Schulze. ;) Płyta zdecydowanie nie dla nowicjuszy ale ma swój urok.

Próbki z YT:


(Ludwig II Von Bayern w całej swojej długiej okazałości)

Nie ma próbki z drugiego utworu.

08.04.2015 - Zeitgeist czyli małe jest piękne

W 2010 roku Tangerine Dream wyruszyli na mała trasę koncertową. W związku z tym wydali też kolejną "małą" płytę. Na niej zawarte są 4 utwory o łącznym czasie nieprzekraczającym 25 minut. 3 z nich zostały zagrane w ramach tychże koncertów. Albumik ten nosi tytuł "Zeitgeist" i zgodnie z tytułem TD cofa się w czasie.





Co na tym minialbumie zostało zaprezentowane? 3 "starocie" i jedna nowinka. Jak już wspomniałem wcześniej, zespół sięgnął do przeszłości i to nie tylko swojej. 

Odświeżeniu uległa sekwencyjna część Rubycon, Part One (1975, tu zatytułowana jako Rubycon 2010). Nowa linia melodyczna podążą za "starymi" nutami ale ma zdecydowanie nowe, interesujące brzmienie. Zespół połączył tradycyjne brzmienie z nową instrumentalizacją. Da się rozpoznać "stare" elementy i jednocześnie wkręcić się w sekwencer. Dobrze zrobiona robota. Kolejny kultowy klasyk chociaż na trochę zagościł na mandarynkowych setlistach.

Zulu to nowa kompozycja. Zupełnie świeża (w momencie wydania tej płyty). Jedna z moich ulubionych. Piękna, rozmarzona, o jasnym brzmieniu obfitującym w sekwencer. Wyjątkowa kompozycja. Słodka miejscami. Obfituje w przyjemne dla ucha detale brzmieniowe. Szkoda, że tego utworu TD nigdy nie zagrali na koncercie.

Order Of The Ginger Guild 2010 jest kolejnym remiksem, tym razem kompozycji z 1997 roku z EPki Limited World Tour Edition 1997 (podlinkowałem swoją recenzję tej EPki). Tu od razu wchodzimy na dyskotekę. TD chcą puścić oko do młodych "jazdowiczów" ? Ci mają swoje hity. Da się posłuchać ale to takie disco polo lub inna techniawka. Przynajmniej brak wstawek "lirycznych" o "dupie Maryni". ;) Pojawia się fajny, sekwencerowy moment. Kawałek na rozruszanie publiczności. Ale z okresu późnych lat 90-tych są o wiele lepsze kawałki. Zmarnowana szansa na wskrzeszenie np. czegoś z 2 lata starszego (1999) Mars Polaris. Najsłabszy utwór na tej płycie, co nie oznacza iż jest to kompletna kaszanka. 

Norwegian Wood. Tangerine Dream po raz kolejny sięgają do twórczości The Beatles i coverują ich na swój sposób. Tym razem z niesamowitym wokalem Thorstena Quaeschninga. Mocny, rockowy akcent na tej płycie. Ciekawy melanż elektroniki i dość mocnej gitary. Chyba pojawiają się jakieś smyczki w tle (cyfrowa inkarnacja mellotronu czy jakiś syntezator?). Odjazdowy cover fajnego utworu Beatlesów. Na dodatek z wokalem - inne były tylko instrumentalne.

EPka Zeitgeist jest jedną z najczęściej słuchanych przeze mnie. Jest niezwykle przyjemna w odbiorze. Nie przeszkadza mi to, że dominują na niej "odgrzewane kotlety". Edgar i ekipa nieraz pokazali w końcu, że potrafią świetnie "gotować" i w ciekawy oraz przyjemny dla końcowego odbiorcy sposób przedstawić dość stare "dania muzyczne". Zróżnicowane klimaty dźwiękowe i wspomnienie klasyki w bardzo dobrym wydaniu. Zeitgeist jest jednym z najlepszych spośród minialbumów Tangerine Dream. Warto na ten krążek zwrócić uwagę. Naprawdę, małe bywa piękne!

PS. Próbki z Youtube są podlinkowane pod tytuły poszczególnych utworów.